To co dla nas istotne – UKRAINA, czy kiedyś będzie spokój …

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Wojna w Ukrainie boli. I boleć nas jeszcze będzie bardziej. Jeśli ktoś z nas spodziewał się, że to epizod, że wszystko minie w kilka chwil i szybko wrócimy do uroków belle cpoque, to się bardzo mylił. Świat taki, jakim go pamiętamy sprzed kilku lat, nigdy już nie wróci. Przerażająca WOJNA w bratnim naszym kraju pewnie kiedyś się skończy. Możliwe, że za kilka miesięcy (a może jednak lat) ludzie przestaną w końcu do siebie strzelać, skończą się bombardowania i pożary, ale wojna zostanie w ludzkich głowach i sercach, bo to co przeszli Ukraińcy i nadal przechodzą – to tylko oni mają tego świadomość. Żadne media tego, co jest prawdą, nie mówią. Nie tylko po obu stronach wschodniej granicy Ukrainy. I trzeba będzie pokoleń, by się pozbyć tego. Nasi rządzący pokazują, jak łatwo  obudzić tamte demony sprzed lat. Ale o tym pisać nie będę. Mamy ciągle przed oczami koszmar innej wojny. Wciąż nam trudno w to uwierzyć, ale dzieje się to przy naszych granicach (70 km od mojego domu). Giną ludzie, dokonuje się ciągłych mordów, gwałtów i zbrodni, które miały być domeną wyobraźni filmów sensacyjnych a nie realnym życiem. Rzeczywistość znów nas zaskoczyła, to wszystko dzieje się w realu. 

Czy Wy macie tego świadomość, bo ja ciągle się zastanawiam, czy po więzieniu będę mieć do czego wracać.

Jak to rozwiązać? Metod jest wiele, ale to nie do nas te pytanie. Musimy czekać na „chyba” lepsze czasy?

Jednak to, co najważniejsze i o co tu chcę apelować, to empatia i rozumna pomoc dla wszystkich potrzebujących. Nie oceniajmy tylko okazujmy serce – bo może my kiedyś też będziemy potrzebować pomocy. 

