Śmierć

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury


Jest tak bardzo niepotrzebnie wszechobecna. Śmierć. Nigdy nie ma odpowiedniego momentu na nią. Poruszana, zadawana, karana. Zbyt wczesna, na uboczu, powolna. Niepojęta, szybka, samotna. Rozrywająca, tajemnicza, pod kluczem. Oczekiwana tylko przez tych, który chce się z nią połączyć w tańcu ulgi, odganiana przez osoby pozbawione poczucia tego rytmu.
Temat śmierci, chłodzi miejsce. Plaża staje się prosektorium. Tworzy gęsią skórkę na ciele, gdy tylko zaczyna pojawiać się w głowie. Temat oddalony jak ona sama w życiu… w końcu jest na jego końcu. O którym co? lub kto? Decyduje? Czy dla opłakującego ma to znaczenie? Później – może tak, tylko kolejne zapytanie, czy to „później” odliczymy miarką minut, dni, m-cy czy lat?
Kiedy zmarł jej ojciec naprawdę szczerze martwiłam się o nią. No, o nią, bo ojciec już zupełnie miał lepiej od nas. Bałam się, że odwali jej coś i będzie chciała „pobiec” za nim, nie pamiętając o matce na drugim końcu świata. Jej płacz zamykał usta wszystkim wokół. Pojawienie się – chyliło głowy, by nie daj Bóg spojrzenia się zderzyły. Wtedy trzeba by było stanąć. A jak już przystaniesz, to należałoby coś powiedzieć, uczynić jakiś gest? W obliczu takich prywatnych tragedii dotknięcie ramienia osoby cierpiącej jest jak próba przezwyciężenia swoich fobii. Usta zasznurowane przyspieszają tylko bicie myśli o ściany chęci. Dlaczego ludzie w ogóle coś próbują mówić? Dlaczego wyświechtane „trzymaj się” jest wtedy tak denerwujące, że ma się ochotę znaleźć siły, by tę osobę wcisnąć w ścianę i jego ciałem ją rozwalić wyprzedzając tak braterskie „będzie dobrze”. Bo jakoś będzie, ale zupełnie inaczej. Łamał mi się głos, kiedy prosiłam, by ją pozdrowić, wiedziałam, że mogę, od lat łączyły nas inne tragedie. Choć sama w skrytości dziękowałam Bogu, że nie jestem na jej miejscu, to każdy szept na korytarzu zniekształcał się w głowie i docierał do mnie złowrogim echem. Dłoń, przysłaniająca ich usta powstrzymywała syk, deformowała słowa. Ale oczy gadały. Gadały i gadały.
Pierwsze przymknięcie powiek „niech poczuje to, co oni”. Szybkie spojrzenie przed ponownym spuszczenie wzroku „ fajne uczucie tak cierpieć?”.
Odwrócenie twarzy zaszeleściło „karma wraca”.
A wystarczyłoby przejść. Przejść obok i udawać, że jej nie ma. Ale człowiek musi.
Musi pokazać, choć to nie jego cierpienie dosięgło. Nie z jej ręki, bo jakieś kiedyś na pewno.
Musi w cieniu jej żałoby poczuć się lepszym.
Musi się przekonać, że gdyby stała nad przepaścią, to wystarczyło, by dotknąć jej pleców i prawie że niewinnie pchnąć.
Musi poczuć to, jakby spadała i czy nie zbyt krótko leciała. I musi później się uśmiechnąć, że nie jest taka jak ona, jest „ dobrym” człowiekiem. Nie pchnie, nie odbierze życia….
Takie jak ona, powinny właśnie „ żyć”. Powinny tęsknić, nie zaznawać szczęścia. Takiej powinno brakować dotyku, zapachu, wiatru. Niech wegetuje wśród więziennych odgłosów. Niech trzask krat nie pozwoli jej na dobre wspomnienia. Światło zapalającej się co godzinę jarzeniówki podczas nocnego obchodu ma wybudzać ze spokojnego snu.
Umarł jej ojciec?
Taka jest kolej rzeczy – usłyszy, człowiek się rodzi i umiera. To był zawał, miał szczęście. Może zbyt szybko żył? W jakimś stresie? Ale nie zginął.
Wystarczyło, by przestał się denerwować o dzieci. Rzucić palenie, przystopować.
Niepojęte, jak przez taki czas dostrzega się pewne rzeczy, gesty. Jak takie miejsce zmienia twarz, chód, mowę ciała. Mniej mówisz – bo to nie czas, więcej obserwujesz. A później się dostrzega, przepłakuje, odwraca głowę.
