Moje marzenie: randka z miastem

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Popołudniowa kawę chciałoby się wypić na zalanym słońcem tarasie w towarzystwie ukochanej osoby, ale nie tym razem. Jestem sama! Ponure chmury i zimny lutowy deszcz kierują raczej w stronę miękkiego fotela. Chwila relaksu? Klimatycznie wyglądająca kawiarnia kolorowe poduszki i mnóstwo książek wyłania się z wystawy, promocyjna reklama kusi filiżanką cappuccino , zapach mocno palonych ziaren i nuta aromatycznej orzechowej pianki rozgrzewa mnie. Na stoliku przewodnik pt. ”Kocham moje miasto” . Otwieram i ledwo zagłębiam się w lekturę… moje miasto wiele oferuje. Nagle podchodzi do mnie miły chłopak z obsługi i zaprasza bym dołączyła do warsztatów, które właśnie trwają o tematyce kultury picia kawy w Portugalii delikatnie obracając mój fotel o 180 stopni. Na telebimie palmy, w tle fado i kojący głos prowadzącego warsztaty . Sięgając po kolejny łyk kremowej kawy wsłuchuje się… -Jakby to było wczoraj – stolik pod markizą w jednej z lizbońskich kawiarni, gwar ulicy i upragniona kawa po całym dniu zwiedzania. Bez względu na sposób podania kawa w Portugalii smakuje wyjątkowo bo unikalne serwowane są tam mieszanki gatunków. Zacznijmy od obrzędu picia kawy, którego początki sięgają imperium kolonialnego odkrycia Brazylii, skąd do dzisiaj przypływają ziarna arabiki. Mieszanka tych gatunków sprawia, że portugalska kawa ma intensywny, głęboki esencjonalny smak. Nie poznał ten Portugalii kto nie wypił w niej kawy i nie wystarczy wpaść na małą czarną, trzeba sobie zarezerwować czas jak na wizytę w muzeum czy w galerii bo picie kawy to część tamtejszej kultury. Na „cafezinho” czyli na kawusię Portugalczycy przychodzą rano i w porze obiadu, czytają gazety, rozmawiają z przyjaciółmi, delektują się wyjątkowymi ciasteczkami. Wizyty w kawiarni przeciągają się godzinami, nikt nie przyśpiesza tego ceremoniału. W licznych lokalach robi się tłoczno szczególnie wieczorem, a wtedy można wsłuchać się w dźwięki fado, pieśni portowej, która narodziła si wśród żeglarzy w XIX wieku, a obecnie jest wpisana na listę  dziedzictwa kulturowego UNESCO. Mimo, iż  Portugalczycy są ludźmi pogodnymi, otwartymi, chętnymi do pomocy i nawiązywania nowych znajomości fado odsłania ich melancholijny charakter. Tęskne pieśni płynące prosto z serca opowiadające o przeznaczeniu i bezwzględnym losie są jak portugalska kawa nie lekka łatwa i przyjemna, a mocna z charakterem, trochę mroczna i bardzo intensywna. Dopijając cappuccino, zerkam w stronę mokrego od zimnego deszczu ze śniegiem okna kawiarni i zaczynam czuć rozżalenie na myśl że czas opuścić wygodny fotel i tą wyjątkową atmosferę. Moje zamyślenie przerywa chłopak z obsługi stawiając na moim stoliku kolejną filiżankę cappuccino pachnie inaczej, egzotycznie. -Proszę z nami zostać zaraz zacznie się wernisaż, a po nim pokaz fado. Te słowa wywołały uśmiech na mojej twarzy, którego bym się nie spodziewała  w dniu dzisiejszym 14 lutego. W kawiarni dalej snuje się bogata historia Portugalii, której ślady widać we wnętrzach, właściciel pochodzi z tego kraju wszechobecne charakterystyczne lustra, obrazy portugalskich malarzy i posąg poety Fernanda Pessoi ustanowiony przed wejściem przypominają, że właśnie tu przy filiżance kawy można się spotkać, podyskutować i inspirować. Już nastał wieczór, a Ja chłonę tę niezwykłą atmosferę siedząc przy stoliku i obserwując magię miejsca. Nagle nastrojowe światła tracą na mocy, pojawiają się świece muzyka nabiera mocy, wysoki przystojny mężczyzna podaję mi dłoń i z charakterystycznym w głosie akcentem litery rrrr sięga po moją dłoń zapraszając  do tańca.

