Czy brak czasu po tamtej stronie nie pozwolił zdolnościom wydostać się z wnętrza?
Czy człowiek nie wierzył w siebie?
A może niewiedza o samym sobie czy nie odnalezienie własnego miejsca lub nieukształtowany charakter powodują, że nie mamy świadomości, co w nas drzemie?
A może nuda sprzyja ciekawości w tym miejscu?
Jedni rodzą się z talentem, który dostrzegają osoby bliskie, innym trzeba „pomóc”, a jeszcze u innych będzie to zupełny przypadek.
Pomocą może być spotkanie na swojej drodze drugiego człowieka z pasją i wysłuchanie jego historii. Mogą to być zajęcia o danej tematyce i choćby spróbować w nią wejść. Ja na przykład nie lubię malować, nie czuję rysunku, nie kręcą mnie farby, pastele czy ołówek, ale też nigdy nie wyszłam z zajęć o tej tematyce. Niejedna osoba przy moich „pracach” może się pocieszyć, o toteż chodzi. Za to poznałam w więzieniu tyle talentów plastycznych, ile kolorów w palecie barw. Jedni weszli z tym, drudzy się odnaleźli, dzięki innym. Płótno czy kartka na start zawsze jest czysta. Ich drogi bywały różne. Osobiście lubię dopingować osoby, które zaczynają naukę poznawania swoich zdolności. Lubię patrzeć, jak się rozwijają, wzbogacają.
Monika z Grudziądza czy Lui – osoby Wam znane z bloga, kochają rysować, malować. Zapewne jest to ich ucieczka w inny świat. Świat, który za pomocą czarnego węgla, potrafi dostać odcieni życia. Przez te wszystkie lata tutaj ,,dotknęłam’’ sporo rękodzieł osadzonych. Począwszy od pomysłowych prac z chleba czy wręcz ruchomych – z masy solnej. Twarze rodzin, spoglądające z niejednej ramki na zdjęcia, zrobione z folii po kawie czy chipsach. Szkatułki ze słomy, wiatraki z zapałek, z gazet – kosze, statki, zwierzęta. Torby z worków na śmieci lub niepotrzebnych reklamówek.
I te najbardziej podziwiane przeze mnie szydełkowane prace: począwszy od odzieży, bieżników, serwet aż po czapki, szaliki, maskotki, łapacze snów i jeszcze więcej. Do tej pory mam stringi zrobione przez Małgosię!!! Oraz przeróżne metody robienia, choćby przeze mnie, bransoletki na dysku kumihimo, szyte igłą, robione na szydełku, plecione shambalą.
Mówią, że rękodzieło zawsze było w cenie – niech będzie, ale ile radości i dumy powoduje fakt, że odnalazło się coś w sobie. Co to rodzi! Talent, to pomysł na życie, choć tu bardziej na prezent. To sposób na przetrwanie, ale i docenienie siebie.
Pełnoletnia
P.S. dziękuję Agnieszce Błażewskiej za wprowadzenie mnie w ten koralikowo-sznurkowy świat. Pozdrawiam Cię.
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Zaczął się grudzień, a wraz z nowym miesiącem ruszyły te
wszystkie przygotowania do wigilii i całych tych świąt.
Dawno temu przestałam czuć magię świąt Bożego Narodzenia – to
moje trzecie święta spędzone w miejscu odosobnienia. Jest to bardzo trudny
okres do zniesienia dla ludzi pozbawionych wolności.
W tym czasie, częściej niż zwykle, myślę o swoich
najbliższych. Jeszcze bardziej doceniam wartość słowa rodzina i uświadamiam
sobie, ja ważną rolę odgrywają oni, bliscy, w moim życiu i jak bardzo za nimi
tęsknię.
Myślę o wigilijnej kolacji, która jak co roku odbyła się u
mojej teściowej, na której trzeci rok z rzędu mnie zabrakło. Teściowa jest dla
mnie jak mama, której praktycznie nigdy nie miałam i jest dla mnie ważną osobą.
