Życie po pandemii

Rzeźba Ikaro Alato, Igor Mitoraj, Warszawa, Centrum Olimpijskie, fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Pandemia zakończona, upragnione słowa na które czekał cały świat, okrzyki radości i wielka ulga, wracamy do normalnego życia a jednak nasuwa się pytanie czy potrafimy żyć jak przed epidemią, czy „zło” nauczyło nas żyć inaczej?

Był czas przemyślenia, są też dobre strony wirusa, nie w pojęciu medycznym ale w życiu codziennym, dziś nikt nie patrzy tylko na siebie, nie goni za karierą a zaczynamy doceniać bliskość, mamy odczas odrobić z dziećmi lekcje, rozmawiamy nie telefonicznie, lecz osobiście odwiedzamy krewnych i era komputerów trochę wygasła. Jesteśmy pozytywnie nastawieni do całego świata, martwimy się o globalne ocieplenie, o smog, dbamy nie tylko o sobie ale o wszystko co nas otacza.

COVID-19 jak go inaczej określić nie językiem medycznym, ale prostymi słowami; morderca, kat, bo wymordował tyle istnień ludzkich, złodziej też pasuje – niewidzialnie kradł co mamy najcenniejsze.

Koniec epidemii cieszymy się bardzo, zaczynamy nowy rozdział w życiu bez zakazów kwarantanny, jednak pamiętamy że wyrwał nas z ułożonego życia, pozbawił pracy, szkoły i życia codziennego. Wirus postawił nas przed faktem dokonanym, zawładnął prawie całą ludzkością, był najeźdźcą XXI wieku.

Podobne epidemie miały w odległych czasach, np. Cholera czy Czarna Ospa.

Były też wojny podczas okupacji w bardzo trudnych warunkach, bez wody, prądu, żywności, leków i mediów, panował Tyfus, ludzie chorowali na gruźlice wiadomo, ile istnień ludzkich pochłonęły te wszystkie choroby, a teraźniejsze czasy pierwszy przykład to AIDS, Ptasia Grypa, Świńska Grypa i pom prostu grypa. Jak duży był wskaźnik umieralności wiemy wszyscy, a my nadal żyjemy, pokonaliśmy wszystkie przeciwności.

To wszystko mamy już za sobą, zgony, kwarantanny, puste miasta, brak kontaktów rodzinnych, koleżeńskich, i my patrzyliśmy przez okna na puste ulice, dużo można wymieniać.

Mamy już dziś, rano wstajemy, toaleta, śniadanie, szykujemy się do pracy, szkoły, odzyskaliśmy władze nad życiem. Na przystankach grupy ludzi czekających na autobus, uśmiechamy się do przedmiotów i cieszymy się bo tę wojnę wygraliśmy, wirus został pokonany.

W pracy i w szkole spotykamy starych znajomych, tych których lubimy lub mniej, ale cieszymy się że są wszyscy, możemy spotkać się, śmiać, kłócić bo jest tak jak dawniej.

Wracając do domu spotykamy mamy z dziećmi i jak miło naszych starszych mieszkańców, idą z pieskami na spacer do parku a ławeczki pełne są Pań które prowadzą gorące rozmowy i dzieciaki biegające po osiedlu, krzyczące jak zawsze.

Jakie to dziwne, być może wcześniej nam to przeszkadzało, a teraz cieszymy się że wszystko jest na miejscu. Pani sąsiadka, która oburzyła się na głośną muzykę w moim mieszkaniu, teraz uśmiecha się, pozdrawia mnie i moją rodzinę, to jest cudowne i mnie już piesek Pani z pod „8” nie brudzi na klatce, kupiłam mu kosteczkę.

Wieczorem młodzi wychodzą na upragnione spotkania do kilku kawiarni i tam gdzie wirus pozamykał drzwi, wtedy wprowadzono kwarantannę.

Nasze życie stopniowo wraca do normalności, bo tego chcemy, bo jesteśmy spragnieni, wirus to już przeszłość, jednak przykre doznania gdzieś w nas zostaną, zwłaszcza tym którym wirus odebrał najbliższych.