Eveline



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Śmierć

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury


Jest tak bardzo niepotrzebnie wszechobecna. Śmierć. Nigdy nie ma odpowiedniego momentu na nią. Poruszana, zadawana, karana. Zbyt wczesna, na uboczu, powolna. Niepojęta, szybka, samotna. Rozrywająca, tajemnicza, pod kluczem. Oczekiwana tylko przez tych, który chce się z nią połączyć w tańcu ulgi, odganiana przez osoby pozbawione poczucia tego rytmu.
Temat śmierci, chłodzi miejsce. Plaża staje się prosektorium. Tworzy gęsią skórkę na ciele, gdy tylko zaczyna pojawiać się w głowie. Temat oddalony jak ona sama w życiu… w końcu jest na jego końcu. O którym co? lub kto? Decyduje? Czy dla opłakującego ma to znaczenie? Później – może tak, tylko kolejne zapytanie, czy to „później” odliczymy miarką minut, dni, m-cy czy lat?
Kiedy zmarł jej ojciec naprawdę szczerze martwiłam się o nią. No, o nią, bo ojciec już zupełnie miał lepiej od nas. Bałam się, że odwali jej coś i będzie chciała „pobiec” za nim, nie pamiętając o matce na drugim końcu świata. Jej płacz zamykał usta wszystkim wokół. Pojawienie się – chyliło głowy, by nie daj Bóg spojrzenia się zderzyły. Wtedy trzeba by było stanąć. A jak już przystaniesz, to należałoby coś powiedzieć, uczynić jakiś gest? W obliczu takich prywatnych tragedii dotknięcie ramienia osoby cierpiącej jest jak próba przezwyciężenia swoich fobii. Usta zasznurowane przyspieszają tylko bicie myśli o ściany chęci. Dlaczego ludzie w ogóle coś próbują mówić? Dlaczego wyświechtane „trzymaj się” jest wtedy tak denerwujące, że ma się ochotę znaleźć siły, by tę osobę wcisnąć w ścianę i jego ciałem ją rozwalić wyprzedzając tak braterskie „będzie dobrze”. Bo jakoś będzie, ale zupełnie inaczej. Łamał mi się głos, kiedy prosiłam, by ją pozdrowić, wiedziałam, że mogę, od lat łączyły nas inne tragedie. Choć sama w skrytości dziękowałam Bogu, że nie jestem na jej miejscu, to każdy szept na korytarzu zniekształcał się w głowie i docierał do mnie złowrogim echem. Dłoń, przysłaniająca ich usta powstrzymywała syk, deformowała słowa. Ale oczy gadały. Gadały i gadały.
Pierwsze przymknięcie powiek „niech poczuje to, co oni”. Szybkie spojrzenie przed ponownym spuszczenie wzroku „ fajne uczucie tak cierpieć?”.
Odwrócenie twarzy zaszeleściło „karma wraca”.
A wystarczyłoby przejść. Przejść obok i udawać, że jej nie ma. Ale człowiek musi.
Musi pokazać, choć to nie jego cierpienie dosięgło. Nie z jej ręki, bo jakieś kiedyś na pewno.
Musi w cieniu jej żałoby poczuć się lepszym.
Musi się przekonać, że gdyby stała nad przepaścią, to wystarczyło, by dotknąć jej pleców i prawie że niewinnie pchnąć.
Musi poczuć to, jakby spadała i czy nie zbyt krótko leciała. I musi później się uśmiechnąć, że nie jest taka jak ona, jest „ dobrym” człowiekiem. Nie pchnie, nie odbierze życia….
Takie jak ona, powinny właśnie „ żyć”. Powinny tęsknić, nie zaznawać szczęścia. Takiej powinno brakować dotyku, zapachu, wiatru. Niech wegetuje wśród więziennych odgłosów. Niech trzask krat nie pozwoli jej na dobre wspomnienia. Światło zapalającej się co godzinę jarzeniówki podczas nocnego obchodu ma wybudzać ze spokojnego snu.
Umarł jej ojciec?
Taka jest kolej rzeczy – usłyszy, człowiek się rodzi i umiera. To był zawał, miał szczęście. Może zbyt szybko żył? W jakimś stresie? Ale nie zginął.
Wystarczyło, by przestał się denerwować o dzieci. Rzucić palenie, przystopować.
Niepojęte, jak przez taki czas dostrzega się pewne rzeczy, gesty. Jak takie miejsce zmienia twarz, chód, mowę ciała. Mniej mówisz – bo to nie czas, więcej obserwujesz. A później się dostrzega, przepłakuje, odwraca głowę.
Mało kiedy ma się ten komfort, by w celi spotkać bratnią duszę albo choć kogoś na tyle zaufanego, by odważyć się przyznać, że najbardziej się boisz śmierci bliskich. Że ten strach wywołuje nie tylko okratowane okno, na trzy spusty zamknięte drzwi, kilka oddechów na małym metrażu, nocne krzyki, kałuże łez pod budką telefoniczną, odmowy dyrektora, brak Internetu na skype. Nie boli cię tak wywołany sztuczny tłok, by od kogoś dostać z bara, czy śmiech, że przykrywasz ciało na łaźni, że nie masz co zapalić. Brak widzeń z powodu odległości, braku możliwości dojazdu, braku funduszy. To tak nie telepie sercem, jak ten cholerny lęk, że możesz nie mieć do kogo wyjść.
Widzenia trzymają przy życiu, przy trwaniu, staraniu się, walczeniu o siebie i wytyczaniu sobie celu. Bez tego podpunktu zamykasz się, niekiedy czuć się możesz gorsza, ale na pewno samotniejsza.
Więzienie jest pełne śmierci. Osadzonych mało umiera w samym więzieniu, ale część z nich jest sprawcami, a inna część doświadcza odejść bliskich po drugiej stronie muru.
Uważam, że obie części cierpią. Po swojemu. Na własnej głębokości, we własnych kątach ciał.
Nie tylko ten, który głośno mówi o żalu, żałuje.
Nie tylko ten co wysmarkuje tony chusteczek od łez, płacze.
Nie tylko ten co się modli, potrzebuje wybaczenia.
Nie wzrok wbity w ziemię świadczy o wstydzie czy zmęczeniu.
Już spotkałam wygadanych samotników. Śmiejących się opuszczonych, zakompleksionych śmiałków, wrażliwych samouszkodzeniowców. Dzieciobójczynie z powieszonymi zdjęciami własnych dzieci, morderczynie z różańcami na szyi. Mężatki sypiające z kobietami, małolaty pomagające się ubierać starszym.
Nie raz mam wrażenie, że większość powinna przejść przez więzienie. Poczuć je tylko po to, by wyczuć życie. Przestać mu dawać uciekać przez palce, tylko zacisnąć pięść i działać. Jakby tylko po upadku zwycięstwo miało smak. Więzienie nie zawsze znaczy kryminał. Gruzy prywatności każdy gdzieś zostawił. Może już nawet nie pamięta, gdzie one są, ale trud wyjścia z nich do dziś stopy czują. Ta obręcz wokół kostki, pierwszy krok i od razu potknięcie. Nikt dobrze się nie czuje na nierównej powierzchni, dąży się do własnej drogi z ludźmi drogowskazami. Konsekwencje rzucają nas na bruk. Śmierć albo życie, musisz wybrać. Zapomnieć o tym, do czego nie przykładało się tak specjalnej uwagi, tam o jajecznicy, nieposprzątanym pokoju, mokrym nosie psa. Zwykłym geście pogłaskania po głowie, wychyleniu się przez okno, ciepłej kąpieli w wannie. Jechaniu windą, spacerowaniu po 10-tej, zamieszaniu w herbacie metalową łyżeczką. Z czasem stanie się to pierdołą-tęsknotą, bez której nauczysz się żyć. Bo wybrałaś życie.
To lęk o innych zaczyna paraliżować.
Niejednego żałobnika starałam się pocieszyć, ale żadnemu nie powiem, że ponownie dziękuję, że to nie moi bliscy. To uczucie staje się jednocześnie podłe i kojące. Schizofrenia losu. Bałagan uczuć.
Jak trudno jest być po części sprawcą i błagającym o zdrowie dla swoich. Więzienie nie zawsze znaczy kryminał. Tylko lata bez nich, sprawiają, że pada się na kolana za nich. Pierwsze chwile są zawsze egoistyczne „Panie Boże, spraw bym sobie poradziła, jak najszybciej wróciła do rodziny, a już nic złego nie zrobię”. Znam tylko jedną osobę, która nigdy nie modliła się za siebie. Po jakimś czasie się do tego dociera. Bez nich, nie ma nas. Więc po co my?
Kiedy po jakimś czasie przyszło mi „mieszkać” w jednej celi z koleżanką, której zmarł ojciec, byłam drewniana od niezręczności. Codziennie żyłam widzeniami i tymi spotkaniami. Większość telefonicznych rozmów w końcu schodziła na temat ewentualnego przyjazdu na widzenie, to miejsce nie zabija w człowieku chęci do dialogu. To współosadzone z celi są na pierwszej linii ataku czy obserwacji. To ich dni pobytu na wspólnym metrażu uczą odczytywać przebieg rozmów drugiej. Już w drzwiach celi wiadomo czy rozmowa się udała. Twarz i sposób wejścia w pierwszej sekundzie decydowało o dalszym przebiegu dnia. Każda z nas miała jakieś swoje problemy na wolności, jedna chwilowe, jakieś sytuacyjne, ale inne długotrwałe, rodzinne, zdrowotne. Zawsze się o czymś mówi. Indywidualne podejście kto ile o sobie powiedział, ale jedno jest pewne, nie ma takiej możliwości, by cela normalnie funkcjonowała bez rozmów o sobie, ale też o własnych trudnościach. Za każdą stoi jej historia i jej metoda radzenia sobie.
W więzieniu najgorszy jest krzyk. Kojarzy mi się tylko ze złą wiadomością lub tragedią. Kiedy słyszę płacz i krzyk pod telefonem, zawsze mnie przechodzi zimny dreszcz. Wielokrotnie trzęsłam się z nerwów i płakałam z tą osobą. To jest tak przerażające i bolące, jak moje wyobrażenia powolnej śmierci.
Bywałam najmłodsza w celi, gdzie tak naprawdę mało miałam do powiedzenia – bo nie jedynie krótkie życie to powodowało, ale przede wszystkim krótkie życie na wolności. Nie byłam postawiona pod murem, by zasłaniać dzieci własnym ciałem przed mężem katem, nie pochowałam dziecka, nie opiekowałam się sparaliżowanym rodzicem, nie przechodziłam chemioterapii, nie skończyłam w monarze. Nie raz miałyśmy z mamą kiepski moment, ale to ona, kochana robiła wszystko, bym nie zaznała głodu. Najsmutniejsze jest to, że głodu doświadczę w więzieniu, ale i tak jakoś to staje się małoznaczące wśród tych wszystkich historii, które celę robiły jeszcze bardziej ciaśniejszą. Te małe lokum musiało pomieścić historię kobiety, która znosiła lata poniżania, gwałcenia i strachu we własnym domu. Katował ją mąż na oczach dzieci. Dopóki były małe, łudziła się, że nie rozumieją co się dzieje, płakała dopiero po wszystkim, jak domownicy już spali. Miała popalone ręce i nogi, jak mogła to chroniła twarz, by móc pracować, by móc się pokazać. Wypiła tylko raz, przed dokonaniem zbrodni, którą zaplanowała na dany dzień. Gwałt na dorastającej córce rozerwał ją od środka, uwierzyła jej od razu. Nie musiała męża upijać, wrócił już pod wpływem alkoholu, sobie nalała, by nie wycofać się. Nie chciała zabić, chciała go pokarać, odebrać broń, narzędzie, którym ranił je. Związała go i odcięła penisa. Mówiła, że ciężko szło. Zemdlał. Chciała się uspokoić i wtedy się wykrwawiał. Organ wyrzuciła przez okno, na podwórko. Sama zgłosiła się na policję, dostała 11 lat i tyle czasu zakład karny męczył ją terapią alkoholową. Nie chciała się jej poddać, bo tamto było jednorazowe, oni naciskali, że czyn dokonany pod wpływem i terapia musi być zrobiona. Bez niej nie miała szans na zwolnienie warunkowe. Odwiedzana przez dzieci dawała radę. Spotkania i telefony z córką najbardziej ją zamykały, przeżywała jej związek z chłopakiem. Bała się, że obraz rodziców skrzywi obraz domu. Parę razy powiedziała mi, że strach o nią doprowadza ją do myślenia, że wolałaby ją mieć w więzieniu i tak się nie bać. Codziennie o nią się modliła i codziennie przy tym płakała. Przepraszała nas, ale jak można mieć do matki żal o łzy za córkę? Tylko, że „młoda” płakała nie raz przez nią, ale to też z takiego powodu, że tęskniła za takim obrazem matki. Większość czasu wychowana przez dom dziecka i placówki wychowawcze nie zaznała bliskości i więzi z rodzicielką…
Pozdrawiam,

