ŻYCZENIA

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

ŻYCZYMY WSZYSTKIM, ABY ŚWIĘTA WIELKANOCNE PRZYNIOSŁY RADOŚĆ ORAZ WZAJEMNĄ ŻYCZLIWOŚĆ. BY STAŁY SIĘ ŹRÓDŁEM WZMOCNIENIA DUCHA. NIECH ZMARWTYCHWSTANIE RÓWNIE NIESIE ODRODZENIE, NAPEŁNI WAS POKOJEM I WIARĄ, NIECH DA SIŁĘ W POKONYWANIU TRUDNOŚCI I POZWOLI Z UFNOŚCIĄ PATRZEĆ W PRZYSZŁOŚĆ

NIECH BLASK ŚWIĄT WIELKANOCNYCH ROZPRASZA CIENIE, CODZIENNYCH TROSK I TRUDÓW A WNIESIE RADOŚĆ, POKÓJ I NADZIEJĘ.

H.S.



Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”



Wielkanoc w więzieniu

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Więzienna ciekawostka o tym jak przygotować w celi świąteczne potrawy. Zobacz >>Cela kulinarna

MÓWI ZAJĄC DO BARANKA

JAKA PIĘKNA TO PISANKA!

WTEM Z JAJECZKA WYSZŁA KURA

NASTROSZYŁA SWOJE PIÓRA

BIEGA, GŁOŚNO KRZYCZY

ŻE SPOKOJNYCH ŚWIĄT WAM ŻYCZY!

Na pewno już zapomniałam co to są rodzinne święta. Już przed aresztowaniem nie spędzałam ich z obojgiem rodziców, ale ciągle w głowie dla mnie święta, to rodzina, stół, atmosfera. Tyle lat po tej stronie, a dla mnie święta to czas spędzony z bliskimi – a co najmniej z życzliwymi ludźmi wokół. Tutaj ten dzień każda próbuje jak najspokojniej przetrwać, ale mało ucieka od świadomości Zmartwychwstania Pańskiego.

Wielkanoc dziewczyny organizują indywidualnie, szykują je tylko we własnych celach, a te które mają możliwość przemieszczania się – idą do celi gdzie mają np. znajomą. To czas, że chce się być blisko z kimś, kogo się lubi. Wtedy wilgotnieją oczy podczas rozmów telefonicznych i chyba nie czekoladowe jajko jest wtedy ważne, tylko życzliwy człowiek.

Zmartwychwstanie niesie odrodzenie, daję siłę w pokonywaniu trudności – to się liczy!

Nieistotne, gdzie się wtedy jest, przy kim bądź bez kogo, po coś to się wszystko dokonało.

Patrzmy z ufnością w przyszłość – tego życzę każdemu z Was, mojej całej rodzinie, Fundacji Dom Kultury i samej sobie.

Tym bardziej teraz nie cieszymy się tym co za oknem, ale tym – z kim w domu.

Zdrówka i nadziei!

Pozdrowienia

PEŁNOLETNIA

Z OKAZJI ŚWIĄT WIELKANOCNYCH, ŻYCZĘ WAM (OSADZONYM), MOIM DZIECIOM, FUNDACJI,

PRZEDE WSZYSTKIM – ZDROWIA, SPOKOJU I MIŁOŚCI!

MARKOSIA



Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”



Wielkanocne tradycje Eveline

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Palmy blogerek, fot. Sara Prekurat

„…WIELKANOC, WIELKANOC, WIELKANOC

NO I BABKI ZACZĘŁY SIĘ BUDZIĆ

NA WIELKANOCNYCH OBRUSACH

LUDZIE SZLI Z KWIATEM DO LUDZI

JAK DO POETÓW MUZA…”

K.J.G; Wróble Wielkanocne

Wiosenny cykl świąteczny zaczyna się od Środy Popielcowej i trwa do Zielonych Świątek. Niedziela Wielkanocna przypada na pierwszą niedzielę po pełni Księżyca, po wiosennej równonocy.

