O wojnie Zośki

M. Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

HISTORIA MAGISTRA VITAE ?


Jestem z tych którzy widzieli
Ciepłe opary ludzkich wnętrzności
Słodką surowicę niezagojonych ran
Rzesze zadowolonych czerwi
Na ciele w głowach w drogich garniturach
Świat z którego zdarto skore
Ten świat konał nam w rękach (…)

Borys Humeniuk, „ Wiersze z wojny” (2014 – 2015)

Ogromne nieba suną z warkotem.
Ludzie w snach ciężkich jak w klatkach krzyczą.
Usta ściśnięte mamy, twarz wilczą,
Czuwając w dzień, słuchając w noc.

Krzysztof Kamil Baczyński „Pokolenie”, 1943

Z historii winniśmy wyciągnąć naukę, ale czy rzeczywiście pełni ona tę rolę? Poprzez dzieje ludzkości ciągnie się nieprzerwane, krwawe pasmo zbrojnych konfliktów. Wiemy, czym jest wojna i jakie są jej skutki. Nie jesteśmy nieświadomi niczym małe dziecko, które musi włożyć rękę w ogień, by się przekonać, że parzy. My jesteśmy ponoć dojrzali, cywilizowani.

I co? Ano nic! Dalej z zapałem prowadzimy wojny. W wielu miejscach na świecie nieustannie płoną ogniska konfliktów, niewyobrażalnie cierpią miliony ludzi. Nadal zabijamy się nawzajem z rozmaitych, niejednokrotnie, absurdalnych powodów; nie pomogło nawet dwa tysiące lat chrześcijaństwa. Od niedawna wojna rozgorzała również na wschodniej granicy Polski. Ja, urodzona piętnaście lat po II wojnie światowej, nie przypuszczałam, iż dożyję chwili, gdy nad Europą znów zawiśnie widmo zniszczenia. Nie minęło jeszcze osiemdziesiąt lat od zakończenia najstraszniejszego konfliktu w historii, wciąż żyją naoczni świadkowie tamtych okropieństw, a mimo to niektórzy przywódcy zdają się nie wyciągać żadnych wniosków z przeszłości lub być kompletnie pozbawieni wyobraźni (o empatii nie wspomnę). Ostatnio na horyzoncie zamajaczyła najgorsza zmora: groźba nuklearna. Przeraża myśl, że komuś może się zamarzyć wykrzyknąć patetycznie za Oppenheimerem: „I stałem się Śmiercią, niszczycielem światów”( jakże szatańsko kusi taka potęga!), a w rezultacie my zapłacimy za czyjąś megalomanię udziałem w tragedii, jaka po Hiroszimie nigdy więcej nie powinna się powtórzyć.


Otuchy w tej sytuacji dodaje jedynie zgodna reakcja większości świata, który mówi jednym głosem: „NIE DLA WOJNY!” Oby dzięki temu wspólnemu głosowi agresja Rosji na Ukrainę została powstrzymana. Osobiście ogromnie na to liczę. My, więźniowie, nie jesteśmy tu tak odizolowani od rzeczywistości, aby ten dziejowy wstrząs do nas nie dotarł, nie poruszył. Wśród nas również panuje niepokój. Niektórzy nie śpią po nocach. Leżą w celach i myślą, co będzie. Martwią się zwłaszcza ci pochodzący zza wschodniej granicy, którzy zostawili tam domy i rodziny. Chociaż muszę z przykrością nadmienić, iż są i takie osoby, które potrafią powiedzieć: „W Polsce też będzie wojna? No to wypuszczą nas z więzienia!”. Dla mnie jest to porażający przykład głupoty i egoizmu.
Dlatego nam wszystkim, aby nam nie zabrakło wyobraźni i abyśmy nie zapomnieli, dedykuję – niestety nadal aktualne – słowa poety najstraszliwszej wojny w dziejach ludzkości, któremu wojna ta odebrała młode życie, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego:

Gdy broń dymiącą z dłoni wyjmę
i grzbiet jak pręt rozgrzany stygnie,
niech mi nie kładą gwiazd na skronie
i pomnik niech nie staje przy mnie.

Bo przecież trzeba znów pokochać.
Palce mam – każdy czarną lufą,
co zabić umie. Teraz nimi
grać trzeba, i to grać do słuchu.

