Szczęścia, które jakoś w sposób naturalny upiększa twarz,
Inteligencji, dzięki której rzadziej boli,
Egoizmu szczyptę, której każdy potrzebuje, a nie świadczy o samolubstwie,
Grona przyjaciół bądź życzliwych ludzi wokół siebie,
Optymizmu 100% – on opatula nasze dążenia do celu,
Ręki do interesów… albo do naprawiania tego, co naprawić się powinno,
Odpowiedzialności życiowej,
Kalkulacji, która może uchronić nie raz,
Uśmiechu i powodów do niego codziennie bez liku,
2 kroków do sławy,
0 postanowień,
2 kilo w tą czy w tamtą? … phi!
2 x mniej borykania się z problemami,
życzy
Pełnoletnia.
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Pandemia zakończona, upragnione słowa na które czekał
cały świat, okrzyki radości i wielka ulga, wracamy do normalnego życia a jednak
nasuwa się pytanie czy potrafimy żyć jak przed epidemią, czy „zło” nauczyło nas
żyć inaczej?
Był czas przemyślenia, są też dobre strony wirusa, nie w
pojęciu medycznym ale w życiu codziennym, dziś nikt nie patrzy tylko na siebie,
nie goni za karierą a zaczynamy doceniać bliskość, mamy odczas odrobić z
dziećmi lekcje, rozmawiamy nie telefonicznie, lecz osobiście odwiedzamy
krewnych i era komputerów trochę wygasła. Jesteśmy pozytywnie nastawieni do
całego świata, martwimy się o globalne ocieplenie, o smog, dbamy nie tylko o
sobie ale o wszystko co nas otacza.
COVID-19 jak go inaczej określić nie językiem medycznym,
ale prostymi słowami; morderca, kat, bo wymordował tyle istnień ludzkich,
złodziej też pasuje – niewidzialnie kradł co mamy najcenniejsze.
Koniec epidemii cieszymy się bardzo, zaczynamy nowy
rozdział w życiu bez zakazów kwarantanny, jednak pamiętamy że wyrwał nas z
ułożonego życia, pozbawił pracy, szkoły i życia codziennego. Wirus postawił nas
przed faktem dokonanym, zawładnął prawie całą ludzkością, był najeźdźcą XXI
wieku.
Podobne epidemie miały w odległych czasach, np. Cholera
czy Czarna Ospa.
Były też wojny podczas okupacji w bardzo trudnych
warunkach, bez wody, prądu, żywności, leków i mediów, panował Tyfus, ludzie
chorowali na gruźlice wiadomo, ile istnień ludzkich pochłonęły te wszystkie
choroby, a teraźniejsze czasy pierwszy przykład to AIDS, Ptasia Grypa, Świńska
Grypa i pom prostu grypa. Jak duży był wskaźnik umieralności wiemy wszyscy, a
my nadal żyjemy, pokonaliśmy wszystkie przeciwności.
To wszystko mamy już za sobą, zgony, kwarantanny, puste
miasta, brak kontaktów rodzinnych, koleżeńskich, i my patrzyliśmy przez okna na
puste ulice, dużo można wymieniać.
Mamy już dziś, rano wstajemy, toaleta, śniadanie,
szykujemy się do pracy, szkoły, odzyskaliśmy władze nad życiem. Na przystankach
grupy ludzi czekających na autobus, uśmiechamy się do przedmiotów i cieszymy
się bo tę wojnę wygraliśmy, wirus został pokonany.
W pracy i w szkole spotykamy starych znajomych, tych
których lubimy lub mniej, ale cieszymy się że są wszyscy, możemy spotkać się,
śmiać, kłócić bo jest tak jak dawniej.
Wracając do domu spotykamy mamy z dziećmi i jak miło
naszych starszych mieszkańców, idą z pieskami na spacer do parku a ławeczki
pełne są Pań które prowadzą gorące rozmowy i dzieciaki biegające po osiedlu,
krzyczące jak zawsze.
