Bezpiecznie …

Grafika: Jagoda Ulatowska
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Bezpiecznie – tak jednym słowem określiłabym to, jak czuję się obecnie. Jak czuję się w więzieniu – powinnam dodać. Więzienie jako azyl, czy schronienie, nawet dla mnie wydaje się to co najmniej dziwaczna kombinacja słowna. Gdy wokół słychać głosy o ograniczaniu wolności, naruszaniu godności i braku zwykłej ludzkiej przyzwoitości – ja myślę o tym miejscu, jak o schronieniu. Nie pamiętam kiedy ostatnio czułam się tak bezpiecznie. O ile w ogóle kiedyś.

Wiem…. brzmi to dla Was jak majaki osoby z poważnymi zaburzeniami psychicznymi. I trudno nie przyznać temu racji, … ale tylko na pierwszy rzut oka. Czy nie jest tak również w życiu? Pierwszy rzut oka, błyskawiczna ocena …. nie mamy ochoty, czasu na głębszą analizę. A czasami może warto. Czasami głębiej jest to coś, co zmienia  i tłumaczy wszystko.

Jak każdy, a przynajmniej większość ludzi zdrowych na umyśle, myślałam o pobycie w więzieniu, jak o życiowej tragedii. Miałam przecież życie, o którym większość marzy. Kobieta sukcesu, matka, żona. Urocze dzieci, przystojny i zaradny facet. Tak dokładnie wyglądało moje życie z perspektywy otoczenia. Bańka mydlana, która pękła szybciej, niż powstała. To ciekawe, że  człowiek widzi, to co chce zobaczyć. A poza tym szczęście, uśmiechnięte buzie i sukces jest taki … trendy. Nie wypada przyznać się do choroby, czy problemów finansowych. Tylko słabi sobie nie radzą. Nawet nie myślałam, że takie podejście może doprowadzić mnie na pogranicze życia i śmierci….

 Ale zacznijmy od początku. Niestety, ale aby zrozumieć konieczne jest poświęcenie … na szczęście, w tym przypadku – tylko poświęcenie czasu. A może aż? Decyzja należy do Ciebie. Tak czy inaczej miło, że dotarłeś do tego momentu. W świecie, w którym trudno zwrócić na siebie uwagę prostym byciem sobą, to już sukces.

 A więc … do brzegu 🙂

Być może moje wstępne stwierdzenie jest na wyrost. Może to co czuję, to wcale nie jest poczucie bezpieczeństwa. W zasadzie muszę przyznać, patrząc wstecz, że nie mam materiału porównawczego. Więc powinnam stwierdzić, że to „bezpiecznie”, jest moim autorskim postrzeganiem tego stanu. Zdaję sobie sprawę, że nadal część z Was uśmiecha się ironicznie, „słysząc” to stwierdzenie w odniesieniu do więziennej rzeczywistości. Ale jak wspomniałam – to „pierwsze wrażenie”. Czas je zmienić!

Nie wiem, z czym Wam kojarzy się „bezpieczeństwo”, ale pewnej części osób zapewne kojarzy się ono z dzieciństwem. Kochający rodzice, rozpromienione i szczęśliwe dzieci wspólnie spędzający wolny czas – stereotypowy „schemat” większości reklam. Przepraszam, jeśli wyczuliście w tym sarkazm, był niezamierzony. Nie mogę przecież krytykować czegoś, do czego dążyłam całe życie, o czym marzyłam i w pogoni za czym … ale o tym później.

 Nie trzeba być alfą i omegą, aby szybko wywnioskować, że moje wspomnienia z okresu dzieciństwa, nie mają wiele wspólnego z „szczęśliwym wizerunkiem rodziny”. Mogłabym powiedzieć, że te dwa obrazki mają niewiele wspólnych cech. Mogłabym wreszcie powiedzieć, że to był okres, który pozostawił w mojej psychice piętno na resztę życia. Mogłabym … i pod wieloma względami tak było. Pewnie dlatego z tego okresu częściej przywołuję wspomnienie taty, który był obrazem „prawdziwego, ciepłego i kochającego rodzica” (mimo, że w domu raczej bywał, niż był), niż obraz mamy, która zamieniła życie „naszej rodziny” w piekło na ziemi. Kobiety, która „pozory” przedkładała ponad wszystko. Osoby, jak się okazało, chorej, której nie umiałam wybaczyć śmierci taty, a później również jej własnej. Wtedy właśnie nauczyłam się tego, co znacznie później zaczęły lansować media społecznościowe – życia na pokaz. Mam wrażenie, że w mniejszym lub większym stopniu niemal każdy takowe prowadzi. Pokazujemy to, co poprawia nasz wizerunek. Kreujemy lepszą wersję siebie. W końcu nie ma w tym nic złego, bo przecież to tylko delikatny retusz… Niestety co jest małą kulką śniegu na szczycie góry, u jej podnóża jej ogromną lawiną.           

 Nie wiem, czy w tej chwili tamte wydarzenia nadal mnie bolą, już tylko smucą, czy są po prostu wspomnieniem. Tak czy inaczej były (i w jakim sensie nadal są) jak czarne chmury zwiastujące zbliżającą się burzę. Przyznam, że przez większą część mojego życia, bałam się tej burzy, drżałam i skupiałam swoją uwagę na tym, jak się przed nią uchronić. I wiecie co? To był błąd! Życie jest pełne takich „czarnych chmur” i nie sposób uniknąć niejednokrotnie tej ulewy. Zamiast więc skupiać się na ucieczce przed „burzą”, warto nauczyć się „tańczyć w deszczu”. I chociaż nie jest to nauka prosta, to jednak warto. A mówi to osoba, nad głową której kłębi się cały front burzowy, a nie tylko pojedyncze chmury.