Bo przecież trzeba znów miłować.
Oczy – granaty pełne śmierci,
a tu by trzeba w ludzi spojrzeć
i tak, by Boga dojrzeć w piersi.

Bo przecież trzeba czas przemienić,
a tutaj ciemna we mnie siła,
i trzeba blaskiem kazać ziemi,
by z sercem razem jak krew bila.

(…)

I pośród nich jakże ja stanę
z garścią, co tylko strzelać umie,
z wiarą, co śmiercią przeorana,
z sercem, co nic już nie rozumie ?

(1944)

Zośka

Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

POLSKA OKAZUJE DOBRO – DAJE POMOCNĄ DŁOŃ W OBLICZU WOJNY

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

W takich sytuacjach wciąż wybrzmiewają mi słowa wiersza Wisławy Szymborskiej.

„Jacyś ludzie w ucieczce przed jakimiś ludźmi.
W jakimś kraju pod słońcem
i niektórymi chmurami.

Zostawiają za sobą jakieś swoje wszystko,
obsiane pola, jakieś kury, psy,
lusterka, w których właśnie przegląda się ogień.”

Mam nadzieję, że kiedyś ta empatia i wrażliwość na tragedię, którą dziś obdarzamy naszych ukraińskich przyjaciół, wejdą w nasz narodowy krwiobieg – bo na co dzień też pomagamy ale ten tydzień wojny scalił nas bardzo. Nasi bliscy przyjmują matki z dziećmi, zwierzętami, ofiarują im wszystko, aby choć przez chwilę czuli się bezpiecznie u nas, bo tego co mają w pamięci, nie wymażemy im.

Ja jestem z Lublina mieszkam blisko granicy. Mój brat, który zatrudnia dwóch Ukraińców w swojej firmie, sam czekał trzy doby na granicy na ich żony i dzieci, aby zawieść ich do naszego domu. Są to ludzie bardzo wdzięczni za okazaną im pomoc. Każdego dnia patrzę na obrazki w gazecie i TV i widzę płaczące kobiety, maszerujące biedne dzieci, które nie są niczemu winne. Widzę mężczyzn, którzy po odstawieniu najbliższych do przejścia granicznego i po ostatnim buziaku w mokry policzek dziecka, wracają na front, aby walczyć o odzyskanie swojego kraju. Takie widoki chwytają mocno za serce, bo czemu winne jest to nowo narodzone dziecko, dziewczynka walczącą o życie po postrzale? Zadajemy sobie pytanie, ile to ma jeszcze trwać, ilu ludzi ma polec, aby Putin odpuścił. Czy on tego nie widzi, jak ludzie cierpią? Bo My Polacy dostrzegamy i pomagamy. Są dobre i złe obrazy, ale my będąc tu w Areszcie Śledczym i oglądając takie wiadomości widzimy tylko zło – ja osobiście bardzo się boję o swoich bliskich i myślę sobie, czy będę mieć gdzie wracać?

Mam nadzieje, że kiedyś ta empatia i wrażliwość na ludzką tragedię wejdą w nasz krwiobieg, że już nigdy nie pozwolą patrzeć z obojętnością, tak jak jeszcze kilka tygodni temu patrzyliśmy na los innych uchodźców. Doświadczenie tragedii i zagrożenia nie musi czynić lepszym, ale współczucie jest przecież dobre. Dobre jest też współdziałanie państwa i obywateli, dobre jest niezwracanie uwagi na różnice poglądów, kiedy komuś trzeba pomóc. Marzę o Polsce, w której to dobro pozostanie i o Ukrainie, która nie będzie musiała mierzyć się z takim wielkim złem.

Jestem z Wami

Pozdrawiam ciepło,

EVELINE

Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Czym jest dla mnie wolność?

