Kicz kiczem, ale jestem na tak!!!

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

STOP KRYTYCE KICZU! Siedzę nad kartką jedną, drugą, trzecią (kartki okolicznościowe 😉) – dla Mamy, Syna, Partnera. Mamy kartka ozdobiona z przepychem – brokat, cekiny, cienkopisy brokatowe 😊. Syna – postać z gry, którą uwielbia, na kartce o intensywnym kolorze. Postać przyklejona od spodu, na patyczki do uszu (po długości), taki pseudo 3D 😉! Dla mojego M – czerwona kartka z naszkicowanymi po bokach sercami z różnych elementów, złożonymi z zawijasów, których kreski pokryte są klejem wikol – oprószone złotym brokatem, wyglądają jakby były wypukłe… Taki spory kicz! Ale ile serca i pracy włożonej, i przyjemności dla moich kochanych ODBIORCÓW. I też można powiedzieć, że to w pewnym sensie ,,arcydzieło’’ 😉. Jedno z drugim się nie mija. Widzę po drugiej stronie ulicy, w samym środku dzielnicy Ochota, przy jednym ze znanych bazarków (niestety już nie istnieje) starszą panią, ok 80-tki. Ubrana jest w, chyba, bluzkę, czy raczej cienką kurteczkę, caluteńką wyszytą cekinami – niczym z karnawału, lata 80-te! Spodnie długie, lejące, do kostek, z czarnego materiału – wyglądają jakby ktoś umoczył je w brokacie 😊 albo przed chwilą obsypał je nim! A na szczupłych stopkach z widocznymi śladami wieku i haluksami (które w niczym najwidoczniej nie przeszkadzają) pantofelki jak z ,,Dynastii’’ u eleganckich pań z puszkiem. Na włosach trwała na cienkie wałeczki, jak od ,,Irenki’’ z lat 90-tych! Jakby siwizna z resztkami platyny z refleksami fioletowej płukanki 😉. Policzki z nałożoną odrobiną różowej szminki roztartej niczym róż, usta również pomalowane były tym samym mazidłem. W pierwszej chwili pomyślałam ,,bazar – kicz’’! Ale po zastanowieniu: kurczę, gdyby nie ten kicz, to ta staruszka nie miałaby takiego uroku osobistego i przeszłabym obok niej nie zauważając. Wyróżniająca się w tłumie, nie zważająca na komentarze, wyśmiewanie czy inne pogardliwe zachowania. Staruszka SENIOR – STAR 😉 dzielnie stała z uśmiechem na szczupłej, pomarszczonej buzi, z wysoko uniesioną głową pełną siwych loków. A skoro ten kicz dla większości dookoła dodawał odwagi i poczucie młodości, powodował uśmiech na twarzyczce seniorki, to tylko pozazdrościć! 😊 I mam nadzieję, że jeśli dożyję tego wieku, co moja SENIOR – STAR, to dodatkowo, do podobnego ubioru kupię wielkie okulary przeciwsłoneczne i laseczkę z wielkim cekinowym zakończeniem rączki, która oślepiałaby wszystkich, którzy za bardzo by się przyglądali.

Kiczem można nazwać wszystko! Od paznokci, tipsów tak długich i różowych, że spodni nie można podciągnąć np…, usta jak ,,glonojad’’ czy powiększone piersi, że stopy nie zobaczysz, czy inne części ciała, wszystko, co jest ozdobione w pseudo kryształkach Swarovskiego i róż bijący z każdej strony, gdzie się nie obejrzysz! Takie rzeczy, zachowania, wygląd, są według mnie kiczem, przesadą i przepychem w tym kierunku. Ale inna osoba może stwierdzić, że tkany obraz na ścianę z grupą jeleni i saren wśród natury lub dywanik na ścianę wzorzasty jest kiczem jak cholera!!! Ale dla mnie właśnie ta tkana natura na ścianę jest wspomnieniem i skojarzeniem z dzieciństwa, domem dziadków od strony ojca, obiadów, którymi babcia mnie ,,podtuczała’’ – co oczywiste na smalczyku własne roboty, i pokoikiem mojego dziadziusia Franka, z którym zawsze najwięcej czasu spędzałam i te obiady jadałam. Taki trochę powiew przeszłości i obrazki sprzed lat… 😉.

Kicz kiczem, ale nie byłoby: wspomnień, oburzenia, prześmiania, zgrozy! Moda chociażby, byłaby szara, bura i ponura. Ściany w domach białe, w każdym pomieszczeniu – kicz nadaje kolorów lub nawet czasem nadmiar kolorów naszemu życiu, światu i wszechczasom! Bez kiczu nie byłoby nic, to trochę jak z Jury, przejście do baroku czy rokoko, do czasów teraźniejszych. Kończąc powiem jedno: KICZOWI MÓWIĘ TAK, A NUDZIE I PROSTOCIE W PEWNYM STOPNIU MÓWIĘ NIE!!! STOP PRZEMOCY WOBEC KICZU! 😉😊. NIE WYPIERAJ KICZU, BO TWÓJ ŚWIAT BĘDZIE BURY I PONURY! Wprowadź go choć krztę, a żyć lepiej będzie Ci się!

Pozdrawiam 😊😊

Taka Ja


Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie tablica-ministerialna-bloga-1024x680.jpg
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Tablica-finansowania-bloga-748x1024.jpg

Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.



Kicz: tak czy nie?

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

W naszym świecie kicz był, jest i zapewne będzie wszechobecny prawie w każdym rodzaju sztuki: w architekturze, modzie, malarstwie czy rzeźbie. W każdym. Zaryzykowałabym stwierdzeniem, że również znajdujemy go w muzyce czy literaturze (choć tu określa się go raczej mianem: szmira).  