Myślę o moim Rafale, u którego w tym roku zdiagnozowano
nowotwór i który po kolacji wigilijnej wrócił do pustego domu i święta spędził
sam, bijąc się ze wszystkimi myślami.
Szczerze, to nie cierpię tego dnia w tym miejscu. Nie potrafię
cieszyć się tą całą świąteczną aurą, która zaczęła tu panować. W tym czasie
najbardziej odczuwam dotkliwość kary, na którą skazał mnie sąd.
Widzenie z mężem też nie będzie takie jak inne – będzie
trudne i smutne. Nie będzie tym razem opłatka i życzeń. Uznałam, że tak będzie
lepiej. Nie potrafię znieść tego bólu w jego oczach. On sam nic nie mówi,
nie osądza, nie wypomina, ale wiem, że nie o takim małżeństwie marzył….
Ciężko mi patrzeć mu w oczy, wiedząc, że ja mogę liczyć na
niego w każdej sytuacji, a sama w obliczu jego choroby być wsparciem dla niego
nie mogę. Okropne uczucie…
Ten świąteczny okres w zakładzie karnym, to specyficzny czas
– każdej z nas jest bardzo ciężko go przeżyć…
Nawet te najbardziej zatwardziałe kobiety w wigilię stają się
wrażliwymi osóbkami, które nie wstydzą się swoich łez. Znikają pozory,
wyznaczony dystans i wrogie nastawienie do innych. Próbuje się zapomnieć o
nieprzyjemnych sytuacjach z „koleżankami”.
O 17.30 zamykają nam cele. Usiadłyśmy do skromnie
zastawionego stołu. Były pierogi zakupione w więziennej kantynie, śledzie,
sałatka, kawałek ciasta i kubek czerwonego barszczyku – tak namiastka wigilii.
W myślach złożyłyśmy życzenia swoim najbliższym, a później
życząc sobie wolności, zdrowi, siły i spokoju, zaczęłyśmy jeść. Opowiadałyśmy
sobie o świętach spędzonych w dzieciństwie i wspominałyśmy ostatnie święta na
wolności.
Leżąc w łóżkach po 22-giej, gdy zgasło światło, popłakałyśmy
w poduszkę – tak to wyglądało.
Święta, święta, ach te święta. Mam nadzieję, że kolejne święta
Bożego Narodzenia uda mi się spędzić z moimi najbliższymi, a zwłaszcza z moim
mężem – może choćby krótka przepustka?
Poranek był mroźny, zza okna widać padający śnieg, patrzę na
zegarek godzina 6.10. Dzisiaj ten wielki dzień, wigilia Bożego Narodzenia, a w
moim życiu niewiele się zmienia, dzień jak każdy inny, samotność mi doskwiera,
taki los…
Tak niewiele mi do szczęścia teraz trzeba, podobno jaka
wigilia taki cały przyszły rok.
Spoglądam na zawartość
portfelika mojego, najbardziej się mieni blask grosika, ach
niewiele posiadam tego majątku swego…
Rozgrzewam się gorącą kawą i wspomnieniami wracam do dobrych
czasów, pierwsza myśl, która mnie nachodzi moja ulubiona bajka: Ekspres
Polarny.
Mam pomysł. Kończę kawę, biegnę do szafy, szalik, czapka,
ciepłe ubrania, notes,ołówek i na dworzec się udaję.
Los…, zdam się na los… niech los za mnie zdecyduje i święta
mi zorganizuje…
Z daleka słychać
nadjeżdżający pociąg, gdzie kursuje? Jeszcze nie wiem, wsiadam i szukam
konduktora, zapytuję o stację końcową i słyszę Wiedeń. Oh, to nie możliwe myślę
sobie, koszta ogromne, muszę szybko wysiadać, konduktor mnie zatrzymuje i informuje, spokojnie i w
bardzo przystępnej cenie bilet świąteczny mi oferuje. Dodatkowo opowiada, w ilu
miejscach pociąg się zatrzymuje i świąteczny posiłek oferuje. Zadaję sobie
pytanie: co mam do stracenia? Kupuję bilet i siadam na miejscu…
Mijamy kolejne stacje, śnieg pada, a na rozkładanym stoliku
gorąca czekolada w kubku się pojawia.
