

Nikogo raczej nie zdziwi, że w więzieniu najważniejszą kwestią jest jedno – to, żeby z niego wyjść. Dzień, w którym opuszcza się te zimne mury, jest nadrzędnym dniem całej odsiadki. Każdy na niego czeka, każdy (przynajmniej podświadomie) się do niego przygotowuje – jedni tydzień, drudzy miesiąc, jeszcze inni całe lata.
Ja, nauczona doświadczeniem, szykowałam się na tą chwilę praktycznie cały trzyletni wyrok. Załatwiałam sobie mieszkanie socjalne, żeby mieć dokąd pójść, chłonęłam jak gąbka każdą wiedzę związaną z możliwościami pozyskania pomocy… Wydawało mi się, że ogarnęłam więcej niż wszystko i że moja wolność jest już dopięta na ostatni guzik.
Żegnania się z tym miejscem nie musiałam umieszczać w grafiku moich przygotowań; przez te wszystkie lata dało mi ono tak mocno w kość, że mimo dość sentymentalnego uosobienia rozstanie nie budzi we mnie żadnej ckliwości. Więzienie to nie tylko stracony czas, ale także stracone nerwy, zaufanie i marzenia. To prawdziwa przerwa w życiorysie – reset w postaci zagubionych lat, wymuszający układanie wszystkiego (również w sobie) od nowa.
Moje ostatnie tygodnie spędzone na „Kamczatce” były swoistym utrwaleniem wiedzy o tym, do czego nigdy w życiu nie chciałabym już wracać. Powiedziałabym, że dostałam w pigułce wszystko, co w więzieniu najgorsze; nie była to jednak jakaś tam „pigułka”, a ogromna PIGUŁA, którą naprawdę ciężko było przełknąć. Wydawałoby się, że pewne rzeczy nie powinny mnie już ruszać, bo za chwilę i tak przestaną mnie już dotyczyć… Nic bardziej mylnego. Po blisko trzyletnim wyroku i bez dodatkowych bodźców człowiek ma nerwy w strzępach, a każda pierdoła uderza w niego jak Titanic w lodowiec.
Niestety, na mnie dodatkowe bodźce spadły w ilości hurtowej. Wpadłam dosłownie w samo oko cyklonu penitencjarnych zawirowań, przez co każdy dzień kosztował mnie więcej niż ultramaraton. Codziennie budziłam się rano z obawą, co TYM RAZEM jeszcze na mnie spadnie i jakich „atrakcji” dostarczą mi dziś aresztowe realia.
Poważne spory z niepoważnych przyczyn, zmiany za zmianami (jakby mało czekało ich na mnie w najbliższym czasie) i to zdecydowanie nie na lepsze… Spadły na mnie wszystkie możliwe plagi, z różnorodnych robactwem włącznie. Co 2-3 dni przychodziło mi mieszkać z innymi osobami, bez uwzględnienia naszych wzajemnych antypatii czy różnic charakterów. W dodatku na sam koniec na kilka tygodni straciłam możliwość korzystania z telefonów i widzeń, a co za tym idzie – jakikolwiek kontakt z bliskimi po drugiej stronie.
Na domiar złego w tym samym czasie, kiedy w codziennych więziennych kwestiach wszystko się posypało, rozpadła się również moja konstrukcja wolnościowej przyszłości. Cztery tygodnie przed wyjściem okazało się nagle, że wbrew moim kilkuletnim staraniom nie będzie na mnie czekać mieszkanie socjalne – to ja mam na nie poczekać jeszcze jakiś bliżej nieokreślony czas (mierzony w miesiącach, a może nawet w kolejnych latach). Wszystko, czego tak kurczowo się trzymałam (bo najważniejsze, że będę miała gdzie mieszkać) runęło w gruzach remontu – a raczej braku środków na remont – przyznanej mi przez Urząd 17-metrowej kawalerki.
Tym oto sposobem na kilka tygodni przed „wymarzonym dniem” autentycznie odechciało mi się żyć.
Co mi więc pozostało? Pójść do psychiatry (dla którego wszystkie zawsze jesteśmy „spokojne i pogodne”) i zacząć się rozglądać za promocjami na namioty w jakichś niedrogich sieciówkach.
Ostateczny rozrachunek mojego końca kary jest taki: wychodzę donikąd; posiadam około 1500 zł na życie (nie wiadomo, na jak długo ma mi to starczyć) i nie bardzo wiem czy wydać je na jakąś stancję, czy może na jedzenie.
Z nerwów mój żołądek prawie sam się strawił, a zgodnie z zaleceniami lekarzy powinnam go jeszcze zasypać toną masy tabletkowej (antydepresanty i leki na regulację tętna).
Nie lubię ludzi, a oni nie lubią mnie. Boję się wszelkiego robactwa, a ono nie boi się mnie. Pałam odwzajemnioną niechęcią do wszelkich urzędów i placówek państwowych. Po trzech latach planowania i starania się o jakiekolwiek perspektywy, tuż przed metą i tak stoję w w punkcie startowym.
A
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

Zadanie : „Doposażenie Fundacji Dom Kultury”
Blog eWkratke.pl jest prowadzony z wykorzystaniem sprzętu zakupionego dzięki dofinansowaniu ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury — państwowego funduszu celowego, w ramach programu „Infrastruktura kultury” 2025

Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł przelewem na konto Fundacji: BNP Paribas Bank Polska S.A. 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001