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Wolność…

Wolność słowa, umysłu, wnętrza…

Dla mnie te słowa również oznaczają wolność, lecz nie są jedyne. Przede wszystkim miłość jest wolnością. Prawdziwa, szczera w każdym geście, słowach, obietnicach czynionych. Poczuciu bezpieczeństwa, zaufaniu, przyjaźni partnerskiej, bez agresji słownej i nie tylko… Kochając, ufając, będąc bezpieczną, nie tkwiąc w toksycznym związku, niczym ptaszek w klatce. Dom, rodzina, poświęcenie – w moich oczach również jest wolnością, która daje Ci poczucie spełnienia i swobody i czystości umysłu, że dajesz najbliższym to, co najlepsze. Wolnością jest także wyswobodzenie się z nałogu, pozostawienie przeszłości w tyle i determinacja, motywacja do działania i walki z nim. Wolnością jest odbicie się od dna, desperacja ogarniająca umysł i chęć niesamowita, aby mieć wolność ciała, myśli serca – być wolną całkowicie. Nawet ciężka praca, która Cię czeka i trud, który Cię czeka, droga, która doprowadzi do celu – wolności 😊. Wolność, to czucie się swobodnie i dobrze z samą sobą, swoim ciałem, charakterem, sposobem myślenia, postępowaniem. Całkowicie wolna będę się czuć, gdy opuszczę mury tego miejsca, gdy to wszystko będę miała już za sobą, gdy będę przy rodzinie, Synku, Mamie, Partnerze. I po kolei będę spacerować po lesie, słysząc śpiew ptaków w tle, czując zapach igliwia, prowadząc sunię na smyczy, a każdego z moich bliskich trzymając za rękę, pokonując krok po kroku las, w który będziemy się zagłębiać z czystym kontem w moją wolność. Koniec tego miszmaszu tutaj w najgorszym wypadku będzie w przyszłym roku, pod koniec kwietnia. Wtedy, gdy przyroda odżyje, pąki na drzewach zaczną rozkwitać, a już w maju zapach konwalii przypomni mi, że to już za mną. A moja wolność – serca, duszy, ciała, umysłu – rozpoczęła nową drogę…  Z czystą kartą, na której to, co będzie malowane, zależy tylko ode mnie.

Pozdrawiam, do zobaczenia.

Taka Ja

Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

PRAWDZIWEGO PRZYJACIELA POZNAJE SIĘ W BIEDZIE…

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Powyższą, jakże prawdziwą, maksymę zawdzięczamy rzymskiemu filozofowi Cyceronowi. W miejscu, w którym przebywamy, bieda – nie tylko w znaczeniu materialnego niedostatku – jest udziałem nas wszystkich. Czy w takim razie mamy tu liczyć na znalezienie prawdziwego przyjaciela?

Zastanawiam się nad tym i najpierw zadaję sobie pytanie, co to właściwie jest prawdziwa przyjaźń. Potrzebuję jakiejś definicji, punktu odniesienia, wzorca do porównania z moją rzeczywistością. W ręce wpadła mi niewielka, ale bardzo pouczająca książeczka autorstwa benedyktyna, ojca Anslema Gruna, traktująca właśnie o przyjaźni. Pozwolę sobie zacytować niektóre ze stwierdzeń ojca Gruna:

„Bez przyjaźni życie staje się puste i pozbawione radości. (…) Ludzie, którzy nie mają przyjaciół, o wiele trudniej znoszą doświadczenia losu”.

„Przyjaciel jest najlepszym terapeutą, w doświadczeniach samotności i zranień. (…) Przyjaciel nie udziela rad. Po prostu jest przy mnie i dla mnie. Słucha mnie, nie oceniając tego co mówię. Mogę mu powiedzieć, co czuję, bez cenzurowania tego, co chcę powiedzieć. Wiem, że nie zrobi z tego użytku. (…) Prawdziwy przyjaciel trwa przy cierpiącym. Przechodzi z nim przez wszystkie trudności i biedy”.

„W anonimowości naszych czasów potrzebujemy miejsc, w których będziemy się czuli bezpiecznie jak w domu. Tam, gdzie są przyjaciele, jest dom”.

„Przyjaciel u boku daje nam siłę, żeby iść dalej, nawet gdy z każdej strony dopadają nas przeciwności”.

Obraz, który maluje ojciec Grun, budzi pragnienie, by zaznać takiej relacji z drugim człowiekiem. Zwłaszcza tutaj, gdzie wszyscy jesteśmy osamotnieni, gdzie nasze więzi z bliskimi „po drugiej stronie” są mocno ograniczone lub nawet zerwane, szukamy wsparcia i zrozumienia u towarzyszy niedoli. Ale czy je znajdujemy?