 Więzienie sprzyja rozdrapywaniu naszych krzywd, porażek, szukaniu usprawiedliwienia pobytu w tym miejscu w zewnętrznych (najlepiej niezależnych od nas) czynnikach. Zachęca do skupiania się na „burzy”. Jest tu niezwykle łatwo popaść w marazm, czy depresję. Równie łatwo, jak zabrać dziecku cukierek. A ponieważ łatwe rozwiązania kuszą … cóż… Poddajemy się, bo to łatwiejsze, niż walka. Zapominamy tylko, że ta sama burza, która potrafi nas porządnie zmoczyć i sponiewierać przynosi przepiękną tęczę, a deszcz niesie życie roślinom i zwierzętom. W życiu jest podobnie, a przynajmniej walczę, aby tak właśnie było w moim.  Nic co wartościowe, nie przychodzi bez trudu. Rozpętałam w swoim życiu burzę, żeby nie powiedzieć huragan (i mniejsza o większość, na ile z zaistniałych okoliczności miałam wpływ). Teraz walczę, aby pojawiła się „tęcza”…

Myślę, że okres dzieciństwa i wczesnej młodości, nie tyle utrwalił we mnie obraz jak drugi człowiek (ten najbliższy) potrafi „katować” fizycznie i psychicznie, ale pozostawił we mnie tak głębokie pragnienie miłości i akceptacji, że nie potrafię Wam tego opisać. Nie potrafię Wam powiedzieć, jak bardzo pragnęłam „ciepłego, bezpiecznego domu”, kochającej rodziny i szacunku drugiej osoby… bo tego się nie da przekazać słowami. Było to uczucie tak dojmujące, jak pragnienie czy głód w swej najbardziej skrajnej postaci. Zrozumieć może tylko ten, kto sam tego doświadczył. Kto kochał mimo bólu, kto znosił poniżanie dla jednego uśmiechu, przytulenia czy choćby miłego słowa. Pewnie dlatego znosiłam rzeczy, których żadna kobieta, nie powinna nigdy doświadczyć. Nawet dziś nie mogę pojąć, jak to możliwe, że nie powiedziałam „NIE”, nie poprosiłam o pomoc, a w niektórych przypadkach po prostu nie uciekłam. Z tej perspektywy więzienie jest dla mnie ukojeniem i schronieniem. Życie w ciągłej atmosferze napięcia, w oczekiwaniu na kolejny cios doprowadziło mnie do skrajnego wycieńczenia. Tu, nawet jeśli czasem usłyszę podniesiony głos, nie czuję już takiego lęku. Nie wpadam już w panikę, choć nadal czuję wewnętrzny niepokój, gdy dostrzegam wyraz niezadowolenia na czyjejś twarzy. Stare mechanizmy zaczynają wówczas się uruchamiać, mimo że nie stoję już w obliczu realnego niebezpieczeństwa. Zatrważające jak można człowieka zaszczuć. Zatrważające, że dziś więzienie na Grochowie jest dla mnie bezpieczniejszym miejscem niż mój rodzinny dom …

Dziś, gdy to piszę mój pierwszy „oprawca” (moja mama) nie żyje. I choć do końca jej życia jej gniew mnie paraliżował, to dziś nie czuję ulgi. Dziś patrzę na wszystko nie przez pryzmat odniesionych ran, ale choroby, którą zdiagnozowano za późno …. za późno dla niej, dla mnie … dla naszej rodziny. I choć trudno wybaczyć, to prawdą jest, że wybaczając uwalniamy nie drugą osobę od naszego gniewu, czy żalu, ale przede wszystkim uwalniamy nas samych. Gorycz, żal czy gniew bardziej szkodzi nam, niż drugiej osobie. Aby móc pójść dalej, trzeba odciąć wszelkie zaszłe, pożerające nas emocje. Są one bowiem jak kotwica, która trzyma nas w miejscu i nie pozwala ruszyć w rejs. Czy wybaczyłam? To skomplikowane. Dziś bowiem nie borykam się już z  problemem wybaczenia mojego dzieciństwa, dziś żyję z brzemieniem wybaczenia jej …. jej śmierci. I chociaż to ch… trudne, staram się „odciąć tą kotwicę”. Myślę, że w wielu przypadkach byłoby znacznie łatwiej, gdyby człowiek był egoistą. Myślał o sobie, o tym co dla niego dobre. Odcinał się od tego co go rani i parł do przodu. I chociaż nie jest to lekarstwo idealne, to w moim przypadku, mogło zapobiec ogromowi cierpienia … mojego i co gorsza … moich bliskich. Coś w tym jest, że jeśli sami z sobą nie umiemy być szczęśliwi, to nie umiemy dać szczęścia, ani go w pełni przyjąć.