Jeżeli więc poruszamy temat kiczu, cóż. Uważam, że jest on wynikiem różnorodności ludzkich upodobań, wyczucia stylu czy w końcu indywidualnego postrzegania piękna, jak i brzydoty. Ktoś kiedyś powiedział : „nie to ładne, co ładne, lecz to co się komu podoba”. Kicz z pewnością przyciąga uwagę i każda sztuka wywołuje sobą zainteresowanie. O ile przyjmiemy, że kicz jest sztuką. Krytyków znajdzie z pewnością wielu. Zarzuca się mu, że jest przesłodzony, prymitywny, że zniesmacza lub (albo przede wszystkim) kłuje w oczy. Lecz właśnie ową krzykliwość wykorzystują niektórzy artyści (?), by zwrócić powszechną uwagę, wywołać kontrowersje czy nawet oburzenie. Nieistotne są dla nich pozytywne opinie, ponieważ liczy się dla nich osiągnięcie celu –  zostać zauważonym! A dzieło powinno obronić się samo…

Osobiście uważam, że kicz jest doskonałą przeciwwagą dla klasycznego stylu. Dzięki niemu dostrzegam kontrast pomiędzy przerostem formy nad treścią, a stanowczym, subtelnym przekazem artysty, który potrafi uchwycić piękno w jego naturalnej prostocie. Ale to moje odbieranie sztuki. Mimo to nie zarzeknę się, że nigdy nie pochyliłam się nad jakimś kiczowatym towarem bez błysku w oku. Dlatego uważam, że kicz ma prawo być lubianym. Każdy ma prawo wyboru i do tego, by otaczać się przedmiotami, którymi kreuje swój wizerunek i swoją rzeczywistość.

I niech pierwszy rzuci kamieniem ten, którego wyczucie estetyki nigdy nie przyjęło do serca czegoś – co inni okrzyknęli kiczem! 

Wobec tego pozostaje mi tylko powtórzyć powszechnie znaną łacińską sentencję: „De gustibus non est disputandum” (o gustach się nie dyskutuje).

Pozdrawiam,

PIK


Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie tablica-ministerialna-bloga-1024x680.jpg
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Tablica-finansowania-bloga-748x1024.jpg

Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.



Południca

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Kochani Czytelnicy, ostatnio opowiadałam Wam o naszych zajęciach w ramach projektu ,,Ballady i romanse”, na których dogłębniej poznajemy twórczość Adama Mickiewicza. Kolejne spotkanie z tego cyklu poprowadziła p. Ewa Frączek-Biłat. Tym razem czytałyśmy niektóre ballady wieszcza, dowiedziałyśmy się, co należy do charakterystycznych cech ballady, oraz porównałyśmy utwory Mickiewiczowskie z bardziej współczesnymi, np. z balladą Bolesława Leśmiana ,,Dziewczyna”, a także zapoznałyśmy się z utworem samej pani Ewy, ,,Balladą o duszyczce” (wszystkim bardzo się podobała!).
W trakcie zajęć same stworzyłyśmy ,,Balladę więzienną”, opowiadającą o krążącej po celach zmorze, co dostarczyło nam dobrej rozrywki. Na koniec pani Ewa Frączek zachęciła nas do samodzielnego napisania jakiejś ballady – w stylu Mickiewicza albo bardziej współczesnym. Postanowiłam podjąć wyzwanie, pobawiłam się słowami i rymami, i oto rezultat: ballada ,,Południca” w stylu Mickiewiczowskim, czy może bardziej ogólnie – romantycznym, bo z Wieszczem raczej nie zamierzam konkurować.
Później zamieszczam tekst ,,Południcy”. Kto ma chęci, może przeczytać… ale proszę o wyrozumiałe potraktowanie, bo żadna ze mnie poetka.


„Południca”
Słońce prażące ku południu dąży,
Niebo turkusem barwione.
Dziewczyna w bieli pośród pola krąży,
Przez łany zbożem złocone.

Któż ta dziewczyna blada i biała,
Co robi w bez cienia skwarze?
Kręci się wkoło, pląsa – przestała,
Snadź ją znużyły wiraże.

Włosem zarzuca, patrzy przed siebie,
Młodzieńca z sierpem wygląda.
,,Chodź do mnie – wola. – Tutaj jak w niebie!”-
Głos dziewczyny posłuchu żąda.

A żeniec młody dziwi się zjawie,
Jej krasie, wiotkiej postaci.
Sierp już porzucił w wysokiej trawie,
Wnet wszelką myśl trzeźwą straci.

Widmowa dziewka wabi go, nagli,
W niepamięć idą przestrogi.
Na próżno starsi w głowę mu kładli,
By się wystrzegał tej drogi.

,,Nie przejdź tą ścieżką, gdzie łany zboża,
Gdy słońce stoi w zenicie” –
Mówili -,,choćby dziewica hoża,
Chciała osłodzić ci życie.”

,,To zwid i majak, nic prawdziwego,
Chyba że kto rad być w biedzie.
Takie przygody ciągną do złego,
Ciekawość do piekła wiedzie.”

,,W bezcieniu krąży blada i biała,
Ty myślisz, żeś jej oblubieńcem?
Ona nieżywa, w grobie zmartwiała,
Przed ślubem zgasła wraz z wieńcem. “

,,Nieszczęsna – mówił dziadunio stary –
Zgon ją przywiązał do wieńca.
Teraz na polu w skwar, letnie żary
Upiorem czyha na żeńca.”

,,Zazdrość ją pali w śmierci katuszy,
że tchu już nie męża nie ma,
Ona podąża krwi twojej, duszy,
Prowadzić cię chce w podziemia.”

Słuchał młodzieniec, co starzy prawią,
Widział, że są z nim szczerzy.
Zda się i bojaźni żywi przed Nawią,
Lecz tak naprawdę nie wierzy.

Serce i ciało harde młodością,
Za nic ma starców trwogi.
Młodzieniec tajną pała miłością,
Do lubej swej szuka drogi.

I tak w łan zboża idzie w malignie,
Dziewczyna woła go, woła.
A mrok grobowy w jej oczach stygnie,
Zgrozę rozsiewa dokoła.

Młodzieniec śmierci w niej nie dostrzega,
Złudzeniem upiór go nęci.
Ku swej wybrance prędko podbiega,
Już tylko ją ma w pamięci.

W ramiona martwej dziewczyny wpada,
Na piersi bladej twarz pokładł.
,,O chłopcze głupi, biada ci, biada!” –
Szepło coś w zbożach, nim przepadł.

Minął dzień, drugi, pora gorąca,
Słońce śle z niebios żary.
Dziewczyna w bieli znów w polu pląsa,
Nowej wygląda ofiary.


Zośka


Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie tablica-ministerialna-bloga-1024x680.jpg
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Tablica-finansowania-bloga-748x1024.jpg

Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.


Pakuj się, idziesz do domu

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Od półtora roku z małymi przerwami jestem w takim samym położeniu, jak Wy. Czasem lepiej, czasem gorzej, ale jestem tu. Do pisania na bloga zachęciły mnie koleżanki z celi: chodź, czas będzie ci lepiej i szybciej leciał. Rzeczywiście, kontakt z ludźmi poprawił mi sposób myślenia, spojrzenia na to miejsce i pokazał nowe możliwości.

