To dzięki jego miłości wiem, że nie mogę się poddać.
Myślę, że jestem prawdziwą szczęściarą dzięki mojemu dziecku.
Sisi
♦♦♦
Miłość to: patrzenie w tym samym kierunku, strzelanie do tej samej „bramki”.
To wdech i wydech tego samego organizmu.
Uczucie oczekiwane i niedoceniane.
Spotykane, a nie rozdawane.
Można kochać i być uśmiechniętym.
Ale do szczęścia jest potrzebna ta druga osoba.
Dużo miłości dla wszystkich! A ja na swoją poczekam.
Pełnoletnia
♦♦♦
PS.
„W miłości chcesz, by ci wierzono,
w przyjaźni – by rozumiano”,
a ja pragnęłabym jednego i drugiego.
Chciałabym być komuś potrzebna
i chciałabym móc powiedzieć do kogoś „potrzebuję cię”.
Póki co, jestem wdzięczna za miłość rodziny
i znajomych. Dzięki niej (i im) jeszcze coś mi się chce
robić,
nie czuję się taka sama.
Miłość przede wszystkim kojarzy mi się z dobrem, szacunkiem i
zaufaniem,
bezpieczeństwem otrzymywanym od swojej drugiej połówki.
Ola
♦♦♦
Kiedyś powiedziałam mojemu dorosłemu już synowi przez telefon
(bo był smutny):
„synu, jak masz dziś jakiś problem, chociażby z miłością, to
powiedz, ja ci doradzę”.
Syn na to: „chyba oszalałaś, przecież nie stworzyłaś żadnego
normalnego związku!”.
Zatkało mnie. To fakt,
przyznałam. Czym jest miłość? Na pewno nie ma jednej definicji. To wiem na
100%.
Jest to coś takiego, czego nie sposób dla mnie doświadczyć.
Łatwiej jest doświadczyć porozumienia w parze lub uniesienia erotycznego. Co i
tak jet rzadkością.
Ale to chyba szacunek, oddanie, akceptacja, pożądanie,
tęsknota, bicie serca, choroba psychiczna pewnego rodzaju. Też pewna doza
zaborczości, bezsenność, niepewność, skowronki, motyle, opiekuńczość,
wybaczanie, świat w różowych okularach. No i gdy to mija, muszą zostać: to że
ktoś będzie cię pocieszał w razie choroby, to że będziecie mieli o czym
rozmawiać, to że będziecie mieli co ze sobą robić i że nie będziecie sobą
znudzeni.
Renatofon
♦♦♦
Miłość to pragnienie bycia przy drugim człowieku. To
poświęcanie siebie w imię jego dobra. To wierność i lojalność bez względu na
okoliczności. To zrozumienie bez słów i odpowiadanie na czyjeś najgłębsze
potrzeby. Miłość to wybaczenia. To wyrzeczenie się wszelkiego egoizmu. Jeśli
jest to konieczne, to również pozwolenie kochanej osobie na podążanie własną
drogą, odrębną od mojej, chociaż sprawia mi to ból. Miłość to bliskość lecz i
szacunek dla autonomii drugiej osoby. To poczucie jedności bez tłamszenia. To
najwyższy wyraz bycia człowiekiem.
Najwspanialszą definicję miłości zawarł św. Paweł w swoim
hymnie. Chętnych odsyłam do Biblii – moim zdaniem nie pożałujecie.
W czwartek 23.01.2020 r. w ramach spotkań organizowanych
przez FUNDACJĘ DOM KULTURY odbyły się zajęcia, na których zaszczycił nas swoją
obecnością (myślę, że zaszczycił w tym tekście nie jest absolutnie przesadą )
SEBASTIAN – osoba niewidoma, której towarzyszyła koleżanka Gosia i nie sposób
nie wspomnieć o jego psim przyjacielu – przewodniku, przekochanym i przemądrym
Rollku chesapeake bay retiver.