W Wielki Czwartek i Piątek przygotowywano świąteczne przysmaki. Nasze babcie miały wszystko pod kontrolą. To właśnie w te dni piekły bułki, kołacze, baby, gotowano barszcze białe – żury na zakwasie. Każdy wiedział co ma robić. W Wielki Piątek babcie gotowały dla nas jajka na twardo w cebuli aby miały ładne kolory do robienia pisanek. Każdy się starał jak mógł aby pisanki były piękne – wyjątkowe. Jajko to symbol życia i siły – było i jest najważniejszym atrybutem świąt Wielkanocnych.

Według staropolskiej tradycji potraw w koszyku powinno być siedem, bo siódemka jest znana jako liczba święta i symbol doskonałości, z nią łączy się pojęcie pełni.

Śniadanie wielkanocne ma wszędzie charakter uroczystego i obfitego posiłku. Po czterdziestodniowym poście, czas spełnienia się marzeń o pełnym brzuchu.

Śniadanie zaczyna się od święconego, czyli darów bożych poświęconych przez Kapłana w Wielką Środę. Z koszyka ze święconką matka obiera jajko lub więcej i dzieli je na talerzyku na tyle cząstek ilu jest domowników. Przekazuje talerzyk ojcu który rozpoczyna składanie życzeń dzieląc się z każdym poświęconym jajkiem. Każdy między sobą składa sobie życzenia i zaczynają świętować Zmartwychwstanie Pana.

„Wielka Noc dla wszystkich jest bardzo wesoła, całe chrześcijaństwo „Alleluja” woła. I my się radujemy bośmy chrześcijanie- daj nam szczęście, zdrowie, pogodę ducha Zmartwychwstały Panie!

Byśmy Królowali na wiek wieków w niebie! Dziś Jezus zmartwychwstał i my zmartwychwstaliśmy. Pójdźmy do spowiedzi z grzechów się słuchajmy. Zrzućmy grzech z sumienia, który nas krępuje Jezus Zmartwychwstały wszystko nam daruje. Wtedy się odrodzi i nas dusza wesoła, każdy „Alleluja” wesoło woła.”

Zdrowych i spokojnych świąt Wam życzę.

EVELINE

Palmy blogerek, fot. Sara Prekurat



Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”



Święta, święta, ach te święta

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Zaczął się grudzień, a wraz z nowym miesiącem ruszyły te wszystkie przygotowania do wigilii i całych tych świąt.

Dawno temu przestałam czuć magię świąt Bożego Narodzenia – to moje trzecie święta spędzone w miejscu odosobnienia. Jest to bardzo trudny okres do zniesienia dla ludzi pozbawionych wolności.

W tym czasie, częściej niż zwykle, myślę o swoich najbliższych. Jeszcze bardziej doceniam wartość słowa rodzina i uświadamiam sobie, ja ważną rolę odgrywają oni, bliscy, w moim życiu i jak bardzo za nimi tęsknię.

Myślę o wigilijnej kolacji, która jak co roku odbyła się u mojej teściowej, na której trzeci rok z rzędu mnie zabrakło. Teściowa jest dla mnie jak mama, której praktycznie nigdy nie miałam i jest dla mnie ważną osobą.

Myślę o moim Rafale, u którego w tym roku zdiagnozowano nowotwór i który po kolacji wigilijnej wrócił do pustego domu i święta spędził sam, bijąc się ze wszystkimi myślami.

Szczerze, to nie cierpię tego dnia w tym miejscu. Nie potrafię cieszyć się tą całą świąteczną aurą, która zaczęła tu panować. W tym czasie najbardziej odczuwam dotkliwość kary, na którą skazał mnie sąd.

Widzenie z mężem też nie będzie takie jak inne – będzie trudne i smutne. Nie będzie tym razem opłatka i życzeń. Uznałam, że tak będzie lepiej. Nie potrafię znieść tego bólu w jego oczach. On sam nic nie mówi, nie osądza, nie wypomina, ale wiem, że nie o takim małżeństwie marzył….