Jakie to dziwne, być może wcześniej nam to przeszkadzało,
a teraz cieszymy się że wszystko jest na miejscu. Pani sąsiadka, która oburzyła
się na głośną muzykę w moim mieszkaniu, teraz uśmiecha się, pozdrawia mnie i
moją rodzinę, to jest cudowne i mnie już piesek Pani z pod „8” nie brudzi na
klatce, kupiłam mu kosteczkę.
Wieczorem młodzi wychodzą na upragnione spotkania do
kilku kawiarni i tam gdzie wirus pozamykał drzwi, wtedy wprowadzono
kwarantannę.
Nasze życie stopniowo wraca do normalności, bo tego
chcemy, bo jesteśmy spragnieni, wirus to już przeszłość, jednak przykre
doznania gdzieś w nas zostaną, zwłaszcza tym którym wirus odebrał najbliższych.
Reasumując KORONAWIRUS precz, nigdy więcej, ale mimo
wszystko w jakimś stopniu sprawił że doceniliśmy to czego nam zabrakło w życiu
codziennym, zaczęliśmy zwracać uwagę na drobiazgi które wcześniej gdzieś
ulatywały albo nigdy jak sądziliśmy ich nie było; były i są te drobiazgi to
całe nasze życie, dlatego cieszymy się że zagościły w naszym nowym życiu, tym
lepszym życiu.
Wirus to „zło” które nauczyło być nas lepszym i zbliżyło
nas do siebie, przypomniał jacy dla siebie jesteśmy ważni i jaki świat jest
piękny.
H.S.
Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”
Na początku myślałyśmy, że powróci po 2-3 tygodniach –
no, najlepiej po miesiącu. Potem dotarło do mnie, iż epidemia może potrwać
nawet rok. Stoimy przede wszystkim przed wielką niewiadomą. Różni specjaliści
serwują nam różnorakie prognozy, tak naprawdę nie wiemy, jak rozwinie się
sytuacja, ile będzie ofiar śmiertelnych. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że
kiedykolwiek zetknę się z zarazą na taką skalę. Wiadomości pokazują sceny
niczym z katastroficznych filmów z „epidemią” w tytule; aż trudno uświadomić
sobie, że to rzeczywistość.
Oczywiście, boje się. Mniej o
siebie, bo tu za kratami odbywamy de facto rodzaj kwarantanny. Bardziej o męża,
który na zewnątrz musi chodzić do pracy, by mieć środki do życia. Może wszystko
przejdzie ulgowo i się nie zarazimy, może nie powtórzy się u nas scenariusz
włoski. Może… a jeśli jednak?
Rodzi się pytanie, czy w
krytycznej sytuacji my, więźniowie będziemy leczeni czy spisani na straty? Tak,
myślę o tym. O śmierci, nie chcę umierać, nie chcę żeby inni umierali.
Nie potrafię się nie
przejmować w obliczu ogólnoświatowej pandemii, która może (choć nie musi)
przybrać rozmiary czternastowiecznej Czarnej Śmierci. Wtedy Dżuma zabiła więcej
niż połowę populacji Europy. Wydawało by się iż w XXI w. coś takiego nie
powinno się wydarzyć. Nie mniej, jak się okazuje, wciąż nie dysponujemy
stuprocentową skuteczną obroną przed epidemią, a nasz technologiczny postęp nie
uczynił z nas Bogów.
Normalność naturalnie powróci,
zawsze w końcu powraca. Mogę tylko żywić nadzieję, że będzie naznaczona jak
najmniejszą ilością mogił i nieobciążona trwałym dziedzictwem strachu. Nie
chciałabym, aby w skutek lęku ludzie zaczęli żyć bardziej wirtualnie niż
realnie, obawiać się bezpośredniego kontaktu z buźkami.
Człowiek to nie zbiór zer i
jedynek. Pomimo okoliczności powinniśmy walczyć o to, by nasza przyszłość nie
uległa dehumanizacji. Abyśmy wyszli z tego ciężkiego okresu bardziej
skonsolidowani, solidarni i życzliwi dla siebie nawzajem. Na taką nową
normalność liczę.
