

Bezpiecznie – tak jednym słowem określiłabym to, jak czuję się obecnie. Jak czuję się w więzieniu – powinnam dodać. Więzienie jako azyl, czy schronienie, nawet dla mnie wydaje się to co najmniej dziwaczna kombinacja słowna. Gdy wokół słychać głosy o ograniczaniu wolności, naruszaniu godności i braku zwykłej ludzkiej przyzwoitości – ja myślę o tym miejscu, jak o schronieniu. Nie pamiętam kiedy ostatnio czułam się tak bezpiecznie. O ile w ogóle kiedyś.
Wiem…. brzmi to dla Was jak majaki osoby z poważnymi zaburzeniami psychicznymi. I trudno nie przyznać temu racji, … ale tylko na pierwszy rzut oka. Czy nie jest tak również w życiu? Pierwszy rzut oka, błyskawiczna ocena …. nie mamy ochoty, czasu na głębszą analizę. A czasami może warto. Czasami głębiej jest to coś, co zmienia i tłumaczy wszystko.
Jak każdy, a przynajmniej większość ludzi zdrowych na umyśle, myślałam o pobycie w więzieniu, jak o życiowej tragedii. Miałam przecież życie, o którym większość marzy. Kobieta sukcesu, matka, żona. Urocze dzieci, przystojny i zaradny facet. Tak dokładnie wyglądało moje życie z perspektywy otoczenia. Bańka mydlana, która pękła szybciej, niż powstała. To ciekawe, że człowiek widzi, to co chce zobaczyć. A poza tym szczęście, uśmiechnięte buzie i sukces jest taki … trendy. Nie wypada przyznać się do choroby, czy problemów finansowych. Tylko słabi sobie nie radzą. Nawet nie myślałam, że takie podejście może doprowadzić mnie na pogranicze życia i śmierci….
Ale zacznijmy od początku. Niestety, ale aby zrozumieć konieczne jest poświęcenie … na szczęście, w tym przypadku – tylko poświęcenie czasu. A może aż? Decyzja należy do Ciebie. Tak czy inaczej miło, że dotarłeś do tego momentu. W świecie, w którym trudno zwrócić na siebie uwagę prostym byciem sobą, to już sukces.
A więc … do brzegu 🙂
Być może moje wstępne stwierdzenie jest na wyrost. Może to co czuję, to wcale nie jest poczucie bezpieczeństwa. W zasadzie muszę przyznać, patrząc wstecz, że nie mam materiału porównawczego. Więc powinnam stwierdzić, że to „bezpiecznie”, jest moim autorskim postrzeganiem tego stanu. Zdaję sobie sprawę, że nadal część z Was uśmiecha się ironicznie, „słysząc” to stwierdzenie w odniesieniu do więziennej rzeczywistości. Ale jak wspomniałam – to „pierwsze wrażenie”. Czas je zmienić!
Nie wiem, z czym Wam kojarzy się „bezpieczeństwo”, ale pewnej części osób zapewne kojarzy się ono z dzieciństwem. Kochający rodzice, rozpromienione i szczęśliwe dzieci wspólnie spędzający wolny czas – stereotypowy „schemat” większości reklam. Przepraszam, jeśli wyczuliście w tym sarkazm, był niezamierzony. Nie mogę przecież krytykować czegoś, do czego dążyłam całe życie, o czym marzyłam i w pogoni za czym … ale o tym później.
