Co jest w więzieniu najtrudniejsze?

 

 

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury.

 

W więzieniu nie radzę sobie z tęsknotą, przyjmowaniem poleceń, agresją, z godzinami korzystania z telefonu ustalanymi przez oddziałowe.

Najtrudniejsze są dla mnie transporty!

Przerzucanie z celi na celę!

Siedzenie pod celą mieszkalną z osobami niedbającymi o higieną osobistą!

Osadzenie na celi izolacyjnej i pozbawienie wszelkich przywilejów!

Kontrole celi mieszkalnej, w wyniku których powstaje bałagan.

Łobuzica

Dla mnie najtrudniejsze w więzieniu są:

– ciągła kontrola

– brak swobody

– ustalony plan dnia

– „niesłyszenie swoich myśli”

– uciążliwe współlokatorki

– brak częstego kontaktu z bliskimi (telefonicznego i osobistego)

– brak dostępu do nowinek technologicznych i literatury.

Najtrudniej poradzić sobie z ciągłą kontrolą, sprawdzaniem, uważaniem, co się mówi i do kogo. Nie można samodzielnie się poruszać po ZK, nawet odbywając karę na oddziale półotwartym. Wszystko trzeba robić na czas (pić, jeść, spać, jak Tamagochi). Nikogo nie obchodzi, czy mamy jakieś plany, zajęcia – ważny jest tylko rozkład dnia! Nie rozumiem też systemu przesadzek. Co one mają na celu??? Nie wiem i pewnie nigdy nie zrozumiem. Czasami czuję się jak stolik, który przestawiają z celi na celę lub z pawilonu do pawilonu. Uciążliwy jest również hałas i niektóre współlokatorki (choć trafiają się wyjątki). Paranoją jest, że „koleżanki” z oddziału zamkniętego, kiedy się mijamy na korytarzu, nie mogą się nawet do mnie odezwać, bo jet zakaz kontaktów.

I bądź tu mądry!

Bella

Gdzie zniknęła mama

1-mama

Powiedziała, że przyjdzie.

Uspokajam się, choć z marnym skutkiem. Kolejna kawa, którą piję, wcale nie pomaga. Wręcz przeciwnie, tak mi się trzęsą ręce, że chyba nie pomaluję tego oka tuszem. Wiem, że przed świętami każdy chce spotkać się z bliskimi, więc pewnie jest dużo ludzi. Myślę, co tu jeszcze zrobić, aby zająć sobie czymś czas. Już chyba wszystko mam gotowe.

Najważniejsza jest gwiazdka zrobiona na szydełku dla mojej córeczki. Cieszę się, kiedy na nią patrzę, bo oczami wyobraźni widzę, jak mała wiesza ją na choince. To drobiazg, ale marzę o tym, aby choć troszkę poczuła, jak bardzo ją kocham, jak bardzo pragnę być blisko niej.

W grudniu mijają 2 miesiące, jak siedzę w więzieniu i niestety nie możemy z mamą ustalić odpowiedniej wersji dla dziesięcioletniego dziecka – gdzie zniknęła mama?

Tyle czasu, a wersji jeszcze więcej – szpital, praca za granicą itp. Wszystko bez sensu, bo serce boli kiedy musisz kłamać. Z tego myślenia wyrywa mnie dzwonek domofonu. Cieszę się, to już w końcu przyszedł po mnie. Łapię w locie mundurek i lecę. Oddziałowa krzyczy za mną – no tak przecież procedury. Ja już o tym nie myślę, chcę jak najszybciej zobaczyć się z moją mamą. Krótki spacerek przez “dziedziniec” – ale brzydka pogoda, deszcz, wiatr. Jestem jej jeszcze bardziej wdzięczna za to, że mogę się z nią spotkać, przecież wcale nie musiała. Tak ją uściskam, wycałuję. Po drodze trenuję najładniejszy uśmiech, bo przecież nie mogę pokazać, jak bardzo zżarły mnie nerwy od czekania.

Wchodzę na salę widzeń i staję jak wryta, aż cofnęłam się o krok. Nie wiem jak wyglądała moja mina, ale ładny uśmiech to na pewno nie był. Poczułam strach i niedowierzanie. Ale tylko na chwilę. Ogromny głaz zaczął zsuwać się z mojego serca, kiedy w ramiona wpadła mi moja córeczka a za nią chłopak i mama uśmiechnięta od ucha do ucha. Co za niespodzianka! Jestem taka szczęśliwa. To najpiękniejszy prezent świąteczny, jaki kiedykolwiek w życiu otrzymałam – Rodzina!

Łucja powiedziała, że wie wszystko o mojej chorobie przez którą trafiłam do więzienia. Ta choroba to uzależnienie od narkotyków. Przez godzinę nie da się przegadać wszystkich tematów i pytań zadanych przez dziecko. Ta godzina mija tak szybko, jak by była tylko chwilą, mrugnięciem oka. Ale stała się dobrym początkiem!

Wracając do “domu” nie omijałam nawet kałuż, nie czułam wiatru na twarzy ani deszczu. Jestem tu, ale moja dusza ciągle jest tam.

W nocy długo nie mogłem zasnąć. Wracając myślami do mijającego dnia i analizując każde słowo, które zostało wypowiedziane podczas spotkania. Czuję ogromną ulgę, ale wiem też, że przede mną ogrom pracy. Moje dziecko wie o wszystkim, ale nie chcę, aby moja choroba i moje błędy zabrały beztroskę dzieciństwa, choć i tak jest już obarczona problemami, których inne dzieci nie doświadczają.

Ag.U

„Marzenia są po to, by je spełniać”

1-11-DSC_1073

Poniedziałek, chłodny dzionek, jak zwykle krzątamy się po naszym apartamencie, gdy nagle usłyszałyśmy domofon: „Dziewczyny, idziecie na spotkanie z Rozenkiem?”.

Tak naprawdę nie wiedziałyśmy co oddziałowa do nas powiedziała, dopiero przed wejściem na świetlicę „ja pierdzielę, Rozenek to ten z „Pytania na śniadanie, to ten ze Wspólnej”… „Dobra, otwieraj te drzwi i wchodź!”. Szok, a jeszcze parę dni temu widziałyśmy go w serialu. W telewizji wyglądał na większego sztywniaka, a tu proszę, ciepły uśmiech, miłe spojrzenie, wydaje się być sympatycznym człowiekiem.

Po rozdaniu autografów, usiadłyśmy wpatrzone w Jacka i słuchałyśmy tego, co ma nam do przekazania. Opowiadał, że zajmuje się coachingiem i że jest jednym z lepszych coachów w Polsce. Jednym słowem pomaga ludziom w dążeniu do celu. Fajny zawód, nawet nie zdawałyśmy sobie sprawy, jak to wygląda od zewnątrz i jakie duże pieniądze można na tym zarobić – ha, co sam nam oznajmił. Zaimponował nam swoją wszechstronnością i poczuciem humoru. Największe wrażenie zrobił fakt, że był zwykłym rozrabiaką z warszawskiej Pragi, a mimo to marzył i postawił sobie cele i do tej pory je realizuje.

„Marzenia są po to, by je spełniać” – wydaje się nam, że to był przekaz dla nas, osadzonych.

MIMO WSZYSTKO UDA SIĘ, MUSI SIĘ UDAĆ!

Dziękujemy Ci, Jacku!

Po części udało Ci się zarazić nas optymizmem, pozytywnością, a także wiarą w samą siebie.

Mamy nadzieję, że nas odwiedzisz jeszcze.

Zapraszamy w nasze skromne progi!

Miśka i Ania