Moja odpowiedź na to pytanie nie jest szczególnie optymistyczna. Może decyduje o tym specyficzny defekt więziennego środowiska, w każdym razie niesłychanie trudno zdobyć się tu przede wszystkim na otwarcie się przed innymi. Bez otwarcia się nie ma relacji, jednak okazanie zaufania, że ten, kogo wybiorę na powiernika moich problemów, nie wykorzysta tego w najprzewrotniejszy sposób, najczęściej okazuje się skrajną naiwnością. Niestety, znakomita większość osób osadzonych w zakładach karnych przejawia skłonność do manipulacji, a plotka i obmowa święcą triumfy. W takim układzie ciężko o wsparcie – łatwiej o dostarczenie otoczeniu niezdrowej zabawy swoim kosztem.

Najwięcej „przyjaciół” w więzieniu posiada ten, kto ma najzasobniejsze konto, a przy tym hojną rękę. Trafnie ilustrują to kolejne starożytne, lecz wciąż aktualne słowa, zaczerpnięte z Księgi Mądrości Syracha: „Bywa przyjaciel, ale tylko jako towarzysz stołu, nie wytrwa on w dniu twego ucisku” (6,10).

I pisze dalej autor: „Jeśli zaś zostaniesz poniżony, stanie przeciw tobie i skryje się przed twym obliczem” (6,12). To kolejna cecha nagminnie spotykana w więziennym środowisku. Gdy przydarzy ci się niepowodzenie bądź przykrość, „przyjaciele” pierzchają, zamiast cię podtrzymać. Czy to oznacza, że jesteśmy tu skazani na samotne zmaganie się z losem i problemami? Na ogół niestety tak, choć zawsze zdarzają się owe przysłowiowe wyjątki potwierdzające regułę. Moje doświadczenie nie jest w tym względzie jednoznacznie negatywne, aczkolwiek rozczarowania są liczniejsze niż miłe zaskoczenia.

Czy spotkałam za kratami prawdziwego przyjaciela? Być może, ale to pokaże przyszłość. Tak czy owak, polecam jego poszukiwanie, chociaż z konieczną dozą ostrożności i rozwagi. Musimy się uczyć rozpoznawać właściwe osoby i powściągać przemożoną (acz w pełni zrozumiałą) chęć, by już natychmiast poczuć, iż ma się przyjaciela. Wówczas nie spotka nas niemiła niespodzianka. Mimo niesprzyjającego klimatu, nie porzucajmy nadziei, że i w tym miejscu rozkwitnie coś pozytywnego i pięknego, bo „kto nie ma przyjaciela, chodzi po ziemi jak obcy i nie należy do nikogo”.

Zośka

Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Rogi

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Zaczęło się niewinnie. Lekkie swędzenie głowy i przeczucie, które szybko mijało. Po pewnym czasie na mojej głowie pojawiły się dwa guzki. Wyczuwalne przy dotyku, ledwo widoczne. Trochę mnie zastanawiało, co się dzieje, ale jeszcze naiwnie udawałam, że jest okej. Problem zaczął się wtedy, kiedy te dwa guzki, niczym pędy fasoli, przebiły się przez skórę i ukazały w formie różków. Co prawda były niewielkie, jednak widoczne dla bystrego oka. Przykrywałam je włosami tworząc idiotyczne fryzurki. Przed jednymi udało się ukryć ten mój defekt, inni skumali bazę udając, że nic nie zauważyli, jednak patrząc na mnie ich wzrok i uwaga skupiały się mimo wszystko na mojej głowie. Czas mijał, różki podrastały kołtuniąc mi włosy i umysł. Coraz ciężej było udawać, że ich nie ma. Coraz bardziej głupio wyglądałam namiętnie ukrywając je włosami, jak łysielec tupecikiem gołe czoło… W końcu nadszedł dzień, w którym stając rano przed lustrem ujrzałam na swojej łepetynie dwie ogromne łopaty! Poroże godne łosia lub trofeum bezdusznego myśliwego. Totalna anomalia! Rozumiem, u zwierząt kopytnych, to powód do dumy, ale w mojej wersji dumna raczej nie miałam być z czego. I tego już przyklepać włosami nie szło. Co teraz? Udawać, że te rogi nie istnieją? Zamknąć się w celi i unikać ludzi? Zawiązać turban z ręcznika? Po jednym na róg, bo za skarbowe AŚ są dosyć niewielkie. Czy podpiłowywać pilniczkiem papierowym, co pewnie zajęłoby mi czas do końca wyroku. Zrezygnowana i zapoznana już z porażką usiadłam na łóżku, co nie było łatwe, kiedy zajmujesz dolną część piętrowego łoża, a z głowy wystają wysokie łopaty. Zgarbiłam się więc lekko, oparłam brodę na dłoniach i popadłam w zadumę. Jak będę teraz funkcjonować? Bo moje życie niewątpliwie ulegnie zmianie. Jak pokażę się ludziom? I skąd wezmę siły, żeby dźwigać ten ciężar na sobie? W końcu łosie, jelenie, renifery mają cztery nogi, mocny kark i łeb, a ja? Dźwigać codziennie swoją klęskę, która zmieniła mój wygląd i myślenie. Wstyd. Jak wstanę do apelu? Jak wyjdę na spacer? Z zadumy wyrwało mnie trzęsienie łóżka. To moja kumpela z górnego koja budzi się opornie dożycia. Chwilę później zeskoczyła z drabinki i zupełnie zaspana jeszcze stanęła przede mną, mówiąc:

– Ja pierdzielę! Grubo! Powiem ci, że poroże masz zajebiszcze! Hit!

– Ano mam. Tylko, co teraz?

– Jak to co? Nic! Trochę ponosisz i samo zleci, zwierzęta też je gubią. A tak, no co, latem przewiesi się sznurki, będziemy suszyć pranie na spacerniaku. Zimą powiesimy na nich bombki i światełka. Ciężkie pewno są, to fakt, ale plus jest taki, że wyrobisz sobie dzięki temu formę. Kondycję wzmocnisz, kręgosłup i siłę. No co? Ty nie dasz rady? A poza tym, niech się wstydzi ten, co widzi i ten, co je zmajstrował. Wiesz, jak to jest, co nas nie zabije, to nas wzmocni. Kobieto! Helloł! W kryminale jesteś, dajesz radę, to i te dwie łosiowe łopaty udźwigniesz.

Rozmowa dobiegła końca, zbliżał się poranny apel. Stanęłam przed lustrem i kawałkiem wstążki zawiązałam na jednym rogu kokardkę .Jak już są, to niech chociaż wyglądają 😊.

Babcia Charlotta

Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Baśka i Turysta – z okazji walentynek

Walentynka więzienna, fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Baśka i Turysta poznali się w liceum. Baśka uparta, zdystansowana, szalona, impulsywna – kobietka z maleńkim tobołkiem doświadczeń z tzw. dobrego domu. Turysta młodziutki duchem, pełen radości, uprzejmy, naiwny nastolatek, pełen optymizmu lekkoduch. Oboje trafili do jednej klasy, dalecy od planów zawierania jakichkolwiek relacji damsko-męskich. Tym bardziej, że Baśka odczuwała w trzewiach skutki świeżego rozstania i samotnego macierzyństwa. Traf chciał, że oszołomiony robotą Amor tak się zamierzył ze swojego łuku, że rąbnął grotem strzały Baśkę, która akurat swój wzrok skupiła na osobie Turysty. Ten, nie będąc obojętny na bezpośrednią bajerę Baśki, dał się uwieść. Wspólne słuchanie Scootera dzieląc się słuchawkami kozackiego walkmana Turysty na nudnych lekcjach j. rosyjskiego, zbliżyło tych dwoje na długie lata. Zaowocowało to u Baśki oceną mierną ze znajomości języka naszych wschodnich sąsiadów, a u Turysty nabyciem partnerki w pakiecie z córką. Baśka i Turysta stali się nierozłączni, a sam Turysta okazał się strzałem w dziesiątkę, jako materiał na męża i ojca. Chował Bronkę (pseudonim), jak własną córkę, stając się jej idolem i bohaterem. Wspólnie doczekali się drugiej córki, Zołzy (pseudonim). Baśka i Turysta zaczynali od zera, wspólnie budując pracując na swoją przyszłość. Jedno motywowało drugie. Kiedy Baśka pracowała, Turysta niczym wzorowa frauhouse, pełnił obowiązki domowe, nie tracąc przy tym męskości. Prał, prasował, sprzątał, zmieniał pieluchy, gotował. Kibicował Baśce, kiedy realizowała swoje plany. Poznali biedę, kiedy potrzeby Bronki i Zołzy były priorytetowe, sami sobie odejmowali od ust. Imali się każdej pracy, krok po kroku realizującswe plany. Zawsze razem. Zawsze obok siebie. Zawsze jedno za drugim. Turysta zachował zimną krew, kiedy Bronka złamała rękę czy spadła z roweru, okiełznując panikę Baśki. Baśka podejmowała ważne decyzje, obalając stwierdzenie ,,nie da się’’. Baśce zawsze się dało. Baśka i Turysta, to była jedność, wspólnie tworzyli fortecę nie do zdobycia. Nie potrafili długo spędzać bez siebie czasu. Uciekali z imprez towarzyskich woląc być we dwoje. Okazywali sobie bezgraniczną miłość, dzieląc się wszystkim na pół, z czego ,,większe pół’’ Turysta dawał Baśce. Rozpuścił Baśkę jak dziadowski bicz. Baśka Turyście uchylała nieba. Jako małżeństwo stanowili luzacką, szczęśliwą i zakochaną parę. Kiedyś Turysta przyniósł kawałek szarlotki zawinięty w serwetkę, którą poczęstowała go pewna pani, u której wykonywał prace sezonowe. Położył na stole lekko pokruszony kawałek, mówiąc do Baśki ,,wiem, że lubisz, nie umiałem zjeść bez Ciebie’’. Wielokrotnie zaskakiwał Baśkę: bukiecikiem stokrotek zebranych z ogródka na imieniny, kiedy liczył się każdy grosz. Czy bukietem z 200 sztuk peonii na urodziny, kiedy byli u szczytu. Liczyli się tylko oni i córki, plus psy zwane piesami i kot – oni – crew. I tak przez 20 wspólnych lat. Do dnia, kiedy Baśki