Rollek, fot. Małgorzata Brus
Ponieważ jestem osobą z natury sceptyczną, pomyślałam, że
będzie to kolejna opowieść z cyklu smutnych opowieści. Nic bardziej mylnego. Po
kilku zdaniach zaczęłam chłonąć to, co mówił Sebastian, jak gąbka, a spotkanie
z nim wywołało we mnie olbrzymią refleksję na tematy życiowe.
Sebastian stracił wzrok w wyniku wypadku komunikacyjnego. Z
jego historii wynika, że jeśli się tylko chce i spotyka odpowiednich ludzi na
swojej drodze, wszystko jest możliwe. Wcześniej nie przypuszczałam, że tak mało
wiem o osobach niepełnosprawnych. Często bywa, ze nie widzimy nic poza czubkiem
własnego nosa. A może nie chcemy zauważać? Jeśli już zauważymy, to, co się
dzieje? Chcemy pomóc. Nasze pomysły, jak wytłumaczył nam Sebastian, są zwykle nawet gorsze jak kiepskie.
Część z nas miała możliwość dzięki opaskom, w które
zaopatrzył nas Sebastian, przekonać się, jak to jest, gdy się nic nie widzi.
Kiedy obserwowałam to ćwiczenie z boku, widziałam jak trudne to jest, gdy
trzeba zaufać osobie z pary, aby w ogóle móc się poruszać.
Spróbuj czytając to zrobić pewną wizualizacje. Stoisz przez
przejściem dla pieszych,jest olbrzymi ruch. Na krawężniku stoi osoba niewidoma
poznajesz po białej lasce w ręce. Co robisz? Jeśli posiadasz w sobie choć mały
odruch troski o innych, podchodzisz do tej osoby i… co mówisz? Tu czas na
zastanowienie. W tym momencie przyznaję, jaką ja jestem kretynką, gdyż ja bym
powiedziała: proszę chwycić mnie za rękę pomogę Pani/ Panu przejść przez
jezdnię. Wydawałby się to super pomysł, ale do cholery, skąd osoba niewidoma może wiedzieć, gdzie
jest moja dłoń?
Sebastian objaśnił nam, że czasem nasza pomoc jest zupełnie
niepotrzebna, bo można tym wyrządzić więcej szkody jak pożytku. A komunikaty
powinny być bardziej jasne.
Innym ćwiczeniem była próba czytania z książek dla
niewidomych, które przyniósł nasz Gość. Okazało
się to potwornie trudnym zadaniem – dla mnie niewykonalnym. Sebastian
opowiadał również o tym, że osoba
niewidoma wcale nie musi być wykluczona choćby nawet z korzystania z mediów
społecznościowych. Pewnie w tym momencie myślicie niby jak? Ja osobiście
patrzyłam z niedowierzaniem. Do momentu, kiedy masz pozytywny Gość nie wyjął
telefonu i nam tego nie zademonstrował. Telefon wydawał komunikaty i objaśniał
oraz opisywał zdjęcia z portalu. Przyznam, że tych komunikatów nie rozumiałam,
jednak osoby niewidome mają bardziej rozwinięte inne zmysły, słuch czy dotyk.
Tygrys, fot. Małgorzata Brus
Sebastian to osoba bardzo pozytywna, ciepła, na pewno uparta
w dążeniu do stawianych sobie celi, niewątpliwie odważna, komunikatywna, która
bez dwóch zdań się nie poddała i dążyła do tego, aby jej życie po wypadku było
jak najbardziej komfortowe.
Sebastian prowadzi dla wojska warsztaty sensoryczne i
udziela się w środowisku osób niepełnosprawnych. Zapewne w funkcjonowaniu
pomaga Sebastianowi jego pies- przewodnik, który zna tak wiele komend, że moja
głowa tego nie ogarnia (dla przykładu: bankomat, winda, drzwi … ).