Ciężko mi patrzeć mu w oczy, wiedząc, że ja mogę liczyć na niego w każdej sytuacji, a sama w obliczu jego choroby być wsparciem dla niego nie mogę. Okropne uczucie…

Ten świąteczny okres w zakładzie karnym, to specyficzny czas – każdej z nas jest bardzo ciężko go przeżyć…

Nawet te najbardziej zatwardziałe kobiety w wigilię stają się wrażliwymi osóbkami, które nie wstydzą się swoich łez. Znikają pozory, wyznaczony dystans i wrogie nastawienie do innych. Próbuje się zapomnieć o nieprzyjemnych sytuacjach z „koleżankami”.

O 17.30 zamykają nam cele. Usiadłyśmy do skromnie zastawionego stołu. Były pierogi zakupione w więziennej kantynie, śledzie, sałatka, kawałek ciasta i kubek czerwonego barszczyku – tak namiastka wigilii.

W myślach złożyłyśmy życzenia swoim najbliższym, a później życząc sobie wolności, zdrowi, siły i spokoju, zaczęłyśmy jeść. Opowiadałyśmy sobie o świętach spędzonych w dzieciństwie i wspominałyśmy ostatnie święta na wolności.

Leżąc w łóżkach po 22-giej, gdy zgasło światło, popłakałyśmy w poduszkę – tak to wyglądało.

Święta, święta, ach te święta. Mam nadzieję, że kolejne święta Bożego Narodzenia uda mi się spędzić z moimi najbliższymi, a zwłaszcza z moim mężem – może choćby krótka przepustka?

Kicia 83

Zimowa opowieść: dogonić szczęście

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Zimowa opowieść: dogonić szczęście

Poranek był mroźny, zza okna widać padający śnieg, patrzę na zegarek godzina 6.10. Dzisiaj ten wielki dzień, wigilia Bożego Narodzenia, a w moim życiu niewiele się zmienia, dzień jak każdy inny, samotność mi doskwiera, taki  los…

Tak niewiele mi do szczęścia teraz trzeba, podobno jaka wigilia taki cały przyszły rok.

Spoglądam na zawartość  portfelika mojego, najbardziej się mieni blask grosika, ach niewiele  posiadam tego majątku swego…

Rozgrzewam się gorącą kawą i wspomnieniami wracam do dobrych czasów, pierwsza myśl, która mnie nachodzi moja ulubiona bajka: Ekspres Polarny.

Mam pomysł. Kończę kawę, biegnę do szafy, szalik, czapka, ciepłe ubrania, notes,ołówek i na dworzec się udaję.

Los…, zdam się na los… niech los za mnie zdecyduje i święta mi zorganizuje…

Z daleka  słychać nadjeżdżający pociąg, gdzie kursuje? Jeszcze nie wiem, wsiadam i szukam konduktora, zapytuję o stację końcową i słyszę Wiedeń. Oh, to nie możliwe myślę sobie, koszta ogromne, muszę szybko wysiadać, konduktor mnie zatrzymuje  i informuje, spokojnie  i  w bardzo przystępnej cenie bilet świąteczny mi oferuje. Dodatkowo opowiada, w ilu miejscach pociąg się zatrzymuje i świąteczny posiłek oferuje. Zadaję sobie pytanie: co mam do stracenia? Kupuję bilet i siadam na miejscu…

Mijamy kolejne stacje, śnieg pada, a na rozkładanym stoliku gorąca czekolada w kubku się pojawia.

Stacja Kraków, wielu pasażerów, wszyscy obładowani, ktoś się do mnie dosiada.

Trzy osoby, starsza para i dziecko wszyscy z zatroskanymi minami w ciemnych, eleganckich ubraniach. Uprzejmie pytają, czy wolne. – Oczywiście- odpowiadam.

Dziecko pyta, kiedy będą w Bratysławie, starszy pan odpowiada – Jeszcze dwie stacje: Cieszyn i Ostrava.