Decyzja o zawarciu małżeństwa okazała się nie tyle chęcią stworzenia własnego „domowego ogniska”, co chęcią ucieczki z piekła. Byłam jak zwierzę w schronisku, które nosi na sobie ślady przeszłego życia. Gotowa pokochać każdego, kto choćby przez chwilę spojrzy na nie łaskawym okiem… i zabierze ze sobą. Jednak nawet setki kilometrów odległości nie są w stanie uwolnić człowieka z więzienia, które ten nosi w sobie ….

 Moje „dotychczasowe więzienie” miało wkrótce okazać się wakacjami w porównaniu z tym, co mnie czekało. Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Jestem tego najlepszym przykładem. Choć jeszcze o tym nie wiedziałam, moja ścieżka już zaczynała powoli biec ku stromemu urwisku. Wkrótce miałam stać się jak auto bez hamulców pędzące w dół ku przepaści. I chociaż nie widzicie być może jeszcze światełka w tym ciemnym tunelu, to zapewniam Was, że ono się pojawi. I nie będzie to bynajmniej nadjeżdżający pociąg … Ta historia jest bowiem nie o bólu, goryczy i cierpieniu … jest o wierze, nadziei, miłości i …. walce. Walce, którą zamierzam wygrać … kto wie, może jeszcze zanim skończy się ta historia … (c.d.n.)

AdMa


Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł przelewem na konto Fundacji: BNP Paribas Bank Polska S.A. 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001

MÓJ PIERWSZY DZIEŃ W WIĘZIENIU

Grafika: Jagoda Ulatowska
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury



 Myślę, że ten właśnie konkretny dzień zapamiętam do końca życia,
choć w mojej pamięci jest to obecnie wyjątkowo mgliste i niekompletne wspomnienie…
 Do więzienia trafiłam w bardzo młodym wieku (nie ma się tu czym chwalić – swoje młodociane życie rozpoczęłam z ogromnym przytupem…), gdyż w momencie zatrzymania ledwo co ukończyłam siedemnaście lat. W pierwszej kolejności zostałam umieszczona przez Sąd w Schronisku dla Nieletnich, skąd po czterech miesiącach przewieziono mnie bezpośrednio do Aresztu Śledczego w Warszawie – Grochowie.
Ten czteromiesięczny pobyt w schronisku, poprzedzający czas, w którym trafiłam do celi przejściowej na warszawskim Grochowie był dla mnie w pewnym stopniu swoistym „rytuałem przejścia”, który mógł mnie co nieco przygotować do odbywania kary w izolacji penitencjarnej.
Myślę, że dzięki Schronisku dla Nieletnich, moment w którym trafiłam do więzienia nie był aż tak traumatyczny, co w przypadku, gdybym została bezpośrednio wyrwana z mojego Rodzinnego domu – dziecięcego świata, pełnego pięknych perspektyw oraz wielkich marzeń, mojego malutkiego, przytulnego gniazdka – otulonego Rodzicielską Miłością – infantylnego świata, w którym brak jest miejsca na niebezpieczeństwa świata zewnętrznego. Mimo wszystko wspomnienie z sierpnia 2020 r., w którym zamknęła się za mną brama do wolności, ze względu na okoliczności jest niekompletne.
 W przebłyskach poszczególnych klatek oraz migawek odnajduję w swoim wspomnieniu moment wjazdu na teren Aresztu Śledczego w Warszawie – Grochowie.
W pierwszej kolejności powitał mnie Magazyn Depozytowy, potocznie zwany „dziewiętnastką”. Zostałam zamknięta w pomieszczeniu „z okienkiem” , na które mówi się tu „sieczkarnik”, zrobiono mi tu zdjęcie niezbędne do wyrobienia „celówki” – czyli swego rodzaju karty identyfikacyjnej, zawierającej zdjęcie osoby osadzonej oraz opis znaków rozpoznawalnych i szczególnych wraz z rysopisem.
Następnie zostałam zaproszona do drugiego, nieco mniejszego pomieszczenia, gdzie osadzona zatrudniona w magazynie musiała opisać w mojej nowo utworzonej karcie depozytowej każdy element mojego ubioru oraz wszelkie rzeczy prywatne, które  na tamtą chwilę przy sobie posiadałam. Gdy osadzona skończyła szczegółowo wszystko spisywać, została mi wydana cała „wyprawka”, czyli rzeczy „kadzienne” (skarbowe), które są mi w tym miejscu niezbędne, tzn. 2 gryzące koce skarbowe, 2 prześcieradła, poduszkę, poszewkę, platerkę (ścierkę do naczyń), 2 ręczniki, platery (talerz, miska, kubek i „sztućce” -wszystko to plastikowe) oraz zielony mundurek. Do tego otrzymałam najpotrzebniejsze środki higieniczne, takie jak: podpaski, szczoteczkę do zębów, 2 rolki szarego papieru toaletowego oraz 2 kostki białego mydła.