Pięknie dziękuje Tobie – Sebastianie, że zdecydowałeś się
nas odwiedzić i mam nadzieję, że do następnego 🙂
Warto byłoby się zastanowić nad tym kto jest złym człowiekiem? Pewnie pytając dziesięciu osób, kto jest złym człowiekiem, każda z nich udzieliłaby zupełnie innej odpowiedzi. Pewnie znalazłyby się nawet takie, które szalenie zaskoczyłyby nas. Dla jednych złym człowiekiem okazałby się egoista, dla kolejnych człowiek krzywdzący zwierzęta, kolejno tyran, zabójca. Myślę, że to stwierdzenie rozbijając na różne rzeczy zależy od wielu czynników. Przede wszystkim od tego w jakim kanonie moralnym i etycznym żyjemy. Dla mnie osobiście złych ludzi nie ma. Uważam, że w każdym z nas są jednak pokłady dobra. Czasem jedna sytuacja w życiu sprawia, że społeczeństwo klasyfikuje człowieka mając na uwadze tylko tę jedną konkretną, sytuację. A sądzę, że to bardzo niesprawiedliwe.
Rakieta: Nie wiem, czy ktokolwiek ma ochotę przeczytać, co tak naprawdę o tym myślę.
Ja chcę. Powody są dwa. Po pierwsze: bo jesteście w innym
świecie niż ja. Po drugie bo jesteście dokładnie w tym samym świecie, co ja.
Pierwsza Anonimka: Mam pustkę w głowie, ale ponieważ do zajęć podchodzę poważnie, postanawiam skreślić parę słów.
Druga Anonimka: Przyjaźń to bezwarunkowa akceptacja.
Maruda: Przyjaciel to bliska osoba, na której można polegać, ufać jej i powierzyć największe sekrety.
Maja: O przyjaźni można by pisać poematy, ale tak krótko i na temat – prawdziwy przyjaciel to ktoś, kto zawsze będzie, gdy my będziemy go potrzebować.
Eveline: Czy w ogóle w tym paskudnym miejscu jest to możliwe?
Trzecia Anonimka: Wielokrotnie myślałam, że tak! I teraz wiem, że to nie była przyjaźń, tylko akceptacja.
Pierwsza Anonimka: Przyjaźń ma prawo bytu w każdym miejscu i w każdych okolicznościach, w jakich się znaleźliśmy można znaleźć ludzi takich przez wielkie Ce.
Trzecia Anonimka: Nie ma tu przyjaźni. Jest rywalizacja i to przez duże R.
Rakieta: Przyjaźń brzmi bardzo wzniośle, dla mnie dzisiaj nic nie oznacza.
Rakieta: Mam ludzi, który ufam, na których mogę polegać i których kocham, nie będę ich obrażać słowem PRZYJACIEL.
Diablica: Ale przecież to też zwykłe, codzienne gesty niby nic nieznaczące, tj. gdy się potykasz, czyjaś pomocna dłoń nie pozwala ci się przewrócić.
Eveline: Gdy jest szczera, budowana na prawdzie, zawsze jest możliwa.
Maruda: Jeśli coś jest prawdziwe, będzie szczere.
Trzecia Anonimka: Teraz ostrożniej podchodzę do zawierania nowych znajomości.
Maja: To jest cenny dar nieważne kiedy go otrzymamy.
Czwarta Anonimka: Kiedy poznajemy kogoś, kartka jest pusta. Kiedy wkracza w nas – kartka się zapisuje.
Eveline: Nawet w tak sztucznym towarzystwie, gdzie każdy gra swój film.
Pierwsza Anonimka: Być może na taką osobę nie trafiłam. Jest sporo dziewczyn, które zwyczajnie lubię i szanuję, ale to nie jest przyjaźń.
Eveline: Ja znalazłam taką osobę.
Maja: Ja właśnie takiego przyjaciela mam i za to jestem bardzo wdzięczna.
Pierwsza Anonimka: Być może wszystko przede mną?
Diablica: Czasem nie zauważamy, że przyjaciel jest tak blisko, a my twierdzimy, że nie ma nikogo przy nas.
