Wielkanocne tradycje Eveline

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Palmy blogerek, fot. Sara Prekurat

„…WIELKANOC, WIELKANOC, WIELKANOC

NO I BABKI ZACZĘŁY SIĘ BUDZIĆ

NA WIELKANOCNYCH OBRUSACH

LUDZIE SZLI Z KWIATEM DO LUDZI

JAK DO POETÓW MUZA…”

K.J.G; Wróble Wielkanocne

Wiosenny cykl świąteczny zaczyna się od Środy Popielcowej i trwa do Zielonych Świątek. Niedziela Wielkanocna przypada na pierwszą niedzielę po pełni Księżyca, po wiosennej równonocy.

W Wielki Czwartek i Piątek przygotowywano świąteczne przysmaki. Nasze babcie miały wszystko pod kontrolą. To właśnie w te dni piekły bułki, kołacze, baby, gotowano barszcze białe – żury na zakwasie. Każdy wiedział co ma robić. W Wielki Piątek babcie gotowały dla nas jajka na twardo w cebuli aby miały ładne kolory do robienia pisanek. Każdy się starał jak mógł aby pisanki były piękne – wyjątkowe. Jajko to symbol życia i siły – było i jest najważniejszym atrybutem świąt Wielkanocnych.

Według staropolskiej tradycji potraw w koszyku powinno być siedem, bo siódemka jest znana jako liczba święta i symbol doskonałości, z nią łączy się pojęcie pełni.

Śniadanie wielkanocne ma wszędzie charakter uroczystego i obfitego posiłku. Po czterdziestodniowym poście, czas spełnienia się marzeń o pełnym brzuchu.

Śniadanie zaczyna się od święconego, czyli darów bożych poświęconych przez Kapłana w Wielką Środę. Z koszyka ze święconką matka obiera jajko lub więcej i dzieli je na talerzyku na tyle cząstek ilu jest domowników. Przekazuje talerzyk ojcu który rozpoczyna składanie życzeń dzieląc się z każdym poświęconym jajkiem. Każdy między sobą składa sobie życzenia i zaczynają świętować Zmartwychwstanie Pana.

„Wielka Noc dla wszystkich jest bardzo wesoła, całe chrześcijaństwo „Alleluja” woła. I my się radujemy bośmy chrześcijanie- daj nam szczęście, zdrowie, pogodę ducha Zmartwychwstały Panie!

Byśmy Królowali na wiek wieków w niebie! Dziś Jezus zmartwychwstał i my zmartwychwstaliśmy. Pójdźmy do spowiedzi z grzechów się słuchajmy. Zrzućmy grzech z sumienia, który nas krępuje Jezus Zmartwychwstały wszystko nam daruje. Wtedy się odrodzi i nas dusza wesoła, każdy „Alleluja” wesoło woła.”

Zdrowych i spokojnych świąt Wam życzę.

EVELINE

Palmy blogerek, fot. Sara Prekurat

Życie po pandemii

Rzeźba Ikaro Alato, Igor Mitoraj, Warszawa, Centrum Olimpijskie, fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Pandemia zakończona, upragnione słowa na które czekał cały świat, okrzyki radości i wielka ulga, wracamy do normalnego życia a jednak nasuwa się pytanie czy potrafimy żyć jak przed epidemią, czy „zło” nauczyło nas żyć inaczej?

Był czas przemyślenia, są też dobre strony wirusa, nie w pojęciu medycznym ale w życiu codziennym, dziś nikt nie patrzy tylko na siebie, nie goni za karierą a zaczynamy doceniać bliskość, mamy odczas odrobić z dziećmi lekcje, rozmawiamy nie telefonicznie, lecz osobiście odwiedzamy krewnych i era komputerów trochę wygasła. Jesteśmy pozytywnie nastawieni do całego świata, martwimy się o globalne ocieplenie, o smog, dbamy nie tylko o sobie ale o wszystko co nas otacza.

COVID-19 jak go inaczej określić nie językiem medycznym, ale prostymi słowami; morderca, kat, bo wymordował tyle istnień ludzkich, złodziej też pasuje – niewidzialnie kradł co mamy najcenniejsze.

Koniec epidemii cieszymy się bardzo, zaczynamy nowy rozdział w życiu bez zakazów kwarantanny, jednak pamiętamy że wyrwał nas z ułożonego życia, pozbawił pracy, szkoły i życia codziennego. Wirus postawił nas przed faktem dokonanym, zawładnął prawie całą ludzkością, był najeźdźcą XXI wieku.

Podobne epidemie miały w odległych czasach, np. Cholera czy Czarna Ospa.