Pełnoletnia



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Mój inny świat

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury


Kiedy przekroczyłam próg więzienia, już wtedy wiedziałam, że wkraczam do innego świata. Świata, którego nie znam. Świata, który jest mi obcy. Świata, którego się boję. Nie wiedziałam co mnie czeka, czy się odnajdę i czy dam sobie radę. Wszystko dookoła było przerażające i obce. Pierwsze dni/ tygodnie były dla mnie bardzo trudne. Dźwięki zamykanej klapy, brzdęk kluczy wywoływały u mnie olbrzymi niepokój. Każdego dnia wzmagały się myśli destrukcyjne, z każdą godziną zapadałam się w jeszcze większej wewnętrznej ciszy. Ciszy, w której życie się cudownie wydłuża, a jednak człowiek marzy o śmierci, bo wyobrażenie sobie wieczności w tej ciszy grozi szaleństwem. Wiedziałam jednak, że skoro jestem między ludźmi, w nowym nieznanym świecie to muszę wypracować jakąś zasadę współżycia. Każdy z nas ma przecież swoje doświadczenie, swoją pamięć, swój lęk i ból… W końcu postanowiłam się nie izolować, żyć pośród ludzi i z ludźmi. Uznałam, że samotność jest iluzją, w której nie mogę się zatracić. Kiedyś w książce Katarzyny Nosowskiej przeczytałam, że „(…) kiedy człowiek znajdzie się w czarnej dupie, to chętnie w niej pozostanie, jeśli tylko będzie miał towarzystwo”. Idąc w ślad za tymi słowami, otworzyłam się na ludzi, zaczęłam słuchać i być słuchana. Powoli uczyłam się nowych pojęć – języka więziennego. Dowiedziałam się, że stołek to fikoł, miska to dołek, a ścierka do naczyń to platerka. Dzięki temu zrozumiałam czym jest mandżur (koce, poduszka), kostka (jak wcześniej) czy wybicie się na klapę (pytanie do Oddziałowej). Nauczyłam się zagospodarować sobie czas wolny, spędzając go na malowaniu, haftowaniu czy robieniu na drutach. Z czasem przestałam liczyć dni pozostające mi do opuszczenia ZK. Zrozumiałam, że czas nie istnieje, a tykanie zegara to zaledwie jeden z dźwięków, które docierają do mojego ucha. Dużym problemem było dla mnie radzenie sobie z tęsknotą za bliskimi. Brak przy sobie męża i dziecka sprawiał ból, z którym ciężko było sobie radzić w codziennym życiu. Z czasem jednak stawałam się silniejsza, a moją siłą stawali się moi bliscy, stający za mną murem. Doceniłam ich rolę i postanowiłam żyć po pierwsze dla nich, po drugie dla siebie. Cały czas waham się jaka powinna być poprawna kolejność.
Kiedyś przeczytałam, że smutek to ściana pomiędzy dwoma ogrodami. Mi w końcu udało się odnaleźć łączącą je furtkę. Są nią ludzie.
Dziś wiem, że nie wolno się poddawać. Czas, który spędzę w ZK w końcu się skończy. Nie chcę, żeby był to czas stracony, chcę z niego jak najwięcej skorzystać, pobierając naukę od ludzi, z ich historii. Wiesze w to, że nic nie dzieje się bez przyczyny i z tej trudnej lekcji, też uda mi się wyciągnąć wnioski, które pomogą mi przejść przez resztę życia.


Marika



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Fasolka

Fot. Małgorzata Brus
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie FDK-SNO-1024x399.jpg
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Jest koniec roku 2015 – grudzień, a dokładnie 6 grudnia – „Mikołajki”! Od paru dni czuję się nieswojo. Jest mi niedobrze, mdli mnie, wymiotuję i cały czas jestem śpiąca. Informuję o tym mojego narzeczonego – Kamila, parę minut nim odwiezie mnie do salonu (jestem kosmetyczką, grudzień to szalony miesiąc w salonach i najbardziej dla nas zarobkowy). Wiem, co dzieje się z moim organizmem (jestem mamą trójki dzieci), ale staram się nie panikować i tłumaczyć to przepracowaniem, lecz oboje z Kamilem dobrze wiemy co to oznacza! Jestem przerażona, gdy mój narzeczony informuje mnie, że odbierze mnie po pracy i pójdziemy razem do ginekologa! 

Docieramy do salonu w milczeniu lecz Kamil ma cały czas uśmiech na twarzy, a jego oczy aż się iskrzą ze szczęścia, ja niestety nie podzielam jego optymizmu ☹ (od dłuższego czasu jestem poszukiwana do odbycia kary pozbawienia wolności). Nie wyobrażam sobie, jak poradzimy sobie w tej sytuacji ☹ Dzień w salonie mija bardzo szybko, nie mam czasu zastanowić się nad sytuacją, w którą się wpakowaliśmy! Jak co dzień Kamil odbiera mnie z pracy (razem raźniej i bezpieczniej wrócić do domu – tak mi mówi każdego dnia 😊) i jedziemy do prywatnej kliniki ginekologicznej. Lekarz potwierdza nasze przypuszczenia – jestem w ciąży!!!!!! 😮 Wychodzimy z kliniki i Kamil tańczy ze szczęścia na ulicy, przytula mnie, całuje, pociesza, a mi po policzku płyną łzy ☹ Mam tysiące myśli na sekundę i jestem wściekła, że on nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji!!! Ja poszukiwana do odbycia paru ładnych lat pozbawienia wolności, nieuregulowana sytuacja prawna z dziećmi, remont w mieszkaniu, otworzyłam niedawno z siostrą nowy salon kosmetyczny i w dodatku jestem w ciąży! Taka refleksja dopadła mnie w Mikołajki – ludzie w ten dzień podarowują sobie lub dzieciom prezenty, my na Mikołajki dostaliśmy dziecko – najpiękniejszy dar losu – ale docenię to dopiero za parę, paręnaście miesięcy – obecnie myślę tylko o tym, że to tylko zły sen i zaraz się obudzę z tego koszmaru, jakim jest obecna sytuacja i wiadomość o ciąży …… ☹ 

Tak mija nam dzień za dniem w wielkim przedświątecznym pędzie i moimi myślami, aby samej stawić się do Zakładu Karnego….. Tylko jak, skoro jestem w ciąży, a każda rozmowa z Kamilem nie idzie mi łatwo – on się nie godzi, abym sama stawiła się do ZK! Chce abym rodziła na wolności, ukrywała się i udawała, że nasze życie jest normalne, dopóki się da! Tylko ile się tak da!? Piszę do sądu o warunkowe zawieszenie kary z nadzieją, że system w polskim sądownictwie przychyli się do mojego wniosku… Niestety myliłam się, a mój narzeczony popada w depresję, nie mogąc pogodzić się z decyzją sądu, chce by zawiesili mi mi karę do czasu porodu i przekazali dziecko – Kamilowi…! Nadchodzi wigilia – najpiękniejsza jaką spędziliśmy z Kamilem i jego rodziną w jego rodzinnym domu. Jest choinka, którą do dziś mam przed oczami, ma ponad 2,5 metra wysokości i rozpiętości 😊 Jest ubrana w białe ręcznie haftowane bombki – są śliczne! Wyglądają jakby były z białych małych kryształków. Te święta są jak najpiękniejszy sen, jaki mogłam sobie wyśnić z całą rodziną obok mnie i maleńką – „fasolką” – (tak nazywa nasze maleństwo Kamil) – nikt przy stole nie jest świadomy, że to ostatnie takie piękne święta, za rok zabraknie przy tym stole troje z nas ☹ Już nigdy nie będzie takie jak było…! 