Reasumując KORONAWIRUS precz, nigdy więcej, ale mimo wszystko w jakimś stopniu sprawił że doceniliśmy to czego nam zabrakło w życiu codziennym, zaczęliśmy zwracać uwagę na drobiazgi które wcześniej gdzieś ulatywały albo nigdy jak sądziliśmy ich nie było; były i są te drobiazgi to całe nasze życie, dlatego cieszymy się że zagościły w naszym nowym życiu, tym lepszym życiu.

Wirus to „zło” które nauczyło być nas lepszym i zbliżyło nas do siebie, przypomniał jacy dla siebie jesteśmy ważni i jaki świat jest piękny.

H.S.

Normalność po Koronawirusie

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Na początku myślałyśmy, że powróci po 2-3 tygodniach – no, najlepiej po miesiącu. Potem dotarło do mnie, iż epidemia może potrwać nawet rok. Stoimy przede wszystkim przed wielką niewiadomą. Różni specjaliści serwują nam różnorakie prognozy, tak naprawdę nie wiemy, jak rozwinie się sytuacja, ile będzie ofiar śmiertelnych. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że kiedykolwiek zetknę się z zarazą na taką skalę. Wiadomości pokazują sceny niczym z katastroficznych filmów z „epidemią” w tytule; aż trudno uświadomić sobie, że to rzeczywistość.

Oczywiście, boje się. Mniej o siebie, bo tu za kratami odbywamy de facto rodzaj kwarantanny. Bardziej o męża, który na zewnątrz musi chodzić do pracy, by mieć środki do życia. Może wszystko przejdzie ulgowo i się nie zarazimy, może nie powtórzy się u nas scenariusz włoski. Może… a jeśli jednak?

Rodzi się pytanie, czy w krytycznej sytuacji my, więźniowie będziemy leczeni czy spisani na straty? Tak, myślę o tym. O śmierci, nie chcę umierać, nie chcę żeby inni umierali.

Nie potrafię się nie przejmować w obliczu ogólnoświatowej pandemii, która może (choć nie musi) przybrać rozmiary czternastowiecznej Czarnej Śmierci. Wtedy Dżuma zabiła więcej niż połowę populacji Europy. Wydawało by się iż w XXI w. coś takiego nie powinno się wydarzyć. Nie mniej, jak się okazuje, wciąż nie dysponujemy stuprocentową skuteczną obroną przed epidemią, a nasz technologiczny postęp nie uczynił z nas Bogów.

Normalność naturalnie powróci, zawsze w końcu powraca. Mogę tylko żywić nadzieję, że będzie naznaczona jak najmniejszą ilością mogił i nieobciążona trwałym dziedzictwem strachu. Nie chciałabym, aby w skutek lęku ludzie zaczęli żyć bardziej wirtualnie niż realnie, obawiać się bezpośredniego kontaktu z buźkami.

Człowiek to nie zbiór zer i jedynek. Pomimo okoliczności powinniśmy walczyć o to, by nasza przyszłość nie uległa dehumanizacji. Abyśmy wyszli z tego ciężkiego okresu bardziej skonsolidowani, solidarni i życzliwi dla siebie nawzajem. Na taką nową normalność liczę.

Pozdrawiam wszystkich. Obyście byli bezpieczni! Tych, którzy wierzą w Boga, proszę o modlitwę w intencji wszystkich zarażonych wirusem.

ZOŚKA

Bajka o życiu

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Z dedykacją dla Diablicy od Markosi

Na imię mam ,,Życie”. Chcę napisać bajkę. Bajkę o Kopciuszku, który spotyka swojego księcia; o śpiącej królewnie, którą prześladuje zła królowa Matka; o kocie w butach, który przemierza siedmiomilowymi butami świat; o Kubusiu Puchatku, który jest wspaniałym przyjacielem i łasuchem. Lecz niestety wszystkie bajki zostały już napisane. A świat, który sobie stworzyłam, to nie była bajka. Byłam Kopciuszkiem, ale nie miałam księcia, a zła królowa Matka jest przy mnie do dzisiejszego dnia. Przez świat kroczyłam milowymi susami nie zastanawiając się co i kogo mijam bezpowrotnie. Nie miałam pojęcia o przyjaźni.