Były też wojny podczas okupacji w bardzo trudnych warunkach, bez wody, prądu, żywności, leków i mediów, panował Tyfus, ludzie chorowali na gruźlice wiadomo, ile istnień ludzkich pochłonęły te wszystkie choroby, a teraźniejsze czasy pierwszy przykład to AIDS, Ptasia Grypa, Świńska Grypa i pom prostu grypa. Jak duży był wskaźnik umieralności wiemy wszyscy, a my nadal żyjemy, pokonaliśmy wszystkie przeciwności.

To wszystko mamy już za sobą, zgony, kwarantanny, puste miasta, brak kontaktów rodzinnych, koleżeńskich, i my patrzyliśmy przez okna na puste ulice, dużo można wymieniać.

Mamy już dziś, rano wstajemy, toaleta, śniadanie, szykujemy się do pracy, szkoły, odzyskaliśmy władze nad życiem. Na przystankach grupy ludzi czekających na autobus, uśmiechamy się do przedmiotów i cieszymy się bo tę wojnę wygraliśmy, wirus został pokonany.

W pracy i w szkole spotykamy starych znajomych, tych których lubimy lub mniej, ale cieszymy się że są wszyscy, możemy spotkać się, śmiać, kłócić bo jest tak jak dawniej.

Wracając do domu spotykamy mamy z dziećmi i jak miło naszych starszych mieszkańców, idą z pieskami na spacer do parku a ławeczki pełne są Pań które prowadzą gorące rozmowy i dzieciaki biegające po osiedlu, krzyczące jak zawsze.

Jakie to dziwne, być może wcześniej nam to przeszkadzało, a teraz cieszymy się że wszystko jest na miejscu. Pani sąsiadka, która oburzyła się na głośną muzykę w moim mieszkaniu, teraz uśmiecha się, pozdrawia mnie i moją rodzinę, to jest cudowne i mnie już piesek Pani z pod „8” nie brudzi na klatce, kupiłam mu kosteczkę.

Wieczorem młodzi wychodzą na upragnione spotkania do kilku kawiarni i tam gdzie wirus pozamykał drzwi, wtedy wprowadzono kwarantannę.

Nasze życie stopniowo wraca do normalności, bo tego chcemy, bo jesteśmy spragnieni, wirus to już przeszłość, jednak przykre doznania gdzieś w nas zostaną, zwłaszcza tym którym wirus odebrał najbliższych.

Reasumując KORONAWIRUS precz, nigdy więcej, ale mimo wszystko w jakimś stopniu sprawił że doceniliśmy to czego nam zabrakło w życiu codziennym, zaczęliśmy zwracać uwagę na drobiazgi które wcześniej gdzieś ulatywały albo nigdy jak sądziliśmy ich nie było; były i są te drobiazgi to całe nasze życie, dlatego cieszymy się że zagościły w naszym nowym życiu, tym lepszym życiu.

Wirus to „zło” które nauczyło być nas lepszym i zbliżyło nas do siebie, przypomniał jacy dla siebie jesteśmy ważni i jaki świat jest piękny.

H.S.

Normalność po Koronawirusie

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Na początku myślałyśmy, że powróci po 2-3 tygodniach – no, najlepiej po miesiącu. Potem dotarło do mnie, iż epidemia może potrwać nawet rok. Stoimy przede wszystkim przed wielką niewiadomą. Różni specjaliści serwują nam różnorakie prognozy, tak naprawdę nie wiemy, jak rozwinie się sytuacja, ile będzie ofiar śmiertelnych. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że kiedykolwiek zetknę się z zarazą na taką skalę. Wiadomości pokazują sceny niczym z katastroficznych filmów z „epidemią” w tytule; aż trudno uświadomić sobie, że to rzeczywistość.

Oczywiście, boje się. Mniej o siebie, bo tu za kratami odbywamy de facto rodzaj kwarantanny. Bardziej o męża, który na zewnątrz musi chodzić do pracy, by mieć środki do życia. Może wszystko przejdzie ulgowo i się nie zarazimy, może nie powtórzy się u nas scenariusz włoski. Może… a jeśli jednak?

Rodzi się pytanie, czy w krytycznej sytuacji my, więźniowie będziemy leczeni czy spisani na straty? Tak, myślę o tym. O śmierci, nie chcę umierać, nie chcę żeby inni umierali.

Nie potrafię się nie przejmować w obliczu ogólnoświatowej pandemii, która może (choć nie musi) przybrać rozmiary czternastowiecznej Czarnej Śmierci. Wtedy Dżuma zabiła więcej niż połowę populacji Europy. Wydawało by się iż w XXI w. coś takiego nie powinno się wydarzyć. Nie mniej, jak się okazuje, wciąż nie dysponujemy stuprocentową skuteczną obroną przed epidemią, a nasz technologiczny postęp nie uczynił z nas Bogów.