Stacja Kraków, wielu pasażerów, wszyscy obładowani, ktoś się
do mnie dosiada.
Trzy osoby, starsza para i dziecko wszyscy z zatroskanymi
minami w ciemnych, eleganckich ubraniach. Uprzejmie pytają, czy wolne. –
Oczywiście- odpowiadam.
Dziecko pyta, kiedy będą w Bratysławie, starszy pan odpowiada
– Jeszcze dwie stacje: Cieszyn i Ostrava.
Starsi państwo pytają, czy zerknąć na dziecko przez chwile
mogę, muszą zakupić bilety, nie zdążyli przed odjazdem. W Krakowie byli na
pogrzebie syna i synowej, którzy zginęli w wypadku samochodowym, odebrali
wnuczka i teraz jadą do ich domu do Bratysławy. Oczywiście zgadzam się, dziecko
spogląda w szybę, odwraca się i mówi do mnie. – Nie mam już mamy i taty…
– Pobawisz się ze mną kolejką? – pyta ściskając wagonik
czerwony. – Tak- odpowiadam. Mija chwila, dziecko prosi, by poczytać mu bajkę.
Zaczynam czytać książkę, którą dziecko mi podało„ Ekspres polarny”. Czy to przypadek? Zadaję sobie w myślach pytanie.
Wracają dziadkowie, dziecko śpi w fotelu. Pytają, jakim magicznym sposobem
udało mi się je uśpić, wskazuję na bajkę. Dziadkowie zaczynają opowiadać, jaki
mają trudny czas, obawiają się jutrzejszego świątecznego dnia, pytają
nienachalnie, gdzie się wybieram. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że przed siebie,
bo to moje kolejne samotnie spędzone Święta. Nie słyszę żadnych pytań dlaczego,
widzę w ich oczach zamiast zdziwienia dużo zrozumienia. Zaczynamy rozmawiać o
potrawach, tradycjach, polskich i słowackich, starszy pan na imię ma Vaclav
jest Słowakiem z pochodzenia. Zagłusza nas dźwięk dzwonka, to przechadzająca
się postać Św. Mikołaja, budzi nie tylko uśmiech na twarzach pasażerów, ale i
dziecko śpiące na przeciw mnie. Jest
pierwsza gwiazdka na niebie. W tle Last Christmas słychać, poczęstunek na stolikach się
pojawia, życzenia: Pięknego Bożego Narodzenia. Wszyscy pasażerowie mają sobie
coś do powiedzenia, dookoła się rozglądam: pan w kapeluszu, rodzina z
milusińskim psiakiem, grono młodych ludzi z nartami, a naprzeciw mnie dziecko,
które ma mi coś do powiedzenia. – Czy zostaniesz z nami na święta? –
Zaskakujące pytanie, myślę sobie.
Dziadkowie się odzywają i namawiają – Jedno nakrycie puste pozostaje,
gości się dzisiaj nie spodziewamy Ja tłumaczę, że mam powrotny bilet. Pan
Vaclav na to – My też w drugi dzień świąt do Krakowa wracamy, takie mamy plany.
Nikomu nic nie podaruję, jednak widząc minę dziecka wiem, że nikt ode mnie
prezentów nie oczekuje, więc się decyduję.
Stacja Bratysława się zbliża, Pan Vaclav bagaże szykuje, a
dziecko o imieniu Karol na krok mnie nie odstępuje.
Wysiadamy. Za plecami słyszę znajomy głos konduktora – Ta
podróż wielu osobom święta uratuje.-
Ze stacji Bratysława do domu moich nowych znajomych się
udaję.