Nie mogę się zgodzić z powiedzeniem niektórych „więzienie to więzienie”. Każdy tu jest inny, ilu ludzi, tyle osobowości, lepszych, gorszych, zakłamanych.

Wchodząc do wychowawcy nigdy nie wiesz, czego możesz się spodziewać, jakie pytanie padnie. Rano co dzień czekasz, czy dadzą ci reklamówkę i pojedziesz dalej. Nie możesz zagrzać miejsca w celi, ani czasem w całym AŚ. Jedziesz i na nowo musisz się przyzwyczajać do nowych zasad. Bo co zakład, to nowe zasady. A wydawało by się, że takie same, a jednak różne.

Czego mi tu najbardziej brakuje, to w miarę normalnego jedzenia. Nie mówię o schabowym, ale o czymś, co by miało jakiś smak. No i mojej rodziny, za którą najbardziej tęsknię. Chociaż przez ten czas, to Wy jesteście moją rodziną. Nie bójcie się tego miejsca, bo w filmach jest mocno przerysowane. Zachowajcie w pamięci obraz rodziny.

„Zamknąć was musieli, lecz wypuścić muszą”.

I to jest piękne, że kiedyś nadejdzie ten dzień i usłyszysz „pakuj się, idziesz do domu”.

Pozdrawiam serdecznie,

Wiewióra



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

To co dla nas istotne – UKRAINA, czy kiedyś będzie spokój …

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Wojna w Ukrainie boli. I boleć nas jeszcze będzie bardziej. Jeśli ktoś z nas spodziewał się, że to epizod, że wszystko minie w kilka chwil i szybko wrócimy do uroków belle cpoque, to się bardzo mylił. Świat taki, jakim go pamiętamy sprzed kilku lat, nigdy już nie wróci. Przerażająca WOJNA w bratnim naszym kraju pewnie kiedyś się skończy. Możliwe, że za kilka miesięcy (a może jednak lat) ludzie przestaną w końcu do siebie strzelać, skończą się bombardowania i pożary, ale wojna zostanie w ludzkich głowach i sercach, bo to co przeszli Ukraińcy i nadal przechodzą – to tylko oni mają tego świadomość. Żadne media tego, co jest prawdą, nie mówią. Nie tylko po obu stronach wschodniej granicy Ukrainy. I trzeba będzie pokoleń, by się pozbyć tego. Nasi rządzący pokazują, jak łatwo  obudzić tamte demony sprzed lat. Ale o tym pisać nie będę. Mamy ciągle przed oczami koszmar innej wojny. Wciąż nam trudno w to uwierzyć, ale dzieje się to przy naszych granicach (70 km od mojego domu). Giną ludzie, dokonuje się ciągłych mordów, gwałtów i zbrodni, które miały być domeną wyobraźni filmów sensacyjnych a nie realnym życiem. Rzeczywistość znów nas zaskoczyła, to wszystko dzieje się w realu. 

Czy Wy macie tego świadomość, bo ja ciągle się zastanawiam, czy po więzieniu będę mieć do czego wracać.

Jak to rozwiązać? Metod jest wiele, ale to nie do nas te pytanie. Musimy czekać na „chyba” lepsze czasy?

Jednak to, co najważniejsze i o co tu chcę apelować, to empatia i rozumna pomoc dla wszystkich potrzebujących. Nie oceniajmy tylko okazujmy serce – bo może my kiedyś też będziemy potrzebować pomocy. 