zabrakło. W 2019 r. Baśka trafiła do Aresztu. To był początek końca. Preludium rozpaczy tych dwojga – pary, małżeństwa, przyjaciół, którymi byli. Baska trafiła do innego świata. Dla Turysty cały świat legł w gruzach. Ona płakała, tęskniła, upadała emocjonalnie tu. On płakał, tęsknił, upadał tam, walcząc jednak o Baśkę. Poruszał niebo i ziemię, żeby Baśka wróciła, żeby niczego jej nie brakło. Walczył każdego dnia o nią i z samym sobą. Nie umiał i nie chciał żyć bez Baśki obok. Nie potrafił sam robić niczego, co robili oboje. Szalał z niemocy i tęsknoty. Codziennie przyjeżdżał pod areszt, stając pod murem, by ,,być’’ z Baśką. Nawoływał, puszczał piosenki, wszystko po to, by Baśka czuła, że on jest i kocha. Był pod tym murem każdego dnia przez 18 miesięcy. W deszcz, śnieg, burzę i mróz. Czasem spał w aucie całą noc mając poczucie jedności z Baśką. Słał tony listów ozdobionych rysunkami, był gotowy od rana na każde widzenie, był zawsze obok. Wspierał Baśkę, ile miał sił i ile mógł. Czekał na powrót Baśki, planował przyszłość. Jednak rozłąka stała się zbyt ciężka dla nich obojga. Baśkę przerastał stres, widmo wyroku, ciężar obawy, że Turysta nie udźwignie życia bez niej. Turysta upadał, uciekał w ,,zło’’, żeby nie myśleć trzeźwo. Zagłuszał ból i nieobecność Baśki. Ranił siebie wyrzutami sumienia i bliskich zmianą, jaka w nim zaszła. Pewnego dnia bańka pękła. Baśka usłyszała dwa wyroki. Jeden 8 lat więzienia, dwa dni później drugi – dla niej wtedy dożywocia – wydany przez Turystę. Oznajmił przez telefon ,,To koniec, zakochałem się.’’ Baśce runął świat, chciała tylko uciec. Nie zdążyła powiedzieć, że boi się tylu lat tu, że go potrzebuje i kocha. Żeby dbał o siebie i córki. Żeby jej nie zostawiał jak przyjaciel, którym był i przyrzekał na ,,paluszek’’ (taki gest, kiedy łapali się za małe palce u dłoni), że był, jest i będzie. Nie powiedziała, odłożyła słuchawkę i odeszła dusząc szloch. Wiedziała, że nie może okazać słabości, nie tu. Przybrała maskę uśmiechu i obojętności, choć w środku wyło zranione zwierzę. Baśka wiedziała, że jej życie, które miała, umarło, a z nim Baśką, którą była przy Turyście. Każdego dnia czuła, jak traci wszystko, co kochała. Zapadała się w sobie, trawiła z trudem swój ból. Pewnie przekroczyłaby rubikon własnej autodestrukcji, gdyby nie silne wsparcie dziewczyn stąd, które stawiały Baśkę do pionu napędzając do działania, walki już wyłącznie dla siebie i o siebie. Baśka po pół roku doszła do formy – silniejsza, pewniejsza siebie, czasem tylko rana w sercu przypominała o sobie swędzeniem. Baśka przestała usilnie doszukiwać się winy w sobie, wyobrażać ,,chore obrazy’’, walczyć z wiatrakami jak Don Kichot czy płakać w ukryciu słysząc piosenki, które puszczał jej Turysta. Baśka stała się inną Baśką. Zahartowała się zamykając na uczucia. Umiała już przetrwać święta, walentynki, urodziny bez Turysty, bez składania sobie życzeń, jak zawsze przez 20 lat. Los jednak bywa przewrotny. Baśka nie wiedziała, że za kilka miesięcy stanie tu, w więzieniu, oko w oko z kobietą, która świadomie stawiała mur między Baśką, a Turystą, zajmując jej miejsce. Tym razem Baśka była na to gotowa. Nie przewidziała jednak, że za tą kobietą pod murem pojawi się Turysta, brutalnie zrywając szwy z gojącej się rany w środku serca. Ale to już inna historia, na inny artykuł.
Walentynki – dzień zakochanych. Miłość, to piękne uczucie, i warto kochać. Ta historia, to obraz miłości dwojga ludzi, którzy razem mogli wszystko, bez siebie nie potrafili nic. Przerosło ich rozstanie zbyt długie, zbyt niespodziewane. Jak mawiał Baśce Turysta: ,,Ja bez ciebie nie żyję, ja funkcjonuję. Bez ciebie umiera dobry ja’’. Poranili się okrutnie. Może czas uśmierzy ból i żal. Może kiedyś będą umieli ze sobą rozmawiać… Jabłko jest piękne, kiedy łączą je dwie połówki. Rozdzielone obsychają, tracą kolor i gniją. Życzę Wam miłości – silniejszej i trwalszej niż miłość Baśki i Turysty, ale równie pięknej.
Baśka

Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Jeden dzień z życia „recydywistki”

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Czy może być coś ciekawego w dniu więźnia? Dzień jak co dzień, każdy podobny do kolejnego w kartce kalendarza. Niczym się praktycznie nieróżniący, kolejna kartka spadająca z kalendarza, dzień bliżej wolności. 

Pomyślałam sobie, że napiszę, jak to jest z mojego punktu widzenia, tak jakbym pisała pamiętnik. Tak, jestem recydywistką, czyli drugi raz karana, przebywająca drugi raz w tym miejscu. Nic, czym można się pochwalić, a wręcz wstyd. Ale dobra bo przecież to nie o mnie ma być a o tym dniu w tym miejscu. 

Mam nastawiony budzić na 6:30, by wstać i zrobić kawę, nie tylko dla siebie ale też dla koleżanek z celi. Bo co to za picie kawy w samotności, nie smakuje tak samo. Gdy tylko stwierdzę, że już trzeba wstać, to ta kawa jest już zrobiona przez Młodą (tak mówimy na jedną z celi). Przecież rano ciężko jest wstać skoro i tak nic nowego się nie wydarzy. Można zrobić harmonogram dnia według czynności, które nie ulegają zmianie w tygodniu. I z tego mojego zrobienia kawy, wychodzi tak, że mam podaną kawę „do łóżka” – postawiona na krzesło obok. No tak, ale zaraz trzeba wstać bo apel, a nie można być w piżamie. Ale i na to też mam sposób, założenie spodni na piżamę – przecież nie widać co mam pod spodem. Gdy tylko przejdzie apel, czas się obudzić i zacząć funkcjonować w tym miejscu. A więc „kąpiel” i poranna toaletka zrobiona. Szybkie doprowadzenie siebie do stanu użyteczności, w miarę zrobiony makijaż dla poprawienia własnego nastroju. 7:30 przyjeżdża śniadanko, nic specjalnego, ale dziś akurat jest salceson – dziwne ale przez naszą celą lubiany. Taka kanapeczka z salcesonem musztardą i ogórkiem kiszonym, jest czymś innym niż z „dziwną wędliną”. Śniadanie zjedzone i oczekiwanie na pracę. Mam te szczęście, że pracuję w radiowęźle. Wychodzę do pracy codziennie przed 9 godziną. 