Ale ja byłam łasuchem, łasuchem na życie. Czerpałam dar życia bez żadnej odpowiedzialności, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Doprowadziłam tym samym do powolnego zrujnowania siebie. Mój świat zwężał się. Coraz mniej było miejsc, do których mogłam uciec; coraz mniej ludzi, którzy mnie akceptowali. I pewnego pięknego wiosennego dnia wszystko się skończyło. Znalazłam się w zamku bez drzwi, który ogrodzony był wielkim murem, wokół którego płynęła rzeka. Nie wolno było opuścić go samowolnie. Jedynie królowa Temida wydawała pozwolenie na wyjście z zamczyska. Znajdowały się w nim osoby podobne do mnie – osoby, które zgubił apetyt na życie. Nie chciałam przebywać w tym zamku. Chciałam umrzeć, ale moje ukochane dzieci powstrzymały mnie przed śmiercią. I tak mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem, a ja nadal żyłam i patrzyłam na świat przez zakratowane okno, śniąc o swojej własnej bajce. Czekałam.

W końcu upragniony dzień nadejdzie i dla mnie, wierzę w to … Pewnego grudniowego dnia, kiedy ptaki nad zamkiem fruwały wysoko, zaczęłam pisać swoją upragnioną bajkę. I tak w zamku pojawiła się dobra wróżka i obdarzyła mnie przyjaźnią, ów przyjaźń zaczęła przywracać mnie do życia, akceptując mnie taką jaką jestem, dając wiarę, że jestem wartościowa. Jak w bajce o Kopciuszku, tak i tu dobra wróżka za pomocą swojej przyjaźni  Kopciuszka zaczęła zmieniać w królewnę. Świat był lepszy, dalej przemierzałam go milowymi krokami, ale już zatrzymywałam się i podziwiałam cuda, które świat miał mi do zaoferowania. Poznałam smak przyjaźni, a mój przyjaciel – mały Temida – popędził za siedem gór i za siedem rzek złą królową Matkę.  Mój królewicz już pędzi do mnie na swym białym rumaku, w złotej zbroi, abyśmy mogli spędzić razem życie w miłości i szczęściu.

To jest moja bajka, którą napisało moje życie. Jak z każdej bajki, tak i z tej wypływa morał:

Choćby życie człowieka było najnędzniejsze, nie powinno się od niego stronić, ani ciskać na niego siarczystych przekleństw. Jest ono i tak lepsze od samego człowieka. Trzeba kochać swoje życie niezależnie od jego nędzy. Nawet w zamku bez drzwi można przeżyć miłe chwile, wzruszające i wspaniałe. Znaleźć przyjaźń i przewartościować się na nowo. Można w tym zamku tworzyć swoją bajkę z dobrym zakończeniem…. POWODZENIA!

Markosia

HISTORIA MOJEJ MIŁOŚCI

Rys. Lui, fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Październik 2018…

Siedzę w moim ulubionym fotelu… lubię mój dom, moje psy, mojego męża – coraz mniej lubię, bo nie mam na to siły. Oddalam się od niego coraz bardziej. Coraz bardziej zatapiam się w swoim świecie. Coraz mniej mam do powiedzenia jemu… i wszystkim wokół. Słyszę dźwięk otwieranych drzwi… przyszedł!

– Cześć co robisz? – podchodzi do mnie, żeby mnie pocałować.

Odsuwam się. On zastyga. Przykro mu… mi też jest przykro, ale udaję, że tego nie ma we mnie.

– Nie martw się… będzie dobrze. Góra po 8 miesiącach wyjdziesz. Będę czekał – tłumaczy cierpliwie mój mąż.

– Nie martwię się. Dam radę – nie chcę tłumaczyć, że się boję, że jestem przerażona, bo nie wiem co będzie za murem.

Wiem, że on też boi się. Wiem, że jesteśmy „nierozerwalną całością”…

Co on zrobi beze mnie? Jak sobie poradzi? Jego odejście ode mnie i ewentualna zdrada to najmniejszy problem… Przytulam się do niego… „żebyś ty tylko wiedział, jak ja bardzo kocham ciebie”… – myślę, ale nie mówię tego głośno: pełna obaw, że ta „nierozerwalna całość” rozsypie się na kawałki.