Eveline



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Śmierć

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury


Jest tak bardzo niepotrzebnie wszechobecna. Śmierć. Nigdy nie ma odpowiedniego momentu na nią. Poruszana, zadawana, karana. Zbyt wczesna, na uboczu, powolna. Niepojęta, szybka, samotna. Rozrywająca, tajemnicza, pod kluczem. Oczekiwana tylko przez tych, który chce się z nią połączyć w tańcu ulgi, odganiana przez osoby pozbawione poczucia tego rytmu.
Temat śmierci, chłodzi miejsce. Plaża staje się prosektorium. Tworzy gęsią skórkę na ciele, gdy tylko zaczyna pojawiać się w głowie. Temat oddalony jak ona sama w życiu… w końcu jest na jego końcu. O którym co? lub kto? Decyduje? Czy dla opłakującego ma to znaczenie? Później – może tak, tylko kolejne zapytanie, czy to „później” odliczymy miarką minut, dni, m-cy czy lat?
Kiedy zmarł jej ojciec naprawdę szczerze martwiłam się o nią. No, o nią, bo ojciec już zupełnie miał lepiej od nas. Bałam się, że odwali jej coś i będzie chciała „pobiec” za nim, nie pamiętając o matce na drugim końcu świata. Jej płacz zamykał usta wszystkim wokół. Pojawienie się – chyliło głowy, by nie daj Bóg spojrzenia się zderzyły. Wtedy trzeba by było stanąć. A jak już przystaniesz, to należałoby coś powiedzieć, uczynić jakiś gest? W obliczu takich prywatnych tragedii dotknięcie ramienia osoby cierpiącej jest jak próba przezwyciężenia swoich fobii. Usta zasznurowane przyspieszają tylko bicie myśli o ściany chęci. Dlaczego ludzie w ogóle coś próbują mówić? Dlaczego wyświechtane „trzymaj się” jest wtedy tak denerwujące, że ma się ochotę znaleźć siły, by tę osobę wcisnąć w ścianę i jego ciałem ją rozwalić wyprzedzając tak braterskie „będzie dobrze”. Bo jakoś będzie, ale zupełnie inaczej. Łamał mi się głos, kiedy prosiłam, by ją pozdrowić, wiedziałam, że mogę, od lat łączyły nas inne tragedie. Choć sama w skrytości dziękowałam Bogu, że nie jestem na jej miejscu, to każdy szept na korytarzu zniekształcał się w głowie i docierał do mnie złowrogim echem. Dłoń, przysłaniająca ich usta powstrzymywała syk, deformowała słowa. Ale oczy gadały. Gadały i gadały.
Pierwsze przymknięcie powiek „niech poczuje to, co oni”. Szybkie spojrzenie przed ponownym spuszczenie wzroku „ fajne uczucie tak cierpieć?”.
Odwrócenie twarzy zaszeleściło „karma wraca”.
A wystarczyłoby przejść. Przejść obok i udawać, że jej nie ma. Ale człowiek musi.
Musi pokazać, choć to nie jego cierpienie dosięgło. Nie z jej ręki, bo jakieś kiedyś na pewno.
Musi w cieniu jej żałoby poczuć się lepszym.
Musi się przekonać, że gdyby stała nad przepaścią, to wystarczyło, by dotknąć jej pleców i prawie że niewinnie pchnąć.
Musi poczuć to, jakby spadała i czy nie zbyt krótko leciała. I musi później się uśmiechnąć, że nie jest taka jak ona, jest „ dobrym” człowiekiem. Nie pchnie, nie odbierze życia….
Takie jak ona, powinny właśnie „ żyć”. Powinny tęsknić, nie zaznawać szczęścia. Takiej powinno brakować dotyku, zapachu, wiatru. Niech wegetuje wśród więziennych odgłosów. Niech trzask krat nie pozwoli jej na dobre wspomnienia. Światło zapalającej się co godzinę jarzeniówki podczas nocnego obchodu ma wybudzać ze spokojnego snu.
Umarł jej ojciec?
Taka jest kolej rzeczy – usłyszy, człowiek się rodzi i umiera. To był zawał, miał szczęście. Może zbyt szybko żył? W jakimś stresie? Ale nie zginął.
Wystarczyło, by przestał się denerwować o dzieci. Rzucić palenie, przystopować.
Niepojęte, jak przez taki czas dostrzega się pewne rzeczy, gesty. Jak takie miejsce zmienia twarz, chód, mowę ciała. Mniej mówisz – bo to nie czas, więcej obserwujesz. A później się dostrzega, przepłakuje, odwraca głowę.
Mało kiedy ma się ten komfort, by w celi spotkać bratnią duszę albo choć kogoś na tyle zaufanego, by odważyć się przyznać, że najbardziej się boisz śmierci bliskich. Że ten strach wywołuje nie tylko okratowane okno, na trzy spusty zamknięte drzwi, kilka oddechów na małym metrażu, nocne krzyki, kałuże łez pod budką telefoniczną, odmowy dyrektora, brak Internetu na skype. Nie boli cię tak wywołany sztuczny tłok, by od kogoś dostać z bara, czy śmiech, że przykrywasz ciało na łaźni, że nie masz co zapalić. Brak widzeń z powodu odległości, braku możliwości dojazdu, braku funduszy. To tak nie telepie sercem, jak ten cholerny lęk, że możesz nie mieć do kogo wyjść.
Widzenia trzymają przy życiu, przy trwaniu, staraniu się, walczeniu o siebie i wytyczaniu sobie celu. Bez tego podpunktu zamykasz się, niekiedy czuć się możesz gorsza, ale na pewno samotniejsza.
Więzienie jest pełne śmierci. Osadzonych mało umiera w samym więzieniu, ale część z nich jest sprawcami, a inna część doświadcza odejść bliskich po drugiej stronie muru.
Uważam, że obie części cierpią. Po swojemu. Na własnej głębokości, we własnych kątach ciał.
Nie tylko ten, który głośno mówi o żalu, żałuje.
Nie tylko ten co wysmarkuje tony chusteczek od łez, płacze.
Nie tylko ten co się modli, potrzebuje wybaczenia.
Nie wzrok wbity w ziemię świadczy o wstydzie czy zmęczeniu.
Już spotkałam wygadanych samotników. Śmiejących się opuszczonych, zakompleksionych śmiałków, wrażliwych samouszkodzeniowców. Dzieciobójczynie z powieszonymi zdjęciami własnych dzieci, morderczynie z różańcami na szyi. Mężatki sypiające z kobietami, małolaty pomagające się ubierać starszym.
Nie raz mam wrażenie, że większość powinna przejść przez więzienie. Poczuć je tylko po to, by wyczuć życie. Przestać mu dawać uciekać przez palce, tylko zacisnąć pięść i działać. Jakby tylko po upadku zwycięstwo miało smak. Więzienie nie zawsze znaczy kryminał. Gruzy prywatności każdy gdzieś zostawił. Może już nawet nie pamięta, gdzie one są, ale trud wyjścia z nich do dziś stopy czują. Ta obręcz wokół kostki, pierwszy krok i od razu potknięcie. Nikt dobrze się nie czuje na nierównej powierzchni, dąży się do własnej drogi z ludźmi drogowskazami. Konsekwencje rzucają nas na bruk. Śmierć albo życie, musisz wybrać. Zapomnieć o tym, do czego nie przykładało się tak specjalnej uwagi, tam o jajecznicy, nieposprzątanym pokoju, mokrym nosie psa. Zwykłym geście pogłaskania po głowie, wychyleniu się przez okno, ciepłej kąpieli w wannie. Jechaniu windą, spacerowaniu po 10-tej, zamieszaniu w herbacie metalową łyżeczką. Z czasem stanie się to pierdołą-tęsknotą, bez której nauczysz się żyć. Bo wybrałaś życie.
To lęk o innych zaczyna paraliżować.
Niejednego żałobnika starałam się pocieszyć, ale żadnemu nie powiem, że ponownie dziękuję, że to nie moi bliscy. To uczucie staje się jednocześnie podłe i kojące. Schizofrenia losu. Bałagan uczuć.
Jak trudno jest być po części sprawcą i błagającym o zdrowie dla swoich. Więzienie nie zawsze znaczy kryminał. Tylko lata bez nich, sprawiają, że pada się na kolana za nich. Pierwsze chwile są zawsze egoistyczne „Panie Boże, spraw bym sobie poradziła, jak najszybciej wróciła do rodziny, a już nic złego nie zrobię”. Znam tylko jedną osobę, która nigdy nie modliła się za siebie. Po jakimś czasie się do tego dociera. Bez nich, nie ma nas. Więc po co my?
Kiedy po jakimś czasie przyszło mi „mieszkać” w jednej celi z koleżanką, której zmarł ojciec, byłam drewniana od niezręczności. Codziennie żyłam widzeniami i tymi spotkaniami. Większość telefonicznych rozmów w końcu schodziła na temat ewentualnego przyjazdu na widzenie, to miejsce nie zabija w człowieku chęci do dialogu. To współosadzone z celi są na pierwszej linii ataku czy obserwacji. To ich dni pobytu na wspólnym metrażu uczą odczytywać przebieg rozmów drugiej. Już w drzwiach celi wiadomo czy rozmowa się udała. Twarz i sposób wejścia w pierwszej sekundzie decydowało o dalszym przebiegu dnia. Każda z nas miała jakieś swoje problemy na wolności, jedna chwilowe, jakieś sytuacyjne, ale inne długotrwałe, rodzinne, zdrowotne. Zawsze się o czymś mówi. Indywidualne podejście kto ile o sobie powiedział, ale jedno jest pewne, nie ma takiej możliwości, by cela normalnie funkcjonowała bez rozmów o sobie, ale też o własnych trudnościach. Za każdą stoi jej historia i jej metoda radzenia sobie.
W więzieniu najgorszy jest krzyk. Kojarzy mi się tylko ze złą wiadomością lub tragedią. Kiedy słyszę płacz i krzyk pod telefonem, zawsze mnie przechodzi zimny dreszcz. Wielokrotnie trzęsłam się z nerwów i płakałam z tą osobą. To jest tak przerażające i bolące, jak moje wyobrażenia powolnej śmierci.
Bywałam najmłodsza w celi, gdzie tak naprawdę mało miałam do powiedzenia – bo nie jedynie krótkie życie to powodowało, ale przede wszystkim krótkie życie na wolności. Nie byłam postawiona pod murem, by zasłaniać dzieci własnym ciałem przed mężem katem, nie pochowałam dziecka, nie opiekowałam się sparaliżowanym rodzicem, nie przechodziłam chemioterapii, nie skończyłam w monarze. Nie raz miałyśmy z mamą kiepski moment, ale to ona, kochana robiła wszystko, bym nie zaznała głodu. Najsmutniejsze jest to, że głodu doświadczę w więzieniu, ale i tak jakoś to staje się małoznaczące wśród tych wszystkich historii, które celę robiły jeszcze bardziej ciaśniejszą. Te małe lokum musiało pomieścić historię kobiety, która znosiła lata poniżania, gwałcenia i strachu we własnym domu. Katował ją mąż na oczach dzieci. Dopóki były małe, łudziła się, że nie rozumieją co się dzieje, płakała dopiero po wszystkim, jak domownicy już spali. Miała popalone ręce i nogi, jak mogła to chroniła twarz, by móc pracować, by móc się pokazać. Wypiła tylko raz, przed dokonaniem zbrodni, którą zaplanowała na dany dzień. Gwałt na dorastającej córce rozerwał ją od środka, uwierzyła jej od razu. Nie musiała męża upijać, wrócił już pod wpływem alkoholu, sobie nalała, by nie wycofać się. Nie chciała zabić, chciała go pokarać, odebrać broń, narzędzie, którym ranił je. Związała go i odcięła penisa. Mówiła, że ciężko szło. Zemdlał. Chciała się uspokoić i wtedy się wykrwawiał. Organ wyrzuciła przez okno, na podwórko. Sama zgłosiła się na policję, dostała 11 lat i tyle czasu zakład karny męczył ją terapią alkoholową. Nie chciała się jej poddać, bo tamto było jednorazowe, oni naciskali, że czyn dokonany pod wpływem i terapia musi być zrobiona. Bez niej nie miała szans na zwolnienie warunkowe. Odwiedzana przez dzieci dawała radę. Spotkania i telefony z córką najbardziej ją zamykały, przeżywała jej związek z chłopakiem. Bała się, że obraz rodziców skrzywi obraz domu. Parę razy powiedziała mi, że strach o nią doprowadza ją do myślenia, że wolałaby ją mieć w więzieniu i tak się nie bać. Codziennie o nią się modliła i codziennie przy tym płakała. Przepraszała nas, ale jak można mieć do matki żal o łzy za córkę? Tylko, że „młoda” płakała nie raz przez nią, ale to też z takiego powodu, że tęskniła za takim obrazem matki. Większość czasu wychowana przez dom dziecka i placówki wychowawcze nie zaznała bliskości i więzi z rodzicielką…
Pozdrawiam,