Pozdrawiam wszystkich. Obyście
byli bezpieczni! Tych, którzy wierzą w Boga, proszę o modlitwę w intencji
wszystkich zarażonych wirusem.
ZOŚKA
Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”
Na imię mam
,,Życie”. Chcę napisać bajkę. Bajkę o Kopciuszku, który spotyka swojego
księcia; o śpiącej królewnie, którą prześladuje zła królowa Matka; o kocie w
butach, który przemierza siedmiomilowymi butami świat; o Kubusiu Puchatku,
który jest wspaniałym przyjacielem i łasuchem. Lecz niestety wszystkie bajki
zostały już napisane. A świat, który sobie stworzyłam, to nie była bajka. Byłam
Kopciuszkiem, ale nie miałam księcia, a zła królowa Matka jest przy mnie do
dzisiejszego dnia. Przez świat kroczyłam milowymi susami nie zastanawiając się
co i kogo mijam bezpowrotnie. Nie miałam pojęcia o przyjaźni.
Ale ja
byłam łasuchem, łasuchem na życie. Czerpałam dar życia bez żadnej
odpowiedzialności, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Doprowadziłam tym
samym do powolnego zrujnowania siebie. Mój świat zwężał się. Coraz mniej było
miejsc, do których mogłam uciec; coraz mniej ludzi, którzy mnie akceptowali. I
pewnego pięknego wiosennego dnia wszystko się skończyło. Znalazłam się w zamku
bez drzwi, który ogrodzony był wielkim murem, wokół którego płynęła rzeka. Nie
wolno było opuścić go samowolnie. Jedynie królowa Temida wydawała pozwolenie na
wyjście z zamczyska. Znajdowały się w nim osoby podobne do mnie – osoby, które
zgubił apetyt na życie. Nie chciałam przebywać w tym zamku. Chciałam umrzeć, ale
moje ukochane dzieci powstrzymały mnie przed śmiercią. I tak mijał dzień za
dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem, a ja nadal
żyłam i patrzyłam na świat przez zakratowane okno, śniąc o swojej własnej
bajce. Czekałam.
W końcu upragniony dzień nadejdzie i dla mnie, wierzę w to … Pewnego grudniowego dnia, kiedy ptaki nad zamkiem fruwały wysoko, zaczęłam pisać swoją upragnioną bajkę. I tak w zamku pojawiła się dobra wróżka i obdarzyła mnie przyjaźnią, ów przyjaźń zaczęła przywracać mnie do życia, akceptując mnie taką jaką jestem, dając wiarę, że jestem wartościowa. Jak w bajce o Kopciuszku, tak i tu dobra wróżka za pomocą swojej przyjaźni Kopciuszka zaczęła zmieniać w królewnę. Świat był lepszy, dalej przemierzałam go milowymi krokami, ale już zatrzymywałam się i podziwiałam cuda, które świat miał mi do zaoferowania. Poznałam smak przyjaźni, a mój przyjaciel – mały Temida – popędził za siedem gór i za siedem rzek złą królową Matkę. Mój królewicz już pędzi do mnie na swym białym rumaku, w złotej zbroi, abyśmy mogli spędzić razem życie w miłości i szczęściu.
To jest
moja bajka, którą napisało moje życie. Jak z każdej bajki, tak i z tej wypływa
morał:
Choćby
życie człowieka było najnędzniejsze, nie powinno się od niego stronić, ani
ciskać na niego siarczystych przekleństw. Jest ono i tak lepsze od samego
człowieka. Trzeba kochać swoje życie niezależnie od jego nędzy. Nawet w zamku
bez drzwi można przeżyć miłe chwile, wzruszające i wspaniałe. Znaleźć przyjaźń
i przewartościować się na nowo. Można w tym zamku tworzyć swoją bajkę z dobrym
zakończeniem…. POWODZENIA!
Markosia
Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”
Siedzę w moim ulubionym fotelu… lubię mój dom, moje psy,
mojego męża – coraz mniej lubię, bo nie mam na to siły. Oddalam się od niego
coraz bardziej. Coraz bardziej zatapiam się w swoim świecie. Coraz mniej mam do
powiedzenia jemu… i wszystkim wokół. Słyszę dźwięk otwieranych drzwi…
przyszedł!