Zaskoczona  sytuacją podaje swoją dłoń i w rytmie fado dziękuje samej sobie za moją miłość do kawy. Czuje, że jest odwzajemniona. Chwilo trwaj… Po powrocie do domu radość nie znika z mojej twarzy, moja niespodziewana randka z miastem była bardzo udana. Po kąpieli tule się do poduszki i nagle słyszę dźwięk smsa, a w treści – Dziękuje za taniec. Wszystkiego najlepszego z okazji Walentynek! Może dasz się zaprosić kiedyś  na cappuccino? Hmm… Dzień wczorajszy jest przeszłością, dzisiejszy darem, a jutrzejszy wielka niewiadomą. Odpisuje – Wzajemnie! Może tak… (symbol ikona uśmiech)

Nigdy bym nie przypuszczała, że „randka z miastem” przyniesie  mi tyle radości,  i być może początek interesującej  znajomości.

Pozytywna

Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”

Czas

W celi, fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Chciałabym dziś poruszyć temat czasu. Będę pisała w liczbie pojedynczej, bo to mój osobisty pogląd, pewnie dużo dziewczyn ma odmienny. Myślę, że nie doceniamy czasu, na pewno ja tego nie robiłam. Wydawało mi się, że kiedy będzie trzeba stanie w miejscu , a ja będę się nim cieszyć wiecznie. Dopiero od niedawna uświadamiam sobie, że Go zawiodłam. Szastałam nim jakby był nieskończony. Marnowałam na głupoty, ulatywał mi przez palce. Nie chciałabym Go cofnąć, bo może nigdy nie doszłabym do tego momentu, w który jestem obecnie. Wiadomo, że nie chodzi mi o miejsce, bo nic w nim ciekawego, lecz przez to wiem kim jestem.

Czas spędzony w izolacji może być czasem straconym i tak było ze mną tzn. nic NIE BYŁO.  Zatrzymałam się w NIM, ale ON we mnie nie. Nastąpiła chwila, która to odmieniła. Postanowiłam się zmienić, pokochać samą siebie ( a myślałam, że bardziej się nie da ), nie udawało się. Nadal było we mnie coś nieszczęśliwego i co ?, zmieniłam sposób działania. Prócz sobie postanowiłam  POKOCHAĆ innych. I stało się coś czego nie umiem sobie wytłumaczyć, nawet tłumaczenia nie potrzebuje, stałam się dobra dla innych i nie na siłę i wbrew sobie. Zaczęłam słuchać i starać się rozumieć to, że różnią się ode mnie nie oznacza, że są gorsi.

OK wszystko fajnie, pięknie ale ….. Czuję, że nie marnuję tego bardzo cennego CZASU, chcę z niego czerpać. Otworzyłam swój umysł , wcześniej chciałam coś ze sobą robić, rozpocząć dalszą edukację , nauczyć się języków- tylko tak korzystać z tego CZASU , w tym miejscu. Brak możliwości był dla mnie wymówką…

Teraz wykorzystuje ten czas na zmianę duchową i czuję , że GO nie tracę. Ludzie są wspaniali i cholernie ciekawi, nie biorę z nich przykładu, bo często się z nimi nie zgadzam lecz nie potępiam.

Pragnę by każdy z NAS choć przez chwilę pomyślał nad tym co może dobrego dla siebie zrobić w tych warunkach. Wiem, że mało kto wierzy w moją duchową przemianę , kiedyś by mnie to złościło , teraz nie, bo tą zmianę przechodzę dla samej siebie nie dla innych. Święta nie jestem i pewnie nie będę. Przykro mi gdy ludzie działają przeciwko sobie co bardziej ich zżera niż przeciwnika. Może i dobro nie zawsze zwycięża, ale fajnie, że jest…

Rakieta

Życie jest piękne

Sebastian Grzywacz i Małgorzata Szumowska, fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

W czwartek 23.01.2020 r. w ramach spotkań organizowanych przez FUNDACJĘ DOM KULTURY odbyły się zajęcia, na których zaszczycił nas swoją obecnością (myślę, że zaszczycił w tym tekście nie jest absolutnie przesadą ) SEBASTIAN – osoba niewidoma, której towarzyszyła koleżanka Gosia i nie sposób nie wspomnieć o jego psim przyjacielu – przewodniku, przekochanym i przemądrym Rollku chesapeake bay retiver.

Rollek, fot. Małgorzata Brus

Ponieważ jestem osobą z natury sceptyczną, pomyślałam, że będzie to kolejna opowieść z cyklu smutnych opowieści. Nic bardziej mylnego. Po kilku zdaniach zaczęłam chłonąć to, co mówił Sebastian, jak gąbka, a spotkanie z nim wywołało we mnie olbrzymią refleksję na tematy życiowe.