Pełnoletnia



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Mój inny świat

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury


Kiedy przekroczyłam próg więzienia, już wtedy wiedziałam, że wkraczam do innego świata. Świata, którego nie znam. Świata, który jest mi obcy. Świata, którego się boję. Nie wiedziałam co mnie czeka, czy się odnajdę i czy dam sobie radę. Wszystko dookoła było przerażające i obce. Pierwsze dni/ tygodnie były dla mnie bardzo trudne. Dźwięki zamykanej klapy, brzdęk kluczy wywoływały u mnie olbrzymi niepokój. Każdego dnia wzmagały się myśli destrukcyjne, z każdą godziną zapadałam się w jeszcze większej wewnętrznej ciszy. Ciszy, w której życie się cudownie wydłuża, a jednak człowiek marzy o śmierci, bo wyobrażenie sobie wieczności w tej ciszy grozi szaleństwem. Wiedziałam jednak, że skoro jestem między ludźmi, w nowym nieznanym świecie to muszę wypracować jakąś zasadę współżycia. Każdy z nas ma przecież swoje doświadczenie, swoją pamięć, swój lęk i ból… W końcu postanowiłam się nie izolować, żyć pośród ludzi i z ludźmi. Uznałam, że samotność jest iluzją, w której nie mogę się zatracić. Kiedyś w książce Katarzyny Nosowskiej przeczytałam, że „(…) kiedy człowiek znajdzie się w czarnej dupie, to chętnie w niej pozostanie, jeśli tylko będzie miał towarzystwo”. Idąc w ślad za tymi słowami, otworzyłam się na ludzi, zaczęłam słuchać i być słuchana. Powoli uczyłam się nowych pojęć – języka więziennego. Dowiedziałam się, że stołek to fikoł, miska to dołek, a ścierka do naczyń to platerka. Dzięki temu zrozumiałam czym jest mandżur (koce, poduszka), kostka (jak wcześniej) czy wybicie się na klapę (pytanie do Oddziałowej). Nauczyłam się zagospodarować sobie czas wolny, spędzając go na malowaniu, haftowaniu czy robieniu na drutach. Z czasem przestałam liczyć dni pozostające mi do opuszczenia ZK. Zrozumiałam, że czas nie istnieje, a tykanie zegara to zaledwie jeden z dźwięków, które docierają do mojego ucha. Dużym problemem było dla mnie radzenie sobie z tęsknotą za bliskimi. Brak przy sobie męża i dziecka sprawiał ból, z którym ciężko było sobie radzić w codziennym życiu. Z czasem jednak stawałam się silniejsza, a moją siłą stawali się moi bliscy, stający za mną murem. Doceniłam ich rolę i postanowiłam żyć po pierwsze dla nich, po drugie dla siebie. Cały czas waham się jaka powinna być poprawna kolejność.
Kiedyś przeczytałam, że smutek to ściana pomiędzy dwoma ogrodami. Mi w końcu udało się odnaleźć łączącą je furtkę. Są nią ludzie.
Dziś wiem, że nie wolno się poddawać. Czas, który spędzę w ZK w końcu się skończy. Nie chcę, żeby był to czas stracony, chcę z niego jak najwięcej skorzystać, pobierając naukę od ludzi, z ich historii. Wiesze w to, że nic nie dzieje się bez przyczyny i z tej trudnej lekcji, też uda mi się wyciągnąć wnioski, które pomogą mi przejść przez resztę życia.