Jednym z najgorszych wspomnień z tamtego dnia był fakt, że to wszystko co wyżej wymieniłam musiałam przenieść za jednym razem z Magazynu Depozytowego na oczekujący na mnie oddział mieszkalny, dodając do tego wszystkie rzeczy, z którymi przyjechałam. Miałam taki komfort, że wcześniej przebywałam we wspomnianym schronisku, wiedziałam co mnie czeka i zawczasu mogłam przygotować się do pobytu w areszcie.
 Zabrałam więc ze sobą torbę sportową, do której uprzednio spakowałam trochę najpotrzebniejszych ubrań i mały sportowy plecako-worek. Przygotowałam sobie torbę z jedzeniem, artykuły chemiczne i kilka kobiecych „gadżetów”, na które zezwala tutejszy porządek wewnętrzny (regulamin), małą kosmetyczkę oraz malutki półlitrowy czajnik elektryczny. To wszystko ułatwiło mi to samotny pobyt w monitorowanej celi przejściowej. Była to cela, w której ze względu na mój „młodociany” wiek oraz status osoby niepalącej musiałam przebywać samotnie.
Myślę, że w mojej sytuacji samotność była wskazana. Na tym etapie mojej „drogi” osobiście wolałam zostać sama ze sobą i swoimi myślami.
Pamiętam, że w tamtym okresie większość czasu przesypiałam. Zastanawiałam się również, czym są posiłki, które zostawały mi wydawane trzy razy dziennie.
Najciężej było mi przetrwać z wykańczającymi mnie myślami, dotyczącymi moich Rodziców, mojej Rodziny. Wiedziałam jak strasznie się o mnie zamartwiają, a przecież w tamtym czasie nie miałam możliwości, aby chociażby do nich zadzwonić. Mój umysł pracował na najwyższych obrotach, analizował wszystko co w ostatnich dniach oraz miesiącach wydarzyło się w moim życiu.
Ogólnie w celi przejściowej pozostaje się do dwóch tygodni.
Myślę, że spokojnie można by nazwać tamten miniony czas „wegetacją”, jednak mimo wszystko mój mózg przyswajał do wiadomości wszelkie informacje dotyczące zasad, jakie w tym miejscu panują.
Pamiętam, że już pierwszego dnia bardzo dokładnie przewertowałam porządek wewnętrzny, który wręczyła mi Pani Oddziałowa, lecz na tamtym etapie,w mojej ówczesnej sytuacji naprawdę ciężko było mi się na czymkolwiek skupić, gdyż były to chwile „przekoczowania” najcięższych dni mojego życia oraz czas adaptacji i chwila na odnalezienie się w nowej, niezwykle ekstremalnej sytuacji.

Od tamtego pamiętnego dnia minęło już 6 lat. Wszystko co najgorsze przeminęło.
Wiem, że aktualnie moje życie toczy się w Areszcie Śledczym w Warszawie-Grochowie.
Tutaj rządzi się ono swoimi prawami, lecz mam tu swoje miejsce.
Z czasem łatwiej to zrozumieć. Jeśli chcemy przetrwać – możemy to jedynie zaakceptować.

                                                                                                              Zara


Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł przelewem na konto Fundacji: BNP Paribas Bank Polska S.A. 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001

Mój pierwszy dzień w więzieniu

Grafika: Jagoda Ulatowska
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Początki bywają trudne … wiem coś o tym … Pierwszy dzień w więzieniu i start w społeczności Aresztu nie były dla mnie najlepsze. Od razu „włączyłam światła awaryjne” i dostałam wyjazd na konsultacje  psychiatryczną. Mocny początek, wstrząs, a za razem koniec kariery na wolności. Pierwsze godziny po zatrzymaniu ciągnęły się niemiłosiernie, w sumie nic nie robiłam, totalna wegetacja.  Proste czynności czy zadbanie o siebie sprawiały mi trudności. Pozbawiona pieniędzy, modnych ciuchów, kosmetyków oraz używek – nie wyobrażałam sobie nawet jak mogę funkcjonować. Przyznaję przeżywałam szok. Odczuwałam porażający strach, splątanie i nieuzasadniony lęk, którego nie mogłam się wyzbyć. O zgrozo jakiś czas to trwało! W głowie pustka, brak zajęcia, pracy, znajomych mi ludzi. Zamiast tego mały metraż i cztery obce wpatrujące się we mnie z wyczekiwaniem kobiety. Nie znając zasad popełniałam gafę za gafą. Odcięta od wygody, pamiętam jak weszłam na celę i z trudem łapałam oddech, jednocześnie chcąc krzyczeć i uciec, ale drzwi nie miały klamki. Pragnęłam się odizolować. Nie chciałam rozmawiać ani mieć nic wspólnego z kobietami, które tu przebywają, co rodziło konflikty. Ja osobiście potrzebowałam czasu i leczenia, żeby się ustabilizować i zapanować nad impulsywnością. W końcu przełamałam barierę, otworzyłam się i posłuchałam rad. Zaczęłam uczyć się funkcjonowania i czerpać inspiracje z opowieści spotkanych kobiet.

Wciąż szukam pomysłu na siebie, ale po prawie 11-stu miesiącach mogę szczerze podziękować dziewczynom za cierpliwość i wyrozumiałość w rutynie codzienności, która nie jest już taka straszna i doskwierająca jak pierwszego felernego dnia.