Normalność naturalnie powróci, zawsze w końcu powraca. Mogę tylko żywić nadzieję, że będzie naznaczona jak najmniejszą ilością mogił i nieobciążona trwałym dziedzictwem strachu. Nie chciałabym, aby w skutek lęku ludzie zaczęli żyć bardziej wirtualnie niż realnie, obawiać się bezpośredniego kontaktu z buźkami.

Człowiek to nie zbiór zer i jedynek. Pomimo okoliczności powinniśmy walczyć o to, by nasza przyszłość nie uległa dehumanizacji. Abyśmy wyszli z tego ciężkiego okresu bardziej skonsolidowani, solidarni i życzliwi dla siebie nawzajem. Na taką nową normalność liczę.

Pozdrawiam wszystkich. Obyście byli bezpieczni! Tych, którzy wierzą w Boga, proszę o modlitwę w intencji wszystkich zarażonych wirusem.

ZOŚKA

Bajka o życiu

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Z dedykacją dla Diablicy od Markosi

Na imię mam ,,Życie”. Chcę napisać bajkę. Bajkę o Kopciuszku, który spotyka swojego księcia; o śpiącej królewnie, którą prześladuje zła królowa Matka; o kocie w butach, który przemierza siedmiomilowymi butami świat; o Kubusiu Puchatku, który jest wspaniałym przyjacielem i łasuchem. Lecz niestety wszystkie bajki zostały już napisane. A świat, który sobie stworzyłam, to nie była bajka. Byłam Kopciuszkiem, ale nie miałam księcia, a zła królowa Matka jest przy mnie do dzisiejszego dnia. Przez świat kroczyłam milowymi susami nie zastanawiając się co i kogo mijam bezpowrotnie. Nie miałam pojęcia o przyjaźni.

Ale ja byłam łasuchem, łasuchem na życie. Czerpałam dar życia bez żadnej odpowiedzialności, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Doprowadziłam tym samym do powolnego zrujnowania siebie. Mój świat zwężał się. Coraz mniej było miejsc, do których mogłam uciec; coraz mniej ludzi, którzy mnie akceptowali. I pewnego pięknego wiosennego dnia wszystko się skończyło. Znalazłam się w zamku bez drzwi, który ogrodzony był wielkim murem, wokół którego płynęła rzeka. Nie wolno było opuścić go samowolnie. Jedynie królowa Temida wydawała pozwolenie na wyjście z zamczyska. Znajdowały się w nim osoby podobne do mnie – osoby, które zgubił apetyt na życie. Nie chciałam przebywać w tym zamku. Chciałam umrzeć, ale moje ukochane dzieci powstrzymały mnie przed śmiercią. I tak mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem, a ja nadal żyłam i patrzyłam na świat przez zakratowane okno, śniąc o swojej własnej bajce. Czekałam.

W końcu upragniony dzień nadejdzie i dla mnie, wierzę w to … Pewnego grudniowego dnia, kiedy ptaki nad zamkiem fruwały wysoko, zaczęłam pisać swoją upragnioną bajkę. I tak w zamku pojawiła się dobra wróżka i obdarzyła mnie przyjaźnią, ów przyjaźń zaczęła przywracać mnie do życia, akceptując mnie taką jaką jestem, dając wiarę, że jestem wartościowa. Jak w bajce o Kopciuszku, tak i tu dobra wróżka za pomocą swojej przyjaźni  Kopciuszka zaczęła zmieniać w królewnę. Świat był lepszy, dalej przemierzałam go milowymi krokami, ale już zatrzymywałam się i podziwiałam cuda, które świat miał mi do zaoferowania. Poznałam smak przyjaźni, a mój przyjaciel – mały Temida – popędził za siedem gór i za siedem rzek złą królową Matkę.  Mój królewicz już pędzi do mnie na swym białym rumaku, w złotej zbroi, abyśmy mogli spędzić razem życie w miłości i szczęściu.

To jest moja bajka, którą napisało moje życie. Jak z każdej bajki, tak i z tej wypływa morał:

Choćby życie człowieka było najnędzniejsze, nie powinno się od niego stronić, ani ciskać na niego siarczystych przekleństw. Jest ono i tak lepsze od samego człowieka. Trzeba kochać swoje życie niezależnie od jego nędzy. Nawet w zamku bez drzwi można przeżyć miłe chwile, wzruszające i wspaniałe. Znaleźć przyjaźń i przewartościować się na nowo. Można w tym zamku tworzyć swoją bajkę z dobrym zakończeniem…. POWODZENIA!

