Nie łamcie się – ani opłatkiem przez monitor, ani nadchodzącym Nowym Rokiem. Bądźcie zdrowi, bo to jest najważniejsze. Bądźcie wyrozumiali i cierpliwi – dla siebie i innych. Zajmujcie się sobą wzajemnie, cieszcie się każdą najmniejszą chwilą. I oby Waszym życiu było dużo śniegu, ale mniej bałwanów!
A sobie życzymy –
Wolności i szybkiego spotkania z rodzinami. Choćby widzeń, których teraz tak nam brakuje. A także smażonych pierogów, klusek z makiem i karpia w wannie, dużo prezentów – szczególnie tych trafionych. I oczywiście zdrowia, bo tego w prezencie nawet od bliskich nie dostaniemy.
Ps. Dla Pana Prezydenta też mamy życzenia – aby również był zdrowy i podpisał amnestię (ostatnia była 40 lat temu, może warto to powtórzyć :))
Blogerki z eWKratke
Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”
Forum Służby Więziennej objęło patronatem medialnym blog ewkratke.pl
Poranek był mroźny, zza okna widać padający śnieg, patrzę na
zegarek godzina 6.10. Dzisiaj ten wielki dzień, wigilia Bożego Narodzenia, a w
moim życiu niewiele się zmienia, dzień jak każdy inny, samotność mi doskwiera,
taki los…
Tak niewiele mi do szczęścia teraz trzeba, podobno jaka
wigilia taki cały przyszły rok.
Spoglądam na zawartość
portfelika mojego, najbardziej się mieni blask grosika, ach
niewiele posiadam tego majątku swego…
Rozgrzewam się gorącą kawą i wspomnieniami wracam do dobrych
czasów, pierwsza myśl, która mnie nachodzi moja ulubiona bajka: Ekspres
Polarny.
Mam pomysł. Kończę kawę, biegnę do szafy, szalik, czapka,
ciepłe ubrania, notes,ołówek i na dworzec się udaję.
Los…, zdam się na los… niech los za mnie zdecyduje i święta
mi zorganizuje…
Z daleka słychać
nadjeżdżający pociąg, gdzie kursuje? Jeszcze nie wiem, wsiadam i szukam
konduktora, zapytuję o stację końcową i słyszę Wiedeń. Oh, to nie możliwe myślę
sobie, koszta ogromne, muszę szybko wysiadać, konduktor mnie zatrzymuje i informuje, spokojnie i w
bardzo przystępnej cenie bilet świąteczny mi oferuje. Dodatkowo opowiada, w ilu
miejscach pociąg się zatrzymuje i świąteczny posiłek oferuje. Zadaję sobie
pytanie: co mam do stracenia? Kupuję bilet i siadam na miejscu…
Mijamy kolejne stacje, śnieg pada, a na rozkładanym stoliku
gorąca czekolada w kubku się pojawia.
Stacja Kraków, wielu pasażerów, wszyscy obładowani, ktoś się
do mnie dosiada.
Trzy osoby, starsza para i dziecko wszyscy z zatroskanymi
minami w ciemnych, eleganckich ubraniach. Uprzejmie pytają, czy wolne. –
Oczywiście- odpowiadam.
Dziecko pyta, kiedy będą w Bratysławie, starszy pan odpowiada
– Jeszcze dwie stacje: Cieszyn i Ostrava.
Starsi państwo pytają, czy zerknąć na dziecko przez chwile
mogę, muszą zakupić bilety, nie zdążyli przed odjazdem. W Krakowie byli na
pogrzebie syna i synowej, którzy zginęli w wypadku samochodowym, odebrali
wnuczka i teraz jadą do ich domu do Bratysławy. Oczywiście zgadzam się, dziecko
spogląda w szybę, odwraca się i mówi do mnie. – Nie mam już mamy i taty…
– Pobawisz się ze mną kolejką? – pyta ściskając wagonik
czerwony. – Tak- odpowiadam. Mija chwila, dziecko prosi, by poczytać mu bajkę.
Zaczynam czytać książkę, którą dziecko mi podało„ Ekspres polarny”. Czy to przypadek? Zadaję sobie w myślach pytanie.