Starsi państwo pytają, czy zerknąć na dziecko przez chwile mogę, muszą zakupić bilety, nie zdążyli przed odjazdem. W Krakowie byli na pogrzebie syna i synowej, którzy zginęli w wypadku samochodowym, odebrali wnuczka i teraz jadą do ich domu do Bratysławy. Oczywiście zgadzam się, dziecko spogląda w szybę, odwraca się i mówi do mnie. – Nie mam już mamy i taty…

– Pobawisz się ze mną kolejką? – pyta ściskając wagonik czerwony. – Tak- odpowiadam. Mija chwila, dziecko prosi, by poczytać mu bajkę. Zaczynam czytać książkę, którą dziecko mi podało„ Ekspres polarny”. Czy  to przypadek? Zadaję sobie w myślach pytanie. Wracają dziadkowie, dziecko śpi w fotelu. Pytają, jakim magicznym sposobem udało mi się je uśpić, wskazuję na bajkę. Dziadkowie zaczynają opowiadać, jaki mają trudny czas, obawiają się jutrzejszego świątecznego dnia, pytają nienachalnie, gdzie się wybieram. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że przed siebie, bo to moje kolejne samotnie spędzone Święta. Nie słyszę żadnych pytań dlaczego, widzę w ich oczach zamiast zdziwienia dużo zrozumienia. Zaczynamy rozmawiać o potrawach, tradycjach, polskich i słowackich, starszy pan na imię ma Vaclav jest Słowakiem z pochodzenia. Zagłusza nas dźwięk dzwonka, to przechadzająca się postać Św. Mikołaja, budzi nie tylko uśmiech na twarzach pasażerów, ale i dziecko śpiące  na przeciw mnie. Jest pierwsza gwiazdka na niebie. W tle Last Christmas  słychać, poczęstunek na stolikach się pojawia, życzenia: Pięknego Bożego Narodzenia. Wszyscy pasażerowie mają sobie coś do powiedzenia, dookoła się rozglądam: pan w kapeluszu, rodzina z milusińskim psiakiem, grono młodych ludzi z nartami, a naprzeciw mnie dziecko, które ma mi coś do powiedzenia. – Czy zostaniesz z nami na święta? – Zaskakujące pytanie, myślę sobie.  Dziadkowie się odzywają i namawiają – Jedno nakrycie puste pozostaje, gości się dzisiaj nie spodziewamy Ja tłumaczę, że mam powrotny bilet. Pan Vaclav na to – My też w drugi dzień świąt do Krakowa wracamy, takie mamy plany.

Nikomu nic nie podaruję, jednak  widząc minę dziecka wiem, że nikt ode mnie prezentów nie oczekuje, więc się decyduję.

Stacja Bratysława się zbliża, Pan Vaclav bagaże szykuje, a dziecko o imieniu Karol na krok mnie nie odstępuje.

Wysiadamy. Za plecami słyszę znajomy głos konduktora – Ta podróż wielu osobom święta uratuje.-

Ze stacji Bratysława do domu moich nowych znajomych się udaję.

Kamienica taka piękna na starówce, parter . – Choinki nie ma – słychać zrozpaczony głos Karola.

Pan Vaclav pocieszającym głosem -Nic się nie martw Karolku kochany, zaraz udamy się na rynek, tam obok bramy. Ciepło ubrani spacerem podążamy, stos choinek ukazuje się przed nami.

Wracając z choinką miasto pięknie oświetlone przemierzamy. Tu pieczone kasztany, tam słodkie obwarzanki, a nad wszystkim aromat gotowanej z cynamonem pomarańczy.

Czy to ilość słodkości, czy pełne oczu Karolka radości, czuję szczęście, że jestem w tym miejscu, w gości.

Śnieg nie przestaje padać, starsza pani na imię ma Joanna, w eleganckim wydaniu, ciepłym głosem  wskazuje mi miejsce przy stole, obok mnie siedzi Karolek.

Mimo smutku pan Vaclav mówi – Zjedzmy pomalutku, dzisiaj odpoczniemy, a jutro na śnieżki się przejdziemy. Uśmiech Karolka bezcenny.

Pan Vaclav do kominka mnie zaprasza, zdjęcia Bliskich wyjmuje, pokazuje i mówi – Nie wiem co teraz będzie z Karolkiem, mnie i żonie sił brakuje.