– Cześć co robisz? – podchodzi do mnie, żeby mnie pocałować.
Odsuwam się. On zastyga. Przykro mu… mi też jest przykro,
ale udaję, że tego nie ma we mnie.
– Nie martw się… będzie dobrze. Góra po 8 miesiącach
wyjdziesz. Będę czekał – tłumaczy cierpliwie mój mąż.
– Nie martwię się. Dam radę – nie chcę tłumaczyć, że się
boję, że jestem przerażona, bo nie wiem co będzie za murem.
Wiem, że on też boi się. Wiem, że jesteśmy „nierozerwalną
całością”…
Co on zrobi beze mnie? Jak sobie poradzi? Jego odejście ode
mnie i ewentualna zdrada to najmniejszy problem… Przytulam się do niego… „żebyś
ty tylko wiedział, jak ja bardzo kocham ciebie”… – myślę, ale nie mówię tego
głośno: pełna obaw, że ta „nierozerwalna całość” rozsypie się na kawałki.
Październik 2019…
Dwunasty miesiąc odsiadki. Nie wyszłam po 8 m-cach. Wyjdę w
marcu 2021 r. Ile razy widziałam się z moim mężem przez te miesiące?
24 razy – czyli spędziliśmy ze sobą dzień, bo widzenie trwa
godzinę. Nie potrafię okazać miłości, tęsknoty, uczuć… za dużo jest osób wokół.
Jestem zdenerwowana już od momentu wejścia na „widzeniówkę” przez świadomość,
że za chwilę z niej będę musiała wracać z powrotem do celi. Czasami płaczę –
czasami czyli zawsze… Za dużo we mnie emocji, często krzyczę na niego i mam
pretensję – facet nie radzi sobie…
Czeka na mnie, ale myślę, że to za mało. Nie wiem co
powinien robić albo zrobić, ale chcę więcej. Chcę poczuć jego miłość…ale postawiłam mur. W murze pojawiają się
pęknięcia – ale do końca nie wiem, czy to pęknięcie w nim, czy w
„nierozerwalnej całości”.
Wiem, że to jemu jest gorzej: ale tak bardzo muszę być tutaj
egoistką i nie chcę o tym myśleć, bo może nie przeżyłabym tego.., rozpadając
się na kawałki.
Z WIELKĄ MIŁOŚCIĄ DLA MOJEGO MĘŻA …
Pani Em
Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”
Popołudniowa kawę chciałoby się wypić na zalanym słońcem tarasie w towarzystwie ukochanej osoby, ale nie tym razem. Jestem sama! Ponure chmury i zimny lutowy deszcz kierują raczej w stronę miękkiego fotela. Chwila relaksu? Klimatycznie wyglądająca kawiarnia kolorowe poduszki i mnóstwo książek wyłania się z wystawy, promocyjna reklama kusi filiżanką cappuccino , zapach mocno palonych ziaren i nuta aromatycznej orzechowej pianki rozgrzewa mnie. Na stoliku przewodnik pt. ”Kocham moje miasto” . Otwieram i ledwo zagłębiam się w lekturę… moje miasto wiele oferuje. Nagle podchodzi do mnie miły chłopak z obsługi i zaprasza bym dołączyła do warsztatów, które właśnie trwają o tematyce kultury picia kawy w Portugalii delikatnie obracając mój fotel o 180 stopni. Na telebimie palmy, w tle fado i kojący głos prowadzącego warsztaty . Sięgając po kolejny łyk kremowej kawy wsłuchuje się… -Jakby to było wczoraj – stolik pod markizą w jednej z lizbońskich kawiarni, gwar ulicy i upragniona kawa po całym dniu zwiedzania. Bez względu na sposób podania kawa w Portugalii smakuje wyjątkowo bo unikalne serwowane są tam mieszanki gatunków. Zacznijmy od obrzędu picia kawy, którego początki sięgają imperium kolonialnego odkrycia Brazylii, skąd do dzisiaj przypływają ziarna arabiki. Mieszanka tych gatunków sprawia, że portugalska kawa ma intensywny, głęboki esencjonalny smak. Nie poznał ten Portugalii kto nie wypił w