Markosia

HISTORIA MOJEJ MIŁOŚCI

Rys. Lui, fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Październik 2018…

Siedzę w moim ulubionym fotelu… lubię mój dom, moje psy, mojego męża – coraz mniej lubię, bo nie mam na to siły. Oddalam się od niego coraz bardziej. Coraz bardziej zatapiam się w swoim świecie. Coraz mniej mam do powiedzenia jemu… i wszystkim wokół. Słyszę dźwięk otwieranych drzwi… przyszedł!

– Cześć co robisz? – podchodzi do mnie, żeby mnie pocałować.

Odsuwam się. On zastyga. Przykro mu… mi też jest przykro, ale udaję, że tego nie ma we mnie.

– Nie martw się… będzie dobrze. Góra po 8 miesiącach wyjdziesz. Będę czekał – tłumaczy cierpliwie mój mąż.

– Nie martwię się. Dam radę – nie chcę tłumaczyć, że się boję, że jestem przerażona, bo nie wiem co będzie za murem.

Wiem, że on też boi się. Wiem, że jesteśmy „nierozerwalną całością”…

Co on zrobi beze mnie? Jak sobie poradzi? Jego odejście ode mnie i ewentualna zdrada to najmniejszy problem… Przytulam się do niego… „żebyś ty tylko wiedział, jak ja bardzo kocham ciebie”… – myślę, ale nie mówię tego głośno: pełna obaw, że ta „nierozerwalna całość” rozsypie się na kawałki.

Październik 2019…

Dwunasty miesiąc odsiadki. Nie wyszłam po 8 m-cach. Wyjdę w marcu 2021 r. Ile razy widziałam się z moim mężem przez te miesiące?

24 razy – czyli spędziliśmy ze sobą dzień, bo widzenie trwa godzinę. Nie potrafię okazać miłości, tęsknoty, uczuć… za dużo jest osób wokół. Jestem zdenerwowana już od momentu wejścia na „widzeniówkę” przez świadomość, że za chwilę z niej będę musiała wracać z powrotem do celi. Czasami płaczę – czasami czyli zawsze… Za dużo we mnie emocji, często krzyczę na niego i mam pretensję – facet nie radzi sobie…

Czeka na mnie, ale myślę, że to za mało. Nie wiem co powinien robić albo zrobić, ale chcę więcej. Chcę poczuć jego miłość…ale  postawiłam mur. W murze pojawiają się pęknięcia – ale do końca nie wiem, czy to pęknięcie w nim, czy w „nierozerwalnej całości”.

Wiem, że to jemu jest gorzej: ale tak bardzo muszę być tutaj egoistką i nie chcę o tym myśleć, bo może nie przeżyłabym tego.., rozpadając się na kawałki.

Z WIELKĄ MIŁOŚCIĄ DLA MOJEGO MĘŻA …

Pani Em

Święta, święta, ach te święta

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Zaczął się grudzień, a wraz z nowym miesiącem ruszyły te wszystkie przygotowania do wigilii i całych tych świąt.

Dawno temu przestałam czuć magię świąt Bożego Narodzenia – to moje trzecie święta spędzone w miejscu odosobnienia. Jest to bardzo trudny okres do zniesienia dla ludzi pozbawionych wolności.

W tym czasie, częściej niż zwykle, myślę o swoich najbliższych. Jeszcze bardziej doceniam wartość słowa rodzina i uświadamiam sobie, ja ważną rolę odgrywają oni, bliscy, w moim życiu i jak bardzo za nimi tęsknię.

Myślę o wigilijnej kolacji, która jak co roku odbyła się u mojej teściowej, na której trzeci rok z rzędu mnie zabrakło. Teściowa jest dla mnie jak mama, której praktycznie nigdy nie miałam i jest dla mnie ważną osobą.

Myślę o moim Rafale, u którego w tym roku zdiagnozowano nowotwór i który po kolacji wigilijnej wrócił do pustego domu i święta spędził sam, bijąc się ze wszystkimi myślami.

Szczerze, to nie cierpię tego dnia w tym miejscu. Nie potrafię cieszyć się tą całą świąteczną aurą, która zaczęła tu panować. W tym czasie najbardziej odczuwam dotkliwość kary, na którą skazał mnie sąd.

Widzenie z mężem też nie będzie takie jak inne – będzie trudne i smutne. Nie będzie tym razem opłatka i życzeń. Uznałam, że tak będzie lepiej. Nie potrafię znieść tego bólu w jego oczach. On sam nic nie mówi, nie osądza, nie wypomina, ale wiem, że nie o takim małżeństwie marzył….