Angelika


Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł przelewem na konto Fundacji: BNP Paribas Bank Polska S.A. 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001

„LEON I JEGO KŁAMSTWA”

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury




 
 Za siedmioma wzgórzami , w samym sercu Zielonego Lasu, znajdowała się niewielka polana, na której mieszkały różne zwierzęta.
Były tam pracowite bobry, wesołe zające, mądre sowy, wiewiórki, jeże i lisy. Wszystkie żyły zgodnie, pomagały sobie i ufały nawzajem. Każdy wiedział, że zaufanie jest najcenniejszym skarbem.
Na skraju lasu mieszkał młody lis o imieniu Leon. Był bardzo sprytny i niezwykle ciekawy świata. Uwielbiał przygody, ale miał też pewną wadę- często mówił nieprawdę. Nie robił tego ze złośliwości. Po prostu wydawało mu się, że dzięki kłamstwom będzie ciekawszy, bardziej lubiany albo uniknie przykrych konsekwencji.
Pewnego dnia Leon wrócił do domu późnym wieczorem.
Mama zapytała go:
-Gdzie byłeś tak długo?
Lisek odpowiedział bez zastanowienia;
-Pomagałem bobrom budować tamę. Mama uśmiechnęła się z dumą.
-To bardzo ładnie z twojej strony. W rzeczywistości Leon cały dzień bawił się nad rzeką, zapomniał o czasie. Uznał jednak, że taka odpowiedź będzie lepsza niż prawda.
Następnego dnia spotkał przyjaciół.
– Wiecie – powiedział z przejęciem – widziałem dziś ogromnego niedźwiedzia, większego od sosny! Zające przestraszyły się i natychmiast pobiegły ostrzec innych mieszkańców lasu. Sowa zorganizowała wartę, bobry zamknęły wejścia do swoich nor, a jeże schowały dzieci. Po kilku godzinach okazało się, że żadnego niedźwiedzia nie było.

– Dlaczego nas okłamałeś? – zapytała rozczarowana sowa.

– Chciałem, żeby było ciekawie – odpowiedział zawstydzony Leon.

Od tej pory zwierzęta zaczęły podchodzić do jego opowieści z coraz większą ostrożnością. Kilka dni później Leon przypadkiem strącił z drzewa koszyk z orzechami należący do wiewiórki. Wszystkie orzechy rozsypały się po ziemi.

– To nie ja! – zawołał szybko – to wiatr!

Wiewiórka spojrzała na spokojne gałęzie.

– Ale przecież nawet nie wieje.

Leon wzruszył ramionami i odszedł. Wiewiórka sama pozbierała orzechy, ale zrobiło się jej przykro. Coraz więcej mieszkańców lasu zauważyło, że lis bardzo często mija się z prawdą. Minęło kilka tygodni. Pewnego ranka Leon bawił się w pobliżu starego dębu. Nagle usłyszał trzask. Jedna z grubych gałęzi zaczęła pękać tuż nad gniazdem małych sójek.

– Uwaga! Gałąź się łamie! Pomocy! – krzyczał. Jednak nikt nie zareagował. Zające spojrzały tylko na siebie.

– Pewnie znowu wymyśla jakąś historię. Bobry dalej pracowały przy tamie. Sarna westchnęła.

– Nie dam się znowu nabrać. Leon biegał od jednego zwierzęcia do drugiego.

–To prawda! Naprawdę potrzebna jest pomoc!

Dopiero stara sowa dostrzegła pękającą gałąź. Natychmiast zawołała wszystkich mieszkańców lasu. Bobry podłożyły grube bale, niedźwiedź ostrożnie podtrzymał pień, a wiewiórki szybko przeniosły pisklęta do bezpiecznego miejsca. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Po wszystkim sowa usiadła obok Leona.

– Dziś mówiłeś prawdę.

– Wiem – odpowiedział cicho lisek – Ale nikt mi nie uwierzył.

– Zastanów się, dlaczego. Leon spuścił głowę.

– Bo wcześniej tyle razy kłamałem.

– Właśnie tak. Zaufanie buduje się długo, a stracić je można bardzo szybko.

Te słowa długo nie dawały lisowi spokoju. Postanowił się zmienić. Następnego dnia odwiedził wiewiórkę.

– Chciałbym cię przeprosić za orzechy. To ja zrzuciłem koszyk. Przestraszyłem się i skłamałem.

Wiewiórka uśmiechnęła się.

– Dziękuję, że powiedziałeś prawdę.

Potem poszedł do bobrów.

– Nigdy wam nie pomagałem przy tamie. Okłamałem mamę i wszystkich innych. Bobry były zaskoczone.

– Dobrze, że się przyznałeś. Jeśli chcesz naprawdę pomagać, możesz zacząć już dziś. Leon pracował z nimi przez cały dzień. Było ciężko, ale wrócił do domu zmęczony i szczęśliwy. Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej starał się mówić prawdę. Gdy czegoś nie wiedział, przyznawał to. Gdy popełnił błąd, przepraszał. Kiedy coś obiecał, dotrzymywał słowa.  Początkowo zwierzęta nadal były ostrożne.

– Czy na pewno mówi prawdę – pytały.