Płaskorzeźby wykonane przez osadzonych w więzieniu w Potulicach z Reaktorem – Laboratorium Rzeźby – projekt Fundacji Dom Kultury pt. „Warsztaty w więzieniach”, fot. M. Brus
Na tak zadane pytanie odmawiam odpowiedzi. Semantycznie wywołuje mój bunt. Nie ma ludzi złych. Są ludzie gniewni, skrzywdzeni, czyniący ludziom krzywdę, chorzy, zbłąkani, oszukani, niewyedukowani, ale złych nie ma. Skoro to jest jasne, przejdźmy do tego czy warto dobrym ludziom, którzy popełnili błędy udzielić pomocy? Mądrej pomocy, celowanej z chirurgiczną precyzją, dostosowanej do zdiagnozowanych deficytów, udzielać się powinno. To wynika wprost z tego jakim człowiek jest ssakiem, a należymy do zwierząt stadnych, o dużej potrzebie budowania jasnych społecznie struktur. Czy warto? To zależy już od rezultatów, z którymi bywa rozmaicie, choć moim zdaniem, jeśli pomoc jest przemyślana, to i rezultat powinien być pozytywny. ~Sposób i jakoś pomocy, zależy od pomagającego, więc naturalnie konkluduje, że to dający kreuje wartość. Pomaganie z racji struktury, w jakiej żyjemy jest naszym obowiązkiem, choć należy tez pamiętać o stanowieniu osobistych granic, za którymi spotykamy poczucie wykorzystania, oszukania i stracimy szacunek do siebie. Konsekwencją tego może się stać utrata wiary w sens pomocy w ogóle. Taka niechęć pomocy jest zakaźna. Z rodzica na dziecko, na nauczyciela na ucznia. Nie róbmy tego naszemu społeczeństwu. Kiedy już nikt nie będzie chciał pomagać, jak przetrwamy?
Wszystko jest zależne od tego co pojmujemy pod hasłem „zło” – czy to będzie czyn czy osoba? Kolor czy narzędzie? Słowo czy głos? Dla jednego złym będzie klaps, dla drugiego dopiero pobicie. Zło i dobro to nasza codzienność. O tym co dobre – łatwiej się mówi, zło na ogół chowa, się kryje. Nie wiem czy złym jest – być trochę złym? Jesteś zły jak ci coś nie wychodzi, złym jak coś niemoralnego zrobisz. Siedzisz w więzieniu – jesteś zły? Czy na pewno? I czy dla wszystkich? Dla Ciebie może i tak, dla moich bliskich – postąpiłam źle. Ale pomagać trzeba wszystkim – nie raz tylko pomoc, zdołała ujarzmić zło w człowieku. Dużo łatwiej jest osobom, które nie oceniają, których wewnętrzna wiara w dobro – niweluje zło. One są ponad wszystkim. Wielokrotnie uważałam, że mało jest ludzi w stanie mnie zrozumieć, postawić się w mojej sytuacjo. Ale ogrom postów, słów, poznawanych ludzi świadczy o tym, że może to ja sama więcej widzę w sobie zła niż ludzie obok? Może to ja powinnam przestać dokarmiać tego „złego” w sobie?… To jest dobro. Warto to dobro wyciągnąć na wierzch.
Zaczął się grudzień, a wraz z nowym miesiącem ruszyły te
wszystkie przygotowania do wigilii i całych tych świąt.
Dawno temu przestałam czuć magię świąt Bożego Narodzenia – to
moje trzecie święta spędzone w miejscu odosobnienia. Jest to bardzo trudny
okres do zniesienia dla ludzi pozbawionych wolności.
W tym czasie, częściej niż zwykle, myślę o swoich
najbliższych. Jeszcze bardziej doceniam wartość słowa rodzina i uświadamiam
sobie, ja ważną rolę odgrywają oni, bliscy, w moim życiu i jak bardzo za nimi
tęsknię.
Myślę o wigilijnej kolacji, która jak co roku odbyła się u
mojej teściowej, na której trzeci rok z rzędu mnie zabrakło. Teściowa jest dla
mnie jak mama, której praktycznie nigdy nie miałam i jest dla mnie ważną osobą.
Myślę o moim Rafale, u którego w tym roku zdiagnozowano
nowotwór i który po kolacji wigilijnej wrócił do pustego domu i święta spędził
sam, bijąc się ze wszystkimi myślami.