Ciężko mi patrzeć mu w oczy, wiedząc, że ja mogę liczyć na niego w każdej sytuacji, a sama w obliczu jego choroby być wsparciem dla niego nie mogę. Okropne uczucie…

Ten świąteczny okres w zakładzie karnym, to specyficzny czas – każdej z nas jest bardzo ciężko go przeżyć…

Nawet te najbardziej zatwardziałe kobiety w wigilię stają się wrażliwymi osóbkami, które nie wstydzą się swoich łez. Znikają pozory, wyznaczony dystans i wrogie nastawienie do innych. Próbuje się zapomnieć o nieprzyjemnych sytuacjach z „koleżankami”.

O 17.30 zamykają nam cele. Usiadłyśmy do skromnie zastawionego stołu. Były pierogi zakupione w więziennej kantynie, śledzie, sałatka, kawałek ciasta i kubek czerwonego barszczyku – tak namiastka wigilii.

W myślach złożyłyśmy życzenia swoim najbliższym, a później życząc sobie wolności, zdrowi, siły i spokoju, zaczęłyśmy jeść. Opowiadałyśmy sobie o świętach spędzonych w dzieciństwie i wspominałyśmy ostatnie święta na wolności.

Leżąc w łóżkach po 22-giej, gdy zgasło światło, popłakałyśmy w poduszkę – tak to wyglądało.

Święta, święta, ach te święta. Mam nadzieję, że kolejne święta Bożego Narodzenia uda mi się spędzić z moimi najbliższymi, a zwłaszcza z moim mężem – może choćby krótka przepustka?

Kicia 83

Zimowa opowieść: dogonić szczęście

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Zimowa opowieść: dogonić szczęście

Poranek był mroźny, zza okna widać padający śnieg, patrzę na zegarek godzina 6.10. Dzisiaj ten wielki dzień, wigilia Bożego Narodzenia, a w moim życiu niewiele się zmienia, dzień jak każdy inny, samotność mi doskwiera, taki  los…

Tak niewiele mi do szczęścia teraz trzeba, podobno jaka wigilia taki cały przyszły rok.

Spoglądam na zawartość  portfelika mojego, najbardziej się mieni blask grosika, ach niewiele  posiadam tego majątku swego…

Rozgrzewam się gorącą kawą i wspomnieniami wracam do dobrych czasów, pierwsza myśl, która mnie nachodzi moja ulubiona bajka: Ekspres Polarny.

Mam pomysł. Kończę kawę, biegnę do szafy, szalik, czapka, ciepłe ubrania, notes,ołówek i na dworzec się udaję.

Los…, zdam się na los… niech los za mnie zdecyduje i święta mi zorganizuje…

Z daleka  słychać nadjeżdżający pociąg, gdzie kursuje? Jeszcze nie wiem, wsiadam i szukam konduktora, zapytuję o stację końcową i słyszę Wiedeń. Oh, to nie możliwe myślę sobie, koszta ogromne, muszę szybko wysiadać, konduktor mnie zatrzymuje  i informuje, spokojnie  i  w bardzo przystępnej cenie bilet świąteczny mi oferuje. Dodatkowo opowiada, w ilu miejscach pociąg się zatrzymuje i świąteczny posiłek oferuje. Zadaję sobie pytanie: co mam do stracenia? Kupuję bilet i siadam na miejscu…

Mijamy kolejne stacje, śnieg pada, a na rozkładanym stoliku gorąca czekolada w kubku się pojawia.

Stacja Kraków, wielu pasażerów, wszyscy obładowani, ktoś się do mnie dosiada.

Trzy osoby, starsza para i dziecko wszyscy z zatroskanymi minami w ciemnych, eleganckich ubraniach. Uprzejmie pytają, czy wolne. – Oczywiście- odpowiadam.

Dziecko pyta, kiedy będą w Bratysławie, starszy pan odpowiada – Jeszcze dwie stacje: Cieszyn i Ostrava.

Starsi państwo pytają, czy zerknąć na dziecko przez chwile mogę, muszą zakupić bilety, nie zdążyli przed odjazdem. W Krakowie byli na pogrzebie syna i synowej, którzy zginęli w wypadku samochodowym, odebrali wnuczka i teraz jadą do ich domu do Bratysławy. Oczywiście zgadzam się, dziecko spogląda w szybę, odwraca się i mówi do mnie. – Nie mam już mamy i taty…