Jednak z biegiem czasu zauważyły, że Leon naprawdę się zmienił. Pewnego jesiennego popołudnia nad las nadciągnęła gwałtowna burza. Wiatr był tak silny, że przewracał młode drzewa. Leon pierwszy zauważył, że potok szybko wzbiera i może zalać nory królików.
Natychmiast pobiegł do sowy. – Musimy ostrzec wszystkich!
Sowa spojrzała na niego uważnie. -Jesteś pewny?
-Tak. Widziałam to na własne oczy.
Tym razem nie było ani chwili wahania.
-Wierzę ci – odpowiedziała. Cały las ruszył do działania.
Bobry umocniły tamę, jelenie pomogły przenieść najmłodsze zwierzęta na wyżej położoną polanę, a wiewiórki zebrały zapasy żywności. Wieczorem burza rzeczywiście dotarła do lasu. Potok wystąpił z brzegów, ale dzięki wspólnej pracy nikomu nic się nie stało.
Po wszystkim sowa powiedziała.
– Dziś Leon uratował wiele domów. Uwierzyliśmy mu, ponieważ przez długi czas pokazywał, że można na nim polegać. Lis poczuł ogromną radość. Zrozumiał, że prawda nie zawsze jest łatwa. Czasem trzeba przyznać się do błędu, przeprosić albo ponieść konsekwencje swoich czynów.
Jednak tylko dzięki prawdomówności można zdobyć coś naprawdę cennego: zaufanie innych.
 I tak lis, który kiedyś nie potrafił żyć bez kłamstw, stał się jednym z najbardziej godnych zaufania mieszkańców Zielonego Lasu.

                                                                                   
                  Mania


Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł przelewem na konto Fundacji: BNP Paribas Bank Polska S.A. 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001

Mapa

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Na mapie nie znajdziesz nic prócz barwnych kolorów, zgięć kartki czy punktów. Same miasta, stolice, dalekie państwa.

A gdzie jest mapa dusz. Mapa dusz ludzkich, której nie ma na żadnej mapie. Tak przezroczysta, że aż niewidzialna, delikatna by się otulić o opuszki twoich palców. Malutkie dusze na mapie czarnych chmur codziennej brutalności.

Nie namierzysz, nie odtworzysz tej mapy, tych dusz. To jak cień błękitu przebiśniegów po zimowej ulewie, tak delikatnie wynurzają się, by zaraz się przeprosić i odejść w dal.

Bo takie strunowe dusze, lekkie, z ciężarem żyć, tylko zdmuchnąć kurz i chronić przed innymi dłońmi.

Wyrafinowana kolekcja z tych doborowych, tych najczystszego gatunku.

Błyszczy, nie upuść ani jednej.

Barbara Mowczan


Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł przelewem na konto Fundacji: BNP Paribas Bank Polska S.A. 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001

O buncie

Fot. Małgorzata Brus

Tak, mam w sobie ogromną potrzebę niezależności i wolności. To oznacza, że… no cóż… nie mam wyjścia, ale muszę się buntować.

Buntuję się raczej w kulturalny i akceptowalny społecznie sposób.

Raczej… naprawdę staram się. Chociaż ostatnio usłyszałam, że jestem bezczelna.

No tak, myślę, że bywam również bezczelna… Bo powiedziałam NIE, bo moja reakcja na reprymendę kogoś, kto nie ma prawa do mnie mówić z pozycji dorosły – dziecko, z pozycji wyższości, z pozycji siły, była… hm… bezczelna.

Przyznaję, nie zawsze sobie radzę w sytuacjach stresowych, emocje biorą górę. Ale uczę się, widzę lub staram się zobaczyć też moją stronę. Analizuję i myślę, co ja zrobiłam nie tak, co powiedziałam, jak zareagowałam.

To jest ta moja nadwrażliwość.

Ale miało być o buncie, więc tyle jeśli chodzi o ZK i bycie tu i teraz.

To miejsce uczy pokory.

Zawsze buntowałam się, buntuję i będę buntować przeciwko złu, niesprawiedliwości, nieuczciwości na tym świecie. Nie mogę patrzeć na krzywdę innych osób. Moja mama pozwalała mi buntować się, mieć własne zdanie. W zamian mogła mi zaufać i jestem jej bardzo wdzięczna za to, co mi dała.

Czasem jestem zmęczona, bo kotłują się we mnie myśli, ta niezgoda. Nie rozumiem tego świata, chciałabym coś zrobić, zmienić.

Jednocześnie dociera do mnie pomału, że czasem się nie da…

Inka


Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł przelewem na konto Fundacji: BNP Paribas Bank Polska S.A. 28 1600 1462 1821 2325 1000 000

Akt oskarżenia

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Oskarżam Cię Człowieku, za to, że niszczysz, wyrzynasz moich braci, moje siostry.

Wszystkie dęby, świerki i jodły.

Przerabiasz lasy na osiedla mieszkaniowe, jakby było mało starych trzeba wybudować nowe.

Przerabiane jesteśmy na papier, na kartki, a tak miło jest posiedzieć pod nami, niedaleko strumyk płynie wartki.

Dlaczego nas niszczysz? Co złego drzewa Ci zrobiły?

Myśmy słońcem się żywiły i deszczem poiły.

Wkrótce braknie drzew, braknie lasów, parków i innych roślin…

Nie zaśpiewa ptak, nie przemknie po gałęziach wiewiórka, braknie dla zwierząt włości.

Dzięki Nam jest woda, czyste powietrze, cień i ochłoda…

Czasem wiatr nami szarga, ale to tylko jesienna słota.

Człowieku, oskarżam Cię o klimat pustynny, ale… Ty w dalszym ciągu nie czujesz się winny.

Drzewo

Poetka M.  


Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł przelewem na konto Fundacji: BNP Paribas Bank Polska S.A. 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001

Nawiedzony dom

Grafika: Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Uwielbiam zjawiska nadprzyrodzone. Duchy odmieniły moje życie…

Żyjemy w czasach, gdy ceny mieszkań w tym kraju to jakiś ponury żart. Za kawalerkę w Warszawie musisz oddać nerkę, złożyć w ofierze zdrowie psychiczne i podpisać cyrograf.