Wracają dziadkowie, dziecko śpi w fotelu. Pytają, jakim magicznym sposobem
udało mi się je uśpić, wskazuję na bajkę. Dziadkowie zaczynają opowiadać, jaki
mają trudny czas, obawiają się jutrzejszego świątecznego dnia, pytają
nienachalnie, gdzie się wybieram. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że przed siebie,
bo to moje kolejne samotnie spędzone Święta. Nie słyszę żadnych pytań dlaczego,
widzę w ich oczach zamiast zdziwienia dużo zrozumienia. Zaczynamy rozmawiać o
potrawach, tradycjach, polskich i słowackich, starszy pan na imię ma Vaclav
jest Słowakiem z pochodzenia. Zagłusza nas dźwięk dzwonka, to przechadzająca
się postać Św. Mikołaja, budzi nie tylko uśmiech na twarzach pasażerów, ale i
dziecko śpiące na przeciw mnie. Jest
pierwsza gwiazdka na niebie. W tle Last Christmas słychać, poczęstunek na stolikach się
pojawia, życzenia: Pięknego Bożego Narodzenia. Wszyscy pasażerowie mają sobie
coś do powiedzenia, dookoła się rozglądam: pan w kapeluszu, rodzina z
milusińskim psiakiem, grono młodych ludzi z nartami, a naprzeciw mnie dziecko,
które ma mi coś do powiedzenia. – Czy zostaniesz z nami na święta? –
Zaskakujące pytanie, myślę sobie.
Dziadkowie się odzywają i namawiają – Jedno nakrycie puste pozostaje,
gości się dzisiaj nie spodziewamy Ja tłumaczę, że mam powrotny bilet. Pan
Vaclav na to – My też w drugi dzień świąt do Krakowa wracamy, takie mamy plany.
Nikomu nic nie podaruję, jednak widząc minę dziecka wiem, że nikt ode mnie
prezentów nie oczekuje, więc się decyduję.
Stacja Bratysława się zbliża, Pan Vaclav bagaże szykuje, a
dziecko o imieniu Karol na krok mnie nie odstępuje.
Wysiadamy. Za plecami słyszę znajomy głos konduktora – Ta
podróż wielu osobom święta uratuje.-
Ze stacji Bratysława do domu moich nowych znajomych się
udaję.
Kamienica taka piękna na starówce, parter . – Choinki nie ma
– słychać zrozpaczony głos Karola.
Pan Vaclav pocieszającym głosem -Nic się nie martw Karolku
kochany, zaraz udamy się na rynek, tam obok bramy. Ciepło ubrani spacerem
podążamy, stos choinek ukazuje się przed nami.
Wracając z choinką miasto pięknie oświetlone przemierzamy. Tu
pieczone kasztany, tam słodkie obwarzanki, a nad wszystkim aromat gotowanej z
cynamonem pomarańczy.
Czy to ilość słodkości, czy pełne oczu Karolka radości, czuję
szczęście, że jestem w tym miejscu, w gości.
Śnieg nie przestaje padać, starsza pani na imię ma Joanna, w
eleganckim wydaniu, ciepłym głosem
wskazuje mi miejsce przy stole, obok mnie siedzi Karolek.
Mimo smutku pan Vaclav mówi – Zjedzmy pomalutku, dzisiaj
odpoczniemy, a jutro na śnieżki się przejdziemy. Uśmiech Karolka bezcenny.
Pan Vaclav do kominka mnie zaprasza, zdjęcia Bliskich
wyjmuje, pokazuje i mówi – Nie wiem co teraz będzie z Karolkiem, mnie i żonie
sił brakuje.
Pyta, czym na co dzień się zajmuję. Ja szczerze odpowiadam,
że mam za sobą zły czas, ale teraz swoje życie kontroluję i mimo utraty
Bliskich siły odzyskuję.
Uśmiech szczery Pana
Vaclava powoduje, że znaczenie konduktora słów do mnie jeszcze bardziej
przemawia.