Szczerze, to nie cierpię tego dnia w tym miejscu. Nie potrafię
cieszyć się tą całą świąteczną aurą, która zaczęła tu panować. W tym czasie
najbardziej odczuwam dotkliwość kary, na którą skazał mnie sąd.
Widzenie z mężem też nie będzie takie jak inne – będzie
trudne i smutne. Nie będzie tym razem opłatka i życzeń. Uznałam, że tak będzie
lepiej. Nie potrafię znieść tego bólu w jego oczach. On sam nic nie mówi,
nie osądza, nie wypomina, ale wiem, że nie o takim małżeństwie marzył….
Ciężko mi patrzeć mu w oczy, wiedząc, że ja mogę liczyć na
niego w każdej sytuacji, a sama w obliczu jego choroby być wsparciem dla niego
nie mogę. Okropne uczucie…
Ten świąteczny okres w zakładzie karnym, to specyficzny czas
– każdej z nas jest bardzo ciężko go przeżyć…
Nawet te najbardziej zatwardziałe kobiety w wigilię stają się
wrażliwymi osóbkami, które nie wstydzą się swoich łez. Znikają pozory,
wyznaczony dystans i wrogie nastawienie do innych. Próbuje się zapomnieć o
nieprzyjemnych sytuacjach z „koleżankami”.
O 17.30 zamykają nam cele. Usiadłyśmy do skromnie
zastawionego stołu. Były pierogi zakupione w więziennej kantynie, śledzie,
sałatka, kawałek ciasta i kubek czerwonego barszczyku – tak namiastka wigilii.
W myślach złożyłyśmy życzenia swoim najbliższym, a później
życząc sobie wolności, zdrowi, siły i spokoju, zaczęłyśmy jeść. Opowiadałyśmy
sobie o świętach spędzonych w dzieciństwie i wspominałyśmy ostatnie święta na
wolności.
Leżąc w łóżkach po 22-giej, gdy zgasło światło, popłakałyśmy
w poduszkę – tak to wyglądało.
Święta, święta, ach te święta. Mam nadzieję, że kolejne święta
Bożego Narodzenia uda mi się spędzić z moimi najbliższymi, a zwłaszcza z moim
mężem – może choćby krótka przepustka?
Każdy z nas – Ty, mój Drogi Czytelniku również, myślał lub
mówił, że od Nowego Roku postanawia n. rzucić palenie, uprawiać jakiś sport,
spędzać więcej czasu z rodziną, być miłym dla otoczenia czy zmienić pracę.
Ile takich noworocznych postanowień udało się Wam,
Kochani, zrealizować?
Mi osobiście żadnego :(.
Zawsze znalazłam sobie jakieś usprawiedliwienie, że coś lub
ktoś mi to uniemożliwił, ehhh….
Jednak ostatnio uświadomiłam sobie, że po prostu źle
się do tego wszystkiego zabierałam.
Lista moich corocznych postanowień była długa, ale ja sama
nie miałam żadnego konkretnego planu ich realizacji.
Zatem co zrobić, by osiągną upragniony cel?
Przede wszystkim musi być on realny..
W moim przypadku, biorąc to, że obecnie jestem kobietą
pozbawioną wolności i przebywam w zakładzie karny :(, nierealnym celem byłoby dzisiaj
postanowienie tego, że będę więcej czasu spędzać z najbliższymi mi osobami.
Dlatego najpierw trzeba się zastanowić nad tym, czego tak naprawdę chcemy
i jak ma wyglądać nasze życie. Koniecznie pod uwagę musimy wziąć to, że
większość z nas ma tendencję do odkładania spraw na później – zwłaszcza tych,
które nie przynoszą natychmiastowych efektów i wymagają od nas sporego wysiłku.