Kamienica taka piękna na starówce, parter . – Choinki nie ma
– słychać zrozpaczony głos Karola.
Pan Vaclav pocieszającym głosem -Nic się nie martw Karolku
kochany, zaraz udamy się na rynek, tam obok bramy. Ciepło ubrani spacerem
podążamy, stos choinek ukazuje się przed nami.
Wracając z choinką miasto pięknie oświetlone przemierzamy. Tu
pieczone kasztany, tam słodkie obwarzanki, a nad wszystkim aromat gotowanej z
cynamonem pomarańczy.
Czy to ilość słodkości, czy pełne oczu Karolka radości, czuję
szczęście, że jestem w tym miejscu, w gości.
Śnieg nie przestaje padać, starsza pani na imię ma Joanna, w
eleganckim wydaniu, ciepłym głosem
wskazuje mi miejsce przy stole, obok mnie siedzi Karolek.
Mimo smutku pan Vaclav mówi – Zjedzmy pomalutku, dzisiaj
odpoczniemy, a jutro na śnieżki się przejdziemy. Uśmiech Karolka bezcenny.
Pan Vaclav do kominka mnie zaprasza, zdjęcia Bliskich
wyjmuje, pokazuje i mówi – Nie wiem co teraz będzie z Karolkiem, mnie i żonie
sił brakuje.
Pyta, czym na co dzień się zajmuję. Ja szczerze odpowiadam,
że mam za sobą zły czas, ale teraz swoje życie kontroluję i mimo utraty
Bliskich siły odzyskuję.
Uśmiech szczery Pana
Vaclava powoduje, że znaczenie konduktora słów do mnie jeszcze bardziej
przemawia.
– To spotkanie, drogie dziecko, to nie przypadek,
dobranoc.- Tymi słowami pożegnał mnie
pan Vaclav. Poranek wita mnie krajobrazem całkowicie pokryty białym puchem.
Odwracam się w stronę drzwi, a tam Karolek przygląda się mi i mówi.- Zobacz co
Mikołaj zostawił tobie w skarpecie, zobacz.- Zaglądam, a tam klucz i czekolada
z karteczką „Serce rodziny i domu tego jest twoje, powtarzaj sobie: Jestem
dobrym człowiekiem po przejściach, szczęścia się nie boję„. Myślę sobie, jak ta
nieplanowana podróż mnie obdarowuje.
Nagle słychać -Śniadanie gotowe zapraszamy.
Schodzę, pan Vaclav w
czapce Świętego Mikołaja częstuje mnie kawą, jemy śniadanie, rozmawiamy,
śmiejemy się do południa. Karolek czeka
z sankami i zniecierpliwiony oznajmia – Jestem już ciepło ubrany, czas na
śnieżny marsz.
W świetle dnia ciągnąc
sanki po białej Bratysławie, pani Joanna
i pan Vaclav pokazują, opowiadają bez pośpiechu, spacerują. Zatrzymujemy się na
gorące kakao, by nas w ten mroźny i śnieżny dzień rozgrzało. Po dniu na
słowackim powietrzu spędzonym wracamy,
ogień w kominku rozpalony.
Z kuchni wychodzimy, by zjeść obiad wspólnie przygotowany,
czas na podwieczorek, sernik krakowski, a na to wszystko jak to dziecko,
reaguje znudzony czasem posiłku Karolek – Czy
obejrzymy film?
-Oczywiście – odpowiada pani Joanna. Zadowolony Karolek
wskazuje nam miejsca na sofie, pan Vaclav zajmuje fotel, cisza w tle, na na
ekranie „Ekspres Polarny” pojawia się.
Nie wiem, czy to jawa, czy to sen, ale moje marzenie o
pięknych świętach spełnia się.