Sebastian stracił wzrok w wyniku wypadku komunikacyjnego. Z jego historii wynika, że jeśli się tylko chce i spotyka odpowiednich ludzi na swojej drodze, wszystko jest możliwe. Wcześniej nie przypuszczałam, że tak mało wiem o osobach niepełnosprawnych. Często bywa, ze nie widzimy nic poza czubkiem własnego nosa. A może nie chcemy zauważać? Jeśli już zauważymy, to, co się dzieje? Chcemy pomóc. Nasze pomysły, jak wytłumaczył nam Sebastian,  są zwykle nawet gorsze jak kiepskie.

Część z nas miała możliwość dzięki opaskom, w które zaopatrzył nas Sebastian, przekonać się, jak to jest, gdy się nic nie widzi. Kiedy obserwowałam to ćwiczenie z boku, widziałam jak trudne to jest, gdy trzeba zaufać osobie z pary, aby w ogóle móc się poruszać.

Spróbuj czytając to zrobić pewną wizualizacje. Stoisz przez przejściem dla pieszych,jest olbrzymi ruch. Na krawężniku stoi osoba niewidoma poznajesz po białej lasce w ręce. Co robisz? Jeśli posiadasz w sobie choć mały odruch troski o innych, podchodzisz do tej osoby i… co mówisz? Tu czas na zastanowienie. W tym momencie przyznaję, jaką ja jestem kretynką, gdyż ja bym powiedziała: proszę chwycić mnie za rękę pomogę Pani/ Panu przejść przez jezdnię. Wydawałby się to super pomysł, ale do cholery,  skąd osoba niewidoma może wiedzieć, gdzie jest moja dłoń?

Sebastian objaśnił nam, że czasem nasza pomoc jest zupełnie niepotrzebna, bo można tym wyrządzić więcej szkody jak pożytku. A komunikaty powinny być bardziej jasne.

Innym ćwiczeniem była próba czytania z książek dla niewidomych, które przyniósł nasz Gość. Okazało  się to potwornie trudnym zadaniem – dla mnie niewykonalnym. Sebastian opowiadał  również o tym, że osoba niewidoma wcale nie musi być wykluczona choćby nawet z korzystania z mediów społecznościowych. Pewnie w tym momencie myślicie niby jak? Ja osobiście patrzyłam z niedowierzaniem. Do momentu, kiedy masz pozytywny Gość nie wyjął telefonu i nam tego nie zademonstrował. Telefon wydawał komunikaty i objaśniał oraz opisywał zdjęcia z portalu. Przyznam, że tych komunikatów nie rozumiałam, jednak osoby niewidome mają bardziej rozwinięte inne zmysły, słuch czy dotyk.

Tygrys, fot. Małgorzata Brus

Sebastian to osoba bardzo pozytywna, ciepła, na pewno uparta w dążeniu do stawianych sobie celi, niewątpliwie odważna, komunikatywna, która bez dwóch zdań się nie poddała i dążyła do tego, aby jej życie po wypadku było jak najbardziej komfortowe.

Sebastian prowadzi dla wojska warsztaty sensoryczne i udziela się w środowisku osób niepełnosprawnych. Zapewne w funkcjonowaniu pomaga Sebastianowi jego pies- przewodnik, który zna tak wiele komend, że moja głowa tego nie ogarnia (dla przykładu: bankomat, winda, drzwi … ).

Pięknie dziękuje Tobie – Sebastianie, że zdecydowałeś się nas odwiedzić i mam nadzieję, że do następnego 🙂  

Blondii

Czy warto pomagać złym ludziom cz.6

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Warto byłoby się zastanowić nad tym kto jest złym człowiekiem? Pewnie pytając dziesięciu osób, kto jest złym człowiekiem, każda z nich udzieliłaby zupełnie innej odpowiedzi. Pewnie znalazłyby się nawet takie, które szalenie zaskoczyłyby nas. Dla jednych złym człowiekiem okazałby się egoista, dla kolejnych człowiek krzywdzący zwierzęta, kolejno tyran, zabójca. Myślę, że to stwierdzenie rozbijając na różne rzeczy zależy od wielu czynników.  Przede wszystkim od tego w jakim kanonie moralnym i etycznym żyjemy. Dla mnie osobiście złych ludzi nie ma. Uważam, że w każdym z nas są jednak pokłady dobra. Czasem jedna sytuacja w życiu sprawia, że społeczeństwo klasyfikuje człowieka mając na uwadze tylko tę jedną konkretną, sytuację. A sądzę, że to bardzo niesprawiedliwe.

Gorzuleczka 🙂

Cichy dialog o przyjaźni

Rozmowy w więziennej świetlicy, fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Chcę się od was dowiedzieć czegoś o przyjaźni.

Rakieta: Nie wiem, czy ktokolwiek ma ochotę przeczytać, co tak naprawdę o tym myślę.

Ja chcę. Powody są dwa. Po pierwsze: bo jesteście w innym świecie niż ja. Po drugie bo jesteście dokładnie w tym samym świecie, co ja.