niej kawy i nie wystarczy wpaść na małą czarną, trzeba sobie zarezerwować czas jak na wizytę w muzeum czy w galerii bo picie kawy to część tamtejszej kultury. Na „cafezinho” czyli na kawusię Portugalczycy przychodzą rano i w porze obiadu, czytają gazety, rozmawiają z przyjaciółmi, delektują się wyjątkowymi ciasteczkami. Wizyty w kawiarni przeciągają się godzinami, nikt nie przyśpiesza tego ceremoniału. W licznych lokalach robi się tłoczno szczególnie wieczorem, a wtedy można wsłuchać się w dźwięki fado, pieśni portowej, która narodziła si wśród żeglarzy w XIX wieku, a obecnie jest wpisana na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Mimo, iż Portugalczycy są ludźmi pogodnymi, otwartymi, chętnymi do pomocy i nawiązywania nowych znajomości fado odsłania ich melancholijny charakter. Tęskne pieśni płynące prosto z serca opowiadające o przeznaczeniu i bezwzględnym losie są jak portugalska kawa nie lekka łatwa i przyjemna, a mocna z charakterem, trochę mroczna i bardzo intensywna. Dopijając cappuccino, zerkam w stronę mokrego od zimnego deszczu ze śniegiem okna kawiarni i zaczynam czuć rozżalenie na myśl że czas opuścić wygodny fotel i tą wyjątkową atmosferę. Moje zamyślenie przerywa chłopak z obsługi stawiając na moim stoliku kolejną filiżankę cappuccino pachnie inaczej, egzotycznie. -Proszę z nami zostać zaraz zacznie się wernisaż, a po nim pokaz fado. Te słowa wywołały uśmiech na mojej twarzy, którego bym się nie spodziewała w dniu dzisiejszym 14 lutego. W kawiarni dalej snuje się bogata historia Portugalii, której ślady widać we wnętrzach, właściciel pochodzi z tego kraju wszechobecne charakterystyczne lustra, obrazy portugalskich malarzy i posąg poety Fernanda Pessoi ustanowiony przed wejściem przypominają, że właśnie tu przy filiżance kawy można się spotkać, podyskutować i inspirować. Już nastał wieczór, a Ja chłonę tę niezwykłą atmosferę siedząc przy stoliku i obserwując magię miejsca. Nagle nastrojowe światła tracą na mocy, pojawiają się świece muzyka nabiera mocy, wysoki przystojny mężczyzna podaję mi dłoń i z charakterystycznym w głosie akcentem litery rrrr sięga po moją dłoń zapraszając do tańca.
Zaskoczona sytuacją podaje swoją dłoń i w rytmie fado
dziękuje samej sobie za moją miłość do kawy. Czuje, że jest odwzajemniona.
Chwilo trwaj… Po powrocie do domu radość nie znika z mojej twarzy, moja
niespodziewana randka z miastem była bardzo udana. Po kąpieli tule się do
poduszki i nagle słyszę dźwięk smsa, a w treści – Dziękuje za taniec.
Wszystkiego najlepszego z okazji Walentynek! Może dasz się zaprosić kiedyś na cappuccino? Hmm… Dzień wczorajszy jest
przeszłością, dzisiejszy darem, a jutrzejszy wielka niewiadomą. Odpisuje –
Wzajemnie! Może tak… (symbol ikona uśmiech)
Nigdy bym
nie przypuszczała, że „randka z miastem” przyniesie mi tyle radości, i być może początek interesującej znajomości.
Pozytywna
Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”
Chciałabym dziś poruszyć temat czasu. Będę pisała w liczbie
pojedynczej, bo to mój osobisty pogląd, pewnie dużo dziewczyn ma odmienny.
Myślę, że nie doceniamy czasu, na pewno ja tego nie robiłam. Wydawało mi się,
że kiedy będzie trzeba stanie w miejscu , a ja będę się nim cieszyć wiecznie.
