

Uwielbiam zjawiska nadprzyrodzone. Duchy odmieniły moje życie…
Żyjemy w czasach, gdy ceny mieszkań w tym kraju to jakiś ponury żart. Za kawalerkę w Warszawie musisz oddać nerkę, złożyć w ofierze zdrowie psychiczne i podpisać cyrograf.
Toteż kiedy znalazłam ogłoszenie o treści: „Duży dom z ogrodem. Cena: Flaszka wódki oraz oświadczenie, że nie będziesz skarżyć spadkobierców” – postanowiłam: „Biorę to!”. Gość, z którym zawarłam transakcję, pocił się bardziej niż ksiądz na placu zabaw. Ględził coś tam o złej historii. Pomyślałam sobie: „Pewnie grzyb na ścianach albo rury do wymiany”.
Myliłam się, cóż.
Okazało się bowiem, że dom jest po prostu nawiedzony. I to bynajmniej nie tak subtelnie, że firanka się sama poruszy albo deska zaskrzypi. O nie, tu jest regularne Call of Duty w wersji paranormalnej.
Wprowadzam się. Dom ma niesamowity klimat; wiecie, czysta klasyka horrorystyczna: ściany wyłożone ciemną boazerią, piwnica w jakichś dziwnych czerwonych plamach, a w garderobie w sypialni – dynda sobie autentyczna pętla wisielca z solidnego sznura.
Mój facet, fan dobrego smaku, mówi: „Kochanie, zdejmij to, bo całkiem nie pasuje do naszego nowego wystroju.”
No to ściągam ten sznur, a tu z górnej półki wylatuje zakurzony pamiętnik.
Otwieram go na chybił trafił, a tam wpis z 1964 roku: „Dzisiaj znowu tatuś jest w amoku. Siekiera naostrzona”. Ale super, myślę, poprzedni właściciel był pewnie awangardowym rzeźbiarzem lub uprawiał hardcorowe ogrodnictwo.
Idziemy spać. Godzina 2:00 w nocy. Budzi mnie potworny hałas na parterze. Brzmi to tak, jakby ktoś usiłował odpalić kosiarkę w salonie. Schodzę na dół boso i w piżamie, ale z kijem od szczotki w dłoni. Wiadomo, kij od szczotki to uniwersalna kobieca broń przeciw psychopatom. Zaglądam jeszcze do kuchni celem dozbrojenia się w wałek do ciasta i co widzę? Lodówka kłapie drzwiczkami, szuflady wraz z zawartością wykonują napowietrznego kontredansa, zaś na ścianie – krwią, względnie ketchupem – stoi wypisane eleganckim gotykiem: „Won stąd!”.
I wiecie, co jest najdziwniejsze? Wcale nie poczułam strachu, tylko najzwyczajniejszą frustrację. I w tejże frustracji ryknęłam, aż wirujące sztućce i szuflady zastygły w połowie piruetu: „Posłuchaj, TY przezroczysty sukinkocie, utrzymuję ten dom, więc jak chcesz tu mieszkać, to dorzuć się do czynszu i zamknij tę lodówkę, bo prąd drożeje, ty ektoplazmatyczny pasożycie”. Nagle zapadła cisza. Potem drzwiczki od lodówki się zamknęły, a szuflady wsunęły grzecznie na swoje miejsca. Tak, tak, duchy, w Polsce szybko rzedną, kiedy im wspomnieć o kosztach życia.
Po tygodniu nadprzyrodzonych atrakcji jednak uznaliśmy, że współlokatora z zaświatów trzeba się pozbyć. Mój facet napomknął o egzorcyście. Cóż, na oficjalną usługę z kurii nie było nas stać, wobec czego wynajęliśmy gościa z ogłoszenia w necie. Ogłoszenie brzmiało: „Egzorcyzmy, odczynianie uroków, spawanie plastiku – tanio!”. Ogólnie zachęcające. Przyjeżdża gość, taki trochę o aparycji uciekiniera z prosektorium. Kiedy pytam o cenę usługi, mówi półgębkiem: „Co łaska będzie. Na czarno robię, nie wybrzydzam”. Potem wyciąga z reklamówki butelkę po „Nałęczowiance” i zaczyna chlapać po ścianach czymś, co mocno zajeżdża spirytusem salicylowym. Coś tam sobie niezrozumiale mamrocze pod nosem, obracając w ustach przygaszonego peta. Kiedy docieramy do piwnicy, światło nagle zaczyna migotać, drzwi zatrzaskują się z hukiem, a ze ścian dobiega nieludzki, demoniczny skrzek: „Te, egzorcysta, wydaje ci się, że jak wydukasz kilka słów po aramejsku, to się wystraszę? He he, nic z tego ! A teraz nadstaw się, bo wsiadam w ciebie i na przejażdżkę! ”Gościu na to zsiniał, postawił gały w słup i jak nie rzygnie zielonkawą ektoplazmą. Prosto na moją nową sukienkę! Wściekłam się nie na żarty. Ociekając cuchnącym śluzem, wysyczałam:
„Zamknij pysk, ty zaświatowa galareto! Glucie międzywymiarowy! Pan tu robi na czarno, ubezpieczenia nie ma, więc jak w niego wleziesz, oboje zdechniecie z głodu, bo zasiłek mu nie przysługuje”.
I wiecie co? Na takie dictum demon, duch, czy co to było, odpuścił. Zrozumiał, że z wkurzoną niewiastą nie wygra. Jakiś czas potem mieliśmy spokój; chyba ducha dopadła nadprzyrodzona depresja.
Niemniej nie zniknął na zawsze. Gdzieżby tam! Wrócił, a nawet sprowadził kolegów. W obliczu klęski działań egzorcysty uznaliśmy, że nie mamy innego wyjścia, jak tylko przyzwyczaić się. Człowiek do wszystkiego się przyzwyczai. A ja pomału doszłam do wniosku, że mieszkanie z duchami ma swoje plusy, jeśli spojrzeć na to pragmatycznie.
Po pierwsze: oszczędzamy na sprzątaczce. Wisielec z garderoby nawet wyrzuca śmieci.
Po drugie: darmowa rozrywka. W długie zimowe wieczory wyciągamy tablicę ouija i wywołujemy duchy, żeby pograć w państwa-miasta. Trochę się wprawdzie kłócimy o punkty, bo wisielec z lat 60-tych wpisuje np. ZSRR lub Jugosławia, zaś jego koledzy dajmy na to „Bizancjum”, a kiedy raz pojawiła się „Asyria”, to nawet trochę się zaniepokoiłam.
Po trzecie: bezpieczeństwo. Wyobraźcie sobie, ostatnio próbowało się do nas włamać dwóch dresiarzy z łomem. Wleźli przez okno do salonu, a tu naraz lewitująca kanapa trzasnęła nimi o ścianę, z sufitu polała się na nich czarna posoka, więc kolesie tak szybko się ewakuowali, że zostawili własne portfele, kluczki od samochodu i prawie pełny worek z łupami, zapewne z innych włamów. W rezultacie jesteśmy po tym włamaniu finansowo nieźle do przodu.
Wniosek z tego taki, że jeśli szukacie taniego lokum, polecam domy po seryjnych mordercach oraz samobójcach. Duchy bywają uciążliwe, fakt, ale jak przegną, zawsze można im zagrozić wezwaniem skarbówki.
Zaręczam, że od razu umkną do piekła. Nie na zawsze, co to, to nie, ale po powrocie będą z nich całkiem pożyteczni lokatorzy.
Zośka
Sfinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.


Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł przelewem na konto Fundacji: BNP Paribas Bank Polska S.A. 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001