– To spotkanie, drogie dziecko, to nie przypadek,
dobranoc.- Tymi słowami pożegnał mnie
pan Vaclav. Poranek wita mnie krajobrazem całkowicie pokryty białym puchem.
Odwracam się w stronę drzwi, a tam Karolek przygląda się mi i mówi.- Zobacz co
Mikołaj zostawił tobie w skarpecie, zobacz.- Zaglądam, a tam klucz i czekolada
z karteczką „Serce rodziny i domu tego jest twoje, powtarzaj sobie: Jestem
dobrym człowiekiem po przejściach, szczęścia się nie boję„. Myślę sobie, jak ta
nieplanowana podróż mnie obdarowuje.
Nagle słychać -Śniadanie gotowe zapraszamy.
Schodzę, pan Vaclav w
czapce Świętego Mikołaja częstuje mnie kawą, jemy śniadanie, rozmawiamy,
śmiejemy się do południa. Karolek czeka
z sankami i zniecierpliwiony oznajmia – Jestem już ciepło ubrany, czas na
śnieżny marsz.
W świetle dnia ciągnąc
sanki po białej Bratysławie, pani Joanna
i pan Vaclav pokazują, opowiadają bez pośpiechu, spacerują. Zatrzymujemy się na
gorące kakao, by nas w ten mroźny i śnieżny dzień rozgrzało. Po dniu na
słowackim powietrzu spędzonym wracamy,
ogień w kominku rozpalony.
Z kuchni wychodzimy, by zjeść obiad wspólnie przygotowany,
czas na podwieczorek, sernik krakowski, a na to wszystko jak to dziecko,
reaguje znudzony czasem posiłku Karolek – Czy
obejrzymy film?
-Oczywiście – odpowiada pani Joanna. Zadowolony Karolek
wskazuje nam miejsca na sofie, pan Vaclav zajmuje fotel, cisza w tle, na na
ekranie „Ekspres Polarny” pojawia się.
Nie wiem, czy to jawa, czy to sen, ale moje marzenie o
pięknych świętach spełnia się.
Drugi dzień Bożego Narodzenia, słyszę stukot do drzwi mojego
gościnnego pokoju, domyślam się któż to może być. Nie, to nie Karolek. To pan
Vaclav -Przepraszam, że tak skoro świt, czy możemy przy kawie porozmawiać? –
mówi z uśmiechem, spoglądam na zegarek jest 9 rano. – Oczywiście. Schodzimy na
dół, siadamy w kuchni pan Vaclav podając mi kubek kawy mówi – Dzisiaj muszę jechać
z żoną do Krakowa na dwa dni, pozamykać sprawy syna i synowej, by dalej żyć.
Karolek jeszcze śpi, jeśli nic ciebie nie goni, czy możesz zostać z nim? Bardzo
ciebie o to proszę. Powrót w tym czasie
do Krakowa Karolka nie jest dobrym pomysłem, to dziecko powinno cieszyć się
świętami. – Dobrze, jeśli to pomoże – odpowiadam. – Dziękuję, mów mi po imieniu
– stwierdza wyraźnie uradowany Vaclav. Kolejne dwa dni upływają nam na
spacerach, sankach i zabawie. 28 grudnia jest koło południa czekamy na dworcu z
Karolkiem w Bratysławie, kolejka staje, Vaclav z żoną wysiada, wita się
radośnie z nami, a za nimi znajomy konduktor szepcze – Święta uważam za
uratowane. Wszystkie najcenniejsze prezenty rozdane.
Kolejny rok wyroku za
mną… kolejne święta w tym miejscu… nie lubię świąt tutaj…brak zapachu świeżej
choinki, smażonej ryby, wigilijnej kapusty, pierogów… tutaj nawet śledź smakuje inaczej – ☹
gorzej…
W niektórych celach
staramy się „wspólnymi siłami” organizować uroczyste chwile… stwarzamy
„namiastkę” domu: przystrajamy odświętnie (bo obrusem, nie ceratą 😊)
blat stołu😊 – czasem uda się
nawet zdobyć sianko😊; robimy
własnoręcznie imitacje choinek (w tym roku na topie makaronowe rękodzieła!) –
jedynym minusem jest to, że nie pachną lasem☹;
przyozdabiamy klapy i okna; z dostępnych w kantynie produktów robimy smaczne
dania (co nie jest łatwe – uwierzcie😊).