Pyta, czym na co dzień się zajmuję. Ja szczerze odpowiadam, że mam za sobą zły czas, ale teraz swoje życie kontroluję i mimo utraty Bliskich siły odzyskuję.

Uśmiech szczery  Pana Vaclava powoduje, że znaczenie konduktora słów do mnie jeszcze bardziej przemawia.

– To spotkanie, drogie dziecko, to nie przypadek, dobranoc.-  Tymi słowami pożegnał mnie pan Vaclav. Poranek wita mnie krajobrazem całkowicie pokryty białym puchem. Odwracam się w stronę drzwi, a tam Karolek przygląda się mi i mówi.- Zobacz co Mikołaj zostawił tobie w skarpecie, zobacz.- Zaglądam, a tam klucz i czekolada z karteczką „Serce rodziny i domu tego jest twoje, powtarzaj sobie: Jestem dobrym człowiekiem po przejściach, szczęścia się nie boję„. Myślę sobie, jak ta nieplanowana podróż mnie obdarowuje.

Nagle słychać -Śniadanie gotowe zapraszamy.

Schodzę, pan Vaclav  w czapce Świętego Mikołaja częstuje mnie kawą, jemy śniadanie, rozmawiamy, śmiejemy się  do południa. Karolek czeka z sankami i zniecierpliwiony oznajmia – Jestem już ciepło ubrany, czas na śnieżny marsz.

W świetle dnia  ciągnąc sanki po  białej Bratysławie, pani Joanna i pan Vaclav pokazują, opowiadają bez pośpiechu, spacerują. Zatrzymujemy się na gorące kakao, by nas w ten mroźny i śnieżny dzień rozgrzało. Po dniu na słowackim powietrzu  spędzonym wracamy, ogień w kominku rozpalony.

Z kuchni wychodzimy, by zjeść obiad wspólnie przygotowany, czas na podwieczorek, sernik krakowski, a na to wszystko jak to dziecko, reaguje znudzony czasem posiłku Karolek – Czy  obejrzymy film?

-Oczywiście – odpowiada pani Joanna. Zadowolony Karolek wskazuje nam miejsca na sofie, pan Vaclav zajmuje fotel, cisza w tle, na na ekranie „Ekspres Polarny” pojawia się.

Nie wiem, czy to jawa, czy to sen, ale moje marzenie o pięknych świętach spełnia się.

Drugi dzień Bożego Narodzenia, słyszę stukot do drzwi mojego gościnnego pokoju, domyślam się któż to może być. Nie, to nie Karolek. To pan Vaclav -Przepraszam, że tak skoro świt, czy możemy przy kawie porozmawiać? – mówi z uśmiechem, spoglądam na zegarek jest 9 rano. – Oczywiście. Schodzimy na dół, siadamy w kuchni pan Vaclav podając mi kubek kawy mówi – Dzisiaj muszę jechać z żoną do Krakowa na dwa dni, pozamykać sprawy syna i synowej, by dalej żyć. Karolek jeszcze śpi, jeśli nic ciebie nie goni, czy możesz zostać z nim? Bardzo ciebie o to proszę. Powrót  w tym czasie do Krakowa Karolka nie jest dobrym pomysłem, to dziecko powinno cieszyć się świętami. – Dobrze, jeśli to pomoże – odpowiadam. – Dziękuję, mów mi po imieniu – stwierdza wyraźnie uradowany Vaclav. Kolejne dwa dni upływają nam na spacerach, sankach i zabawie. 28 grudnia jest koło południa czekamy na dworcu z Karolkiem w Bratysławie, kolejka staje, Vaclav z żoną wysiada, wita się radośnie z nami, a za nimi znajomy konduktor szepcze – Święta uważam za uratowane. Wszystkie najcenniejsze prezenty rozdane.

Pozytywna

Życzenia

Fot. Małgorzata Brus
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie FDK-SNO-300x117.jpg

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Wesołych i zdrowych Świąt Wielkanocnych życzą blogerki.