Mało kiedy ma się ten komfort, by w celi spotkać bratnią duszę albo choć kogoś na tyle zaufanego, by odważyć się przyznać, że najbardziej się boisz śmierci bliskich. Że ten strach wywołuje nie tylko okratowane okno, na trzy spusty zamknięte drzwi, kilka oddechów na małym metrażu, nocne krzyki, kałuże łez pod budką telefoniczną, odmowy dyrektora, brak Internetu na skype. Nie boli cię tak wywołany sztuczny tłok, by od kogoś dostać z bara, czy śmiech, że przykrywasz ciało na łaźni, że nie masz co zapalić. Brak widzeń z powodu odległości, braku możliwości dojazdu, braku funduszy. To tak nie telepie sercem, jak ten cholerny lęk, że możesz nie mieć do kogo wyjść.
Widzenia trzymają przy życiu, przy trwaniu, staraniu się, walczeniu o siebie i wytyczaniu sobie celu. Bez tego podpunktu zamykasz się, niekiedy czuć się możesz gorsza, ale na pewno samotniejsza.
Więzienie jest pełne śmierci. Osadzonych mało umiera w samym więzieniu, ale część z nich jest sprawcami, a inna część doświadcza odejść bliskich po drugiej stronie muru.
Uważam, że obie części cierpią. Po swojemu. Na własnej głębokości, we własnych kątach ciał.
Nie tylko ten, który głośno mówi o żalu, żałuje.
Nie tylko ten co wysmarkuje tony chusteczek od łez, płacze.
Nie tylko ten co się modli, potrzebuje wybaczenia.
Nie wzrok wbity w ziemię świadczy o wstydzie czy zmęczeniu.
Już spotkałam wygadanych samotników. Śmiejących się opuszczonych, zakompleksionych śmiałków, wrażliwych samouszkodzeniowców. Dzieciobójczynie z powieszonymi zdjęciami własnych dzieci, morderczynie z różańcami na szyi. Mężatki sypiające z kobietami, małolaty pomagające się ubierać starszym.
Nie raz mam wrażenie, że większość powinna przejść przez więzienie. Poczuć je tylko po to, by wyczuć życie. Przestać mu dawać uciekać przez palce, tylko zacisnąć pięść i działać. Jakby tylko po upadku zwycięstwo miało smak. Więzienie nie zawsze znaczy kryminał. Gruzy prywatności każdy gdzieś zostawił. Może już nawet nie pamięta, gdzie one są, ale trud wyjścia z nich do dziś stopy czują. Ta obręcz wokół kostki, pierwszy krok i od razu potknięcie. Nikt dobrze się nie czuje na nierównej powierzchni, dąży się do własnej drogi z ludźmi drogowskazami. Konsekwencje rzucają nas na bruk. Śmierć albo życie, musisz wybrać. Zapomnieć o tym, do czego nie przykładało się tak specjalnej uwagi, tam o jajecznicy, nieposprzątanym pokoju, mokrym nosie psa. Zwykłym geście pogłaskania po głowie, wychyleniu się przez okno, ciepłej kąpieli w wannie. Jechaniu windą, spacerowaniu po 10-tej, zamieszaniu w herbacie metalową łyżeczką. Z czasem stanie się to pierdołą-tęsknotą, bez której nauczysz się żyć. Bo wybrałaś życie.
To lęk o innych zaczyna paraliżować.
Niejednego żałobnika starałam się pocieszyć, ale żadnemu nie powiem, że ponownie dziękuję, że to nie moi bliscy. To uczucie staje się jednocześnie podłe i kojące. Schizofrenia losu. Bałagan uczuć.
Jak trudno jest być po części sprawcą i błagającym o zdrowie dla swoich. Więzienie nie zawsze znaczy kryminał. Tylko lata bez nich, sprawiają, że pada się na kolana za nich. Pierwsze chwile są zawsze egoistyczne „Panie Boże, spraw bym sobie poradziła, jak najszybciej wróciła do rodziny, a już nic złego nie zrobię”. Znam tylko jedną osobę, która nigdy nie modliła się za siebie. Po jakimś czasie się do tego dociera. Bez nich, nie ma nas. Więc po co my?