To ten weselszy aspekt świąt! Te przygotowania zajmują nam myśli… te o domu i
najbliższych, te o popełnionych błędach i ich konsekwencjach, te o straconym
czasie…
Ale są też cele, na
których po prostu nie organizuje się nic – święta są traktowane jak taki
dłuuuugi weekend – NUDA!!! Tam marzy się o tym, żeby jak najszybciej zleciały☹…
To czas wszechogarniającego
smutku i tęsknoty za bliskimi, to czas wyciszenia i melancholii, to czas
podsumowań i życzeń – czego sobie tutaj życzymy? Przeważnie zapominamy o
zdrowiu! 😊 A mówimy o
Spokoju i Wolności😊.
Nie ma chyba weselszych spotkań niż świąteczne na oddziale zamkniętym w więzieniu dla kobiet w Areszcie na Grochowie. W małej świetlicy, na stojąco, blisko 30 osób składa życzenia, przytula się, śpiewa kolędy, smakuje potrawy, a przede wszystkim bardzo się cieszy. Jest energia, jest moc, jest dobra nowina. W tym roku Jan Bokszczanin, artysta muzyk, organista, przyszedł na spotkanie do więzienia z organami. Zaprosił go Darek Żukowski, nasz przyjaciel artysta – roślinnik. A w świetlicy, przypadkowo spotkaliśmy Sylwię, świetlicową, która ogarniała pomieszczenie po poprzednich zajęciach. I co się okazało? Że Sylwia potrafi grać na organach, bo skończyła szkołę muzyczną. Od razu powstał duet, który grał przez całe spotkanie nie tylko kolędy. Darek zaś uchylał drzwi i wypuszczał muzykę na korytarze. Artysta Andrzej Budek (Kotbury) obdarował Dziewczyny choinkami. Choinki z tektury, patent Budka, do samodzielnego złożenia, jak ulał do celi, w których świeżych drzewek być nie może. Dziewczyny będą je mogły pomalować, ozdobić, a potem przechować na płasko złożone do następnego roku. Fotografka Małgosia Brus i artysta Jacek Markiewicz przynieśli zdjęcia, które zrobili Dziewczynom podczas różnych imprez. A teraz obdarowali je odbitkami. Bliscy Dziewczyn dostarczyli nam poczęstunek. Był bigos, pierogi, sałatki, ciasta, kola i barszcz. Co prawda wszystko na zimno, ale naprawdę nikomu to nie przeszkadzało, było pyszne. Nasze Dziewczyny obdarowały nas pięknymi rękodziełami – kartkami z życzeniami i bombkami szydełkowymi. Dostaliśmy kwiaty i buziaki. Mieliśmy świąteczne obrusy, gałązki świerkowe, piękną złotą plastikową zastawę, a nawet świeczki. Wydawało się, że nie będzie końca rozmowom. Ale nie. Prawie pod koniec zaczęliśmy śpiewać kolędy bardzo głośno i bardzo wesoło. I pozowaliśmy do wspólnych zdjęć. A że świetlica naprawdę jest mała, trzeba było znaleźć jakieś dobre miejsce dla nas wszystkich. I to było śmieszne.
No a potem był obiad i musieliśmy się rozejść, każdy w swoją stronę, wrócić do rzeczywistości.
Ale moc pozostała z nami.
Magda W.
Moja pierwsza Wigilia na Grochowie. Dziewczyny wszystkie były bardzo odświętne i przejęte. Nie wiem tylko, czy my nie byliśmy przejęci bardziej od nich. 🙂
Wspólne granie i kolędowanie, życzenia i uściski – dla mnie to było bardzo wzruszające i miłe. Szkoda, że nie spotkaliśmy się w pełnym komplecie i że to tak krótka trwało. 🙁
Dziewczyny, bardzo Wam dziękuję, to było dla mnie niezwykłe wydarzenie.
PS. To mój pierwszy w życiu wpis na bloga.
Magda W. W.