Pierwsza Anonimka: Mam pustkę w głowie, ale ponieważ do zajęć podchodzę poważnie, postanawiam skreślić parę słów.

Druga Anonimka: Przyjaźń to bezwarunkowa akceptacja.

Maruda: Przyjaciel to bliska osoba, na której można polegać, ufać jej i powierzyć największe sekrety.

Maja: O przyjaźni można by pisać poematy, ale tak krótko i na temat – prawdziwy przyjaciel to ktoś, kto zawsze będzie, gdy my będziemy go potrzebować.

Eveline: Czy w ogóle w tym paskudnym miejscu jest to możliwe?

Trzecia Anonimka: Wielokrotnie myślałam, że tak! I teraz wiem, że to nie była przyjaźń, tylko akceptacja.

Pierwsza Anonimka: Przyjaźń ma prawo bytu w każdym miejscu i w każdych okolicznościach, w jakich się znaleźliśmy można znaleźć ludzi takich przez wielkie Ce.

Trzecia Anonimka: Nie ma tu przyjaźni. Jest rywalizacja i to przez duże R.

Rakieta: Przyjaźń brzmi bardzo wzniośle, dla mnie dzisiaj nic nie oznacza.

Rakieta: Mam ludzi, który ufam, na których mogę polegać i których kocham, nie będę ich obrażać słowem PRZYJACIEL.

Diablica: Ale przecież to też zwykłe, codzienne gesty niby nic nieznaczące, tj. gdy się potykasz, czyjaś pomocna dłoń nie pozwala ci się przewrócić.

Eveline: Gdy jest szczera, budowana na prawdzie, zawsze jest możliwa.

Maruda: Jeśli coś jest prawdziwe, będzie szczere.

Trzecia Anonimka: Teraz ostrożniej podchodzę do zawierania nowych znajomości.

Maja: To jest cenny dar nieważne kiedy go otrzymamy.

Czwarta Anonimka: Kiedy poznajemy kogoś, kartka jest pusta. Kiedy wkracza w nas – kartka się zapisuje.

Eveline: Nawet w tak sztucznym towarzystwie, gdzie każdy gra swój film.

Pierwsza Anonimka: Być może na taką osobę nie trafiłam. Jest sporo dziewczyn, które zwyczajnie lubię i szanuję, ale to nie jest przyjaźń.

Eveline: Ja znalazłam taką osobę.

Maja: Ja właśnie takiego przyjaciela mam i za to jestem bardzo wdzięczna.

Pierwsza Anonimka: Być może wszystko przede mną?

Diablica: Czasem nie zauważamy, że przyjaciel jest tak blisko, a my twierdzimy, że nie ma nikogo przy nas.

Teksty zebrała i opracowała Ewa Frączek Biłat

Czy warto pomagać złym ludziom cz.5

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Płaskorzeźby wykonane przez osadzonych w więzieniu w Potulicach z Reaktorem – Laboratorium Rzeźby – projekt Fundacji Dom Kultury pt. „Warsztaty w więzieniach”, fot. M. Brus

Na tak zadane pytanie odmawiam odpowiedzi. Semantycznie wywołuje mój bunt. Nie ma ludzi złych. Są ludzie gniewni, skrzywdzeni, czyniący ludziom krzywdę, chorzy,  zbłąkani, oszukani, niewyedukowani, ale złych nie ma. Skoro to jest jasne, przejdźmy do tego czy warto dobrym ludziom, którzy popełnili błędy udzielić pomocy? Mądrej pomocy, celowanej z chirurgiczną precyzją, dostosowanej do zdiagnozowanych deficytów, udzielać się powinno. To wynika wprost z tego jakim człowiek jest ssakiem, a należymy do zwierząt stadnych, o dużej potrzebie budowania jasnych społecznie struktur. Czy warto? To zależy już od rezultatów, z którymi bywa rozmaicie, choć moim zdaniem, jeśli pomoc jest przemyślana, to i rezultat powinien być pozytywny. ~Sposób i jakoś pomocy, zależy od pomagającego, więc naturalnie konkluduje, że to dający kreuje wartość. Pomaganie z racji struktury, w jakiej żyjemy jest naszym obowiązkiem, choć należy tez pamiętać o stanowieniu osobistych granic, za którymi spotykamy poczucie wykorzystania, oszukania i stracimy szacunek do siebie. Konsekwencją tego może się stać utrata wiary w sens pomocy w ogóle. Taka niechęć pomocy jest zakaźna. Z rodzica na dziecko, na nauczyciela na ucznia. Nie róbmy tego naszemu społeczeństwu. Kiedy już nikt nie będzie chciał pomagać, jak przetrwamy?