– Pobawisz się ze mną kolejką? – pyta ściskając wagonik czerwony. – Tak- odpowiadam. Mija chwila, dziecko prosi, by poczytać mu bajkę. Zaczynam czytać książkę, którą dziecko mi podało„ Ekspres polarny”. Czy  to przypadek? Zadaję sobie w myślach pytanie. Wracają dziadkowie, dziecko śpi w fotelu. Pytają, jakim magicznym sposobem udało mi się je uśpić, wskazuję na bajkę. Dziadkowie zaczynają opowiadać, jaki mają trudny czas, obawiają się jutrzejszego świątecznego dnia, pytają nienachalnie, gdzie się wybieram. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że przed siebie, bo to moje kolejne samotnie spędzone Święta. Nie słyszę żadnych pytań dlaczego, widzę w ich oczach zamiast zdziwienia dużo zrozumienia. Zaczynamy rozmawiać o potrawach, tradycjach, polskich i słowackich, starszy pan na imię ma Vaclav jest Słowakiem z pochodzenia. Zagłusza nas dźwięk dzwonka, to przechadzająca się postać Św. Mikołaja, budzi nie tylko uśmiech na twarzach pasażerów, ale i dziecko śpiące  na przeciw mnie. Jest pierwsza gwiazdka na niebie. W tle Last Christmas  słychać, poczęstunek na stolikach się pojawia, życzenia: Pięknego Bożego Narodzenia. Wszyscy pasażerowie mają sobie coś do powiedzenia, dookoła się rozglądam: pan w kapeluszu, rodzina z milusińskim psiakiem, grono młodych ludzi z nartami, a naprzeciw mnie dziecko, które ma mi coś do powiedzenia. – Czy zostaniesz z nami na święta? – Zaskakujące pytanie, myślę sobie.  Dziadkowie się odzywają i namawiają – Jedno nakrycie puste pozostaje, gości się dzisiaj nie spodziewamy Ja tłumaczę, że mam powrotny bilet. Pan Vaclav na to – My też w drugi dzień świąt do Krakowa wracamy, takie mamy plany.

Nikomu nic nie podaruję, jednak  widząc minę dziecka wiem, że nikt ode mnie prezentów nie oczekuje, więc się decyduję.

Stacja Bratysława się zbliża, Pan Vaclav bagaże szykuje, a dziecko o imieniu Karol na krok mnie nie odstępuje.

Wysiadamy. Za plecami słyszę znajomy głos konduktora – Ta podróż wielu osobom święta uratuje.-

Ze stacji Bratysława do domu moich nowych znajomych się udaję.

Kamienica taka piękna na starówce, parter . – Choinki nie ma – słychać zrozpaczony głos Karola.

Pan Vaclav pocieszającym głosem -Nic się nie martw Karolku kochany, zaraz udamy się na rynek, tam obok bramy. Ciepło ubrani spacerem podążamy, stos choinek ukazuje się przed nami.

Wracając z choinką miasto pięknie oświetlone przemierzamy. Tu pieczone kasztany, tam słodkie obwarzanki, a nad wszystkim aromat gotowanej z cynamonem pomarańczy.

Czy to ilość słodkości, czy pełne oczu Karolka radości, czuję szczęście, że jestem w tym miejscu, w gości.

Śnieg nie przestaje padać, starsza pani na imię ma Joanna, w eleganckim wydaniu, ciepłym głosem  wskazuje mi miejsce przy stole, obok mnie siedzi Karolek.

Mimo smutku pan Vaclav mówi – Zjedzmy pomalutku, dzisiaj odpoczniemy, a jutro na śnieżki się przejdziemy. Uśmiech Karolka bezcenny.

Pan Vaclav do kominka mnie zaprasza, zdjęcia Bliskich wyjmuje, pokazuje i mówi – Nie wiem co teraz będzie z Karolkiem, mnie i żonie sił brakuje.

Pyta, czym na co dzień się zajmuję. Ja szczerze odpowiadam, że mam za sobą zły czas, ale teraz swoje życie kontroluję i mimo utraty Bliskich siły odzyskuję.

Uśmiech szczery  Pana Vaclava powoduje, że znaczenie konduktora słów do mnie jeszcze bardziej przemawia.

– To spotkanie, drogie dziecko, to nie przypadek, dobranoc.-  Tymi słowami pożegnał mnie pan Vaclav. Poranek wita mnie krajobrazem całkowicie pokryty białym puchem. Odwracam się w stronę drzwi, a tam Karolek przygląda się mi i mówi.- Zobacz co Mikołaj zostawił tobie w skarpecie, zobacz.- Zaglądam, a tam klucz i czekolada z karteczką „Serce rodziny i domu tego jest twoje, powtarzaj sobie: Jestem dobrym człowiekiem po przejściach, szczęścia się nie boję„. Myślę sobie, jak ta nieplanowana podróż mnie obdarowuje.

Nagle słychać -Śniadanie gotowe zapraszamy.

Schodzę, pan Vaclav  w czapce Świętego Mikołaja częstuje mnie kawą, jemy śniadanie, rozmawiamy, śmiejemy się  do południa. Karolek czeka z sankami i zniecierpliwiony oznajmia – Jestem już ciepło ubrany, czas na śnieżny marsz.