Spotkanie świąteczne z Dziewczynami z Grochowa przypomniało mi, że w świętach może być jednak coś magicznego. I to było bardzo wzruszające.
Monika R.
Moje refleksje z tego pouczającego spotkania są takie, że mam szczęście, że nie jestem na miejscu Dziewczyn, że wyjdę i wrócę do swojego ułożonego świata. A one biedne zostaną tam i tylko od czasu do czasu ktoś przyjdzie i będzie przerywnikiem w ich smutnym życiu. Ta Wilejka i smutna, i wesoła była. Bardzo mocno zapadła mi w pamięć historia dziewczyny bez oka. Taka zła bajka. Albo opowieść dziewczyny, której zostały jeszcze 2 lata i cierpi na niesamowitą nudę. Były też matki, które nie chciały składać życzeń wigilijnych swoim dzieciom przez radio, bo mówiły, że przecież były złymi matkami.
Agi S.
W czasie takich spotkań widać wyraźnie, że nasze skupienie na własnych codziennych problemach jest bezsensowne. Przeszkadza cieszyć się prostymi rzeczami. Wystarczy towarzystwo sympatycznych i ciepłych ludzi, żeby się naprawdę dobrze poczuć. Nawet nie przeszkadza, że barszcz w plastikowym kubku jest zimny.
Małgosia B.
Wigilijne spotkanie z dziewczynami z zamka ma dla nas i dla nich niezwykłe znaczenie. Jest to okazja, żeby spędzić wspólnie święty czas na wzajemnych życzeniach i radośnie, i to dosłownie. Dzisiaj, czy to zasługa muzyki, czy dzięki wzajemnej atmosferze dawania sobie prezentów i przekazywania życzeń, stał się cud. Dziewczyny zgodnym chórem, w uniesieniu śpiewały kolędy, czuło się atmosferę prawdziwych Świąt. To była wyjątkowa wigilia, taka prawdziwa z opłatkiem i emanującą wzajemną radością.
Justyna D. Sz.
To było fantastyczne spotkanie, pełne namacalnej radości. Muzyki, która otwierała ludzi na siebie jeszcze bardziej. Wymiany dobrej energii i wiary w przyszłość, potrzebnej Dziewczynom, które tam zostają i nam, ludziom, którzy mogą wrócić do swoich spraw na wolności. My przynieśliśmy im to, co umiemy robić, to, co mogliśmy kupić. One obdarowały nas prezentami zrobionymi w warunkach, w których nie ma niczego i wszystkiego brak. W takich prezentach jest zawarta ludzka miłość.
Beata M. B.
Święta to magiczny czas dla wszystkich. Zazwyczaj wigilie spędzamy, w domu, w rodzinnym gronie. Wczoraj jednak byłam na spotkaniu wigilijnym w zupełnie niezwykłym miejscu. W pełnym składzie Fundacji wraz z przyjaciółmi zawitałyśmy na grochowskim zamku. Panowała naprawdę rodzinna atmosfera. Były potrawy wigilijne, opłatek, życzenia, prezenty. Śpiewaliśmy kolędy przy akompaniamencie organów, na których na cztery ręce grała jedna z osadzonych i zaprzyjaźniony z nami artysta – organista. Miejsce wydawać by się mogło zupełnie nieciekawe, a jednak tym bardziej zmuszające do refleksji i głębokiego wzruszenia. Dziękuje za to spotkanie.
Ela W.
To była Wigilia pełna muzyki, życzeń, przysmaków, prezentów i niespodzianek. Przygotowało ją wiele osób – Dziewczyny z grupy blogowej, ich rodziny, przyjaciele. Nie wszyscy mogli wziąć w niej udział – tych nieobecnych pozdrawiam bardzo gorąco.
Darek Ż.
To była naprawdę Dobra Nowina! Dziękuję wszystkim!!!
Napiszę, co jest drogie i miłe mojemu sercu i za czym tęsknię.