Październik 2019…

Dwunasty miesiąc odsiadki. Nie wyszłam po 8 m-cach. Wyjdę w marcu 2021 r. Ile razy widziałam się z moim mężem przez te miesiące?

24 razy – czyli spędziliśmy ze sobą dzień, bo widzenie trwa godzinę. Nie potrafię okazać miłości, tęsknoty, uczuć… za dużo jest osób wokół. Jestem zdenerwowana już od momentu wejścia na „widzeniówkę” przez świadomość, że za chwilę z niej będę musiała wracać z powrotem do celi. Czasami płaczę – czasami czyli zawsze… Za dużo we mnie emocji, często krzyczę na niego i mam pretensję – facet nie radzi sobie…

Czeka na mnie, ale myślę, że to za mało. Nie wiem co powinien robić albo zrobić, ale chcę więcej. Chcę poczuć jego miłość…ale  postawiłam mur. W murze pojawiają się pęknięcia – ale do końca nie wiem, czy to pęknięcie w nim, czy w „nierozerwalnej całości”.

Wiem, że to jemu jest gorzej: ale tak bardzo muszę być tutaj egoistką i nie chcę o tym myśleć, bo może nie przeżyłabym tego.., rozpadając się na kawałki.

Z WIELKĄ MIŁOŚCIĄ DLA MOJEGO MĘŻA …

Pani Em

Moje marzenie: randka z miastem

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Popołudniowa kawę chciałoby się wypić na zalanym słońcem tarasie w towarzystwie ukochanej osoby, ale nie tym razem. Jestem sama! Ponure chmury i zimny lutowy deszcz kierują raczej w stronę miękkiego fotela. Chwila relaksu? Klimatycznie wyglądająca kawiarnia kolorowe poduszki i mnóstwo książek wyłania się z wystawy, promocyjna reklama kusi filiżanką cappuccino , zapach mocno palonych ziaren i nuta aromatycznej orzechowej pianki rozgrzewa mnie. Na stoliku przewodnik pt. ”Kocham moje miasto” . Otwieram i ledwo zagłębiam się w lekturę… moje miasto wiele oferuje. Nagle podchodzi do mnie miły chłopak z obsługi i zaprasza bym dołączyła do warsztatów, które właśnie trwają o tematyce kultury picia kawy w Portugalii delikatnie obracając mój fotel o 180 stopni. Na telebimie palmy, w tle fado i kojący głos prowadzącego warsztaty . Sięgając po kolejny łyk kremowej kawy wsłuchuje się… -Jakby to było wczoraj – stolik pod markizą w jednej z lizbońskich kawiarni, gwar ulicy i upragniona kawa po całym dniu zwiedzania. Bez względu na sposób podania kawa w Portugalii smakuje wyjątkowo bo unikalne serwowane są tam mieszanki gatunków. Zacznijmy od obrzędu picia kawy, którego początki sięgają imperium kolonialnego odkrycia Brazylii, skąd do dzisiaj przypływają ziarna arabiki. Mieszanka tych gatunków sprawia, że portugalska kawa ma intensywny, głęboki esencjonalny smak. Nie poznał ten Portugalii kto nie wypił w niej kawy i nie wystarczy wpaść na małą czarną, trzeba sobie zarezerwować czas jak na wizytę w muzeum czy w galerii bo picie kawy to część tamtejszej kultury. Na „cafezinho” czyli na kawusię Portugalczycy przychodzą rano i w porze obiadu, czytają gazety, rozmawiają z przyjaciółmi, delektują się wyjątkowymi ciasteczkami. Wizyty w kawiarni przeciągają się godzinami, nikt nie przyśpiesza tego ceremoniału. W licznych lokalach robi się tłoczno szczególnie wieczorem, a wtedy można wsłuchać się w dźwięki fado, pieśni portowej, która narodziła si wśród żeglarzy w XIX wieku, a obecnie jest wpisana na listę  dziedzictwa kulturowego UNESCO. Mimo, iż  Portugalczycy są ludźmi pogodnymi, otwartymi, chętnymi do pomocy i nawiązywania nowych znajomości fado odsłania ich melancholijny charakter. Tęskne pieśni płynące prosto z serca opowiadające o przeznaczeniu i bezwzględnym losie są jak portugalska kawa nie lekka łatwa i przyjemna, a mocna z charakterem, trochę mroczna i bardzo intensywna. Dopijając cappuccino, zerkam w stronę mokrego od zimnego deszczu ze śniegiem okna kawiarni i zaczynam czuć rozżalenie na myśl że czas opuścić wygodny fotel i tą wyjątkową atmosferę. Moje zamyślenie przerywa chłopak z obsługi stawiając na moim stoliku kolejną filiżankę cappuccino pachnie inaczej, egzotycznie. -Proszę z nami zostać zaraz zacznie się wernisaż, a po nim pokaz fado. Te słowa wywołały uśmiech na mojej twarzy, którego bym się nie spodziewała  w dniu dzisiejszym 14 lutego. W kawiarni dalej snuje się bogata historia Portugalii, której ślady widać we wnętrzach, właściciel pochodzi z tego kraju wszechobecne charakterystyczne lustra, obrazy portugalskich malarzy i posąg poety Fernanda Pessoi ustanowiony przed wejściem przypominają, że właśnie tu przy filiżance kawy można się spotkać, podyskutować i inspirować. Już nastał wieczór, a Ja chłonę tę niezwykłą atmosferę siedząc przy stoliku i obserwując magię miejsca. Nagle nastrojowe światła tracą na mocy, pojawiają się świece muzyka nabiera mocy, wysoki przystojny mężczyzna podaję mi dłoń i z charakterystycznym w głosie akcentem litery rrrr sięga po moją dłoń zapraszając  do tańca.