Kiedy po jakimś czasie przyszło mi „mieszkać” w jednej celi z koleżanką, której zmarł ojciec, byłam drewniana od niezręczności. Codziennie żyłam widzeniami i tymi spotkaniami. Większość telefonicznych rozmów w końcu schodziła na temat ewentualnego przyjazdu na widzenie, to miejsce nie zabija w człowieku chęci do dialogu. To współosadzone z celi są na pierwszej linii ataku czy obserwacji. To ich dni pobytu na wspólnym metrażu uczą odczytywać przebieg rozmów drugiej. Już w drzwiach celi wiadomo czy rozmowa się udała. Twarz i sposób wejścia w pierwszej sekundzie decydowało o dalszym przebiegu dnia. Każda z nas miała jakieś swoje problemy na wolności, jedna chwilowe, jakieś sytuacyjne, ale inne długotrwałe, rodzinne, zdrowotne. Zawsze się o czymś mówi. Indywidualne podejście kto ile o sobie powiedział, ale jedno jest pewne, nie ma takiej możliwości, by cela normalnie funkcjonowała bez rozmów o sobie, ale też o własnych trudnościach. Za każdą stoi jej historia i jej metoda radzenia sobie.
W więzieniu najgorszy jest krzyk. Kojarzy mi się tylko ze złą wiadomością lub tragedią. Kiedy słyszę płacz i krzyk pod telefonem, zawsze mnie przechodzi zimny dreszcz. Wielokrotnie trzęsłam się z nerwów i płakałam z tą osobą. To jest tak przerażające i bolące, jak moje wyobrażenia powolnej śmierci.
Bywałam najmłodsza w celi, gdzie tak naprawdę mało miałam do powiedzenia – bo nie jedynie krótkie życie to powodowało, ale przede wszystkim krótkie życie na wolności. Nie byłam postawiona pod murem, by zasłaniać dzieci własnym ciałem przed mężem katem, nie pochowałam dziecka, nie opiekowałam się sparaliżowanym rodzicem, nie przechodziłam chemioterapii, nie skończyłam w monarze. Nie raz miałyśmy z mamą kiepski moment, ale to ona, kochana robiła wszystko, bym nie zaznała głodu. Najsmutniejsze jest to, że głodu doświadczę w więzieniu, ale i tak jakoś to staje się małoznaczące wśród tych wszystkich historii, które celę robiły jeszcze bardziej ciaśniejszą. Te małe lokum musiało pomieścić historię kobiety, która znosiła lata poniżania, gwałcenia i strachu we własnym domu. Katował ją mąż na oczach dzieci. Dopóki były małe, łudziła się, że nie rozumieją co się dzieje, płakała dopiero po wszystkim, jak domownicy już spali. Miała popalone ręce i nogi, jak mogła to chroniła twarz, by móc pracować, by móc się pokazać. Wypiła tylko raz, przed dokonaniem zbrodni, którą zaplanowała na dany dzień. Gwałt na dorastającej córce rozerwał ją od środka, uwierzyła jej od razu. Nie musiała męża upijać, wrócił już pod wpływem alkoholu, sobie nalała, by nie wycofać się. Nie chciała zabić, chciała go pokarać, odebrać broń, narzędzie, którym ranił je. Związała go i odcięła penisa. Mówiła, że ciężko szło. Zemdlał. Chciała się uspokoić i wtedy się wykrwawiał. Organ wyrzuciła przez okno, na podwórko. Sama zgłosiła się na policję, dostała 11 lat i tyle czasu zakład karny męczył ją terapią alkoholową. Nie chciała się jej poddać, bo tamto było jednorazowe, oni naciskali, że czyn dokonany pod wpływem i terapia musi być zrobiona. Bez niej nie miała szans na zwolnienie warunkowe. Odwiedzana przez dzieci dawała radę. Spotkania i telefony z córką najbardziej ją zamykały, przeżywała jej związek z chłopakiem. Bała się, że obraz rodziców skrzywi obraz domu. Parę razy powiedziała mi, że strach o nią doprowadza ją do myślenia, że wolałaby ją mieć w więzieniu i tak się nie bać. Codziennie o nią się modliła i codziennie przy tym płakała. Przepraszała nas, ale jak można mieć do matki żal o łzy za córkę? Tylko, że „młoda” płakała nie raz przez nią, ale to też z takiego powodu, że tęskniła za takim obrazem matki. Większość czasu wychowana przez dom dziecka i placówki wychowawcze nie zaznała bliskości i więzi z rodzicielką…
Pozdrawiam,