Święta, święta i po świętach… znowu szaleństwo w pracy, każda kobieta chce wyglądać pięknie na sylwestra 😊 Zaczyna się Nowy Rok, a ja próbuję oswoić się z nową sytuacją i problemami, jakie mamy! Planujemy ślub na Wielkanoc z nadzieją, że do tego dnia mnie nie zatrzyma policja – w razie czego będzie o wiele prościej przekazać mu dziecko – mężowi i ojcu, jakbym musiała urodzić za murami! 10 styczeń – pada pierwszy raz śnieg tej zimy, finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (te dwie rzeczy już zawsze będą wywoływać u mnie złe wspomnienia) – cały dzień mamy zaplanowany, mamy dziś odebrać garnitur Kamila na nasz ślub, potem zjeść obiad z jego rodziną i wieczorem jechać na Światełko do Nieba, na które mamy zabrać Kamila czternastoletniego brata 😊😊😊 Wstajemy bardzo wcześnie, postanawiam szybko wyskoczyć do sklepu, tak naprawdę nie pamiętam dziś po co, ale oboje jesteśmy dziś poddenerwowani, pewnie z napięcia, jakie każdy dusi w sobie. Kamil jest jak zawsze bardzo opiekuńczy dla mnie i bardzo czuły 😊 Prosi, abym założyła czapkę i szalik, bo na dworze jest zimno i spadł śnieg, a ja muszę o siebie bardziej dbać, bo jestem w ciąży! Jego troska o mnie dziś zaczyna mnie irytować, chociaż Kamil zawsze okazuje mi swoje uczucia i to jak się martwi o mnie! Mamy wymianę zdań w przedpokoju o to, że jestem za lekko ubrana, a ja nie chcę założyć czapki i szalika. Czy on nie rozumie, że wychodzę na 15-20 minut – no góra 30 minut, a on w tym czasie ma się ogarnąć, bo musimy jechać po garnitur. Wychodzę z domu, w dość szybkim tempie docieram do sklepu, ale nie mam pojęcia co mam kupić, krążę między półkami, mam jakieś złe przeczucia, że mojemu narzeczonemu dzieje się krzywda!!! Wybiegam ze sklepu nie kupując niczego, biegnę w stronę domu najszybciej, jak się da. Pada tak gęsty śnieg, że nie  widać nic co jest w koło mnie, ani nic co jest przede mną. Wpadam na starszą panią, próbuje szybko ją przeprosić i biec dalej, ale uderzam w nią z taką siłą brzuchem, że muszę na chwile ukucnąć, bo ból przeszywa mnie całą! Kobieta schyla się nade mną i pyta czy nic mi nie jest, patrzy mi prosto w oczy i chyba zauważa panikę w moich oczach… podając mi ręce podnosi się ze mną do pozycji stojącej i mówi: „nie śpiesz się tak dziecino, co ma się stać to i tak się stanie, zwolnij troszeczkę”, wstaję i odchodzę od nie…. Wchodzę do domu, siadam na przedpokoju, aby zdjąć buty, widzę Kamila w progu kuchni jakby klęczał i coś robił przy szafkach. Mówię do niego, że nic nie kupiłam, że miałam w sklepie jakieś dziwne przeczucie, że dzieje mu się krzywda i, że bardzo się cieszę, że go widzę 😊 Po chwili dociera do mnie, że on się do mnie nie odzywa – pewnie jest obrażony za tą czapkę i szalik, że ich nie założyłam! Spoglądam w jego stronę i dociera do mnie obraz, który zarejestrowałam od razu po wejściu do domu, jednak mój mózg doznał tak zwanego szoku i przestał racjonalnie myśleć (tak stwierdził psycholog 3 lata później), mój Kamil wisiał, KUXXXX… popełnił samobójstwo na klęcząco!!! Stałam tak i patrzyłam na niego parę sekund, chodź wtedy wydawało mi się to wiecznością ☹ Całe życie stanęło mi przed oczami… Krzyczałam do niego, aby się nie wygłupiał, że to nie jest śmieszne, zaczęłam nerwowo szukać na blacie w kuchni noża, nie mogłam żadnego znaleźć, zaczęłam wysuwać i wywalać wszystko z szuflad i wysypywać ich zawartość na podłogę, jest!!! Nóż!!! Zaczęłam ciąć materiał z którego zrobił sobie linę, jego ciało się zakołysało, próbowałam podciągnąć jego ciało ku górze jedną ręką, a drugą cięłam materiał… . Upadł twarzą na podłogę i w tym samym momencie poczułam jakby w moim brzuchu pękł mały balonik… Krzyczałam, że nie teraz, aby Bóg mi go nie zabierał, nie teraz gdy mam pod sercem jego dziecko, że go teraz potrzebuję najbardziej!!! Próbowałam go reanimować, niestety bezskutecznie. Pamiętam jak klęczałam w kuchni z jego głową na kolanach, otwierałam mu oczy i zamykałam, całując jego twarz i błagałam na wszystkie świętości, aby Kamil wstał ze mną z tej podłogi… 

Parę godzin później jestem w szpitalu. Jakaś kobieta prosi stojąc nade mną, abym się rozebrała, bo musi mnie zbadać – mam silny krwotok ☹ Ciąża jest bardzo zagrożona, krwotok nie ustępuje … do gabinetu wchodzi kolejna kobieta, która informuje mnie, że będzie robiła mi USG  i w tym momencie moja panika wzrasta do ogromnych rozmiarów, jedyne co jestem w stanie z siebie wydusić to proszę, aby zawołali moją Mamusię, teściową! Stoi obok mnie leżącej na kozetce, trzyma mnie za rękę i słyszymy pierwszy raz bicie serca małej Fasolki, w tej najważniejszej dla mnie chwili zamiast Kamila jest obok moja Mamusia (teściowa)… Dzień, w którym Kamila serce przestało dla nas bić, pierwszy raz usłyszałam bicie serca naszej Fasolki… Poddałam się, dalsze ukrywanie nie miało sensu, tak naprawdę wszystko straciło sens… 6 dni po pogrzebie trafiłam do Zakładu Karnego i to był pierwszy raz od śmierci Kamila, gdy poczułam spokój i w pewnym sensie ulgę ☹ Nie pamiętam za bardzo tych paru miesięcy pod celą, jedyne co się dla mnie liczyło, to to co dzieje się u moich dzieci na wolności, ciąża która od prawie początku do końca była zagrożona, po za tym cały czas spałam lub płakałam! Pod koniec 28 tygodnia ciąży nastąpił transport do Grudziądza – niebawem poród, znowu dopada mnie ogromny strach, a z drugiej strony cieszy mnie fakt, że coraz bliżej do terminu porodu, a dziecko jest na tyle duże i w pełni rozwinięte, że gdyby akcja porodowa miała zacząć się wcześniej – Fasolce nie zagraża już nic! 😊 Termin porodu lekarze obliczyli na 28.08 – Kamila data urodzin – SZOK! Niedowierzanie! Jest 03.08 – idę jak każdego dnia na pawilon – „E” ginekologa – na KTG  – lecz tętno Fasolki nie jest takie jak każdego dnia, jest o wiele słabsze i podejmują decyzję o konwoju do szpitala!!! Jestem przerażona i to bardziej niż można sobie wyobrazić. Otaczają mnie ludzie w mundurach w kamizelkach kuloodpornych, za paskami mają broń!!! Wiozą mnie kabaryną (metalowym samochodem, gdzie obijam się jak worek kartofli na śliskich siedzeniach, za każdym razem gdy auto skręca), do tego mam skute ręce ☹ Wprowadzają mnie do szpitala – ginekologia! W poczekalni siedzi mnóstwo kobiet w ciąży, obok nich siedzą ich mężczyźni – tatusiowe! A ja w obstawie dwóch mężczyzn i jednej kobiety w tych okropnych umundurowaniach. Nie ma koło mnie Kamila, nie ma obok ukochanego człowieka, z którym dziś powinnam tu być, z którym dzieliłam smutek, radość i życie!!! Lekarze są wściekli, podchodzi do nas kobieta w białym kitlu i oznajmia, że dziś mają „komplet” i nie ma mowy, żeby ktokolwiek zajął się dziś „skazaną”, bo oni po prostu mnie tu dziś przywieźli. Słysząc to wybuchłam takim płaczem, że słyszy mnie chyba cały szpital, wszyscy patrzą w moją stronę ale mnie to nie obchodzi!!! Patrzę na oddziałową i szlochając krzyczę do niej, aby coś zrobiła, bo dziecka tętno jest słabe, nie czuję jego ruchów!!! Podchodzi do mnie kobieta, przedstawia się jako ordynator oddziału, prosi abym przestała płakać i powiedziała co się dzieje. Jednym tchem mówię, że miałam godzinę temu KTG, że tętno dziecka było bardzo słabe, że jak coś się stanie, to ja tego nie wytrzymam, straciłam narzeczonego, nie wytrzymam straty dziecka! P. Doktor decyduje się na zrobienie mi USG i okazuje się, że dziecko jest owinięte pępowiną, stwierdza, że nie mamy zbyt dużo czasu i wykonuje parę telefonów, 15 minut później leżę na sali operacyjnej. Anestezjolog robi mi znieczulenie dolędźwiowe, jakaś kobieta liczy z boku narzędzia, po mojej prawej stronie stoi oddziałowa, po jej minie widać, że jest równie zszokowana i zmartwiona co ja i reszta ludzi na tej sali. Obok stoi P. Doktor, która ma wykonać cesarskie cięcie, mówi do mnie, że jestem w dobrych rękach, że obiecuje mi, że będzie dobrze i że dziecko i ja wyjdziemy z tej sali cali i zdrowi… . Zamykam oczy i błagam w myślach, aby to wszystko już było za mną, leżę tak i czuję jak dosłownie ktoś grzebie mi w brzuchu, ale nie czuję bólu. Nagle jakiś głos do mnie mówi, abym otworzyła oczy. Otwieram je i widzę jak kobieta trzyma nad moją twarzą – najpiękniejszą istotę na świecie, mojego synka i mówi do mnie, że mogę go pocałować 😊 Całuję go i mówię „to mój wielki mały człowiek”.