Drugi dzień Bożego Narodzenia, słyszę stukot do drzwi mojego
gościnnego pokoju, domyślam się któż to może być. Nie, to nie Karolek. To pan
Vaclav -Przepraszam, że tak skoro świt, czy możemy przy kawie porozmawiać? –
mówi z uśmiechem, spoglądam na zegarek jest 9 rano. – Oczywiście. Schodzimy na
dół, siadamy w kuchni pan Vaclav podając mi kubek kawy mówi – Dzisiaj muszę jechać
z żoną do Krakowa na dwa dni, pozamykać sprawy syna i synowej, by dalej żyć.
Karolek jeszcze śpi, jeśli nic ciebie nie goni, czy możesz zostać z nim? Bardzo
ciebie o to proszę. Powrót w tym czasie
do Krakowa Karolka nie jest dobrym pomysłem, to dziecko powinno cieszyć się
świętami. – Dobrze, jeśli to pomoże – odpowiadam. – Dziękuję, mów mi po imieniu
– stwierdza wyraźnie uradowany Vaclav. Kolejne dwa dni upływają nam na
spacerach, sankach i zabawie. 28 grudnia jest koło południa czekamy na dworcu z
Karolkiem w Bratysławie, kolejka staje, Vaclav z żoną wysiada, wita się
radośnie z nami, a za nimi znajomy konduktor szepcze – Święta uważam za
uratowane. Wszystkie najcenniejsze prezenty rozdane.
Kolejny rok wyroku za
mną… kolejne święta w tym miejscu… nie lubię świąt tutaj…brak zapachu świeżej
choinki, smażonej ryby, wigilijnej kapusty, pierogów… tutaj nawet śledź smakuje inaczej – ☹
gorzej…
W niektórych celach
staramy się „wspólnymi siłami” organizować uroczyste chwile… stwarzamy
„namiastkę” domu: przystrajamy odświętnie (bo obrusem, nie ceratą 😊)
blat stołu😊 – czasem uda się
nawet zdobyć sianko😊; robimy
własnoręcznie imitacje choinek (w tym roku na topie makaronowe rękodzieła!) –
jedynym minusem jest to, że nie pachną lasem☹;
przyozdabiamy klapy i okna; z dostępnych w kantynie produktów robimy smaczne
dania (co nie jest łatwe – uwierzcie😊).
To ten weselszy aspekt świąt! Te przygotowania zajmują nam myśli… te o domu i
najbliższych, te o popełnionych błędach i ich konsekwencjach, te o straconym
czasie…
Ale są też cele, na
których po prostu nie organizuje się nic – święta są traktowane jak taki
dłuuuugi weekend – NUDA!!! Tam marzy się o tym, żeby jak najszybciej zleciały☹…
To czas wszechogarniającego
smutku i tęsknoty za bliskimi, to czas wyciszenia i melancholii, to czas
podsumowań i życzeń – czego sobie tutaj życzymy? Przeważnie zapominamy o
zdrowiu! 😊 A mówimy o
Spokoju i Wolności😊.
W ramach świątecznego prezentu mogłabym otrzymać
długopis. Taki, który nigdy się nie wypisze. Do takiego długopisu chciałabym
otrzymać kartkę. Taką, która nigdy się nie kończy. Lubię pisać. Dzięki takiemu
prezentowi mogłabym stawiać litery, słowa, znaki, zdania, cały czas bez końca.
Odręczne pisanie dzięki braku dostępu do komputera wpadło mi w nawyki i chyba
jako taki pozostanie ze mną nawet, kiedy dostęp do komputera przestanie być
luksusem. Litera to litery, słowo do słowa zdanie do zdania będę składać w
opowieści, których jeszcze nie znam. W sensie, którego jeszcze nie pojmuję.
Dzięki wiecznemu długopisowi i nieskończonej kartce uchwycę historię mojego
wszechświata. Tylko, kto by chciał czytać?
Skowronek
Gdybym mogła poprosić o jedną, jedyną rzecz to, co by to było? Hmmm nie, nie wolność, nie dodatkowy talon, nie możliwość dodatkowego widzenia. Możliwość by być takim człowiekiem, za jakiego uważa mnie mój pies :). Nie pamiętam, kto mądry to powiedział, ale zgadzam się z tym w zupełności. I nie ma Cię, gdy moje życie spada w dół. I nie ma Cię gdy wszystko łamię się w pół.