Nie trzeba być alfą i omegą, aby szybko wywnioskować, że moje wspomnienia z okresu dzieciństwa, nie mają wiele wspólnego z „szczęśliwym wizerunkiem rodziny”. Mogłabym powiedzieć, że te dwa obrazki mają niewiele wspólnych cech. Mogłabym wreszcie powiedzieć, że to był okres, który pozostawił w mojej psychice piętno na resztę życia. Mogłabym … i pod wieloma względami tak było. Pewnie dlatego z tego okresu częściej przywołuję wspomnienie taty, który był obrazem „prawdziwego, ciepłego i kochającego rodzica” (mimo, że w domu raczej bywał, niż był), niż obraz mamy, która zamieniła życie „naszej rodziny” w piekło na ziemi. Kobiety, która „pozory” przedkładała ponad wszystko. Osoby, jak się okazało, chorej, której nie umiałam wybaczyć śmierci taty, a później również jej własnej. Wtedy właśnie nauczyłam się tego, co znacznie później zaczęły lansować media społecznościowe – życia na pokaz. Mam wrażenie, że w mniejszym lub większym stopniu niemal każdy takowe prowadzi. Pokazujemy to, co poprawia nasz wizerunek. Kreujemy lepszą wersję siebie. W końcu nie ma w tym nic złego, bo przecież to tylko delikatny retusz… Niestety co jest małą kulką śniegu na szczycie góry, u jej podnóża jej ogromną lawiną.
Nie wiem, czy w tej chwili tamte wydarzenia nadal mnie bolą, już tylko smucą, czy są po prostu wspomnieniem. Tak czy inaczej były (i w jakim sensie nadal są) jak czarne chmury zwiastujące zbliżającą się burzę. Przyznam, że przez większą część mojego życia, bałam się tej burzy, drżałam i skupiałam swoją uwagę na tym, jak się przed nią uchronić. I wiecie co? To był błąd! Życie jest pełne takich „czarnych chmur” i nie sposób uniknąć niejednokrotnie tej ulewy. Zamiast więc skupiać się na ucieczce przed „burzą”, warto nauczyć się „tańczyć w deszczu”. I chociaż nie jest to nauka prosta, to jednak warto. A mówi to osoba, nad głową której kłębi się cały front burzowy, a nie tylko pojedyncze chmury.
Więzienie sprzyja rozdrapywaniu naszych krzywd, porażek, szukaniu usprawiedliwienia pobytu w tym miejscu w zewnętrznych (najlepiej niezależnych od nas) czynnikach. Zachęca do skupiania się na „burzy”. Jest tu niezwykle łatwo popaść w marazm, czy depresję. Równie łatwo, jak zabrać dziecku cukierek. A ponieważ łatwe rozwiązania kuszą … cóż… Poddajemy się, bo to łatwiejsze, niż walka. Zapominamy tylko, że ta sama burza, która potrafi nas porządnie zmoczyć i sponiewierać przynosi przepiękną tęczę, a deszcz niesie życie roślinom i zwierzętom. W życiu jest podobnie, a przynajmniej walczę, aby tak właśnie było w moim. Nic co wartościowe, nie przychodzi bez trudu. Rozpętałam w swoim życiu burzę, żeby nie powiedzieć huragan (i mniejsza o większość, na ile z zaistniałych okoliczności miałam wpływ). Teraz walczę, aby pojawiła się „tęcza”…
Myślę, że okres dzieciństwa i wczesnej młodości, nie tyle utrwalił we mnie obraz jak drugi człowiek (ten najbliższy) potrafi „katować” fizycznie i psychicznie, ale pozostawił we mnie tak głębokie pragnienie miłości i akceptacji, że nie potrafię Wam tego opisać. Nie potrafię Wam powiedzieć, jak bardzo pragnęłam „ciepłego, bezpiecznego domu”, kochającej rodziny i szacunku drugiej osoby… bo tego się nie da przekazać słowami. Było to uczucie tak dojmujące, jak pragnienie czy głód w swej najbardziej skrajnej postaci. Zrozumieć może tylko ten, kto sam tego doświadczył. Kto kochał mimo bólu, kto znosił poniżanie dla jednego uśmiechu, przytulenia czy choćby miłego słowa. Pewnie dlatego znosiłam rzeczy, których żadna kobieta, nie powinna nigdy