Kogo chciałabym zobaczyć na widzeniu?

Fot. Małgorzata Brus

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie FDK-SNO-300x117.jpg

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury



Są trzy osoby, które chciałabym zobaczyć na widzeniu. Zacznijmy po kolei:

Bardzo ją kocham i bardzo mi jej brakuje. Oddałabym bardzo wiele, aby choć na chwilę móc z nią pobyć, zobaczyć ją, dotknąć i przytulić się do niej. Tak cholernie za nią tęsknię i tak bardzo jej potrzebuję. Nie mogę do niej zadzwonić, czy nawet napisać listu, który bym wysłała. Wiem, że stale jest ze mną i przy mnie, ale to nie to samo. Nie ma jej, nie żyje.

Umarła trzy lata temu na okropne raczysko. Pochowałam ją dwa tygodnie przed urodzeniem pierwszego syna. Jest nią moja Mamusia. Chciałabym z nią móc porozmawiać, usłyszeć od niej, że mimo wszystko jest ze mnie dumna i że wszystko będzie dobrze. Boli mnie to tak bardzo, że nawet teraz, gdy to piszę, to łzy ciekną mi po policzkach.

Druga bliska memu sercu osoba, którą kocham jak moją mamę, i tęsknię za nią tak, jak jeszcze nigdy, jest moja Cudowna, Kochana i Wspaniała Babunia. Ona jest przy mnie stale, zawsze mogę na nią liczyć, i wiem, że kocha mnie bardzo. „Bóg nie mógł być wszędzie, więc stworzył babcię” – co pasuje tu po prostu idealnie!

Zawsze, za każdym razem gdy do niej zadzwonię, słyszę jak bardzo się cieszy, że się słyszymy. Jest jak Anioł. Mimo mojego wieku, dla niej ciągle jestem „wnuczunią”. Chciałabym ją przytulić, poczuć zapach, który kojarzy mi się z domem, dzieciństwem, pysznymi obiadami, ciastkami i miłością. Jednak listy i telefony to nie to samo. Z tego miejsca serdecznie ją całuję i ściskam!

No i przychodzimy do trzeciej osoby. Jest nią mój młodszy brat. Mimo że nie rozmawiamy za często i generalnie nie piszemy ze sobą nawet listów, to i tak za nim tęsknię. Nie ważne, ile ma lat, bo dla mnie zawsze będzie moim młodszym braciszkiem i będę miała głębokie poczucie opieki nad nim. Chciałabym usiąść, i patrząc mu w oczy, porozmawiać z nim. Wtedy od razu mogłabym wyłapać reakcję brata na moje pytania, aby wiedzieć, gdzie jest coś nie tak. Znamy się z bratem jak „łyse konie”. Przy nim nie muszę udawać, że jest ok i że daje sobie radę, bo nie musiałabym się martwić, że obciążam go swoimi problemami. Ma świetne dystans do życia. Możemy rozmawiać o wszystkim i bardzo wielu rzeczy nie bierze do siebie.

Nena

Wehikuł czasu

Fot. Małgorzata Brus

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie FDK-SNO-300x117.jpg

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Gdybym mogła wcisnąć guzik, który przeniósłby mnie do przeszłości, to byłaby niezbyt odległa przeszłość. Jednak patrząc na to, że mam 40 lat, to ta nieodległa przeszłość równa się połowie mojego życia. Czyli dla mnie kawał czasu!

            Moja chęć cofnięcia się do tego jednego dnia nie jest taką typową chęcią powrotu do czegoś tak pięknego, czego nie doświadcza się drugi raz – chyba że za pomocą wehikułu czasu.  To nie jest chęć powrotu do momentu, w którym czułam się jakoś szczególnie szczęśliwa. Ta chęć spowodowana jest tym, że gdybym tego jednego dnia coś zmieniła, to uratowałabym życie. Na bank jedno, ale wolę myśleć, że własne też. Ponieważ chcę skorzystać z tej okazji i nacisnąć ten guzik, to…

            Był to typowy styczniowy dzień. Niezbyt dużo śniegu napadło jednak jak na tą porę, było zimno. Obudziłam się w cieplutkim łóżeczku, w kolorowej pościeli. Pokój miałam w kolorach: bieli i czerni, ale pościel lubiłam bardzo kolorową. I jeszcze skarpetki lubiłam nosić kolorowe.