Bella
Biorąc pod uwagę ten temat, mogę napisać coś z pogranicza fantastyki- cofnięcie czasu, niczym Dżamper, znaleźć się w innym czasie w innym miejscu i nie trafić tu. Jednak wypadałoby spojrzeć na to realnie prezent, jaki chciałabym otrzymać od losu.. Nie mam wygórowanych pragnień, więc prawdziwym szczęściem i radością dla mnie jest zdrowie i szczęście moich bliskich-mamy, dzieci, babci.. Jako mama pragnę by moje dzieci żyły w szczęściu, zdrowiu i by wszystko u nich układało się dobrze i tak jak tego pragną . I póki tak się dzieje nie wiem czy potrzeba mi czegokolwiek innego. Jedyne czego bym chciała to być z nimi i móc wspierać ich w każdym działaniu. Pragnę by los uchronił ich od zawodów życiowych, od rozczarowania… od błędów, które wywierają ogromny wpływ na resztę życia. Najlepszym prezentem od życia dla mnie jest powrót do rodziny….
Diablica
Przed świętami Bożego Narodzenia oraz rozpoczęciem
Nowego Roku nadchodzi czas refleksji i zadumy czego bym chciała od losu? Hmm
odpowiedź jest jedna,…aby najlepszy dzień starego roku, był najgorszym
nadchodzącego. Prezentem doskonałym dla mnie będą cudowne dni spędzone z
najbliższymi, nieplanowane wakacje, poranna kawa na huśtawce przy domu,
spędzenie czasu aktywnie z dziećmi i buziak od męża na przywitanie i dobranoc
itd. A na te święta które spędzę w Areszcie prezentem będzie przyjezdna
atmosfera na celi i oczywiście pomoc przy robieniu Tiramissu, sernika czy
śledzi z rodzynkami.
Blondi
Chyba największym prezentem od losu, który mogłabym dostać, to chyba większy „łut szczęścia”. Szczęścia, ponieważ uważam że ono omija mnie szerokim łukiem i nie pisze tu mając na uwadze to że jestem w więzieniu, bo to akurat traktuje jako szanse od losu, który uratował moje życie, a raczej zgliszcza, które mi pozostały. Mówiąc szczęście mam na myśli partnerów, których do tej pory miałam, szczęście wśród którym mogłam się rozwijać a nie trwać w tzw”pauzie” życia, spowodowanej brakiem możliwości wyboru drogi. Najgorsze jest to że nigdy nie ma dobrego momentu, zawsze jest zbyt wcześnie albo zbyt późno zawsze więc szczęście większa jej porcja byłaby dla mnie prezentem od losu największym i bycie dobrym miejscu i dobrym czasie.
Walentynki również dla osób siedzących w zakładzie karnym są dniem wyjątkowym. O przeżyciach związanych ze świętem zakochanych piszą dziewczyny z grochowskiego aresztu.
Dzień ciepłej serdeczności nie tylko dla zakochanych. Kolorowe emocje w kształcie serduszek. Bardzo sympatycznie otrzymać kartkę od kogoś bardzo bliskiego. Jednak miło dostać dowód pamięci i sympatii w miejscu, w którym jesteśmy. Walentynki dla mnie zasadniczo nie mają znaczenia większego niż codzienne telefoniczne relacje z bliskimi mi osobami. Pamięć i gotowość do kontaktu wysłana, jako walentynka jest czymś bardzo miłym.
Nie jestem w związku, dlatego inaczej traktuję ten dzień. Otrzymane w tym roku kartki to oznaka ciepłych kontaktów z ludźmi, którzy są blisko, chociaż daleko.
Aneta M.
♦
Lubię każde święto, również Walentynki. Może są bez sensu, ale mają wymiar pozytywny i to się liczy. Nie muszą być wiersze i serenady pod oknami (ale jeśli ktoś tego potrzebuje, a ta druga osoba chce to dać, to jak najbardziej trzeba się spełniać).