Dopiero od niedawna uświadamiam sobie, że Go zawiodłam. Szastałam nim jakby był
nieskończony. Marnowałam na głupoty, ulatywał mi przez palce. Nie chciałabym Go
cofnąć, bo może nigdy nie doszłabym do tego momentu, w który jestem obecnie.
Wiadomo, że nie chodzi mi o miejsce, bo nic w nim ciekawego, lecz przez to wiem
kim jestem.
Czas spędzony w izolacji może być czasem straconym i tak
było ze mną tzn. nic NIE BYŁO.
Zatrzymałam się w NIM, ale ON we mnie nie. Nastąpiła chwila, która to
odmieniła. Postanowiłam się zmienić, pokochać samą siebie ( a myślałam, że
bardziej się nie da ), nie udawało się. Nadal było we mnie coś nieszczęśliwego
i co ?, zmieniłam sposób działania. Prócz sobie postanowiłam POKOCHAĆ innych. I stało się coś czego nie
umiem sobie wytłumaczyć, nawet tłumaczenia nie potrzebuje, stałam się dobra dla
innych i nie na siłę i wbrew sobie. Zaczęłam słuchać i starać się rozumieć to,
że różnią się ode mnie nie oznacza, że są gorsi.
OK wszystko fajnie, pięknie ale ….. Czuję, że nie marnuję
tego bardzo cennego CZASU, chcę z niego czerpać. Otworzyłam swój umysł ,
wcześniej chciałam coś ze sobą robić, rozpocząć dalszą edukację , nauczyć się
języków- tylko tak korzystać z tego CZASU , w tym miejscu. Brak możliwości był dla
mnie wymówką…
Teraz wykorzystuje ten czas na zmianę duchową i czuję , że
GO nie tracę. Ludzie są wspaniali i cholernie ciekawi, nie biorę z nich
przykładu, bo często się z nimi nie zgadzam lecz nie potępiam.
Pragnę by każdy z NAS choć przez chwilę pomyślał nad tym co
może dobrego dla siebie zrobić w tych warunkach. Wiem, że mało kto wierzy w
moją duchową przemianę , kiedyś by mnie to złościło , teraz nie, bo tą zmianę
przechodzę dla samej siebie nie dla innych. Święta nie jestem i pewnie nie
będę. Przykro mi gdy ludzie działają przeciwko sobie co bardziej ich zżera niż
przeciwnika. Może i dobro nie zawsze zwycięża, ale fajnie, że jest…
W ogóle mam problem z
uzewnętrznianiem emocji. Nie wierzę światu, tzn. może nie całemu, a więc tak
naprawdę tylko sobie.
Jaka jestem? Na pewno
bardzo krytyczna i samokrytyczna, jestem perfekcjonistką (przynajmniej
zawodowo) i perfekcjonizm, maksymalizm mnie zjada.
Perfekcjonistka? – a
co robię w więzieniu?
Chyba za szybko
biegłam, przeskakiwałam stopnie, których nie powinnam pominąć – znów zawodowo.
A osobiście? Właśnie
pomijam jeden z najcenniejszych motywów
mojego życia…
Ale tak naprawdę
jestem Anią z Zielonego Wzgórza, Zosią Samosią, kocham aktywność, przyrodę, psy
i podróże. Wiatr i morze! Nie potrafię usiedzieć w jednym miejscu, biegnę,
ciągle biegnę i ciągle mi mało wrażeń!
Kocham np. zdrowo i
pięknie żyć, poznawać nowe kultury, języki, ludzi. Mentalnie jestem kobietą
świata – bardzo wielokulturalną i interdyscyplinarną. Kocham sztukę, głównie
użytkową. Jestem z nią związana zawodowo, choć nie do końca… Po prostu lubię
pracować w branży twórczej, kreatywnej, funkcjonalnej dla człowieka – choć sama
nie jestem artystą – przynajmniej zawodowo.
Czegoś ciągle
brakowało mi do spełnienia… teraz mam czas, żeby szukać wszystkich odpowiedzi
na dręczące pytania.