Pomyśl, Drogi Czytelniku, czy jesteś gotowy na podjęcie się
długoterminowego działania. Jeśli jesteś przekonany o tym, że tak, potrzebny
jest czas i cierpliwość (u mnie akurat z tą cierpliwością, to różnie bywa). Po
dokładnej analizie musimy podzielić realizację naszego celu na etapy. To
bardzo ważne, by w połowie drogi się nie zniechęcić. Za każde chociażby małe
osiągnięcia wyznaczmy sobie nagrodę. To powinno nas motywować do dalszych działań.
Ja mam mocno ograniczone możliwości – z wiadomych względów,
ale Ty, mój Czytelniku, masz wachlarz nagród, którymi możesz się obdarowywać,
za każdy etap, który udało Ci się osiągnąć.
Ja podejmuję się wyzwania, jakim jest moje noworoczne
postanowienie i działać będę metodą małych kroków. 🙂 Wierzę w to, że uda mi
się zrealizować mój cel – mam ich kilka, ale nie wszystko naraz :). Jak to
mówią: nie od razu Rzym wybudowano ;).
Z całego serca życzę Wam, Kochani, determinacji, cierpliwości
i wytrwałości w dążeniu do obranych celów.
I pamiętajcie, że nie tylko Nowy Rok jest chwilą do stawania sobie nowych wyzwań. W
każdym czasie możemy wyznaczać sobie cele i do nich dążyć! Nie zniechęcajmy
się, gdy coś nam nie wyjdzie. Walczmy do końca, z pozytywny nastawieniem 🙂
Powodzenia, Kochani, niech moc będzie Wami!
Kicia 83
PS. A może Ty, Drogi Czytelniku, masz jakąś receptę lub
sprawdzony przepis na to, by udało się zrealizować noworoczne postanowienie?
Może chciałbyś się tym podzielić? Chętnie wypróbuję :).
Poranek był mroźny, zza okna widać padający śnieg, patrzę na
zegarek godzina 6.10. Dzisiaj ten wielki dzień, wigilia Bożego Narodzenia, a w
moim życiu niewiele się zmienia, dzień jak każdy inny, samotność mi doskwiera,
taki los…
Tak niewiele mi do szczęścia teraz trzeba, podobno jaka
wigilia taki cały przyszły rok.
Spoglądam na zawartość
portfelika mojego, najbardziej się mieni blask grosika, ach
niewiele posiadam tego majątku swego…
Rozgrzewam się gorącą kawą i wspomnieniami wracam do dobrych
czasów, pierwsza myśl, która mnie nachodzi moja ulubiona bajka: Ekspres
Polarny.
Mam pomysł. Kończę kawę, biegnę do szafy, szalik, czapka,
ciepłe ubrania, notes,ołówek i na dworzec się udaję.
Los…, zdam się na los… niech los za mnie zdecyduje i święta
mi zorganizuje…
Z daleka słychać
nadjeżdżający pociąg, gdzie kursuje? Jeszcze nie wiem, wsiadam i szukam
konduktora, zapytuję o stację końcową i słyszę Wiedeń. Oh, to nie możliwe myślę
sobie, koszta ogromne, muszę szybko wysiadać, konduktor mnie zatrzymuje i informuje, spokojnie i w
bardzo przystępnej cenie bilet świąteczny mi oferuje. Dodatkowo opowiada, w ilu
miejscach pociąg się zatrzymuje i świąteczny posiłek oferuje. Zadaję sobie
pytanie: co mam do stracenia? Kupuję bilet i siadam na miejscu…
Mijamy kolejne stacje, śnieg pada, a na rozkładanym stoliku
gorąca czekolada w kubku się pojawia.
Stacja Kraków, wielu pasażerów, wszyscy obładowani, ktoś się
do mnie dosiada.
Trzy osoby, starsza para i dziecko wszyscy z zatroskanymi
minami w ciemnych, eleganckich ubraniach. Uprzejmie pytają, czy wolne. –
Oczywiście- odpowiadam.
Dziecko pyta, kiedy będą w Bratysławie, starszy pan odpowiada
– Jeszcze dwie stacje: Cieszyn i Ostrava.