            Przeciągnęłam się, wstałam i włączyłam Sade. Wiedziałam, że mamy nie ma już w domu, więc pozwoliłam sobie na głośniejsze puszczenie muzyki. Wiedziałam również, że mama zrobiła mi śniadanie i wystarczyło do zestawu zaparzyć herbatę.

Nie miałam planów na ten dzień. Do szkoły szłam dopiero na 14.20. to był jedyny dzień w tygodniu, kiedy chodziłam na popołudnie. Najgorsze w tym było to, że był to piątek.

            Wykąpałam się, wyszykowałam, zjadłam śniadanie i poszłam z Maxem na spacer. Lubiliśmy chodzić nad Wisłę. Mieliśmy swoje miejsca – co prawda tylko dwa :), ale tego dnia poszliśmy na kamienie. Mi się tam dobrze myślało, a Max miał ogromny teren do biegania. Od czasu do czasu podchodził by mu jakiś badyl rzucić, ale na kamieniach najrzadziej o to prosił. Wisła od naszej strony jakoś bardziej przy brzegu była zamarźnięta.

            Z rozmyślań wybiło mnie szczekanie psa. To nie był Max, ale i on za chwilę się pojawił. Pieski niezbyt na start się polubiły, o czym świadczyło ich warczenie na siebie. Uwięziłam więc swojego pupila na znienawidzonej przez niego smyczy i zaczęliśmy się kierować w stronę wału. Max nigdy nie był agresywny. Smycz nosiłam na wszelki wypadek… A może to jakaś pozostałość po sprawdzeniu mnie, czy na pewno będę wyprowadzać psa? Zanim Max pojawił się w domu, musiałam przez miesiąc czasu co rano wychodzić na spacer… ze smyczą! To był mój test na odpowiedzialnego opiekuna. Dziecko wszystko zrobi, by mieć wymarzonego przyjaciela. Nie wiem, czy w tamtym okresie nie byłabym zdolna jeść z psiej miski, by udowodnić, że piesek nie będzie zostawiał kupy w butach.

            Kierowaliśmy się już w stronę bloku, kiedy na skrzyżowaniu w samochodzie poznałam swoją koleżankę. Ona chyba też mnie poznała, bo jakąś głupkowatą zrobiła minę: usta rozdziawione, ale uśmiechnięte i takie duże oczy. Tak chyba wygląda osoba, która w zaskoczeniu się cieszy… Czyli ja też musiałam podobnie wyglądać. Od razu wysiadła z samochodu i podbiegła do mnie. Nie staliśmy na górce – więc samochód się nie stoczył, nie zostawiła go na światłach, nic nie trąbiło, bo za kierownicą siedział jej tata. Też go rozpoznałam. Ruchem ręki pokazałam, gdzie ma zjechać. Normalnie nie dowierzałam, że ją widzę. Ją – czyli Kaśkę. Wyjechała do innego miasta po rozwodzie rodziców. Kiedyś razem chodziłyśmy do podstawówki, razem trenowałyśmy koszykówkę, lubiłam ją. Wspierałyśmy się w tamtym okresie, bo ja już jakiś czas byłam sama z mamą, a ona dopiero smakowała sytuację bycia dzieckiem z rozbitej rodziny. Taka nas po prostu tragedia połączyła.

            Wysiadł do nas jej tata, przywitał się i co się okazało? Że on już jakiś czas na naszym osiedlu ponownie mieszka. Kaśka przyjechała do niego kilka dni temu i nazajutrz miała sprawdzić, czy mieszkam tam, gdzie mieszkałam. To było niesamowite. Jakieś przeznaczenie, czy co?