Ciągle nie wiem,
kiedy się zgubiłam, ale wiem, że muszę do tego dotrzeć. Jeśli ja jestem
płynącą w nieznane wartką wodą, to moja
rodzina jest ostoją, skałą – ziemią…Jestem ciągłą podróżniczką.
To dzięki jego miłości wiem, że nie mogę się poddać.
Myślę, że jestem prawdziwą szczęściarą dzięki mojemu dziecku.
Sisi
♦♦♦
Miłość to: patrzenie w tym samym kierunku, strzelanie do tej samej „bramki”.
To wdech i wydech tego samego organizmu.
Uczucie oczekiwane i niedoceniane.
Spotykane, a nie rozdawane.
Można kochać i być uśmiechniętym.
Ale do szczęścia jest potrzebna ta druga osoba.
Dużo miłości dla wszystkich! A ja na swoją poczekam.
Pełnoletnia
♦♦♦
PS.
„W miłości chcesz, by ci wierzono,
w przyjaźni – by rozumiano”,
a ja pragnęłabym jednego i drugiego.
Chciałabym być komuś potrzebna
i chciałabym móc powiedzieć do kogoś „potrzebuję cię”.
Póki co, jestem wdzięczna za miłość rodziny
i znajomych. Dzięki niej (i im) jeszcze coś mi się chce
robić,
nie czuję się taka sama.
Miłość przede wszystkim kojarzy mi się z dobrem, szacunkiem i
zaufaniem,
bezpieczeństwem otrzymywanym od swojej drugiej połówki.
Ola
♦♦♦
Kiedyś powiedziałam mojemu dorosłemu już synowi przez telefon
(bo był smutny):
„synu, jak masz dziś jakiś problem, chociażby z miłością, to
powiedz, ja ci doradzę”.
Syn na to: „chyba oszalałaś, przecież nie stworzyłaś żadnego
normalnego związku!”.
Zatkało mnie. To fakt,
przyznałam. Czym jest miłość? Na pewno nie ma jednej definicji. To wiem na
100%.
Jest to coś takiego, czego nie sposób dla mnie doświadczyć.
Łatwiej jest doświadczyć porozumienia w parze lub uniesienia erotycznego. Co i
tak jet rzadkością.
Ale to chyba szacunek, oddanie, akceptacja, pożądanie,
tęsknota, bicie serca, choroba psychiczna pewnego rodzaju. Też pewna doza
zaborczości, bezsenność, niepewność, skowronki, motyle, opiekuńczość,
wybaczanie, świat w różowych okularach. No i gdy to mija, muszą zostać: to że
ktoś będzie cię pocieszał w razie choroby, to że będziecie mieli o czym
rozmawiać, to że będziecie mieli co ze sobą robić i że nie będziecie sobą
znudzeni.
Renatofon
♦♦♦
Miłość to pragnienie bycia przy drugim człowieku. To
poświęcanie siebie w imię jego dobra. To wierność i lojalność bez względu na
okoliczności. To zrozumienie bez słów i odpowiadanie na czyjeś najgłębsze
potrzeby. Miłość to wybaczenia. To wyrzeczenie się wszelkiego egoizmu. Jeśli
jest to konieczne, to również pozwolenie kochanej osobie na podążanie własną
drogą, odrębną od mojej, chociaż sprawia mi to ból. Miłość to bliskość lecz i
szacunek dla autonomii drugiej osoby. To poczucie jedności bez tłamszenia. To
najwyższy wyraz bycia człowiekiem.
Najwspanialszą definicję miłości zawarł św. Paweł w swoim
hymnie. Chętnych odsyłam do Biblii – moim zdaniem nie pożałujecie.
W czwartek 23.01.2020 r. w ramach spotkań organizowanych
przez FUNDACJĘ DOM KULTURY odbyły się zajęcia, na których zaszczycił nas swoją
obecnością (myślę, że zaszczycił w tym tekście nie jest absolutnie przesadą )
SEBASTIAN – osoba niewidoma, której towarzyszyła koleżanka Gosia i nie sposób
nie wspomnieć o jego psim przyjacielu – przewodniku, przekochanym i przemądrym
Rollku chesapeake bay retiver.