Skowronek

Czy warto pomagać złym ludziom cz.4

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Wszystko jest zależne od tego co pojmujemy pod hasłem „zło” – czy to będzie czyn czy osoba? Kolor czy narzędzie? Słowo czy głos? Dla jednego złym będzie klaps, dla drugiego dopiero pobicie. Zło i dobro to nasza codzienność. O tym co dobre – łatwiej się mówi, zło na ogół chowa, się kryje. Nie wiem czy złym jest – być trochę złym? Jesteś zły jak ci coś nie wychodzi, złym jak coś niemoralnego zrobisz. Siedzisz w więzieniu – jesteś zły? Czy na pewno? I czy dla wszystkich? Dla Ciebie może i tak, dla moich bliskich – postąpiłam źle. Ale pomagać trzeba wszystkim – nie raz tylko pomoc, zdołała ujarzmić zło w człowieku. Dużo łatwiej jest osobom, które nie oceniają, których wewnętrzna wiara w dobro – niweluje zło. One są ponad wszystkim. Wielokrotnie uważałam, że mało jest ludzi w stanie mnie zrozumieć, postawić się w mojej sytuacjo. Ale ogrom postów, słów, poznawanych ludzi świadczy o tym, że może to ja sama więcej widzę w sobie zła niż ludzie obok? Może to ja powinnam przestać dokarmiać tego „złego” w sobie?… To jest dobro. Warto to dobro wyciągnąć na wierzch.

Pełnoletnia

Święta, święta, ach te święta

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Zaczął się grudzień, a wraz z nowym miesiącem ruszyły te wszystkie przygotowania do wigilii i całych tych świąt.

Dawno temu przestałam czuć magię świąt Bożego Narodzenia – to moje trzecie święta spędzone w miejscu odosobnienia. Jest to bardzo trudny okres do zniesienia dla ludzi pozbawionych wolności.

W tym czasie, częściej niż zwykle, myślę o swoich najbliższych. Jeszcze bardziej doceniam wartość słowa rodzina i uświadamiam sobie, ja ważną rolę odgrywają oni, bliscy, w moim życiu i jak bardzo za nimi tęsknię.

Myślę o wigilijnej kolacji, która jak co roku odbyła się u mojej teściowej, na której trzeci rok z rzędu mnie zabrakło. Teściowa jest dla mnie jak mama, której praktycznie nigdy nie miałam i jest dla mnie ważną osobą.

Myślę o moim Rafale, u którego w tym roku zdiagnozowano nowotwór i który po kolacji wigilijnej wrócił do pustego domu i święta spędził sam, bijąc się ze wszystkimi myślami.

Szczerze, to nie cierpię tego dnia w tym miejscu. Nie potrafię cieszyć się tą całą świąteczną aurą, która zaczęła tu panować. W tym czasie najbardziej odczuwam dotkliwość kary, na którą skazał mnie sąd.

Widzenie z mężem też nie będzie takie jak inne – będzie trudne i smutne. Nie będzie tym razem opłatka i życzeń. Uznałam, że tak będzie lepiej. Nie potrafię znieść tego bólu w jego oczach. On sam nic nie mówi, nie osądza, nie wypomina, ale wiem, że nie o takim małżeństwie marzył….

Ciężko mi patrzeć mu w oczy, wiedząc, że ja mogę liczyć na niego w każdej sytuacji, a sama w obliczu jego choroby być wsparciem dla niego nie mogę. Okropne uczucie…

Ten świąteczny okres w zakładzie karnym, to specyficzny czas – każdej z nas jest bardzo ciężko go przeżyć…

Nawet te najbardziej zatwardziałe kobiety w wigilię stają się wrażliwymi osóbkami, które nie wstydzą się swoich łez. Znikają pozory, wyznaczony dystans i wrogie nastawienie do innych. Próbuje się zapomnieć o nieprzyjemnych sytuacjach z „koleżankami”.

O 17.30 zamykają nam cele. Usiadłyśmy do skromnie zastawionego stołu. Były pierogi zakupione w więziennej kantynie, śledzie, sałatka, kawałek ciasta i kubek czerwonego barszczyku – tak namiastka wigilii.

W myślach złożyłyśmy życzenia swoim najbliższym, a później życząc sobie wolności, zdrowi, siły i spokoju, zaczęłyśmy jeść. Opowiadałyśmy sobie o świętach spędzonych w dzieciństwie i wspominałyśmy ostatnie święta na wolności.

Leżąc w łóżkach po 22-giej, gdy zgasło światło, popłakałyśmy w poduszkę – tak to wyglądało.

Święta, święta, ach te święta. Mam nadzieję, że kolejne święta Bożego Narodzenia uda mi się spędzić z moimi najbliższymi, a zwłaszcza z moim mężem – może choćby krótka przepustka?