doświadczyć. Nawet dziś nie mogę pojąć, jak to możliwe, że nie powiedziałam „NIE”, nie poprosiłam o pomoc, a w niektórych przypadkach po prostu nie uciekłam. Z tej perspektywy więzienie jest dla mnie ukojeniem i schronieniem. Życie w ciągłej atmosferze napięcia, w oczekiwaniu na kolejny cios doprowadziło mnie do skrajnego wycieńczenia. Tu, nawet jeśli czasem usłyszę podniesiony głos, nie czuję już takiego lęku. Nie wpadam już w panikę, choć nadal czuję wewnętrzny niepokój, gdy dostrzegam wyraz niezadowolenia na czyjejś twarzy. Stare mechanizmy zaczynają wówczas się uruchamiać, mimo że nie stoję już w obliczu realnego niebezpieczeństwa. Zatrważające jak można człowieka zaszczuć. Zatrważające, że dziś więzienie na Grochowie jest dla mnie bezpieczniejszym miejscem niż mój rodzinny dom …
Dziś, gdy to piszę mój pierwszy „oprawca” (moja mama) nie żyje. I choć do końca jej życia jej gniew mnie paraliżował, to dziś nie czuję ulgi. Dziś patrzę na wszystko nie przez pryzmat odniesionych ran, ale choroby, którą zdiagnozowano za późno …. za późno dla niej, dla mnie … dla naszej rodziny. I choć trudno wybaczyć, to prawdą jest, że wybaczając uwalniamy nie drugą osobę od naszego gniewu, czy żalu, ale przede wszystkim uwalniamy nas samych. Gorycz, żal czy gniew bardziej szkodzi nam, niż drugiej osobie. Aby móc pójść dalej, trzeba odciąć wszelkie zaszłe, pożerające nas emocje. Są one bowiem jak kotwica, która trzyma nas w miejscu i nie pozwala ruszyć w rejs. Czy wybaczyłam? To skomplikowane. Dziś bowiem nie borykam się już z problemem wybaczenia mojego dzieciństwa, dziś żyję z brzemieniem wybaczenia jej …. jej śmierci. I chociaż to ch… trudne, staram się „odciąć tą kotwicę”. Myślę, że w wielu przypadkach byłoby znacznie łatwiej, gdyby człowiek był egoistą. Myślał o sobie, o tym co dla niego dobre. Odcinał się od tego co go rani i parł do przodu. I chociaż nie jest to lekarstwo idealne, to w moim przypadku, mogło zapobiec ogromowi cierpienia … mojego i co gorsza … moich bliskich. Coś w tym jest, że jeśli sami z sobą nie umiemy być szczęśliwi, to nie umiemy dać szczęścia, ani go w pełni przyjąć.
Decyzja o zawarciu małżeństwa okazała się nie tyle chęcią stworzenia własnego „domowego ogniska”, co chęcią ucieczki z piekła. Byłam jak zwierzę w schronisku, które nosi na sobie ślady przeszłego życia. Gotowa pokochać każdego, kto choćby przez chwilę spojrzy na nie łaskawym okiem… i zabierze ze sobą. Jednak nawet setki kilometrów odległości nie są w stanie uwolnić człowieka z więzienia, które ten nosi w sobie ….
Moje „dotychczasowe więzienie” miało wkrótce okazać się wakacjami w porównaniu z tym, co mnie czekało. Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Jestem tego najlepszym przykładem. Choć jeszcze o tym nie wiedziałam, moja ścieżka już zaczynała powoli biec ku stromemu urwisku. Wkrótce miałam stać się jak auto bez hamulców pędzące w dół ku przepaści. I chociaż nie widzicie być może jeszcze światełka w tym ciemnym tunelu, to zapewniam Was, że ono się pojawi. I nie będzie to bynajmniej nadjeżdżający pociąg … Ta historia jest bowiem nie o bólu, goryczy i cierpieniu … jest o wierze, nadziei, miłości i …. walce. Walce, którą zamierzam wygrać … kto wie, może jeszcze zanim skończy się ta historia … (c.d.n.)
AdMa
Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.


Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł przelewem na konto Fundacji: BNP Paribas Bank Polska S.A. 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001