Zaskoczona  sytuacją podaje swoją dłoń i w rytmie fado dziękuje samej sobie za moją miłość do kawy. Czuje, że jest odwzajemniona. Chwilo trwaj… Po powrocie do domu radość nie znika z mojej twarzy, moja niespodziewana randka z miastem była bardzo udana. Po kąpieli tule się do poduszki i nagle słyszę dźwięk smsa, a w treści – Dziękuje za taniec. Wszystkiego najlepszego z okazji Walentynek! Może dasz się zaprosić kiedyś  na cappuccino? Hmm… Dzień wczorajszy jest przeszłością, dzisiejszy darem, a jutrzejszy wielka niewiadomą. Odpisuje – Wzajemnie! Może tak… (symbol ikona uśmiech)

Nigdy bym nie przypuszczała, że „randka z miastem” przyniesie  mi tyle radości,  i być może początek interesującej  znajomości.

Pozytywna

Czas

W celi, fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Chciałabym dziś poruszyć temat czasu. Będę pisała w liczbie pojedynczej, bo to mój osobisty pogląd, pewnie dużo dziewczyn ma odmienny. Myślę, że nie doceniamy czasu, na pewno ja tego nie robiłam. Wydawało mi się, że kiedy będzie trzeba stanie w miejscu , a ja będę się nim cieszyć wiecznie. Dopiero od niedawna uświadamiam sobie, że Go zawiodłam. Szastałam nim jakby był nieskończony. Marnowałam na głupoty, ulatywał mi przez palce. Nie chciałabym Go cofnąć, bo może nigdy nie doszłabym do tego momentu, w który jestem obecnie. Wiadomo, że nie chodzi mi o miejsce, bo nic w nim ciekawego, lecz przez to wiem kim jestem.

Czas spędzony w izolacji może być czasem straconym i tak było ze mną tzn. nic NIE BYŁO.  Zatrzymałam się w NIM, ale ON we mnie nie. Nastąpiła chwila, która to odmieniła. Postanowiłam się zmienić, pokochać samą siebie ( a myślałam, że bardziej się nie da ), nie udawało się. Nadal było we mnie coś nieszczęśliwego i co ?, zmieniłam sposób działania. Prócz sobie postanowiłam  POKOCHAĆ innych. I stało się coś czego nie umiem sobie wytłumaczyć, nawet tłumaczenia nie potrzebuje, stałam się dobra dla innych i nie na siłę i wbrew sobie. Zaczęłam słuchać i starać się rozumieć to, że różnią się ode mnie nie oznacza, że są gorsi.