Toteż kiedy znalazłam ogłoszenie o treści: „Duży dom z ogrodem. Cena: Flaszka wódki oraz oświadczenie, że nie będziesz skarżyć spadkobierców” – postanowiłam: „Biorę to!”. Gość, z którym zawarłam transakcję, pocił się bardziej niż ksiądz na placu zabaw. Ględził coś tam o złej historii. Pomyślałam sobie: „Pewnie grzyb na ścianach albo rury do wymiany”.

Myliłam się, cóż.

Okazało się bowiem, że dom jest po prostu nawiedzony. I to bynajmniej nie tak subtelnie, że firanka się sama poruszy albo deska zaskrzypi. O nie, tu jest regularne Call of Duty w wersji paranormalnej.

Wprowadzam się. Dom ma niesamowity klimat; wiecie, czysta klasyka horrorystyczna: ściany wyłożone ciemną boazerią, piwnica w jakichś dziwnych czerwonych plamach, a w garderobie w sypialni – dynda sobie autentyczna pętla wisielca z solidnego sznura.

Mój facet, fan dobrego smaku, mówi: „Kochanie, zdejmij to, bo całkiem nie pasuje do naszego nowego wystroju.”

No to ściągam ten sznur, a tu z górnej półki wylatuje zakurzony pamiętnik.

Otwieram go na chybił trafił, a tam wpis z 1964 roku: „Dzisiaj znowu tatuś jest w amoku. Siekiera naostrzona”. Ale super, myślę, poprzedni właściciel był pewnie awangardowym rzeźbiarzem lub uprawiał hardcorowe ogrodnictwo.

Idziemy spać. Godzina 2:00 w nocy. Budzi mnie potworny hałas na parterze. Brzmi to tak, jakby ktoś usiłował odpalić kosiarkę w salonie. Schodzę na dół boso i w piżamie, ale z kijem od szczotki w dłoni. Wiadomo, kij od szczotki to uniwersalna kobieca broń przeciw psychopatom. Zaglądam jeszcze do kuchni celem dozbrojenia się w wałek do ciasta i co widzę? Lodówka kłapie drzwiczkami, szuflady wraz z zawartością wykonują napowietrznego kontredansa, zaś na ścianie – krwią, względnie ketchupem – stoi wypisane eleganckim gotykiem: „Won stąd!”.

I wiecie, co jest najdziwniejsze? Wcale nie poczułam strachu, tylko najzwyczajniejszą frustrację. I w tejże frustracji ryknęłam, aż wirujące sztućce i szuflady zastygły w połowie piruetu: „Posłuchaj, TY przezroczysty sukinkocie, utrzymuję ten dom, więc jak chcesz tu mieszkać, to dorzuć się do czynszu i zamknij tę lodówkę, bo prąd drożeje, ty ektoplazmatyczny pasożycie”. Nagle zapadła cisza. Potem drzwiczki od lodówki się zamknęły, a szuflady wsunęły grzecznie na swoje miejsca. Tak, tak, duchy, w Polsce szybko rzedną, kiedy im wspomnieć o kosztach życia. 

Po tygodniu nadprzyrodzonych atrakcji jednak uznaliśmy, że współlokatora z zaświatów trzeba się pozbyć. Mój facet napomknął o egzorcyście. Cóż, na oficjalną usługę z kurii nie było nas stać, wobec czego wynajęliśmy gościa z ogłoszenia w necie. Ogłoszenie brzmiało: „Egzorcyzmy, odczynianie uroków, spawanie plastiku – tanio!”. Ogólnie zachęcające. Przyjeżdża gość, taki trochę o aparycji uciekiniera z prosektorium. Kiedy pytam o cenę usługi, mówi półgębkiem: „Co łaska będzie. Na czarno robię, nie wybrzydzam”. Potem wyciąga z reklamówki butelkę po „Nałęczowiance” i zaczyna chlapać po ścianach czymś, co mocno zajeżdża spirytusem salicylowym. Coś tam sobie niezrozumiale mamrocze pod nosem, obracając w ustach przygaszonego peta. Kiedy docieramy do piwnicy, światło nagle zaczyna migotać, drzwi zatrzaskują się z hukiem, a ze ścian dobiega nieludzki, demoniczny skrzek: „Te, egzorcysta, wydaje ci się, że jak wydukasz kilka słów po aramejsku, to się wystraszę? He he, nic z tego ! A teraz nadstaw się, bo wsiadam w ciebie i na przejażdżkę! ”Gościu na to zsiniał, postawił gały w słup i jak nie rzygnie zielonkawą ektoplazmą. Prosto na moją nową sukienkę! Wściekłam się nie na żarty. Ociekając cuchnącym śluzem, wysyczałam:

„Zamknij pysk, ty zaświatowa galareto! Glucie międzywymiarowy! Pan tu robi na czarno, ubezpieczenia nie ma, więc jak w niego wleziesz, oboje zdechniecie z głodu, bo zasiłek mu nie przysługuje”.

I wiecie co? Na takie dictum demon, duch, czy co to było, odpuścił. Zrozumiał, że z wkurzoną niewiastą nie wygra. Jakiś czas potem mieliśmy spokój; chyba ducha dopadła nadprzyrodzona depresja.