Kicia 83

Noworoczne postanowienia Kici 83

Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

W tym roku postanawiam, że…

Kochani, zbliża się Nowy Rok, a co za tym idzie?

Masa noworocznych postanowień 😉

Każdy z nas – Ty, mój Drogi Czytelniku również, myślał lub mówił, że od Nowego Roku postanawia n. rzucić palenie, uprawiać jakiś sport, spędzać więcej czasu z rodziną, być miłym dla otoczenia czy zmienić pracę.

Ile takich noworocznych postanowień udało się Wam, Kochani, zrealizować?

Mi osobiście żadnego :(.

Zawsze znalazłam sobie jakieś usprawiedliwienie, że coś lub ktoś mi to uniemożliwił, ehhh….

Jednak ostatnio uświadomiłam sobie, że po prostu źle się do tego wszystkiego zabierałam.

Lista moich corocznych postanowień była długa, ale ja sama nie miałam żadnego konkretnego planu ich realizacji.

Zatem co zrobić, by osiągną upragniony cel?

Przede wszystkim musi być on realny..

W moim przypadku, biorąc to, że obecnie jestem kobietą pozbawioną wolności i przebywam w zakładzie karny  :(, nierealnym celem byłoby dzisiaj postanowienie tego, że będę więcej czasu spędzać z najbliższymi mi osobami. Dlatego najpierw trzeba się zastanowić nad tym, czego tak naprawdę chcemy i jak ma wyglądać nasze życie. Koniecznie pod uwagę musimy wziąć to, że większość z nas ma tendencję do odkładania spraw na później – zwłaszcza tych, które nie przynoszą natychmiastowych efektów i wymagają od nas sporego wysiłku.

Pomyśl, Drogi Czytelniku, czy jesteś gotowy na podjęcie się długoterminowego działania. Jeśli jesteś przekonany o tym, że tak, potrzebny jest czas i cierpliwość (u mnie akurat z tą cierpliwością, to różnie bywa). Po dokładnej analizie musimy podzielić realizację naszego celu na etapy. To bardzo ważne, by w połowie drogi się nie zniechęcić. Za każde chociażby małe osiągnięcia wyznaczmy sobie nagrodę. To powinno nas motywować do dalszych działań.

Ja mam mocno ograniczone możliwości – z wiadomych względów, ale Ty, mój Czytelniku, masz wachlarz nagród, którymi możesz się obdarowywać, za każdy etap, który udało Ci się osiągnąć.

Ja podejmuję się wyzwania, jakim jest moje noworoczne postanowienie i działać będę metodą małych kroków. 🙂 Wierzę w to, że uda mi się zrealizować mój cel – mam ich kilka, ale nie wszystko naraz :). Jak to mówią: nie od razu Rzym wybudowano ;).

Z całego serca życzę Wam, Kochani, determinacji, cierpliwości i wytrwałości w dążeniu do obranych celów.

I pamiętajcie, że nie tylko Nowy Rok jest  chwilą do stawania sobie nowych wyzwań. W każdym czasie możemy wyznaczać sobie cele i do nich dążyć! Nie zniechęcajmy się, gdy coś nam nie wyjdzie. Walczmy do końca, z pozytywny nastawieniem 🙂

Powodzenia, Kochani, niech moc będzie  Wami!

Kicia 83

PS. A może Ty, Drogi Czytelniku, masz jakąś receptę lub sprawdzony przepis na to, by udało się zrealizować noworoczne postanowienie? Może chciałbyś się tym podzielić? Chętnie wypróbuję :).

Pozdrawiam serdecznie, życząc wszystkiego dobrego!

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku, wolności! życzy Fundacja Dom Kultury

Zimowa opowieść: dogonić szczęście

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Zimowa opowieść: dogonić szczęście

Poranek był mroźny, zza okna widać padający śnieg, patrzę na zegarek godzina 6.10. Dzisiaj ten wielki dzień, wigilia Bożego Narodzenia, a w moim życiu niewiele się zmienia, dzień jak każdy inny, samotność mi doskwiera, taki  los…

Tak niewiele mi do szczęścia teraz trzeba, podobno jaka wigilia taki cały przyszły rok.

Spoglądam na zawartość  portfelika mojego, najbardziej się mieni blask grosika, ach niewiele  posiadam tego majątku swego…

Rozgrzewam się gorącą kawą i wspomnieniami wracam do dobrych czasów, pierwsza myśl, która mnie nachodzi moja ulubiona bajka: Ekspres Polarny.

Mam pomysł. Kończę kawę, biegnę do szafy, szalik, czapka, ciepłe ubrania, notes,ołówek i na dworzec się udaję.