Pełnoletnia



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Co jest w więzieniu najtrudniejsze?

 

 

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury.

 

W więzieniu nie radzę sobie z tęsknotą, przyjmowaniem poleceń, agresją, z godzinami korzystania z telefonu ustalanymi przez oddziałowe.

Najtrudniejsze są dla mnie transporty!

Przerzucanie z celi na celę!

Siedzenie pod celą mieszkalną z osobami niedbającymi o higieną osobistą!

Osadzenie na celi izolacyjnej i pozbawienie wszelkich przywilejów!

Kontrole celi mieszkalnej, w wyniku których powstaje bałagan.

Łobuzica

Dla mnie najtrudniejsze w więzieniu są:

– ciągła kontrola

– brak swobody

– ustalony plan dnia

– „niesłyszenie swoich myśli”

– uciążliwe współlokatorki

– brak częstego kontaktu z bliskimi (telefonicznego i osobistego)

– brak dostępu do nowinek technologicznych i literatury.

Najtrudniej poradzić sobie z ciągłą kontrolą, sprawdzaniem, uważaniem, co się mówi i do kogo. Nie można samodzielnie się poruszać po ZK, nawet odbywając karę na oddziale półotwartym. Wszystko trzeba robić na czas (pić, jeść, spać, jak Tamagochi). Nikogo nie obchodzi, czy mamy jakieś plany, zajęcia – ważny jest tylko rozkład dnia! Nie rozumiem też systemu przesadzek. Co one mają na celu??? Nie wiem i pewnie nigdy nie zrozumiem. Czasami czuję się jak stolik, który przestawiają z celi na celę lub z pawilonu do pawilonu. Uciążliwy jest również hałas i niektóre współlokatorki (choć trafiają się wyjątki). Paranoją jest, że „koleżanki” z oddziału zamkniętego, kiedy się mijamy na korytarzu, nie mogą się nawet do mnie odezwać, bo jet zakaz kontaktów.

I bądź tu mądry!

Bella

Nic nie chcę

 

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury.

 

Nie mam żadnych specjalnych oczekiwań – właściwie nie chcę niczego.

Sama też nie chcę niczego w sobie zmieniać.

Nie jest to przejaw egocentryzmu, ale wynik zmęczenia ciągłym „dostosowywaniem się”.

Wszystkich jednakże pozdrawiam, życząc sobie i Wam – dobra i spokoju.

Alan

Czy powinnam siedzieć więzieniu

 

 

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury.

 

Myślę, że jest to zależne, z jakiej perspektywy na to patrzeć. Bo jeśli bym nie popełniła wykroczenia jakiego dokonałam, to oczywiście, że nie powinnam siedzieć więzieniu, tylko żyć jak prawo nakazuje: jak normalny, cywilizowany człowiek. Ale niestety, pech tak chciał, że jestem niepokorną osobą i trzymałam się zdania: „Pier ……ę system, w tym jestem Mistrzem”. I tak też po raz kolejny, bezmyślnie ten oto system złamałam i dlatego ponoszę konsekwencje swoich czynów.