Niemniej nie zniknął na zawsze. Gdzieżby tam! Wrócił, a nawet sprowadził kolegów. W obliczu klęski działań egzorcysty uznaliśmy, że nie mamy innego wyjścia, jak tylko przyzwyczaić się. Człowiek do wszystkiego się przyzwyczai. A ja pomału doszłam do wniosku, że mieszkanie z duchami ma swoje plusy, jeśli spojrzeć na to pragmatycznie.

Po pierwsze: oszczędzamy na sprzątaczce. Wisielec z garderoby nawet wyrzuca śmieci.

Po drugie: darmowa rozrywka. W długie zimowe wieczory wyciągamy tablicę ouija i wywołujemy duchy, żeby pograć w państwa-miasta. Trochę się wprawdzie kłócimy o punkty, bo wisielec z lat 60-tych wpisuje np. ZSRR lub Jugosławia, zaś jego koledzy dajmy na to „Bizancjum”, a kiedy raz pojawiła się „Asyria”, to nawet trochę się zaniepokoiłam.

Po trzecie: bezpieczeństwo. Wyobraźcie sobie, ostatnio próbowało się do nas włamać dwóch dresiarzy z łomem. Wleźli przez okno do salonu, a tu naraz lewitująca kanapa trzasnęła nimi o ścianę, z sufitu polała się na nich czarna posoka, więc kolesie tak szybko się ewakuowali, że zostawili własne portfele, kluczki od samochodu i prawie pełny worek z łupami, zapewne z innych włamów. W rezultacie jesteśmy po tym włamaniu finansowo nieźle do przodu.

Wniosek z tego taki, że jeśli szukacie taniego lokum, polecam domy po seryjnych mordercach oraz samobójcach. Duchy bywają uciążliwe, fakt, ale jak przegną, zawsze można im zagrozić wezwaniem skarbówki.

Zaręczam, że od razu umkną do piekła. Nie na zawsze, co to, to nie, ale po powrocie będą z nich całkiem pożyteczni lokatorzy.

Zośka


Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł przelewem na konto Fundacji: BNP Paribas Bank Polska S.A. 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001

Jest takie miejsce

Fot. D. Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Jest takie miejsce, do którego się udaję, by pobyć sama i otoczyć się wszystkim tym czego mi potrzeba i czego mi brakuje.

Zamykam oczy…

Oczyma wyobraźni zmierzam w kierunku pięknej, wyłaniającej się znad horyzontu wyspy, już się do niej zbliżam, widzę piękne korony drzew i tysiące zieleni barw przenikających się nawzajem… Gdy coraz bardziej się zbliżam widzę piękną czystą wodę wrzynającą się w złote piaszczyste plaże położone u brzegów mej wyspy. Stopione w ciepłych złotych promieniach słońca.

Już tam jestem, bosymi stopami chodzę po rozgrzanym złotym piasku, który delikatnie przesuwa się między mymi palcami. Idę dalej w głąb wyspy, która przywołuje mnie swą zielenią…

Krzewy, kwiaty i drzewa są tak piękne, że radują me oczy, tyle rozmaitości, tyle barw…

I te cudowne odgłosy ptaków, cudowny trel i ćwierkot… Cała paleta barw i te drobne brzęczące owady pszczółka roznosząca pyłki…, motyle tańczące wśród pięknej polany… I ten szum wyłaniającego się wodospadu wpadającego do jeziora.

Biorę kąpiel w czystej jak kryształ wodzie, następuje oczyszczenie i staję się lekka jak te motyle, które właśnie niedawno jeszcze obserwowałam…

Chciałabym tu zostać, ale brutalna rzeczywistość – dzwonek! Wyrywa mnie z piękna owych marzeń i znowu ta codzienność szara i ponura, a może by ją tak zmienić i przemycić choć trochę koloru z moich marzeń, może i tu mogłoby być tak cudownie… Zacznę zmieniać ten świat, ale od siebie…

Diablica


Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł przelewem na konto Fundacji: BNP Paribas Bank Polska S.A. 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001

Cela kulinarna

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

🍰 Czas na reaktywację Celi Kulinarnej!

Na blogu eWkratke.pl pojawiły się nowe przepisy przygotowane przez nasze blogerki. To wyjątkowa kolekcja pomysłów kulinarnych tworzonych w warunkach więziennych – z produktów dostępnych za murami i z ogromną dawką kreatywności.

Cela Kulinarna od lat cieszy się dużym zainteresowaniem czytelników. Znajdziecie tam przepisy na słodkości, przekąski i domowe smaki, które dla wielu autorek są wspomnieniem ważnych osób, miejsc i chwil z życia na wolności.

Zapraszamy do odwiedzenia Celi Kulinarnej i odkrywania kolejnych przepisów:

A na smaczek – tiramisu autorstwa Cielaczka. 😊

Tiramisu

Składniki:

1 paczka biszkoptów

2 szt. budyniów śmietankowych

kakao

ok. 2 łyżki kawy

Sposób przyrządzenia:

Biszkopty moczymy w kawie i układamy do pojemnika. Ugotowany budyń przekładamy na biszkopty tak, aby druga część pozostała do przełożenia kolejnego piętra biszkoptów. Ponawiamy całą procedurę po raz drugi. Na sam wierch posypujemy kakao.

Smacznego!


Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł przelewem na konto Fundacji: BNP Paribas Bank Polska S.A. 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001