W świetle dnia  ciągnąc sanki po  białej Bratysławie, pani Joanna i pan Vaclav pokazują, opowiadają bez pośpiechu, spacerują. Zatrzymujemy się na gorące kakao, by nas w ten mroźny i śnieżny dzień rozgrzało. Po dniu na słowackim powietrzu  spędzonym wracamy, ogień w kominku rozpalony.

Z kuchni wychodzimy, by zjeść obiad wspólnie przygotowany, czas na podwieczorek, sernik krakowski, a na to wszystko jak to dziecko, reaguje znudzony czasem posiłku Karolek – Czy  obejrzymy film?

-Oczywiście – odpowiada pani Joanna. Zadowolony Karolek wskazuje nam miejsca na sofie, pan Vaclav zajmuje fotel, cisza w tle, na na ekranie „Ekspres Polarny” pojawia się.

Nie wiem, czy to jawa, czy to sen, ale moje marzenie o pięknych świętach spełnia się.

Drugi dzień Bożego Narodzenia, słyszę stukot do drzwi mojego gościnnego pokoju, domyślam się któż to może być. Nie, to nie Karolek. To pan Vaclav -Przepraszam, że tak skoro świt, czy możemy przy kawie porozmawiać? – mówi z uśmiechem, spoglądam na zegarek jest 9 rano. – Oczywiście. Schodzimy na dół, siadamy w kuchni pan Vaclav podając mi kubek kawy mówi – Dzisiaj muszę jechać z żoną do Krakowa na dwa dni, pozamykać sprawy syna i synowej, by dalej żyć. Karolek jeszcze śpi, jeśli nic ciebie nie goni, czy możesz zostać z nim? Bardzo ciebie o to proszę. Powrót  w tym czasie do Krakowa Karolka nie jest dobrym pomysłem, to dziecko powinno cieszyć się świętami. – Dobrze, jeśli to pomoże – odpowiadam. – Dziękuję, mów mi po imieniu – stwierdza wyraźnie uradowany Vaclav. Kolejne dwa dni upływają nam na spacerach, sankach i zabawie. 28 grudnia jest koło południa czekamy na dworcu z Karolkiem w Bratysławie, kolejka staje, Vaclav z żoną wysiada, wita się radośnie z nami, a za nimi znajomy konduktor szepcze – Święta uważam za uratowane. Wszystkie najcenniejsze prezenty rozdane.

Pozytywna

ŚWIĘTA W WIĘZIENIU…

Choinki z więzienia na Grochowie, fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Kolejny rok wyroku za mną… kolejne święta w tym miejscu… nie lubię świąt tutaj…brak zapachu świeżej choinki, smażonej ryby, wigilijnej kapusty, pierogów… tutaj  nawet śledź smakuje inaczej – ☹ gorzej…

W niektórych celach staramy się „wspólnymi siłami” organizować uroczyste chwile… stwarzamy „namiastkę” domu: przystrajamy odświętnie (bo obrusem, nie ceratą 😊) blat stołu😊 – czasem uda się nawet zdobyć sianko😊; robimy własnoręcznie imitacje choinek (w tym roku na topie makaronowe rękodzieła!) – jedynym minusem jest to, że nie pachną lasem☹; przyozdabiamy klapy i okna; z dostępnych w kantynie produktów robimy smaczne dania (co nie jest łatwe – uwierzcie😊). To ten weselszy aspekt świąt! Te przygotowania zajmują nam myśli… te o domu i najbliższych, te o popełnionych błędach i ich konsekwencjach, te o straconym czasie…

Ale są też cele, na których po prostu nie organizuje się nic – święta są traktowane jak taki dłuuuugi weekend – NUDA!!! Tam marzy się o tym, żeby jak najszybciej zleciały☹…

To czas wszechogarniającego smutku i tęsknoty za bliskimi, to czas wyciszenia i melancholii, to czas podsumowań i życzeń – czego sobie tutaj życzymy? Przeważnie zapominamy o zdrowiu! 😊 A mówimy o Spokoju i Wolności😊.

A Wam, na zewnątrz, ślemy życzenia:

Zdrowych i Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia

Cierpliwości (do Nas😊)

Umiejętności wybaczania

Miłości

Niech Wam i Nam się darzy😊!