System naruszyłam jazdą samochodem bez uprawnień i pod wpływem alkoholu, choć już miałam wcześniej wyrok dwa lata zakazu prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych. Wyrok, który został wprowadzony względem mnie, jednak złamałam i po raz wtóry jechałam: nie dość, że bez uprawnień, to i pod wpływem alkoholu. I obecnie ponoszę konsekwencje swojego czynu.

Uważam, iż słusznie odsiaduje swój wyrok, bo twierdzę, że powinno być jak najmniej pijanych kierowców czy też po innych używkach. Dopiero jak osoba trzeźwa zdaję sobie sprawę, że mogłam zabić człowieka czy też jakieś zwierzę, prowadząc po alkoholu. Bogu dzięki, że do tego nie doszło, gdyż tylko uderzyłam w mur i ani mnie, ani pasażerowi nic się nie stało oraz że nikogo nie było w okolicy. A naprawdę było nieciekawie, bo straż pożarna musiała rozcinać drzwi, bo się zakleszczyły i różne płyny wyciekały spod auta.

Jakaś część ludzi osadzonych dopiero w trakcie odbywania kary pozbawienia wolności zastanawia się, jak duży popełnili błąd. Ale niestety, jest już za późno i czasu się nie cofnie, a konsekwencje swoich czynów trzeba ponieść. Taki już los.

Wiem na pewno, że już nigdy więcej nie powielę swojego czynu, ponieważ nie chcę ponownie trafić do więzienia. Aby to był już mój ostatni raz, więc wszystko w moich rękach

Uważam, że nie ma usprawiedliwienia na takie zachowanie, choć wiele osób się usiłuje tłumaczyć: bo to, bo tamto, ale każdy, wie co robi i powinien się kontrolować. Wiele osób się może ze mną nie zgadzać, lecz ja będę przy tym trwać.

Myślę, że to by było na tyle, bo można jeszcze sporo o tym pisać, ale po co zanudzać. Jedyne co mogę dodać, to aby nikt nie był taki głupi, żeby ponownie łamać prawo, bo wtedy i tak trafi do więzienia, Prędzej czy później. Życie na zewnątrz, na wolności jest więcej warte niż moment głupoty.

Pozdrawiam,

Ewenement

Kiedyś przeczytałam że śmierć jednej osoby to tragedia, a śmierć kilku to statystyka.

Brałam udział w zabójstwie jednej osoby, czyli jestem współpracą tragedii. Tragedii bliskich tej jednej osoby, tragedii moich bliskich. Zostałam skazana z artykułu 148 §1 kk, który przewiduje karę pozbawienia wolności od pojedynczej cyfry do dożywocia.

Powinnam przez to wszystko przejść, przez co przeszłam – ale dlaczego moja rodzina musiała doświadczyć przykrości? Dlaczego cała nienawiść do mnie została przelana na moich najbliższych? Tak jak większość z Was nie interesuje, co mnie tu spotkało, jak zaczynałam dopiero odbywać karę, tak mnie boli, że inni cierpieli i cierpią przeze mnie. To też jest tragedia.

Wystarczy że ja im przyniosłam wstyd, nie trzeba ich dobijać.

To ja powinnam ponieść karę.

To ja powinnam siedzieć więzieniu.

Pełnoletnia

Pozbawienie wolności powoduje nieuniknione szkody: izoluje społecznie, ogranicza potencjał, przerywa więzi rodzinne. Tragizm sytuacji polega na tym, że podstawowe narzędzie za pomocą którego radzimy sobie z osobami budzącymi w innych ludziach przerażenie, udaremnia zarazem ich resocjalizację.

Izolując więźniów od społeczeństwa, sprawiamy, że więźniowie czują się jak w pułapce. Kara więzienia to kosztowny sposób czynienia ludzi jeszcze gorszymi. Trudno uwierzyć w ten system, gdy się go pozna od środka.

Żeby wszystko było jasne: nie podchodzę do czynów, które popełniłam, zupełnie bezkrytycznie, ale karanie nas izolacją i skazywanie na ostracyzm społeczny nie spełnia swojej resocjalizacyjnej roli.