Marika



Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Nowe miejsce – nowe możliwości

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Od ponad dwóch lat jestem z Wami, czasem rzadziej, czasem częściej, ale zawsze na bieżąco żyłam z blogiem. Pisanie do Was było częścią mojego wyroku, ale teraz…. Zmieniłam jednostkę na inny zakład karny i powstały nowe możliwości, lecz o starych przyjaciołach się nie zapomina. Można by powiedzieć, że więzienie to więzienie niczym się nie różni, ale jest inaczej. Będąc w jednym zakładzie, nabiera się pewnych przyzwyczajeń. Wiadomo jak się zachować przy pewnej oddziałowej czy nawet jak rozmawiać z wychowawcą. A teraz jest coś nowego. Najbardziej dziwną rzeczą jest, gdy się słyszy „twarzą do ściany”. Za każdym razem, gdy się gdzieś wychodzi trzeba stanąć twarzą do ściany. Dziwne, ale mus to mus, tylko po co – a tego w żaden sposób nie rozumiem. Będąc w Warszawie przez ponad dwa lata miałam telefon tylko 6 minut a tutaj…. bez ograniczeń, byle by na karcie było. Pierwszy tydzień był spędzany przy budce telefonicznej, możliwość rozmowy z dziećmi kilka razy dziennie, bezcenne. Jakie to piękne, kiedy się może zadzwonić do córki przed 8 rano, przed lekcjami i powiedzieć „miłego dnia”. Niby nic, coś, czego się nie docenia będąc za murami, a tutaj miód na sercu. Święta – nawet w sposób tylko głosowy mogłam uczestniczyć w śniadaniu wielkanocnym. Być przy stole, chociaż bez smakowania potraw, ale głosowo tak. Na początku był strach, lecz teraz jest radość. Jedno mogę powiedzieć, nie warto bać się nowych możliwości, lecz iść przed siebie. Pozdrawiam Was i będę się starać w miarę możliwości uczestniczyć w blogu.

Pozdrawiam,

Zołza


Blog “eWKratke” jest dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Funduszu Promocji Kultury.


Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Fasolka

Fot. Małgorzata Brus
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie FDK-SNO-1024x399.jpg
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Jest koniec roku 2015 – grudzień, a dokładnie 6 grudnia – „Mikołajki”! Od paru dni czuję się nieswojo. Jest mi niedobrze, mdli mnie, wymiotuję i cały czas jestem śpiąca. Informuję o tym mojego narzeczonego – Kamila, parę minut nim odwiezie mnie do salonu (jestem kosmetyczką, grudzień to szalony miesiąc w salonach i najbardziej dla nas zarobkowy). Wiem, co dzieje się z moim organizmem (jestem mamą trójki dzieci), ale staram się nie panikować i tłumaczyć to przepracowaniem, lecz oboje z Kamilem dobrze wiemy co to oznacza! Jestem przerażona, gdy mój narzeczony informuje mnie, że odbierze mnie po pracy i pójdziemy razem do ginekologa! 

Docieramy do salonu w milczeniu lecz Kamil ma cały czas uśmiech na twarzy, a jego oczy aż się iskrzą ze szczęścia, ja niestety nie podzielam jego optymizmu ☹ (od dłuższego czasu jestem poszukiwana do odbycia kary pozbawienia wolności). Nie wyobrażam sobie, jak poradzimy sobie w tej sytuacji ☹ Dzień w salonie mija bardzo szybko, nie mam czasu zastanowić się nad sytuacją, w którą się wpakowaliśmy! Jak co dzień Kamil odbiera mnie z pracy (razem raźniej i bezpieczniej wrócić do domu – tak mi mówi każdego dnia 😊) i jedziemy do prywatnej kliniki ginekologicznej. Lekarz potwierdza nasze przypuszczenia – jestem w ciąży!!!!!! 😮 Wychodzimy z kliniki i Kamil tańczy ze szczęścia na ulicy, przytula mnie, całuje, pociesza, a mi po policzku płyną łzy ☹ Mam tysiące myśli na sekundę i jestem wściekła, że on nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji!!! Ja poszukiwana do odbycia paru ładnych lat pozbawienia wolności, nieuregulowana sytuacja prawna z dziećmi, remont w mieszkaniu, otworzyłam niedawno z siostrą nowy salon kosmetyczny i w dodatku jestem w ciąży! Taka refleksja dopadła mnie w Mikołajki – ludzie w ten dzień podarowują sobie lub dzieciom prezenty, my na Mikołajki dostaliśmy dziecko – najpiękniejszy dar losu – ale docenię to dopiero za parę, paręnaście miesięcy – obecnie myślę tylko o tym, że to tylko zły sen i zaraz się obudzę z tego koszmaru, jakim jest obecna sytuacja i wiadomość o ciąży …… ☹ 

Tak mija nam dzień za dniem w wielkim przedświątecznym pędzie i moimi myślami, aby samej stawić się do Zakładu Karnego….. Tylko jak, skoro jestem w ciąży, a każda rozmowa z Kamilem nie idzie mi łatwo – on się nie godzi, abym sama stawiła się do ZK! Chce abym rodziła na wolności, ukrywała się i udawała, że nasze życie jest normalne, dopóki się da! Tylko ile się tak da!? Piszę do sądu o warunkowe zawieszenie kary z nadzieją, że system w polskim sądownictwie przychyli się do mojego wniosku… Niestety myliłam się, a mój narzeczony popada w depresję, nie mogąc pogodzić się z decyzją sądu, chce by zawiesili mi mi karę do czasu porodu i przekazali dziecko – Kamilowi…! Nadchodzi wigilia – najpiękniejsza jaką spędziliśmy z Kamilem i jego rodziną w jego rodzinnym domu. Jest choinka, którą do dziś mam przed oczami, ma ponad 2,5 metra wysokości i rozpiętości 😊 Jest ubrana w białe ręcznie haftowane bombki – są śliczne! Wyglądają jakby były z białych małych kryształków. Te święta są jak najpiękniejszy sen, jaki mogłam sobie wyśnić z całą rodziną obok mnie i maleńką – „fasolką” – (tak nazywa nasze maleństwo Kamil) – nikt przy stole nie jest świadomy, że to ostatnie takie piękne święta, za rok zabraknie przy tym stole troje z nas ☹ Już nigdy nie będzie takie jak było…! 