Bonita 

Blog “eWKratke” jest dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Funduszu Promocji Kultury.


Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Wywiad z Tanią

11 dzień wojny, Hala Global Expo przy ul. Modlińskiej w Warszawie, fot. Z. Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Ten czwartek zostanie zapisany w historii. Dokładnie 24 luty 2022 roku godzina 3:45. Godzinę później Armia Rosyjska zacznie ataki rakietowe. To co dzieje się za naszą wschodnią granicą obserwuje cały świat. Putin za kilkanaście dni zostanie zbrodniarzem wojennym. Ukraińskie matki i dzieci, te które mogą, uciekają. Większa część z nich trafia do Polski. Na granicy rozgrywają się dramaty. Ojcowie żegnają żony i dzieci, synowie żegnają matki i ojców. Sami wracają walczyć ze swoją kochaną Ukrainą o swoją przyszłość. Sercu niosąc słowa hymnu: Nie umarły jeszcze Ukrainy ni chwała, ni wolność. Jeszcze do nas, bracia młodzi, uśmiechnie się los. My Polacy staramy się stanąć na wysokości zadania. Nasze serca otwierają się na ludzi, którzy potrzebują pomocy.

W piątek w moim domu odbywa się narada i zostają podjęte decyzje. Nasz dom staje się otwarty a my ruszamy na granicę. Do domu nie wracamy sami. Wraca z nami Tatiana z dwojgiem dzieci. Marika lat 15 i Nazar lat 8. Pierwszemu spotkaniu towarzyszą  łzy. Miało być priviet i szto u Was? A była gula w gardle. Nasi goście są potwornie zmęczeni. Dwa dni odsypiają trudy podróży. Z komunikacją nie mamy problemu. Porozumiewamy się po angielsku i rosyjsku. Po tygodniu opracowaliśmy wspólny system, który sprawia, że każdemu żyje się w miarę komfortowo, że każdy ma jakąś swoją przestrzeń. W tym miejscu zapraszam do przeczytania wywiadu z Tatianą. Chciałabym, żebyście poznali tę dzielną kobietę. Osoba niezwykle zdeterminowaną, dla której rzeczy niemożliwe nie istnieją.

– Tania, czy możesz w kilku zdaniach przedstawić swoją rodzinę i troszkę o was opowiedzieć?

– Pewnie. Mam na imię Tatiana. Mam 40 lat dwoje dzieci i męża Bogdana, który został na Ukrainie. Oboje jesteśmy nauczycielami. Pochodzimy z obwodu wołyńskiego. Mamy psa, którego syn nazwał Bomba, gdy sytuacja na Ukrainie była jeszcze okej. Córka ma 15 lat i chodziła do 10 klasy. Uwielbia fizykę i matematykę. Lubi jeździć rowerem i przebieżki. Syn ma 8 lat i od dziecka nie słyszy. Walczyliśmy z mężem o aparaty słuchowe i się udało. Obecnie nauczyłam go mówić i rozumieć, z tego powodu ma jednak wiele ograniczeń.

– Taniu, patrząc na mapę Ukrainy można sądzić, że w twoim miejscu zamieszkania było względnie bezpiecznie. Chodzi mi o to, że nie było tam zbrojnych działań. A jednak zdecydowałaś się uciekać?

– O konflikcie zbrojnym na Ukrainie mówiło się dużo od wielu lat. W ostatnim czasie wiedzieliśmy, że Rosja stanowi duże zagrożenie. Jednak nikt się nie spodziewał, że Putin odważy się i zaatakuje. Gdy się to stało w miejscach, w których nawet nie dochodziło do czynnego ataku, non-stop wyły syreny. Mój syn używa aparatów słuchowych, które nie zawsze odcinają takie dźwięki. Zwyczajnie bałam się o jego zdrowie. Ciśnienie rosło, a z nosa leciała często krew.

– Myślę, że dla każdego człowieka to zrozumiałe. Czy możesz teraz powiedzieć kto z twoich bliskich został na Ukrainie?

– Został mąż. Patroluje miasto, w którym mieszkamy. Ostatnio dostałam od niego informację, że nad naszym miastem zaczęły latać rosyjskie drony. Bardzo mnie to martwi. Oprócz męża, zostali rodzice.

– Czy nie chcieli uciekać razem z tobą?

– Nie. Tata cierpi na chorobę nowotworową i był zbyt słaby. Siłą rzeczy mama też została.

– Taniu, dziękuję tobie w imieniu swoim i czytelników, że zgodziłaś się troszeczkę opowiedzieć o tobie i twoich bliskich.

Ja ten tekst kończę słowami ukraińskiego hymnu.

“Dusze ciało poświęcimy dla naszej Wolności, pokażemy żeśmy bracia z kozackiego rodu”.

Slava Ukraini!

Blondi

Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

O wojnie Zośki

M. Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

HISTORIA MAGISTRA VITAE ?


Jestem z tych którzy widzieli
Ciepłe opary ludzkich wnętrzności
Słodką surowicę niezagojonych ran
Rzesze zadowolonych czerwi
Na ciele w głowach w drogich garniturach
Świat z którego zdarto skore
Ten świat konał nam w rękach (…)

Borys Humeniuk, „ Wiersze z wojny” (2014 – 2015)

Ogromne nieba suną z warkotem.
Ludzie w snach ciężkich jak w klatkach krzyczą.
Usta ściśnięte mamy, twarz wilczą,
Czuwając w dzień, słuchając w noc.

Krzysztof Kamil Baczyński „Pokolenie”, 1943

Z historii winniśmy wyciągnąć naukę, ale czy rzeczywiście pełni ona tę rolę? Poprzez dzieje ludzkości ciągnie się nieprzerwane, krwawe pasmo zbrojnych konfliktów. Wiemy, czym jest wojna i jakie są jej skutki. Nie jesteśmy nieświadomi niczym małe dziecko, które musi włożyć rękę w ogień, by się przekonać, że parzy. My jesteśmy ponoć dojrzali, cywilizowani.

I co? Ano nic! Dalej z zapałem prowadzimy wojny. W wielu miejscach na świecie nieustannie płoną ogniska konfliktów, niewyobrażalnie cierpią miliony ludzi. Nadal zabijamy się nawzajem z rozmaitych, niejednokrotnie, absurdalnych powodów; nie pomogło nawet dwa tysiące lat chrześcijaństwa. Od niedawna wojna rozgorzała również na wschodniej granicy Polski. Ja, urodzona piętnaście lat po II wojnie światowej, nie przypuszczałam, iż dożyję chwili, gdy nad Europą znów zawiśnie widmo zniszczenia. Nie minęło jeszcze osiemdziesiąt lat od zakończenia najstraszniejszego konfliktu w historii, wciąż żyją naoczni świadkowie tamtych okropieństw, a mimo to niektórzy przywódcy zdają się nie wyciągać żadnych wniosków z przeszłości lub być kompletnie pozbawieni wyobraźni (o empatii nie wspomnę). Ostatnio na horyzoncie zamajaczyła najgorsza zmora: groźba nuklearna. Przeraża myśl, że komuś może się zamarzyć wykrzyknąć patetycznie za Oppenheimerem: „I stałem się Śmiercią, niszczycielem światów”( jakże szatańsko kusi taka potęga!), a w rezultacie my zapłacimy za czyjąś megalomanię udziałem w tragedii, jaka po Hiroszimie nigdy więcej nie powinna się powtórzyć.