OK wszystko fajnie, pięknie ale ….. Czuję, że nie marnuję tego bardzo cennego CZASU, chcę z niego czerpać. Otworzyłam swój umysł , wcześniej chciałam coś ze sobą robić, rozpocząć dalszą edukację , nauczyć się języków- tylko tak korzystać z tego CZASU , w tym miejscu. Brak możliwości był dla mnie wymówką…

Teraz wykorzystuje ten czas na zmianę duchową i czuję , że GO nie tracę. Ludzie są wspaniali i cholernie ciekawi, nie biorę z nich przykładu, bo często się z nimi nie zgadzam lecz nie potępiam.

Pragnę by każdy z NAS choć przez chwilę pomyślał nad tym co może dobrego dla siebie zrobić w tych warunkach. Wiem, że mało kto wierzy w moją duchową przemianę , kiedyś by mnie to złościło , teraz nie, bo tą zmianę przechodzę dla samej siebie nie dla innych. Święta nie jestem i pewnie nie będę. Przykro mi gdy ludzie działają przeciwko sobie co bardziej ich zżera niż przeciwnika. Może i dobro nie zawsze zwycięża, ale fajnie, że jest…

Rakieta

Jestem ciągłą podróżniczką

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Mam problem z pisaniem o sobie…

W ogóle mam problem z uzewnętrznianiem emocji. Nie wierzę światu, tzn. może nie całemu, a więc tak naprawdę tylko sobie.

Jaka jestem? Na pewno bardzo krytyczna i samokrytyczna, jestem perfekcjonistką (przynajmniej zawodowo) i perfekcjonizm, maksymalizm mnie zjada.

Perfekcjonistka? – a co robię w więzieniu?

Chyba za szybko biegłam, przeskakiwałam stopnie, których nie powinnam pominąć – znów zawodowo.

A osobiście? Właśnie pomijam jeden  z najcenniejszych motywów mojego życia…

Ale tak naprawdę jestem Anią z Zielonego Wzgórza, Zosią Samosią, kocham aktywność, przyrodę, psy i podróże. Wiatr i morze! Nie potrafię usiedzieć w jednym miejscu, biegnę, ciągle biegnę i ciągle mi mało wrażeń!

Kocham np. zdrowo i pięknie żyć, poznawać nowe kultury, języki, ludzi. Mentalnie jestem kobietą świata – bardzo wielokulturalną i interdyscyplinarną. Kocham sztukę, głównie użytkową. Jestem z nią związana zawodowo, choć nie do końca… Po prostu lubię pracować w branży twórczej, kreatywnej, funkcjonalnej dla człowieka – choć sama nie jestem artystą – przynajmniej zawodowo.

Czegoś ciągle brakowało mi do spełnienia… teraz mam czas, żeby szukać wszystkich odpowiedzi na dręczące pytania.

Ciągle nie wiem, kiedy się zgubiłam, ale wiem, że muszę do tego dotrzeć. Jeśli ja jestem płynącą  w nieznane wartką wodą, to moja rodzina jest ostoją, skałą – ziemią…Jestem ciągłą podróżniczką.

Pozytywna

Czym jest miłość – wielogłos walentynkowy

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

♦♦♦

Miłość jest wszystkim.

Miłość do dzieci, do ukochanego,

daje mi siłę do życia.

Człowiek kochający i kochany,

to człowiek szczęśliwy.

Życie bez miłości nie ma sensu.

Doris

♦♦♦

Nie chcę na ten temat pisać.

Miłość to bezgraniczne oddanie

dla drugiego człowieka.

Miłością mego życia jest mój ukochany synuś.

To dzięki jego miłości wiem, że nie mogę się poddać.

Myślę, że jestem prawdziwą szczęściarą dzięki mojemu dziecku.

Sisi

♦♦♦

Miłość to: patrzenie w tym samym kierunku, strzelanie do tej samej „bramki”.

To wdech i wydech tego samego organizmu.

Uczucie oczekiwane i niedoceniane.

Spotykane, a nie rozdawane.

Można kochać i być uśmiechniętym.

Ale do szczęścia jest potrzebna ta druga osoba.

Dużo miłości dla wszystkich! A ja na swoją poczekam.