Bella

Sto pytań do… Iwony i Wioli

Sto pytań do… Iwony i Wioli

Iwona i Wiola to dwie moje współosadzone. Pod każdym względem różne od siebie. Gdybym miała znaleźć cokolwiek, co je łączy – obstawiam – nie byłabym w stanie. Jedna jest jak dzień, druga jak noc. Dlatego postanowiłam zadać im te same pytania i zobaczyć, jakie będą odpowiedzi .

Co wzbudza we mnie obsesyjny lęk?

Iwona: Policja.

Wiola: Że będę świadkiem śmierci własnego syna.

Kiedy kłamię?

Iwona: Staram się nie kłamać.

Wiola: Dla dobra bliskich.

Jakie jest najmniej lubiane przez Ciebie słowo?

Iwona: “Nie wiem”.

Wiola: “Nie da rady”.

Błędy, które najczęściej wybaczam?

Iwona: Nie wybaczam błędów i nie mam zamiaru wybaczać.

Wiola: Błędy życia codziennego.

Jakie jest Twoje ulubione słowo?

Iwona: Miłość.

Wiola: Miłość.

Co Cię przygasza, hamuje?

Iwona: Jak mam zły humor, to mam zły, a jak dobry, to dobry.

Wiola

Iwona: Zdrady.: Rzeczy, na które nie mam wpływu.

Kim lub czym chciałabym być, gdybym nie była tym, kim jestem?

Iwona: Zawsze chciałam być wolontariuszką, ale mi się nie udało.

Wiola: Piłkarzem.

Czego nie cierpię ponad wszystko?

Wiola: Pewnego człowieka.

Co byłoby dla mnie największym nieszczęściem?

Iwona: Wplątać się w coś i wrócić do więzienia.

Wiola: Gdyby coś złego stało się z moimi bliskimi.

Główna cecha mojego charakteru?

Iwona: Gospodarność.

Wiola: Upartość.

Ulubieni bohaterowie literaccy?

Iwona: Duchy.

Wiola: Robinson Crusoe, Justynka z “Nad Niemnem”.

Obecny stan mojego umysłu?

Iwona: Ani radosny, ani smutny.

Wiola: Przygaszony.

 

100 pytań do… część II

Co wzbudza we mnie obsesyjny lęk?

Pająki. Może nie jest to choroba pod nazwą arachnofobia, ale w ogóle nie znoszę robactwa, a pająków przede wszystkim. Krzyczę tak, że padają na zawał. Lepiej one niż ja .

Kiedy kłamię?

Wtedy, gdy czuję, że muszę chronić swoich bliskich i kiedy moje kłamstwo może ich uchronić przed niebezpieczeństwem.

Jakie jest najmniej lubiane przez Ciebie słowo?

Moja współosadzona za najmniej lubiany zwrot uważa: “nie wiem”. A ja właśnie nie wiem, jakie słowo lubię najmniej. W sumie to chyba nie ma takiego. Mówię dużo, stosunkowo szybko i używam słów, które w danej chwili są mi potrzebne do wyrażenia myśli lub określenia emocji. Każde jest wtedy dobre.

Błędy, które najczęściej wybaczam?

Wybaczam ludziom zawsze każde świństwo, które mi zrobią pierwszy raz. Nigdy nie wybaczam kolejnego. Nie stosuję w życiu zasady “do trzech razy sztuka”, ponieważ uważam ją za zasadę dla idiotów. Jeżeli coś zrobimy nie tak, jak należy raz, to uważam, że może się zdarzyć. Ale gdy okazuje się, że ktoś nie analizuje swoich błędów i je mnoży, to nie chcę mieć z kimś takim do czynienia.

Jakie jest Twoje ulubione słowo?

Lubię wszystkie, których używam i które poznaję.

Co cię przygasza, hamuje?

Niewiele jest takich rzeczy, ale z grubsza – samopoczucie moich bliskich. Kiedy jest im źle lub coś im się nie układa, to ma to wpływ na mnie. Będąc tu nie mogę zadziałać na tyle, aby im pomóc, a nie zawsze wysłuchanie czy wsparcie słowem są wystarczające.

Kim lub czym chciałabym być, gdybym nie była tym, kim jestem?