Los…, zdam się na los… niech los za mnie zdecyduje i święta mi zorganizuje…

Z daleka  słychać nadjeżdżający pociąg, gdzie kursuje? Jeszcze nie wiem, wsiadam i szukam konduktora, zapytuję o stację końcową i słyszę Wiedeń. Oh, to nie możliwe myślę sobie, koszta ogromne, muszę szybko wysiadać, konduktor mnie zatrzymuje  i informuje, spokojnie  i  w bardzo przystępnej cenie bilet świąteczny mi oferuje. Dodatkowo opowiada, w ilu miejscach pociąg się zatrzymuje i świąteczny posiłek oferuje. Zadaję sobie pytanie: co mam do stracenia? Kupuję bilet i siadam na miejscu…

Mijamy kolejne stacje, śnieg pada, a na rozkładanym stoliku gorąca czekolada w kubku się pojawia.

Stacja Kraków, wielu pasażerów, wszyscy obładowani, ktoś się do mnie dosiada.

Trzy osoby, starsza para i dziecko wszyscy z zatroskanymi minami w ciemnych, eleganckich ubraniach. Uprzejmie pytają, czy wolne. – Oczywiście- odpowiadam.

Dziecko pyta, kiedy będą w Bratysławie, starszy pan odpowiada – Jeszcze dwie stacje: Cieszyn i Ostrava.

Starsi państwo pytają, czy zerknąć na dziecko przez chwile mogę, muszą zakupić bilety, nie zdążyli przed odjazdem. W Krakowie byli na pogrzebie syna i synowej, którzy zginęli w wypadku samochodowym, odebrali wnuczka i teraz jadą do ich domu do Bratysławy. Oczywiście zgadzam się, dziecko spogląda w szybę, odwraca się i mówi do mnie. – Nie mam już mamy i taty…

– Pobawisz się ze mną kolejką? – pyta ściskając wagonik czerwony. – Tak- odpowiadam. Mija chwila, dziecko prosi, by poczytać mu bajkę. Zaczynam czytać książkę, którą dziecko mi podało„ Ekspres polarny”. Czy  to przypadek? Zadaję sobie w myślach pytanie. Wracają dziadkowie, dziecko śpi w fotelu. Pytają, jakim magicznym sposobem udało mi się je uśpić, wskazuję na bajkę. Dziadkowie zaczynają opowiadać, jaki mają trudny czas, obawiają się jutrzejszego świątecznego dnia, pytają nienachalnie, gdzie się wybieram. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że przed siebie, bo to moje kolejne samotnie spędzone Święta. Nie słyszę żadnych pytań dlaczego, widzę w ich oczach zamiast zdziwienia dużo zrozumienia. Zaczynamy rozmawiać o potrawach, tradycjach, polskich i słowackich, starszy pan na imię ma Vaclav jest Słowakiem z pochodzenia. Zagłusza nas dźwięk dzwonka, to przechadzająca się postać Św. Mikołaja, budzi nie tylko uśmiech na twarzach pasażerów, ale i dziecko śpiące  na przeciw mnie. Jest pierwsza gwiazdka na niebie. W tle Last Christmas  słychać, poczęstunek na stolikach się pojawia, życzenia: Pięknego Bożego Narodzenia. Wszyscy pasażerowie mają sobie coś do powiedzenia, dookoła się rozglądam: pan w kapeluszu, rodzina z milusińskim psiakiem, grono młodych ludzi z nartami, a naprzeciw mnie dziecko, które ma mi coś do powiedzenia. – Czy zostaniesz z nami na święta? – Zaskakujące pytanie, myślę sobie.  Dziadkowie się odzywają i namawiają – Jedno nakrycie puste pozostaje, gości się dzisiaj nie spodziewamy Ja tłumaczę, że mam powrotny bilet. Pan Vaclav na to – My też w drugi dzień świąt do Krakowa wracamy, takie mamy plany.

Nikomu nic nie podaruję, jednak  widząc minę dziecka wiem, że nikt ode mnie prezentów nie oczekuje, więc się decyduję.

Stacja Bratysława się zbliża, Pan Vaclav bagaże szykuje, a dziecko o imieniu Karol na krok mnie nie odstępuje.

Wysiadamy. Za plecami słyszę znajomy głos konduktora – Ta podróż wielu osobom święta uratuje.-

Ze stacji Bratysława do domu moich nowych znajomych się udaję.

Kamienica taka piękna na starówce, parter . – Choinki nie ma – słychać zrozpaczony głos Karola.

Pan Vaclav pocieszającym głosem -Nic się nie martw Karolku kochany, zaraz udamy się na rynek, tam obok bramy. Ciepło ubrani spacerem podążamy, stos choinek ukazuje się przed nami.