            Spojrzałam na zegarek, było już po pierwszej. Max grzecznie cały czas siedział przy nodze, a ja już za chwilę miałam iść do szkoły. I wtedy usłyszałam głos taty Kaśki:

– Jedziemy właśnie na Śródmieście, do Atlantica, jedź z nami!

            14.20, pierwsza lekcja – rachunkowość. No, nie chciałam iść do tego liceum, wolałam zawodówkę, by rok krócej się uczyć. Mama zadecydowała. Ale skoro już dotrwałam do IV klasy i tak naprawdę „za chwilę” miałam szansę ją skończyć, to czemu z tej szansy nie skorzystać i nie pójść do kina z Kaśką i jej tatą?

I ta pokusa wygrała.

            Odprowadziłam Maxa do domu, wzięłam plecak, by mama się nie zorientowała, że nie poszłam do szkoły i pojechaliśmy na Śródmieście.

            Gdyby ten dzień wyglądał właśnie tak, to do domu wróciłabym po 19.00. Może chwilę pooglądała z mamą telewizję, ale na pewno wzięła psa i przeszła się wokół bloku. Byłoby duże prawdopodobieństwo, że spotkałabym Mikiego i III klatki, bo tuż po wiadomościach wypuszcza psa. Bo jak jest zbyt zimno, to go tylko wypuszcza, a sam zostaje na klatce. Wypala papierosa i woła Kulfona z powrotem. Z kolei ja zawsze robię rundkę wokół bloku. Wróciłabym, zjadła coś i…

– coś obejrzała i poszła spać

lub

– zadzwoniła do Aśki, czy idziemy do Parku (na dyskotekę). Wróciłabym i też położyła się spać.

I być może do dziś lubiłabym budzić się w kolorowej pościeli.

Pełnoletnia

Złe cechy, dobre cechy, mój bagaż. Co zastałam, co odkryłam…

Fot. Małgorzata Brus

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury


Hm…, złe cechy… Trudno odpowiedzieć na to zagadnienie.

Wydaje mi się, że moją złą cechą, która mnie denerwuje, jest upartość, zawziętość. I czasami działam pod wpływem impulsu.

Jeśli chodzi o mój bagaż życiowy, to wydaje mi się, że jak na moje dotychczasowe życie, jest bardzo duży. Problemy w domu, a potem w późniejszym 17-letnim związku.

Co do odpowiedzi na pytanie, co zastałam, co odkryłam, biorąc pod uwagę miejsce, w którym obecnie jestem: to, co zastałam tutaj, było dla mnie, nie ukrywam,  zaskoczeniem, tzn. różnorodność charakterów w jednym miejscu. Porażka – ludzie są, jak chorągiew. 

Odkryłam na pewno bardzo dużą dwulicowość osób, które dla pewnych korzyści, udają kogoś innego i kłamią.

Madlen

Wiosna na świecie, wiosna w sercu

Fot. Małgorzata Brus
Fot. Małgorzata Brus

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Na wiosnę większość ludzi ożywa tak jak natura. Ciepło za oknem dodaje otuchy, nadziei i daje jakiegoś  kopa do życia. Choć w oknach kraty i pleksa, to ciepło jakoś przenika do środka. Otwierasz okno (choć przez nie nic nie widzisz) i jest lepiej. Chcesz wyjść na spacer, pochodzić. Przewietrzyć głowę i myśli. Słońce jest kochane po każdej stronie świata i życia. I tak samo potrzebne. Wiosna jest lekiem dla wszystkich.

Pełnoletnia

Coraz cieplej za oknem, drzewa i kwiaty się zielenią, ptaszki śpiewają, rano coraz widniej, a tutaj… świat tak samo szary i smutny. Przyroda budzi się do życia, a mnie dopada przesilenie wiosenne. I staram się wykrzesać energię na każdy dzień, miesiąc… Jeszcze chwil kilka…

Bella

Każdego roku za oknami budzi się wiosna.

Cieplejszy powiew jest wiatru, wszystko zielenieje dookoła, trawa, drzewa, wyrastają pierwsze kwiaty, drzewa puszczają pąki. W sercu jest nam coraz cieplej , zaczyna panować w nim spokój.

Betti