Rollek, fot. Małgorzata Brus
Ponieważ jestem osobą z natury sceptyczną, pomyślałam, że
będzie to kolejna opowieść z cyklu smutnych opowieści. Nic bardziej mylnego. Po
kilku zdaniach zaczęłam chłonąć to, co mówił Sebastian, jak gąbka, a spotkanie
z nim wywołało we mnie olbrzymią refleksję na tematy życiowe.
Sebastian stracił wzrok w wyniku wypadku komunikacyjnego. Z
jego historii wynika, że jeśli się tylko chce i spotyka odpowiednich ludzi na
swojej drodze, wszystko jest możliwe. Wcześniej nie przypuszczałam, że tak mało
wiem o osobach niepełnosprawnych. Często bywa, ze nie widzimy nic poza czubkiem
własnego nosa. A może nie chcemy zauważać? Jeśli już zauważymy, to, co się
dzieje? Chcemy pomóc. Nasze pomysły, jak wytłumaczył nam Sebastian, są zwykle nawet gorsze jak kiepskie.
Część z nas miała możliwość dzięki opaskom, w które
zaopatrzył nas Sebastian, przekonać się, jak to jest, gdy się nic nie widzi.
Kiedy obserwowałam to ćwiczenie z boku, widziałam jak trudne to jest, gdy
trzeba zaufać osobie z pary, aby w ogóle móc się poruszać.
Spróbuj czytając to zrobić pewną wizualizacje. Stoisz przez
przejściem dla pieszych,jest olbrzymi ruch. Na krawężniku stoi osoba niewidoma
poznajesz po białej lasce w ręce. Co robisz? Jeśli posiadasz w sobie choć mały
odruch troski o innych, podchodzisz do tej osoby i… co mówisz? Tu czas na
zastanowienie. W tym momencie przyznaję, jaką ja jestem kretynką, gdyż ja bym
powiedziała: proszę chwycić mnie za rękę pomogę Pani/ Panu przejść przez
jezdnię. Wydawałby się to super pomysł, ale do cholery, skąd osoba niewidoma może wiedzieć, gdzie
jest moja dłoń?
Sebastian objaśnił nam, że czasem nasza pomoc jest zupełnie
niepotrzebna, bo można tym wyrządzić więcej szkody jak pożytku. A komunikaty
powinny być bardziej jasne.
Innym ćwiczeniem była próba czytania z książek dla
niewidomych, które przyniósł nasz Gość. Okazało
się to potwornie trudnym zadaniem – dla mnie niewykonalnym. Sebastian
opowiadał również o tym, że osoba
niewidoma wcale nie musi być wykluczona choćby nawet z korzystania z mediów
społecznościowych. Pewnie w tym momencie myślicie niby jak? Ja osobiście
patrzyłam z niedowierzaniem. Do momentu, kiedy masz pozytywny Gość nie wyjął
telefonu i nam tego nie zademonstrował. Telefon wydawał komunikaty i objaśniał
oraz opisywał zdjęcia z portalu. Przyznam, że tych komunikatów nie rozumiałam,
jednak osoby niewidome mają bardziej rozwinięte inne zmysły, słuch czy dotyk.
Tygrys, fot. Małgorzata Brus
Sebastian to osoba bardzo pozytywna, ciepła, na pewno uparta
w dążeniu do stawianych sobie celi, niewątpliwie odważna, komunikatywna, która
bez dwóch zdań się nie poddała i dążyła do tego, aby jej życie po wypadku było
jak najbardziej komfortowe.
Sebastian prowadzi dla wojska warsztaty sensoryczne i
udziela się w środowisku osób niepełnosprawnych. Zapewne w funkcjonowaniu
pomaga Sebastianowi jego pies- przewodnik, który zna tak wiele komend, że moja
głowa tego nie ogarnia (dla przykładu: bankomat, winda, drzwi … ).
Pięknie dziękuje Tobie – Sebastianie, że zdecydowałeś się
nas odwiedzić i mam nadzieję, że do następnego 🙂