Wracając z choinką miasto pięknie oświetlone przemierzamy. Tu pieczone kasztany, tam słodkie obwarzanki, a nad wszystkim aromat gotowanej z cynamonem pomarańczy.

Czy to ilość słodkości, czy pełne oczu Karolka radości, czuję szczęście, że jestem w tym miejscu, w gości.

Śnieg nie przestaje padać, starsza pani na imię ma Joanna, w eleganckim wydaniu, ciepłym głosem  wskazuje mi miejsce przy stole, obok mnie siedzi Karolek.

Mimo smutku pan Vaclav mówi – Zjedzmy pomalutku, dzisiaj odpoczniemy, a jutro na śnieżki się przejdziemy. Uśmiech Karolka bezcenny.

Pan Vaclav do kominka mnie zaprasza, zdjęcia Bliskich wyjmuje, pokazuje i mówi – Nie wiem co teraz będzie z Karolkiem, mnie i żonie sił brakuje.

Pyta, czym na co dzień się zajmuję. Ja szczerze odpowiadam, że mam za sobą zły czas, ale teraz swoje życie kontroluję i mimo utraty Bliskich siły odzyskuję.

Uśmiech szczery  Pana Vaclava powoduje, że znaczenie konduktora słów do mnie jeszcze bardziej przemawia.

– To spotkanie, drogie dziecko, to nie przypadek, dobranoc.-  Tymi słowami pożegnał mnie pan Vaclav. Poranek wita mnie krajobrazem całkowicie pokryty białym puchem. Odwracam się w stronę drzwi, a tam Karolek przygląda się mi i mówi.- Zobacz co Mikołaj zostawił tobie w skarpecie, zobacz.- Zaglądam, a tam klucz i czekolada z karteczką „Serce rodziny i domu tego jest twoje, powtarzaj sobie: Jestem dobrym człowiekiem po przejściach, szczęścia się nie boję„. Myślę sobie, jak ta nieplanowana podróż mnie obdarowuje.

Nagle słychać -Śniadanie gotowe zapraszamy.

Schodzę, pan Vaclav  w czapce Świętego Mikołaja częstuje mnie kawą, jemy śniadanie, rozmawiamy, śmiejemy się  do południa. Karolek czeka z sankami i zniecierpliwiony oznajmia – Jestem już ciepło ubrany, czas na śnieżny marsz.

W świetle dnia  ciągnąc sanki po  białej Bratysławie, pani Joanna i pan Vaclav pokazują, opowiadają bez pośpiechu, spacerują. Zatrzymujemy się na gorące kakao, by nas w ten mroźny i śnieżny dzień rozgrzało. Po dniu na słowackim powietrzu  spędzonym wracamy, ogień w kominku rozpalony.

Z kuchni wychodzimy, by zjeść obiad wspólnie przygotowany, czas na podwieczorek, sernik krakowski, a na to wszystko jak to dziecko, reaguje znudzony czasem posiłku Karolek – Czy  obejrzymy film?

-Oczywiście – odpowiada pani Joanna. Zadowolony Karolek wskazuje nam miejsca na sofie, pan Vaclav zajmuje fotel, cisza w tle, na na ekranie „Ekspres Polarny” pojawia się.

Nie wiem, czy to jawa, czy to sen, ale moje marzenie o pięknych świętach spełnia się.

Drugi dzień Bożego Narodzenia, słyszę stukot do drzwi mojego gościnnego pokoju, domyślam się któż to może być. Nie, to nie Karolek. To pan Vaclav -Przepraszam, że tak skoro świt, czy możemy przy kawie porozmawiać? – mówi z uśmiechem, spoglądam na zegarek jest 9 rano. – Oczywiście. Schodzimy na dół, siadamy w kuchni pan Vaclav podając mi kubek kawy mówi – Dzisiaj muszę jechać z żoną do Krakowa na dwa dni, pozamykać sprawy syna i synowej, by dalej żyć. Karolek jeszcze śpi, jeśli nic ciebie nie goni, czy możesz zostać z nim? Bardzo ciebie o to proszę. Powrót  w tym czasie do Krakowa Karolka nie jest dobrym pomysłem, to dziecko powinno cieszyć się świętami. – Dobrze, jeśli to pomoże – odpowiadam. – Dziękuję, mów mi po imieniu – stwierdza wyraźnie uradowany Vaclav. Kolejne dwa dni upływają nam na spacerach, sankach i zabawie. 28 grudnia jest koło południa czekamy na dworcu z Karolkiem w Bratysławie, kolejka staje, Vaclav z żoną wysiada, wita się radośnie z nami, a za nimi znajomy konduktor szepcze – Święta uważam za uratowane. Wszystkie najcenniejsze prezenty rozdane.

Pozytywna