Mnie osobiście Walentynki wprawiają w dobry humor. Na mieście jest bardziej kolorowo (kwiaty, serduszka, itd.) . Jest powód do spotkania z przyjaciółmi i rodziną przy kawie i ciastkach w atmosferze „love”. Z partnerem też ten dzień można spędzić inaczej niż, na co dzień.
I o to chodzi. Prawda?!
UA
♦
Walentynki w więzieniu to chyba tylko oczekiwanie na pamięć w formie kartki. Osobiście otrzymuję takie serduszka-kartki od bliskich. Mam tu na myśli również rodziców. Ale też zdarza się jakiś Walenty anonim. To jest wtedy tematem do rozmów w celi: a kto to może być?, a czego będzie później chciał?
Prawda jest taka, że każda forma pamięci jest miła a jakby do tego wpadła czekoladka – to byłoby jeszcze słodko.
Życzę dużo miłości i uśmiechu i jak kto potrzebuje – drugiej połówki.
Pełnoletnia
♦
Przedstawię to szczerze i bez pitu, pitu w dobrym tonie i stylu. Od lat to amerykańskie święto ma swoich zwolenników i przeciwników. Dla mnie to komercyjne święto producentów czekoladek i kiczowatych ozdóbek. Miłość za czekoladki i tanie gadżety.
Walentynki, jeśli już się znajdzie tę drugą połówkę powinny trwać cały rok. Wtedy jest jakiś sens tych wszystkich piosenek i lirycznych tekstów. Tylko prawdziwa miłość zdarza się raz. I nie mylmy pojęć między lubieniem i tym mocniejszym lubieniem, bo jak przestaniemy już lubić, to jest bardzo duża wiązanka, już nie róż i czekoladek a epitetów.
Każdy związek, czy sformalizowany, czy bez papierka, jest inwestycją w emeryturę i nie zaczynajmy go od końca. Zacznijmy od przyjaźni. Jak emocje opadną zaczyna się drugi równie fascynujący etap, w którym dalej jesteśmy razem, dalej się przede wszystkim rozumiemy. Dlatego ja swoje walentynki obchodzę codziennie.
Na podsumowanie proponuję przyjrzeć się bliżej osobie patrona tego dnia, świętemu Walentemu, który był patronem osób obłąkanych i chorych psychicznie, a nie fanów czekolady.
Długo zastanawiałam się i szukałam w pamięci „najgorszych świąt”, ale nic takiego nie pamiętam. Jasne, że prościej byłoby mi opisać radosne, rodzinne święta, ale te mniej radosne i mniej rodzinne też mają swój przekaz. Porównania są ważne, wtedy wiemy, jakie chcemy mieć święta.
UA
♦
Nie przypominam sobie świąt, które mogłyby być najgorsze. Zawsze święta spędzam w gronie rodzinnym. Mam dużą rodzinę, więc jest gwarno, miło, sympatycznie, a najważniejszy jest fakt, że spędzamy je RAZEM, WSPÓLNIE.
Nie wiem, jakie będą te święta spędzone w Areszcie Śledczym Warszawa Grochów. Nie wiem czy będą najgorsze, ale będzie to dla mnie trudny czas. Pierwsze święta bez moich ukochanych dzieci. Już na samą myśl chce mi się płakać i ogrania mnie nostalgia…, więc wole nie myśleć.
Edyta
♦
Moje najgorsze święta były w 2014 roku w Zakładzie Karnym w Lublińcu. Nie mogę narzekać na brak atmosfery świątecznej wśród skazanych. Odbyła się wigilia, ale bardzo mnie bolał brak rodziny, moich dzieci. Jest to dla mnie bardzo smutne przeżycie, które mnie dotknęło. Nie przeczę, że pojawiły się łzy i bardzo duża tęsknota za rodziną, z którą tak naprawdę widuję się tylko okazjonalnie.