Bogiem. Mogłabym zmieniać wszystko, jakbym chciała. Pewnie skończyłabym gorzej niż Jim Carrey w filmie pt. “Bruce Wszechmogący”, ale spróbować bym chciała .

Czego nie cierpię ponad wszystko?

Więzienia, bo za tym idzie wiele innych kwestii. A samego miejsca z dnia na dzień nie cierpię coraz bardziej.

Co byłoby dla mnie największym nieszczęściem?

Śmierć bliskich, bo na to nie mam wpływu i o ile nie stanę się Bogiem ;), mieć nie będę. Ale tak na serio, to właśnie tych, których kocham traktuję jako największe nieszczęście.

Główna cecha mojego charakteru?

Oj, trudno się zdecydować, którą z cech uznać za główną. Ciekawość obstawiam, bo ona mnie nakręca i dzięki niej mam sporo innych cech.

Ulubieni bohaterowie literaccy?

No i całe szczęście, że tu jest liczba mnoga ;). Forrest Gump, Mikael Karvajalka, Tarabas, Ender, nawet Vaganbunda, Harry Potter również, Markiza Angelika, Oliver Twist, muszkieterowie, Ben Hur; nie będę wymieniała wszystkich postaci, ponieważ to niemożliwe. W każdej książce, którą przeczytałam, znalazłam kogoś, kogo uwielbiam, a nie sposób wypisać wszystkich.

Obecny stan mojego umysłu?

Mój umysł jest napięty jak sznurek od stringów na grubym tyłku ;), ale jest to napięcie powodowane samymi pozytywnymi myślami o pozytywnych wydarzeniach od miesiąca czerwca. Po prostu tak dużo się dzieje w moim prywatnym życiu, że niemal codziennie słyszę lub dowiaduję się o czymś nowym i stąd to coś, co określiłabym jako napięcie. W parze z nim idzie oczekiwanie na te nowe wiadomości i to bez względu na to, czy dotyczą kwestii dużych, czy małych. Mojej głowie już dawno nie było tak przyjemnie, a mój mózg cieszy się bezustannie od kilku miesięcy. Chciałabym, żeby tak zostało jak najdłużej.

To moje odpowiedzi, jeżeli ktoś zechce na te same pytania udzielić własnych, to będzie mi przyjemnie.

Pozdrawiam

Małgosia

Pożegnanie Wali

 

Walentiny nie ma już w zespole blogowym, w więzieniu na Grochowie, na świecie…

Była w naszej grupie niespełna dwa lata. Skupiona, stonowana, zawsze bardziej nastawiona na słuchanie niż wypowiadanie się, życzliwa i sumienna.

Marzyła, żeby nauczyć się języka niemieckiego, zdążyła już zgromadzić materiały.

Ostatnio napisała piękny tekst na bloga o swojej ojczyźnie, Rosji i o Petersburgu.

W sierpniu pisała, że chciałaby się schować pod płaczącymi gałęziami brzozy i zapomnieć o wszystkich codziennych troskach.

Nikt nie pomyślał, że to stanie się tak szybko…

Żegnamy Cię, Walentino.

Redakcja

O przesądach

1-DSC_0077-001

Co do przesądów i „proroczych snów”, to podchodzę do tego z dystansem. Nie wierzę w piątek 13, czy szczęście, gdy zobaczę kominiarza. Tym bardziej tutaj staram się nie przywiązywać uwagi do tutejszych zabobonów. Nie powiem, kiedyś zwracałam uwagę na takie bzdury, jak sny itp. Czułam strach, gdy śniły mi się buty (które oznaczają podróż) i przerażenie, gdy śniły mi się zęby (które oznaczają chorobę lub śmierć). Z biegiem czasu, po głębszym zastanowieniu, śmiało mogę powiedzieć, że wyćwiczyłam się w tym temacie i sny czy przesądy nie robią na mnie wrażenia. Teraz jestem pewna, że wiara w sny i przesądy tylko i wyłącznie utrudnia życie. Mi teraz żyje się łatwiej, gdy przetłumaczyłam sobie, że moje sny, tym bardziej fakt przejścia przede mną czarnego kota, tak naprawdę nic w moim życiu nie zmieni. Bo i dlaczego???

Miśka 30