Święta, święta i po świętach… znowu szaleństwo w pracy, każda kobieta chce wyglądać pięknie na sylwestra 😊 Zaczyna się Nowy Rok, a ja próbuję oswoić się z nową sytuacją i problemami, jakie mamy! Planujemy ślub na Wielkanoc z nadzieją, że do tego dnia mnie nie zatrzyma policja – w razie czego będzie o wiele prościej przekazać mu dziecko – mężowi i ojcu, jakbym musiała urodzić za murami! 10 styczeń – pada pierwszy raz śnieg tej zimy, finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (te dwie rzeczy już zawsze będą wywoływać u mnie złe wspomnienia) – cały dzień mamy zaplanowany, mamy dziś odebrać garnitur Kamila na nasz ślub, potem zjeść obiad z jego rodziną i wieczorem jechać na Światełko do Nieba, na które mamy zabrać Kamila czternastoletniego brata 😊😊😊 Wstajemy bardzo wcześnie, postanawiam szybko wyskoczyć do sklepu, tak naprawdę nie pamiętam dziś po co, ale oboje jesteśmy dziś poddenerwowani, pewnie z napięcia, jakie każdy dusi w sobie. Kamil jest jak zawsze bardzo opiekuńczy dla mnie i bardzo czuły 😊 Prosi, abym założyła czapkę i szalik, bo na dworze jest zimno i spadł śnieg, a ja muszę o siebie bardziej dbać, bo jestem w ciąży! Jego troska o mnie dziś zaczyna mnie irytować, chociaż Kamil zawsze okazuje mi swoje uczucia i to jak się martwi o mnie! Mamy wymianę zdań w przedpokoju o to, że jestem za lekko ubrana, a ja nie chcę założyć czapki i szalika. Czy on nie rozumie, że wychodzę na 15-20 minut – no góra 30 minut, a on w tym czasie ma się ogarnąć, bo musimy jechać po garnitur. Wychodzę z domu, w dość szybkim tempie docieram do sklepu, ale nie mam pojęcia co mam kupić, krążę między półkami, mam jakieś złe przeczucia, że mojemu narzeczonemu dzieje się krzywda!!! Wybiegam ze sklepu nie kupując niczego, biegnę w stronę domu najszybciej, jak się da. Pada tak gęsty śnieg, że nie  widać nic co jest w koło mnie, ani nic co jest przede mną. Wpadam na starszą panią, próbuje szybko ją przeprosić i biec dalej, ale uderzam w nią z taką siłą brzuchem, że muszę na chwile ukucnąć, bo ból przeszywa mnie całą! Kobieta schyla się nade mną i pyta czy nic mi nie jest, patrzy mi prosto w oczy i chyba zauważa panikę w moich oczach… podając mi ręce podnosi się ze mną do pozycji stojącej i mówi: „nie śpiesz się tak dziecino, co ma się stać to i tak się stanie, zwolnij troszeczkę”, wstaję i odchodzę od nie…. Wchodzę do domu, siadam na przedpokoju, aby zdjąć buty, widzę Kamila w progu kuchni jakby klęczał i coś robił przy szafkach. Mówię do niego, że nic nie kupiłam, że miałam w sklepie jakieś dziwne przeczucie, że dzieje mu się krzywda i, że bardzo się cieszę, że go widzę 😊 Po chwili dociera do mnie, że on się do mnie nie odzywa – pewnie jest obrażony za tą czapkę i szalik, że ich nie założyłam! Spoglądam w jego stronę i dociera do mnie obraz, który zarejestrowałam od razu po wejściu do domu, jednak mój mózg doznał tak zwanego szoku i przestał racjonalnie myśleć (tak stwierdził psycholog 3 lata później), mój Kamil wisiał, KUXXXX… popełnił samobójstwo na klęcząco!!! Stałam tak i patrzyłam na niego parę sekund, chodź wtedy wydawało mi się to wiecznością ☹ Całe życie stanęło mi przed oczami… Krzyczałam do niego, aby się nie wygłupiał, że to nie jest śmieszne, zaczęłam nerwowo szukać na blacie w kuchni noża, nie mogłam żadnego znaleźć, zaczęłam wysuwać i wywalać wszystko z szuflad i wysypywać ich zawartość na podłogę, jest!!! Nóż!!! Zaczęłam ciąć materiał z którego zrobił sobie linę, jego ciało się zakołysało, próbowałam podciągnąć jego ciało ku górze jedną ręką, a drugą cięłam materiał… . Upadł twarzą na podłogę i w tym samym momencie poczułam jakby w moim brzuchu pękł mały balonik… Krzyczałam, że nie teraz, aby Bóg mi go nie zabierał, nie teraz gdy mam pod sercem jego dziecko, że go teraz potrzebuję najbardziej!!! Próbowałam go reanimować, niestety bezskutecznie. Pamiętam jak klęczałam w kuchni z jego głową na kolanach, otwierałam mu oczy i zamykałam, całując jego twarz i błagałam na wszystkie świętości, aby Kamil wstał ze mną z tej podłogi… 