Paulina
♦
Moje najgorsze święta były w 2015 roku. Wtedy trafiłam do więzienia. Bardzo ciężko zniosłam ten cały świąteczny okres. Głównym powodem, dla którego było mi tak ciężko nie był sam pobyt w ZK tylko fakt, że w domu został mój trzyletni syn Kubuś.
Jak wszyscy wiedzą wigilia to jest magiczny dzień. Tego dnia całe rodziny się jednoczą, po prostu są razem. I to najbardziej bolało. Niemoc i bezsilność była tak ogromna, że nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Tego dnia tęsknota była niewyobrażalna. Czułam do siebie ogromny żal, złość, że nie ma mnie przy moim synu. Wyrzuty sumienia robiły się coraz większe. Bardzo mi pomogła wtedy obecność dziewczyn, z którymi w tamtym momencie siedziałam. Wspierały mnie, pocieszały. Pomogły pogodzić się z faktem, że takich świąt przede mną jeszcze kilka i muszę się nauczyć je przeżywać w tym miejscu.
Z czasem nabrałam większego dystansu. Teraz staram się traktować święta w tym miejscu jak normalny dzień. Wiadomo, że zawsze jest bardzo przykro, bo mój syn kolejne święta z kolei jest bez mamy. Pocieszam się jednak faktem, że ten ciężki czas powoli dobiega końca, ponieważ do końca kary mam już tylko dwa lata.
Sarna
♦
Moje najgorsze święta 2013 -2014 były to święta spędzone w AŚ z moim pierwszym dwuletnim wyrokiem. Najgorsze nie było to, że na stole nie znalazło się 12 potraw, tylko to, że spędziłam je z dala od najbliższych. Szczerze mówiąc najbardziej bolało to, że przeze mnie cierpiała rodzina. Bratanek, że którym jestem bardzo zżyta płakał i pytał gdzie jest ciocia, czyli ja. Całe święta przepłakałam na zmianę ze spaniem. Nie zasiadłam do stołu, który wspólnie przygotowałyśmy, ponieważ uważam, że ten okres powinno się spędzać z bliskimi a nie tylko ze znajomymi.
Anetka K.
♦
Najgorsze święta, w których brak jest mojej rodziny, moich dzieci i wnuków.
Więzienie oczywiście bardzo źle wpływa na ten specyficzny okres. Sama doświadczam tego i wiem ile straciłam. Ktoś powie: to tylko święta, szybko miną i przejdę nad tym do porządku dziennego. Ale nie ja. Odkąd pamiętam te święta to moja rodzina, wspólna kolacja, choinka, prezenty i my wszyscy razem.
Te święta będą na pewno smutne. Będzie refleksja, co straciłam i obraz ich wszystkich teraz, gdy ja jestem tu. Czy oni zapamiętali te święta, jako radosne czy pełne smutku…
Mam w życiu szczęście… (nawet jeśli w nieszczęściu ), bo moja „rodzina Adamsów” jest tą najfajniejszą pod słońcem! Na pozór typowa, bo niby polska, nawet taka standardowa, ale gdy popatrzeć głębiej – pełen odlot Nasze relacje są przede wszystkim nierozerwalne. Teraz ciężko o nie dbać, bo telefon rzadko (i krótko), a odległość powoduje, że spotkać się nie sposób, to i tak nie ma takiej siły, która byłaby w stanie nas rozdzielić. Każda z bliskich osób to mój pretekst do życia, bo dzięki nim i dla nich trwam. Ci, których kocham i którzy mnie kochają, są całym moim światem. Nikomu tego nie życzę, ale te doświadczenia sprawiły, że jesteśmy sobie jeszcze bliżsi, choć wydawało się, że bliżej siebie być nie można, a tego życzę każdemu! Nie mogłam dostać piękniejszego prezentu od życia niż moja rodzina i moi przyjaciele, a za moich „wariatów” będę wdzięczna w każdej sekundzie mojego istnienia.