Pełnoletnia

♦♦♦

PS.

„W miłości chcesz, by ci wierzono,

w przyjaźni – by rozumiano”,

a ja pragnęłabym jednego i drugiego.

Chciałabym być komuś potrzebna

i chciałabym móc powiedzieć do kogoś „potrzebuję cię”.

Póki co, jestem wdzięczna za miłość rodziny

i znajomych. Dzięki niej (i im) jeszcze coś mi się chce robić,

nie czuję się taka sama.

Miłość przede wszystkim kojarzy mi się z dobrem, szacunkiem i zaufaniem,

bezpieczeństwem otrzymywanym od swojej drugiej połówki.

Ola

♦♦♦

Kiedyś powiedziałam mojemu dorosłemu już synowi przez telefon (bo był smutny):

„synu, jak masz dziś jakiś problem, chociażby z miłością, to powiedz, ja ci doradzę”.

Syn na to: „chyba oszalałaś, przecież nie stworzyłaś żadnego normalnego związku!”.

Zatkało mnie.  To fakt, przyznałam. Czym jest miłość? Na pewno nie ma jednej definicji. To wiem na 100%.

Jest to coś takiego, czego nie sposób dla mnie doświadczyć. Łatwiej jest doświadczyć porozumienia w parze lub uniesienia erotycznego. Co i tak jet rzadkością.

Ale to chyba szacunek, oddanie, akceptacja, pożądanie, tęsknota, bicie serca, choroba psychiczna pewnego rodzaju. Też pewna doza zaborczości, bezsenność, niepewność, skowronki, motyle, opiekuńczość, wybaczanie, świat w różowych okularach. No i gdy to mija, muszą zostać: to że ktoś będzie cię pocieszał w razie choroby, to że będziecie mieli o czym rozmawiać, to że będziecie mieli co ze sobą robić i że nie będziecie sobą znudzeni.

Renatofon

♦♦♦

Miłość to pragnienie bycia przy drugim człowieku. To poświęcanie siebie w imię jego dobra. To wierność i lojalność bez względu na okoliczności. To zrozumienie bez słów i odpowiadanie na czyjeś najgłębsze potrzeby. Miłość to wybaczenia. To wyrzeczenie się wszelkiego egoizmu. Jeśli jest to konieczne, to również pozwolenie kochanej osobie na podążanie własną drogą, odrębną od mojej, chociaż sprawia mi to ból. Miłość to bliskość lecz i szacunek dla autonomii drugiej osoby. To poczucie jedności bez tłamszenia. To najwyższy wyraz bycia człowiekiem.

Najwspanialszą definicję miłości zawarł św. Paweł w swoim hymnie. Chętnych odsyłam do Biblii – moim zdaniem nie pożałujecie.

Zośka

Życie jest piękne

Sebastian Grzywacz i Małgorzata Szumowska, fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

W czwartek 23.01.2020 r. w ramach spotkań organizowanych przez FUNDACJĘ DOM KULTURY odbyły się zajęcia, na których zaszczycił nas swoją obecnością (myślę, że zaszczycił w tym tekście nie jest absolutnie przesadą ) SEBASTIAN – osoba niewidoma, której towarzyszyła koleżanka Gosia i nie sposób nie wspomnieć o jego psim przyjacielu – przewodniku, przekochanym i przemądrym Rollku chesapeake bay retiver.

Rollek, fot. Małgorzata Brus

Ponieważ jestem osobą z natury sceptyczną, pomyślałam, że będzie to kolejna opowieść z cyklu smutnych opowieści. Nic bardziej mylnego. Po kilku zdaniach zaczęłam chłonąć to, co mówił Sebastian, jak gąbka, a spotkanie z nim wywołało we mnie olbrzymią refleksję na tematy życiowe.

Sebastian stracił wzrok w wyniku wypadku komunikacyjnego. Z jego historii wynika, że jeśli się tylko chce i spotyka odpowiednich ludzi na swojej drodze, wszystko jest możliwe. Wcześniej nie przypuszczałam, że tak mało wiem o osobach niepełnosprawnych. Często bywa, ze nie widzimy nic poza czubkiem własnego nosa. A może nie chcemy zauważać? Jeśli już zauważymy, to, co się dzieje? Chcemy pomóc. Nasze pomysły, jak wytłumaczył nam Sebastian,  są zwykle nawet gorsze jak kiepskie.