Bella

Patrzonka

Taborety więzienne, fot. Małgorzata Brus


Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Moje pierwsze widzenie dwa dni po osadzeniu w A.Ś. Przyjechała mama z siostrą. Trudno było nam ze sobą rozmawiać, gdyż nie ukrywam, że ryczałyśmy. Było mi bardzo ciężko się z nimi rozstać po tej godzinie, która upłynęła w szybkim tempie. Mama robiła wyrzuty typu „A nie  mówiłam”, „po co z nim byłaś?” itp. Ciężko było tego słuchać, bo poniekąd miała rację. Ale cóż, czasu przecież się nie cofnie…

Chciałbym zobaczyć na widzeniu moje najdroższe skarby – dzieci oraz najukochańszą siostrzenicę – Nikolkę. Pragnę tego bardzo mocno, ale nie jest to fajne dla dzieci. Więc mimo tego, że strasznie tęsknię za nimi, nie chcę, aby mnie w tym miejscu odwiedzały.

Madlen

Jak dbam o siebie w więzieniu

Warsztat makijażu w więzieniu, fot. Justyna Domasłowska Szulc

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Na wolności każda kobieta od najmłodszych lat stara się być ładnie ubrana i w miarę swoich lat mieć makijaż. Myślenie, że za murami jest jakaś zmiana w naszym życiu, jest mylne: mamy więcej czasu i co prawda mniej możliwości, jesteśmy zadbane, z makijażem, choć warunki są trudne, mamy swoje zainteresowania, które odkrywamy od nowa.

Jak każda kobieta, lubię być zadbana. W takich warunkach, w jakich się znajdujemy, mamy na to sposoby.

  1. Przede wszystkim musimy zadbać o higienę osobistą i fizyczną.
  2. Środków zakupionych i dostępnych w kantynie używamy do poprawy naszego wyglądu.
  3. Robimy peelingi z kawy lub cukru po czym nakładamy dostępne kremy.
  4. Myjemy się jak możemy, układamy fryzurę.
  5. Najważniejsze jest myślenie pozytywne.

Beti

*

Na wszystko wpływa sytuacja materialna. Kosmetyki, które często oglądamy w reklamach, zazwyczaj dostępne są w kantynie więziennej, lecz „niedostępne” dla osób, które nie otrzymują pomocy z zewnątrz. Dbanie o siebie w tym miejscu to dość trudne wyzwanie, bo choć w zasięgu ręki mielibyśmy najlepsze kremy i balsamy, wpływa na nas stres i wszelkie inne zmartwienia, osoby palące w celi, jak i samo spożywanie przez nas nikotyny, etc. Uważam, że dbanie o siebie, to tak naprawdę dbanie o bliskich poza murami, bo gdy nie towarzyszy nam stres i mamy świadomość, że bliscy są zdrowi, sami się dzięki temu uśmiechamy i to nas czyni pięknym człowiekiem, po prostu.

Ewa

*

  • Staram się spożywać owoce i soki,
  • Używam kremu przeciwzmarszczkowego,
  • Przyjmuję prawie wszystkie dostępne witaminy w „kantynie”,
  • Ograniczam do minimum papierosy.

Ola

*

Zadbanie o siebie za murami uzależnione jest od kilku czynników. Po pierwsze – zależy od długości wyroku – czym jest on krótszy, tym jest to prostsze. Wszelkie uszczerbki na zdrowiu i wyglądzie zewnętrznym „zreperujemy” po wyjściu. Drugą sprawą jest sytuacja finansowa (w naszym wypadku – naszej rodziny). Osobiście „wybierając” się do więzienia zadbałam o zdrowe zęby, zrobiłam wszelkie badania – przy okazji wykryto u mnie chorobę serca i otrzymałam skierowanie na wszczepienie stymulatora serca. Niestety nie wyrobiłam się, a tu nie mogę liczyć na wsparcie „medyczne”. Jeśli chodzi o „kosmetologię” – nie mamy dużych możliwości. Kantyna nie oferuje nam dużego wyboru kosmetyków, a to, co jest, dla wielu jest zbyt drogie. Z wolności, niestety nie można ich otrzymywać. Z mojej perspektywy (rok i 2 miesiące pozbawienia wolności) nadrobię braki po wyjściu.

Rico

*

Dbam o siebie tak:

  • Mam lakier do paznokci od innej osadzonej.
  • Fusami od kawy robię raz na jakiś czas peeling.
  • Nakładam olej roślinny na całe ciało jak nie mam kremu, a nawet i czasem masło na buzie, aby skóra nie była sucha.
  • Olej również nakładam na końcówki włosów.
  • Kąpiel dwa razy w tygodniu pod prysznicem, a tak to w misce pod celą się myję każdego dnia.

Pati

*

  1. Higiena osobista – PODSTAWA
  2. Dieta – mimo tego miejsca – można!
  3. Spacery + gimnastyka
  4. Regularne (5 razy dziennie) spożywanie posiłków (nie podjadać pomiędzy, a pić wodę!)
  5. Picie, przynajmniej 2 litry dziennie wody
  6. Sen!

Ryba