Parę godzin później jestem w szpitalu. Jakaś kobieta prosi stojąc nade mną, abym się rozebrała, bo musi mnie zbadać – mam silny krwotok ☹ Ciąża jest bardzo zagrożona, krwotok nie ustępuje … do gabinetu wchodzi kolejna kobieta, która informuje mnie, że będzie robiła mi USG  i w tym momencie moja panika wzrasta do ogromnych rozmiarów, jedyne co jestem w stanie z siebie wydusić to proszę, aby zawołali moją Mamusię, teściową! Stoi obok mnie leżącej na kozetce, trzyma mnie za rękę i słyszymy pierwszy raz bicie serca małej Fasolki, w tej najważniejszej dla mnie chwili zamiast Kamila jest obok moja Mamusia (teściowa)… Dzień, w którym Kamila serce przestało dla nas bić, pierwszy raz usłyszałam bicie serca naszej Fasolki… Poddałam się, dalsze ukrywanie nie miało sensu, tak naprawdę wszystko straciło sens… 6 dni po pogrzebie trafiłam do Zakładu Karnego i to był pierwszy raz od śmierci Kamila, gdy poczułam spokój i w pewnym sensie ulgę ☹ Nie pamiętam za bardzo tych paru miesięcy pod celą, jedyne co się dla mnie liczyło, to to co dzieje się u moich dzieci na wolności, ciąża która od prawie początku do końca była zagrożona, po za tym cały czas spałam lub płakałam! Pod koniec 28 tygodnia ciąży nastąpił transport do Grudziądza – niebawem poród, znowu dopada mnie ogromny strach, a z drugiej strony cieszy mnie fakt, że coraz bliżej do terminu porodu, a dziecko jest na tyle duże i w pełni rozwinięte, że gdyby akcja porodowa miała zacząć się wcześniej – Fasolce nie zagraża już nic! 😊 Termin porodu lekarze obliczyli na 28.08 – Kamila data urodzin – SZOK! Niedowierzanie! Jest 03.08 – idę jak każdego dnia na pawilon – „E” ginekologa – na KTG  – lecz tętno Fasolki nie jest takie jak każdego dnia, jest o wiele słabsze i podejmują decyzję o konwoju do szpitala!!! Jestem przerażona i to bardziej niż można sobie wyobrazić. Otaczają mnie ludzie w mundurach w kamizelkach kuloodpornych, za paskami mają broń!!! Wiozą mnie kabaryną (metalowym samochodem, gdzie obijam się jak worek kartofli na śliskich siedzeniach, za każdym razem gdy auto skręca), do tego mam skute ręce ☹ Wprowadzają mnie do szpitala – ginekologia! W poczekalni siedzi mnóstwo kobiet w ciąży, obok nich siedzą ich mężczyźni – tatusiowe! A ja w obstawie dwóch mężczyzn i jednej kobiety w tych okropnych umundurowaniach. Nie ma koło mnie Kamila, nie ma obok ukochanego człowieka, z którym dziś powinnam tu być, z którym dzieliłam smutek, radość i życie!!! Lekarze są wściekli, podchodzi do nas kobieta w białym kitlu i oznajmia, że dziś mają „komplet” i nie ma mowy, żeby ktokolwiek zajął się dziś „skazaną”, bo oni po prostu mnie tu dziś przywieźli. Słysząc to wybuchłam takim płaczem, że słyszy mnie chyba cały szpital, wszyscy patrzą w moją stronę ale mnie to nie obchodzi!!! Patrzę na oddziałową i szlochając krzyczę do niej, aby coś zrobiła, bo dziecka tętno jest słabe, nie czuję jego ruchów!!! Podchodzi do mnie kobieta, przedstawia się jako ordynator oddziału, prosi abym przestała płakać i powiedziała co się dzieje. Jednym tchem mówię, że miałam godzinę temu KTG, że tętno dziecka było bardzo słabe, że jak coś się stanie, to ja tego nie wytrzymam, straciłam narzeczonego, nie wytrzymam straty dziecka! P. Doktor decyduje się na zrobienie mi USG i okazuje się, że dziecko jest owinięte pępowiną, stwierdza, że nie mamy zbyt dużo czasu i wykonuje parę telefonów, 15 minut później leżę na sali operacyjnej. Anestezjolog robi mi znieczulenie dolędźwiowe, jakaś kobieta liczy z boku narzędzia, po mojej prawej stronie stoi oddziałowa, po jej minie widać, że jest równie zszokowana i zmartwiona co ja i reszta ludzi na tej sali. Obok stoi P. Doktor, która ma wykonać cesarskie cięcie, mówi do mnie, że jestem w dobrych rękach, że obiecuje mi, że będzie dobrze i że dziecko i ja wyjdziemy z tej sali cali i zdrowi… . Zamykam oczy i błagam w myślach, aby to wszystko już było za mną, leżę tak i czuję jak dosłownie ktoś grzebie mi w brzuchu, ale nie czuję bólu. Nagle jakiś głos do mnie mówi, abym otworzyła oczy. Otwieram je i widzę jak kobieta trzyma nad moją twarzą – najpiękniejszą istotę na świecie, mojego synka i mówi do mnie, że mogę go pocałować 😊 Całuję go i mówię „to mój wielki mały człowiek”.

Bonita 

Blog “eWKratke” jest dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Funduszu Promocji Kultury.


Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Nowa Blogerka: Daga

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Pisanie o sobie nie jest moją najmocniejszą stroną, a może to obawa, by w takim miejscu nie powiedzieć zbyt wiele, bo nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś to wykorzysta… Jednak spróbuję usystematyzować myśli, które przychodzą mi do głowy.

– Jestem nonkonformistką do potęgi. Społeczna presja na mnie nie działa, a czasem wręcz rozbawia (co nie znaczy, że jestem buntowniczką).

– Wszystkie decyzje, które podejmuję, są wypracowane na podstawie moich własnych zasad, uczuć i przekonań. Nie można mi czegoś narzucić, dopóki jest to niezgodne z moim odbiorem danej sprawy.

– Nie jestem jednak skostniała, czy zamknięta na poglądy – te przecież się zmieniają (potrafię przyznać się do błędu, zauważyć go i sprostować).

– MYŚLENIE to moja nadrzędną idea!
Niezależnie, jakie mamy poglądy i w co wierzymy – trzeba MYŚLEĆ. Wyrabiać swoje zdanie, analizować, drążyć na własną rękę. Dyskutować, wymieniać się argumentami, nie obrażać się na drugą stronę, bo ma inne poglądy, tylko spróbować zrozumieć co nią kieruje. Można przekonywać do swoich racji i ideologii, ale nigdy siłą i groźbą, bo to nic innego jak dyktatura.

– Lubię żyć, dotykać i rozmawiać. Nie lubię inwestować czasu w wyinżynierowane przebiegi fabularne, relacje wymyślonych ludzi, bosą tak sprecyzowane, by nas odurzać. Choć więzienie zmusza mnie, by uciekać przed tym, co się dzieje. A obecnie dumam nad tym, jak ocalić siebie z powodu nieszczęścia i bzdur i jak budować i ocalić szczęście (i nie chodzi tu o tandetną psychologię pozytywną, tylko jak się nie poddać upiornym okolicznościom, lokalnym i globalnym).

Daga


Blog “eWKratke” jest dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Funduszu Promocji Kultury.


Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.