Urodziłam się w Smoleńsku, gdzie dużo drzew i parków, zielono i spokojnie. To bardzo piękne miasto ze swoją historią, położone na siedmiu wzgórzach. Jeśli ktoś nie wie, Smoleńsk powstał na przełomie XIII i XIV wieku, kiedy u władzy był polsko-litewski książę Igor. Nie było jeszcze Moskwy ani Sankt Pitersburga (Sankt Pitersburg to pierwsza nazwa obecnego Sankt Petersburga).
Mała garstka przybyszów, ludzi nie wiadomo skąd, ludzi wiary prawosławnej, osiedliła się na ziemi dookoła bagien i lasów, powstała osada. Trzeba było płacić dań, zbierali z sosen żywicę (po rosyjsku smoła) i tak powstała nazwa Smoleńsk. Herb Smoleńska to „Ptach Feniks” – z popiołu powstaje. Miasto było zniszczone i spalone, zarówno przez Napoleona, jak i przez niemieckich okupantów. Ale zawsze odradzało się na nowo.
Jako człowiek, który zamieszkuje od 1995 roku na stałe w Polsce, nie mam nostalgii, bo inaczej nie mogłabym mieszkać nigdzie indziej poza ojczyzną. Mam jednak tęsknotę za domem, za przyjaciółmi, za miastami, które kocham i za zwykłą rosyjską mentalnością. Tęsknię za Uspieńskim Soborem – pięć pozłacanych okrągłych kopuł – wybudowanym na najwyższym wzgórzu i widocznym ze wszystkich stron. Za rzeką Dniepr, w której jako mała dziewczynka uczyłam się pływać. Tęsknię za Moskwą, gdzie zostawiłam swoje przyjaciółki, za Arbatem – dzielnicą zamieszkałą przez aktorów, reżyserów i elitę rosyjską. Za Newskim Prospektem, za ruchem tak niesamowicie szybkim, za gwarem tak różnojęzycznym. Pośpiech w Moskwie zawsze porównywałam z biegnącymi na wyścigu końmi, które mają na oczach klapy i nic nie widzą prócz mety. Bardzo tęsknię za Teatrem Wielkim i za baletem. Za żywymi kolorami. Moskwa w nocy żyje tak samo intensywnie jak w dzień. Tęsknię za blinami z kawiorem, za suszoną rybą „Taranka” i za naprawdę rosyjskimi pierogami, które piekła moja babcia Wasilisa z mąki pszennej zmieszanej z mąką żytnią, w środku kartofle z podsmażaną słoninką i mięsem z cebulką, albo z kapustą. Jak babcia wyjmowała pierogi z pieca, skórka błyszczała brązowo-złotym kolorem, były duże i tak smaczne, zarówno na ciepło jak i na zimno. Tęsknię za grubą słoniną w środku z mięskiem natartym solą, czosnkiem, papryką słodką i ostrą, za grzybami grudz, które moja mama przekładała solą, a w zimę mieliśmy je jak świeże z lasu. Tęsknię są Sankt Petersburgiem (kiedyś Leningrad), gdzie mieszka mój wujek. W Rosji nazywają to miasto Wenecją Północy. Często tam wyjeżdżałam, żeby popatrzeć na białe noce i na mosty otwierane co noc. Ermitaż – na zwiedzenie go nie wystarczyło mi tygodnia. Pałac Zimowy wybudowany przez carycę Elżbietę, w którym mieszkała cesarzowa Katarzyna II. I niesamowici ludzie, którzy przeżyli blokadę w czasie wojny z bólem i w wielkiej godności, tacy spokojni i mądrzy.
Tęsknię za Soczi, za Czarnym Morzem, za delfinami wyskakującymi z wody. Za trzypiętrową restauracją – Sala Błękitna, Sala Czerwona, Sala Zimowa. Nie było mnie stać cokolwiek tam zamówić, ale patrzyłam na jeziorko zrobione pośrodku, po którym pływały łabędzie w swej nieskazitelnej gracji.
Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Mam dwa domy: ten, za którym tęsknię – to moja ojczyzna i ten, który wybrałam w Polsce, który kocham i w którym czuję się bezpiecznie i dobrze. Każdy z nas ma tęsknoty i wspomnienia, których nikt nam nie odbierze, bo są w naszej pamięci i sercu.