Część z nas miała możliwość dzięki opaskom, w które zaopatrzył nas Sebastian, przekonać się, jak to jest, gdy się nic nie widzi. Kiedy obserwowałam to ćwiczenie z boku, widziałam jak trudne to jest, gdy trzeba zaufać osobie z pary, aby w ogóle móc się poruszać.

Spróbuj czytając to zrobić pewną wizualizacje. Stoisz przez przejściem dla pieszych,jest olbrzymi ruch. Na krawężniku stoi osoba niewidoma poznajesz po białej lasce w ręce. Co robisz? Jeśli posiadasz w sobie choć mały odruch troski o innych, podchodzisz do tej osoby i… co mówisz? Tu czas na zastanowienie. W tym momencie przyznaję, jaką ja jestem kretynką, gdyż ja bym powiedziała: proszę chwycić mnie za rękę pomogę Pani/ Panu przejść przez jezdnię. Wydawałby się to super pomysł, ale do cholery,  skąd osoba niewidoma może wiedzieć, gdzie jest moja dłoń?

Sebastian objaśnił nam, że czasem nasza pomoc jest zupełnie niepotrzebna, bo można tym wyrządzić więcej szkody jak pożytku. A komunikaty powinny być bardziej jasne.

Innym ćwiczeniem była próba czytania z książek dla niewidomych, które przyniósł nasz Gość. Okazało  się to potwornie trudnym zadaniem – dla mnie niewykonalnym. Sebastian opowiadał  również o tym, że osoba niewidoma wcale nie musi być wykluczona choćby nawet z korzystania z mediów społecznościowych. Pewnie w tym momencie myślicie niby jak? Ja osobiście patrzyłam z niedowierzaniem. Do momentu, kiedy masz pozytywny Gość nie wyjął telefonu i nam tego nie zademonstrował. Telefon wydawał komunikaty i objaśniał oraz opisywał zdjęcia z portalu. Przyznam, że tych komunikatów nie rozumiałam, jednak osoby niewidome mają bardziej rozwinięte inne zmysły, słuch czy dotyk.

Tygrys, fot. Małgorzata Brus

Sebastian to osoba bardzo pozytywna, ciepła, na pewno uparta w dążeniu do stawianych sobie celi, niewątpliwie odważna, komunikatywna, która bez dwóch zdań się nie poddała i dążyła do tego, aby jej życie po wypadku było jak najbardziej komfortowe.

Sebastian prowadzi dla wojska warsztaty sensoryczne i udziela się w środowisku osób niepełnosprawnych. Zapewne w funkcjonowaniu pomaga Sebastianowi jego pies- przewodnik, który zna tak wiele komend, że moja głowa tego nie ogarnia (dla przykładu: bankomat, winda, drzwi … ).

Pięknie dziękuje Tobie – Sebastianie, że zdecydowałeś się nas odwiedzić i mam nadzieję, że do następnego 🙂  

Blondii

Czy warto pomagać złym ludziom cz.6

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Warto byłoby się zastanowić nad tym kto jest złym człowiekiem? Pewnie pytając dziesięciu osób, kto jest złym człowiekiem, każda z nich udzieliłaby zupełnie innej odpowiedzi. Pewnie znalazłyby się nawet takie, które szalenie zaskoczyłyby nas. Dla jednych złym człowiekiem okazałby się egoista, dla kolejnych człowiek krzywdzący zwierzęta, kolejno tyran, zabójca. Myślę, że to stwierdzenie rozbijając na różne rzeczy zależy od wielu czynników.  Przede wszystkim od tego w jakim kanonie moralnym i etycznym żyjemy. Dla mnie osobiście złych ludzi nie ma. Uważam, że w każdym z nas są jednak pokłady dobra. Czasem jedna sytuacja w życiu sprawia, że społeczeństwo klasyfikuje człowieka mając na uwadze tylko tę jedną konkretną, sytuację. A sądzę, że to bardzo niesprawiedliwe.

Gorzuleczka 🙂