Otuchy w tej sytuacji dodaje jedynie zgodna reakcja większości świata, który mówi jednym głosem: „NIE DLA WOJNY!” Oby dzięki temu wspólnemu głosowi agresja Rosji na Ukrainę została powstrzymana. Osobiście ogromnie na to liczę. My, więźniowie, nie jesteśmy tu tak odizolowani od rzeczywistości, aby ten dziejowy wstrząs do nas nie dotarł, nie poruszył. Wśród nas również panuje niepokój. Niektórzy nie śpią po nocach. Leżą w celach i myślą, co będzie. Martwią się zwłaszcza ci pochodzący zza wschodniej granicy, którzy zostawili tam domy i rodziny. Chociaż muszę z przykrością nadmienić, iż są i takie osoby, które potrafią powiedzieć: „W Polsce też będzie wojna? No to wypuszczą nas z więzienia!”. Dla mnie jest to porażający przykład głupoty i egoizmu.
Dlatego nam wszystkim, aby nam nie zabrakło wyobraźni i abyśmy nie zapomnieli, dedykuję – niestety nadal aktualne – słowa poety najstraszliwszej wojny w dziejach ludzkości, któremu wojna ta odebrała młode życie, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego:

Gdy broń dymiącą z dłoni wyjmę
i grzbiet jak pręt rozgrzany stygnie,
niech mi nie kładą gwiazd na skronie
i pomnik niech nie staje przy mnie.

Bo przecież trzeba znów pokochać.
Palce mam – każdy czarną lufą,
co zabić umie. Teraz nimi
grać trzeba, i to grać do słuchu.

Bo przecież trzeba znów miłować.
Oczy – granaty pełne śmierci,
a tu by trzeba w ludzi spojrzeć
i tak, by Boga dojrzeć w piersi.

Bo przecież trzeba czas przemienić,
a tutaj ciemna we mnie siła,
i trzeba blaskiem kazać ziemi,
by z sercem razem jak krew bila.

(…)

I pośród nich jakże ja stanę
z garścią, co tylko strzelać umie,
z wiarą, co śmiercią przeorana,
z sercem, co nic już nie rozumie ?

(1944)

Zośka

Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

POLSKA OKAZUJE DOBRO – DAJE POMOCNĄ DŁOŃ W OBLICZU WOJNY

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

W takich sytuacjach wciąż wybrzmiewają mi słowa wiersza Wisławy Szymborskiej.

“Jacyś ludzie w ucieczce przed jakimiś ludźmi.
W jakimś kraju pod słońcem
i niektórymi chmurami.

Zostawiają za sobą jakieś swoje wszystko,
obsiane pola, jakieś kury, psy,
lusterka, w których właśnie przegląda się ogień.”

Mam nadzieję, że kiedyś ta empatia i wrażliwość na tragedię, którą dziś obdarzamy naszych ukraińskich przyjaciół, wejdą w nasz narodowy krwiobieg – bo na co dzień też pomagamy ale ten tydzień wojny scalił nas bardzo. Nasi bliscy przyjmują matki z dziećmi, zwierzętami, ofiarują im wszystko, aby choć przez chwilę czuli się bezpiecznie u nas, bo tego co mają w pamięci, nie wymażemy im.

Ja jestem z Lublina mieszkam blisko granicy. Mój brat, który zatrudnia dwóch Ukraińców w swojej firmie, sam czekał trzy doby na granicy na ich żony i dzieci, aby zawieść ich do naszego domu. Są to ludzie bardzo wdzięczni za okazaną im pomoc. Każdego dnia patrzę na obrazki w gazecie i TV i widzę płaczące kobiety, maszerujące biedne dzieci, które nie są niczemu winne. Widzę mężczyzn, którzy po odstawieniu najbliższych do przejścia granicznego i po ostatnim buziaku w mokry policzek dziecka, wracają na front, aby walczyć o odzyskanie swojego kraju. Takie widoki chwytają mocno za serce, bo czemu winne jest to nowo narodzone dziecko, dziewczynka walczącą o życie po postrzale? Zadajemy sobie pytanie, ile to ma jeszcze trwać, ilu ludzi ma polec, aby Putin odpuścił. Czy on tego nie widzi, jak ludzie cierpią? Bo My Polacy dostrzegamy i pomagamy. Są dobre i złe obrazy, ale my będąc tu w Areszcie Śledczym i oglądając takie wiadomości widzimy tylko zło – ja osobiście bardzo się boję o swoich bliskich i myślę sobie, czy będę mieć gdzie wracać?

Mam nadzieje, że kiedyś ta empatia i wrażliwość na ludzką tragedię wejdą w nasz krwiobieg, że już nigdy nie pozwolą patrzeć z obojętnością, tak jak jeszcze kilka tygodni temu patrzyliśmy na los innych uchodźców. Doświadczenie tragedii i zagrożenia nie musi czynić lepszym, ale współczucie jest przecież dobre. Dobre jest też współdziałanie państwa i obywateli, dobre jest niezwracanie uwagi na różnice poglądów, kiedy komuś trzeba pomóc. Marzę o Polsce, w której to dobro pozostanie i o Ukrainie, która nie będzie musiała mierzyć się z takim wielkim złem.

Jestem z Wami

Pozdrawiam ciepło,

EVELINE

Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Dziecko we mnie

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Mam wrażenie, że po przekroczeniu ZK, dziecko we mnie umarło. Nie śmieje się, nie cieszę, jestem poważna i mało się uśmiecham, przynajmniej nie będę miała zmarszczek… Gasnę, a miałam taką radość z życia, której nie mogę odnaleźć tutaj. Może to przez brak dzieci, mojego partnera, rodziny? A może stałam się zgorzkniała i taka już zostanę? Często zastanawiam się, jaka będę po wyjściu, czy odzyskam tę radość, swoje „wewnętrzne dziecko”, czy będę taka bez życia? I oczywiście boję się czy jeszcze kiedyś będę się śmiać, ale też w głębi ducha liczę na to, że dzięki dzieciom, partnerowi i rodzinie, odzyskam to wszystko. Cały czas myślę nad wieloma rzeczami, bo tu mam nadmiar czasu na myślenie. Powinnam zacząć od siebie, odzyskać to wewnętrzne tu i teraz! Bo powinnam zacząć od siebie, nie liczyć na bliskich, którzy mnie wyciągną z tego stanu. Bo to nie dzięki nim mam wrócić do życia „starej ja”, tylko dzięki sobie samej! Bo wtedy będę wartościowa, nie będę głazem, który trzeba ciągnąć.

Jaka jest recepta na szczęście w więzieniu? I to nie takie z doskoku, od telefonu do telefonu, tylko takie codzienne małe szczęścia, bez przykrywania ich kocem smutku, tęsknoty i żalu…

Sabina

♦♦♦

We mnie, odkąd pamiętam, jest coś z dziecka. Da się to zauważyć w moim zachowaniu. Denerwuję się dosłownie jak małe dziecko, tupię nóżką, często również płaczę jak dziecko z byle błahego powodu.  Koleżanki z celi też to zauważają jak się zachowuję, gdy coś mi nie wychodzi.

Postawić mnie koło dziecka, to wielkiej różnicy by nikt nie zauważył. Każdy ma coś z dziecka.

Bożenka

♦♦♦

Dziecko we mnie jest często nieokrzesane, kapryśnie i nieprzewidywalne.

Dziecko we mnie jeszcze nie poznało prawdziwej miłości, a mimo to wierzy w nią i ufa jej bezgranicznie.

Dziecko we mnie czasami bierze górę i ma szalone pomysły, z których czasami nie wynika nic dobrego.

Dziecko we mnie uchyla się od odpowiedzialności i myśli, że można działać wiecznie bez konsekwencji.

Dziecko we mnie pozwala mi zapomnieć o bólu i krzywdzie, i daje innym pełen kredyt zaufania.