Starsi państwo pytają, czy zerknąć na dziecko przez chwile
mogę, muszą zakupić bilety, nie zdążyli przed odjazdem. W Krakowie byli na
pogrzebie syna i synowej, którzy zginęli w wypadku samochodowym, odebrali
wnuczka i teraz jadą do ich domu do Bratysławy. Oczywiście zgadzam się, dziecko
spogląda w szybę, odwraca się i mówi do mnie. – Nie mam już mamy i taty…
– Pobawisz się ze mną kolejką? – pyta ściskając wagonik
czerwony. – Tak- odpowiadam. Mija chwila, dziecko prosi, by poczytać mu bajkę.
Zaczynam czytać książkę, którą dziecko mi podało„ Ekspres polarny”. Czy to przypadek? Zadaję sobie w myślach pytanie.
Wracają dziadkowie, dziecko śpi w fotelu. Pytają, jakim magicznym sposobem
udało mi się je uśpić, wskazuję na bajkę. Dziadkowie zaczynają opowiadać, jaki
mają trudny czas, obawiają się jutrzejszego świątecznego dnia, pytają
nienachalnie, gdzie się wybieram. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że przed siebie,
bo to moje kolejne samotnie spędzone Święta. Nie słyszę żadnych pytań dlaczego,
widzę w ich oczach zamiast zdziwienia dużo zrozumienia. Zaczynamy rozmawiać o
potrawach, tradycjach, polskich i słowackich, starszy pan na imię ma Vaclav
jest Słowakiem z pochodzenia. Zagłusza nas dźwięk dzwonka, to przechadzająca
się postać Św. Mikołaja, budzi nie tylko uśmiech na twarzach pasażerów, ale i
dziecko śpiące na przeciw mnie. Jest
pierwsza gwiazdka na niebie. W tle Last Christmas słychać, poczęstunek na stolikach się
pojawia, życzenia: Pięknego Bożego Narodzenia. Wszyscy pasażerowie mają sobie
coś do powiedzenia, dookoła się rozglądam: pan w kapeluszu, rodzina z
milusińskim psiakiem, grono młodych ludzi z nartami, a naprzeciw mnie dziecko,
które ma mi coś do powiedzenia. – Czy zostaniesz z nami na święta? –
Zaskakujące pytanie, myślę sobie.
Dziadkowie się odzywają i namawiają – Jedno nakrycie puste pozostaje,
gości się dzisiaj nie spodziewamy Ja tłumaczę, że mam powrotny bilet. Pan
Vaclav na to – My też w drugi dzień świąt do Krakowa wracamy, takie mamy plany.
Nikomu nic nie podaruję, jednak widząc minę dziecka wiem, że nikt ode mnie
prezentów nie oczekuje, więc się decyduję.
Stacja Bratysława się zbliża, Pan Vaclav bagaże szykuje, a
dziecko o imieniu Karol na krok mnie nie odstępuje.
Wysiadamy. Za plecami słyszę znajomy głos konduktora – Ta
podróż wielu osobom święta uratuje.-
Ze stacji Bratysława do domu moich nowych znajomych się
udaję.
Kamienica taka piękna na starówce, parter . – Choinki nie ma
– słychać zrozpaczony głos Karola.
Pan Vaclav pocieszającym głosem -Nic się nie martw Karolku
kochany, zaraz udamy się na rynek, tam obok bramy. Ciepło ubrani spacerem
podążamy, stos choinek ukazuje się przed nami.
Wracając z choinką miasto pięknie oświetlone przemierzamy. Tu
pieczone kasztany, tam słodkie obwarzanki, a nad wszystkim aromat gotowanej z
cynamonem pomarańczy.
Czy to ilość słodkości, czy pełne oczu Karolka radości, czuję
szczęście, że jestem w tym miejscu, w gości.
Śnieg nie przestaje padać, starsza pani na imię ma Joanna, w
eleganckim wydaniu, ciepłym głosem
wskazuje mi miejsce przy stole, obok mnie siedzi Karolek.
Mimo smutku pan Vaclav mówi – Zjedzmy pomalutku, dzisiaj
odpoczniemy, a jutro na śnieżki się przejdziemy. Uśmiech Karolka bezcenny.