Dziecko we mnie z łatwością przebacza i daje kolejną szansę.

Dziecko we mnie nie chce i nie potrafi nikogo skrzywdzić.

Dziecko we mnie często się uśmiecha i lubi pomagać innym.

Dziecko we mnie, mimo tego że bierze często nade mną górę i często się kłócimy i nie umiemy się dogadać, to cieszę się, że jeszcze ode mnie nie uciekło i nadal mnie akceptuje.

Dziecko we mnie często jest nie do zniesienia, ale gdyby nie ono, nie przetrwałabym w tym trudnym do ogarnięcia i skomplikowanym świecie.

Kasia

♦♦♦

Gdy byłam mała, byłam blond kręconą dziewczynką, często z dziadkiem chodziłam za rękę w parku i lubiłam tam chodzić. Ten park był bardzo duży, stały tam wielkie szachy. Gdy przy nich stawałam, były większe ode mnie. Lubiłam spoglądać, gdy się przesuwały, fajnie to wyglądało. Oczywiście zaraz po turnieju wracałam z dziadkiem za rękę do domu, gdzie czekała na nas moja Mama z rodzeństwem i Tatą. Jedliśmy pyszny obiad, pokręciłam się chwilę po domu i uciekłam na podwórko, gdzie razem z rodzeństwem oraz znajomymi bawiliśmy się w chowanego, w policję i złodziei, w zbijanego, i takie tam. To naprawdę było fajne. Wiele bym dała, żeby moje dzieciństwo trwało po dziś dzień. Gdy wracałam do domu, to nigdy nie byłam czysta, wyglądałam jak mały kocmołuch. Byłam szczęśliwym dzieckiem, bo wiedziałam że żyję.

Co z dzieciństwa mi pozostało? Na pewno to, że nie przejdę obok starszej osoby nie pomagając jej. Jestem pomocna, miła, uczynna i kreatywna. Zawsze robiłam laurki dla Mamy i Babci, a z małego kocmołuszka pozostało mi naprawianie i grzebanie w smarach przy samochodach.

Mała

♦♦♦

Pomimo tego, że stara już jestem i że przyszło mi żyć w tym miejscu, to gdy się nad tym głębiej zastanawiam, dochodzę do wniosku, że dziecko we mnie jeszcze tkwi. Co raz rzadziej wyrywa się na zewnątrz, co raz częściej przegrywa z takim przytłaczającym realnym życiem, ale jeszcze odrobina go walczy o przetrwanie. Najczęściej dzieckiem czuję się, dzięki mamie, i obstawiam, że dopóki ta fantastyczna kobietka będzie żyła, to i dziecko we mnie żyć będzie. Często śmieję się w duchu, że pępowiny to mi jeszcze nie odcięli i mocno jest to widoczne, gdy przez krótkie chwile mam bezpośredni kontakt z matulą 😊. Ma szczęście, że wyrosłam bardzo, bo gdyby nie to, to pewnie ładowałabym się jej jeszcze na kolana 😉, a że obawiam się zgniecenia jej, to tego nie robię. No i nie wyrosłam z grania w gry… Osoby, które obserwują mnie z boku, śmieją się, że kiedy gram i wszystko idzie po mojej myśli, to cieszę się jak dziecko 😉. Mocno przerośnięte, ale jednak. Ci, którzy lubią grać, rozumieją, że bicie rekordów, to radocha nie do opowiedzenia 😊. Jeszcze jedna rzecz jest we mnie, która wskazuje, że to dziecko nadal we mnie tkwi – potrafię z różnych drobnych lub drobniejszych rzeczy, niespodzianek, ludzkich fajnych zachowań albo prezencików, cieszyć się niemiłosiernie mocno. Nowe doświadczenia, próbowanie czegoś pierwszy raz, szeroko otwierają mi się oczy i usta ze zdziwienia. Zachwycają mnie przeróżne zjawiska, i choć teraz już może nie do stanu braku oddechu, ale jednak…

Pozdrawiam, Małgosia

♦♦♦

Pamiętam „małą Anię”, wiecznie było jej pełno. Gadatliwa i w przeciwieństwie do rówieśników – kochała owoce, warzywa (szpinak z jajkiem, który babcia Halinka robiła, najsmaczniejszy był na świecie)… Zawsze broniła słabszych, nawet Jasiu, z którym chodziła do III klasy w podstawówce, był jej podopiecznym (pomimo tego, że był o 2 głowy wyższy i przy kości). Nauczyła go sznurować buty (choć nikt z dorosłych nie potrafił mu tego wytłumaczyć), wszyscy się śmiali z niego, bo był nieporadny, przy kości i nosił okulary… Pomagała mu w lekcjach, broniła go (czasem stawała przed bandą chłopców i przeganiała ich, gdzie pieprz rośnie 😊 )!!!

Trochę później jej Mama zawsze powtarzała: „ Jak jest jakaś sytuacja, tak jak w tych bajkach japońskich, że widać kłąb dymu, ręce latają po bokach i nogi – to oczywiście Twoja głowa wychyla się w samym środku”! Tak też często później bywało… Ale czy Ania miała 10, 12 czy 15 lat, a nawet 30, co roku, gdy nadchodziła końcówka wiosny czy początek lata, od najmłodszych lat zrywała kwiatki – tulipany, konwalie, żonkile, bez, irysy i róże, a później robiła i robi bukiety do tej pory dla Mamy – która jest i była NAJWAŻNIJESZA W JEJ SERDUSZKU (dopóki części jej serca nie zajął również SYNEK ). Pamiętam, że od najmłodszych lat potrafiła całować Mamę po stopach, zawsze mówiła i mówi przed odłożeniem słuchawki czy na końcu listu – ŻE JĄ KOCHA – nigdy nie wstydziła się tych uczuć i nie będzie się wstydzić. 😊

Kiedy była małolatą, jej koledzy śmiali się, gdy mówiła KOCHAM MAMCIĘ, TO NIE JEST ŻADNA „STARA”!! Zawsze! Kochała psiaki, każdego jednego zaczepiała na ulicy, aby choć pogłaskać przez chwilkę. Mama opowiadała jej anegdotkę o pewnym jamniku z osiedla, którego zawsze tuliła i  całowała mając dwa lata. Psiak tej miłości nie wytrzymał i w zimowe popołudnie taką dziurę wygryzł na pupie, że mama w  duchu dziękowała, że jej mała miała kombinezon na sobie i nic takiego się nie wydarzyło. A Ania? Ania następnego dnia na placyku psiakowi rączkę w pysk wsadzała, nie pamiętając poprzedniego dnia i dziury 😊.

Przyprowadzała „najbrzydsze” psiaki z całej dzielnicy, które były bezpańskie! To, co myślała, to mówiła, nie patrząc na konsekwencje, choć przeprosić też potrafiła 😊. Dużo osób unikało jej, nie przepadało za nią, ale tylko te osoby, które usłyszały, co czuje, co myśli… Ale ci, którzy znają ją od najmłodszych lat, wiedzą, że jest empatyczna, słowna, szczera do bólu ­ – czasem 😊… Ma specyficzne poczucie humoru, jest sumienna, życzliwa, uczuciowa… Te historyjki, które przypominają mi się, gdy byłam „małą Anią”, po części są to rzeczy, które są we mnie, wspomnienia z najmłodszych lat… A których się nie wyzbędę, pomimo tego, że jestem już po 30 – stce. Nadal zbieram bez, co roku zrywam na Dzień Mamy, albo tak po prostu, bo jadę do Niej i chcę jej sprawić przyjemność. Zawsze, bez względu czy to 30 lat temu, 15 czy 20 w przyszłość, to będzie, była i jest Mamunia, a nie Matka!! Co najwyżej Mamcia 😊. Tak jak wtedy, gdy broniłam słabszych, teraz będąc dorosłą kobietą, nie przejdę obok gdy komuś dzieje się niesłusznie krzywda, bo jest chory pod względem fizycznym, psychicznym czy innym, z którego poniżają taką osobę… Empatię daję osobom, które na to zasługują i jest ku temu powód 😊. Ale tak jak kiedyś, nie wstydzę się swoich uczuć! Bezpośrednia? No nic mi z młodzieńczych czy smykowych czasów w tym kierunku nie ubyło… Poczucie humoru? Nadal specyficzne, jak wtedy, gdy na 8 urodziny koleżanki, za którą aż tak bardzo nie przepadałam, a która przyniosła mi cukierki w prezencie, a ja zabrałam je i zamknęłam drzwi przed nosem… No dla mnie to był wtedy świetny żart, a koleżankę doprowadził do histerii..!

Na szczęście już takie „żarty” do głowy mi nie przychodzą, ale to małe dziecko we mnie nadal potrafi i potrafiło przeprosić. Może troszkę (odkąd pamiętam), to moja wojowniczość przykrywała i przykrywa moją stronę uczuciową, ale byłam, jestem i będę osobą wrażliwą. Tą moją wrażliwość znają nieliczni, otaczający mnie.

Taka Ja

Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Plotka

Świetlicowe rozmowy, fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Przecież ona dosięga każdego! Nierealnym jest, by ominęła kogokolwiek. Wszyscy jesteśmy jej łącznikiem, przedłużeniem, ofiarą i „ojcem”. Rodzi się z niskich pobudek, z nudów, zazdrości, zemsty, słabego charakteru. Ta, o której się dowiemy – zapewne dzięki drugiej osobie, nawet jak poboli, zatka, wyciśnie łzy czy wywoła parsknięcie, to pozwala na zadziałanie, ustosunkowanie się, olanie, bądź zareagowanie. Wszyscy świetnie zdajemy sobie z tego sprawę, że w świecie jest jeszcze masa „info” na nasz temat, która dotrze do nas maksymalnie zdeformowana i przyprawiona.

Ludzie od zawsze gadali, mało z kim można porozmawiać, a gadać z każdym. Choć zawsze miało to miejsce, to jakoś mało kiedy w identyczny sposób „podawali” dalej zasłyszane historie.

Zakład karny w Grudziądzu był kiedyś zakonem. Do tej pory wewnątrz jest kościół w którym odprawiane były msze. Na terenie jest również DMiDZ (Dom Matki i Dziecka), tzw. „ żłobek”. Dzieci się tam rodzą i są chrzczone w kościele podczas normalnej mszy (tak było za mojej „kadencji”). Dwie takie msze pamiętam, ale ktoś w inny sposób to zarejestrował. Po kilku latach dowiedziałam się, że dziecko, które urodziłam zostało mi zabrane do adopcji z racji dużego wyroku… a ja nawet nie wiem, czy mogę mieć dzieci.

Pamiętam też jak kiedyś mnie straszyli, że gdy pojadę na karny, to muszę uważać, bo na łaźni dochodzi do gwałtów. Nie za bardzo mieścił mi się głowie gwałt kobiety przez kobietę, ale jakoś wtedy słowa miały budować lęk. Cały pawilon podzielony był na dwie części, po środku dyżurka i telefony. Mnie skierowano w lewą stronę, do końca korytarza. Do ostatniej celi. Łaźnia była po prawej stronie, na drugim końcu tego pawilonu. Dziś bym zwyczajnie zapytała „co tam się dzieje”, albo choćby „przypaliła Franka”, że przez kraty zbyt dobrze nie widzę. Jakoś chciałabym zażartować z tamtego lęku, który odczuwałam, ale nie odzwierciedliłoby to siły przekazu. Patrząc na koniec tego pawilonu widziałam stojące dziewczyny pod tą łaźnią i nie docierała do mnie kolejka po krzywdę? A tam pod oknem, przy tych drzwiach była popielniczka! One wyszły zapalić!

Osobiście dotknęło mnie kilka krzywdzących słów, byłam też świadkiem, do czego doprowadzają nieprawdziwe informacje, ile relacji niszczy, zabija plotka. Nie wszystkie pamiętam, ale chyba gorsze jest, ile razy powiedziałam sama do kogoś o drugim nieprawdę. Dlaczego bardziej człowiek pamięta „krzywdę” rzuconą w jego stronę, a nie odnotowuje zadanych przez siebie razów? Gdyby dać możliwość ranienia słowem na przysłowiowy zeszyt, ile by się wpisało? No właśnie, nie ma przykrywki incognito, ale gdyby odwrócić propozycję, wpisanie nazwisk tych, co nam zadali kuku…hm!…wiadomo, że płonęłoby.

Tysiące ludzi może ukręcić tysiące wersji jednej historii. Przez lata nasłuchałam się kto od kogo jest z rodziny, o romansach więziennych, bo tylko przecież romans mógł zaradzić, żeby utrzymać się w pracy, o donoszeniu osadzonych, by ją dostać, o tym, że w celi mam toster, własny materac, kino domowe (chyba celowe to było zagranie). Ostatnio wyjeżdżałam już w transport na diagnostykę, a ja tylko szłam z rzeczami z paczki. Moje zajęcia z psem z dogoterapii potwierdziły, że jeszcze mam psa w celi, bo długo siedzę.

Każdy człowiek ma za sobą niesmak niejednej krzywdzącej powiastki na swój temat, każdy człowiek ileś razy bardziej świadomie jak nieświadomie (pozostawiam to do indywidualnego przetrawienia) przyczynił się do bólu drugiej osoby i też każdy człowiek ma swój próg wytrzymałości na takie gadanie. Nie uwierzę, że komuś tak naprawdę jest to obojętne, że źle o nim mówią! Ja wiem, że istotne jest, kto mówi, a nie co, ale prawda jest taka, że wystarczy gorsze samopoczucie, jakiś smutek rodzinny i głupie gadanie obcych ludzi pchnie do tragedii.

A wystarczyłoby, aby każda nasza pojedyncza łza z bólu nie wypowiedziała jednego słowa dalej. Byśmy uwolnili się od niepotrzebnego śmietnika słów o innych i przestali być echem.

PEŁNOLETNIA



Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”



Pierwszy post Haliny

W celi, fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Pierwszy post Haliny

Długo się zastanawiałam czy napisać na bloga.

Zwyczajnie miałam mieszane uczucia, jak zostanę odebrana przez osoby w wolności. Przecież jestem „więźniarką”.

To, że znalazłam się w tym miejscu, nie robi ze mnie gorszego człowieka. Człowieka pozbawionego uczuć. Myślę, a wręcz jestem tego pewna, że całe moje człowieczeństwo, które posiadałam przed wyrokiem, jest nadal we mnie, mimo tych krat.

Niczym się nie różnię jako człowiek od osób za murami.

Też posiadam rodzinę, dzieci, dom, lecz życie napisało dla mnie inny scenariusz.

Borykamy się często z problemami, na które nawet nie mamy wpływu. Wyobraź sobie sytuację, że znajdujesz się na naszym miejscu i wykonujesz telefon do domu, a tam słyszysz, że twoje dziecko jest w szpitalu? Ma podejrzenie wyrostka i czeka go prawdopodobnie operacja. Zanim usłyszysz wszystkie informacje, nie wspomnę o pocieszeniu dziecka i wsparciu go, mija pięć minut, telefon zaczyna mrugać – zaraz koniec rozmowy. I słyszysz ciszę, następny telefon jutro (no, chyba że uda się wyżebrać dodatkowy telefon u oddziałowej). I tak idziesz pod celę z tysiącem myśli w głowie, ale najgorsza jest ta niemoc.

Bezsilność człowieka, bo przecież będąc na wolności to byłoby się przy dziecku, trzymałoby się go za rękę, a tak… Zostaje się sama z własnymi myślami. Chyba że jesteś szczęściarą i masz z kim o tym pogadać w celi.

Więzienie uczy nas wszystkich cierpliwości, bo to jest niezbędne, jak tlen do życia.

Przecież kiedyś ten wyrok minie i będziemy przy dzieciach, rodzinie, będziemy tak jak Wy – wolnymi ludźmi.

Myślę, że jak na pierwszy wpis nie jest źle. Może się przełamię i będę pisać częściej.

Halina



Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”