Pan Vaclav do kominka mnie zaprasza, zdjęcia Bliskich
wyjmuje, pokazuje i mówi – Nie wiem co teraz będzie z Karolkiem, mnie i żonie
sił brakuje.
Pyta, czym na co dzień się zajmuję. Ja szczerze odpowiadam,
że mam za sobą zły czas, ale teraz swoje życie kontroluję i mimo utraty
Bliskich siły odzyskuję.
Uśmiech szczery Pana
Vaclava powoduje, że znaczenie konduktora słów do mnie jeszcze bardziej
przemawia.
– To spotkanie, drogie dziecko, to nie przypadek,
dobranoc.- Tymi słowami pożegnał mnie
pan Vaclav. Poranek wita mnie krajobrazem całkowicie pokryty białym puchem.
Odwracam się w stronę drzwi, a tam Karolek przygląda się mi i mówi.- Zobacz co
Mikołaj zostawił tobie w skarpecie, zobacz.- Zaglądam, a tam klucz i czekolada
z karteczką „Serce rodziny i domu tego jest twoje, powtarzaj sobie: Jestem
dobrym człowiekiem po przejściach, szczęścia się nie boję„. Myślę sobie, jak ta
nieplanowana podróż mnie obdarowuje.
Nagle słychać -Śniadanie gotowe zapraszamy.
Schodzę, pan Vaclav w
czapce Świętego Mikołaja częstuje mnie kawą, jemy śniadanie, rozmawiamy,
śmiejemy się do południa. Karolek czeka
z sankami i zniecierpliwiony oznajmia – Jestem już ciepło ubrany, czas na
śnieżny marsz.
W świetle dnia ciągnąc
sanki po białej Bratysławie, pani Joanna
i pan Vaclav pokazują, opowiadają bez pośpiechu, spacerują. Zatrzymujemy się na
gorące kakao, by nas w ten mroźny i śnieżny dzień rozgrzało. Po dniu na
słowackim powietrzu spędzonym wracamy,
ogień w kominku rozpalony.
Z kuchni wychodzimy, by zjeść obiad wspólnie przygotowany,
czas na podwieczorek, sernik krakowski, a na to wszystko jak to dziecko,
reaguje znudzony czasem posiłku Karolek – Czy
obejrzymy film?
-Oczywiście – odpowiada pani Joanna. Zadowolony Karolek
wskazuje nam miejsca na sofie, pan Vaclav zajmuje fotel, cisza w tle, na na
ekranie „Ekspres Polarny” pojawia się.
Nie wiem, czy to jawa, czy to sen, ale moje marzenie o
pięknych świętach spełnia się.
Drugi dzień Bożego Narodzenia, słyszę stukot do drzwi mojego
gościnnego pokoju, domyślam się któż to może być. Nie, to nie Karolek. To pan
Vaclav -Przepraszam, że tak skoro świt, czy możemy przy kawie porozmawiać? –
mówi z uśmiechem, spoglądam na zegarek jest 9 rano. – Oczywiście. Schodzimy na
dół, siadamy w kuchni pan Vaclav podając mi kubek kawy mówi – Dzisiaj muszę jechać
z żoną do Krakowa na dwa dni, pozamykać sprawy syna i synowej, by dalej żyć.
Karolek jeszcze śpi, jeśli nic ciebie nie goni, czy możesz zostać z nim? Bardzo
ciebie o to proszę. Powrót w tym czasie
do Krakowa Karolka nie jest dobrym pomysłem, to dziecko powinno cieszyć się
świętami. – Dobrze, jeśli to pomoże – odpowiadam. – Dziękuję, mów mi po imieniu
– stwierdza wyraźnie uradowany Vaclav. Kolejne dwa dni upływają nam na
spacerach, sankach i zabawie. 28 grudnia jest koło południa czekamy na dworcu z
Karolkiem w Bratysławie, kolejka staje, Vaclav z żoną wysiada, wita się
radośnie z nami, a za nimi znajomy konduktor szepcze – Święta uważam za
uratowane. Wszystkie najcenniejsze prezenty rozdane.