Czekając na wyjście, w głowie myśli jedne: co dziś moje dziecko powie mi przez telefon. Ostatnio mnie zaskoczyło, bo usłyszałam „mamo już za 11 miesięcy i 21 dni będziesz w domu”. Syn, który ma 9 lat, odlicza dni do mojego powrotu. Nie ma nic piękniejszego dla matki w tym miejscu, że dziecko czeka, ale też nic gorszego jednocześnie. Jak bardzo go skrzywdziłam, jak mu mnie brakuje. Otwiera się klapa (drzwi) i wychodzę, chwila która jest z jednej strony rutyną, ale też odskocznią w tym miejscu. Każdy dzień wygląda inaczej. Mam możliwość będąc w pracy patrzenia przez okno, nie ma pleksy. Widok jadącego pociągu, jest niby czymś normalnym, ale jak się ostatnio dowiedziałam, że nie. Pracuję już 2 lata w tym miejscu i zostałam zaskoczona przez koleżankę z pracy. Nigdy nie wpadłam na pomysł, by policzyć wagony w pociągu, a ona tak, i się okazało że każdy pociąg przejeżdżający ma po 6 wagonów. Dziwne, ale cóż. Nigdy się nie zagłębiałam w tym, ale jak widać każdy ma swój sposób patrzenia. 

W pracy jak nie jakaś audycja do przeczytania, to trzeba coś napisać do gazetki, bo tworzymy też swoją więzienną gazetkę. I tak mija dzień do obiadu, do godziny 13:00. Przerwa na obiad i udanie się do celi. Szybka kontrola przez wejściem na celę. I z powrotem można poczuć się jak kurczak zamknięty w klatce. Nie wiadomo co dziś kucharz przygotował, więc czekając na niewiadomą robię zupkę chińską – niezawodny składnik jadłospisu więźnia. Jak zwykle, kuchnia nie zaskoczyła, bo bigos z ziemniakami, szkoda, że to z nazwy jest tylko tym daniem. A tak na obiektywne oko: pozostałości po kapuśniaku. Ale przecież  nie mamy co narzekać, bo jest lepiej niż w szpitalach. 

I tak w przerwie obiadowej obejrzany kolejny magiczny serial, który leci w telewizji, by czymś zająć głowę, by nie myśleć o domu, dzieciach. Najlepszym rozwiązaniem, by głowa nie wysiadła, jest robienie czapek na szydełku, wtedy czas leci szybko a myśli same uciekają. 

Ostatnio mamy z Gabrychą dobry ubaw widząc reklamę Fundacji McDonalda, to nam przypomina,  by wziąć szydełko i robić kolejną czapkę. Niby reklama a jednak w jakiś sposób wypełnia nam nasz dzień. I otwiera się klapa i wyjście do pracy. I radość jak nic, bo przyszła nowa włóczka od fundacji na czapki, a co za tym idzie, mamy co robić na celi. Nowe kolory, jasne, więc już wyobraźnia działa na całego, jakie mogą powstać czapki, jak połączyć kolory. I na dzieleniu włóczki mijają kolejne godziny i słyszymy „możecie iść do domu”. Fajnie tylko dom to mam za brama, i żeby to było takie proste. Nacisnąć klamkę i wyjść za bramę. 

Zanim udam się na celę czeka mnie najprzyjemniejsza chwila w ciągu dnia – wykonie telefonu do dzieci. Możliwość rozmowy z nimi, chociaż jest to tylko albo aż 6 minut to bezcenne. Można tyle się dowiedzieć, co mnie omija z ich życia. I tak dziś syn mnie uświadomił, że umie jeździć  na łyżwach i ma zamiar mnie tego nauczyć po wyjściu moim. Mój mały synek a jaki już samodzielny. 

I tak minął w większości dzień. Nic specjalnego, ale to dzień, który przybliżył do wolności. Na celi jak zawsze czeka na mnie ciepła herbatka, i trzeba wziąć się szydełkowania, by głowa nie eksplodowała od nawału myśli po telefonie. 

O 19:00 apel i można się umyć i wskoczyć w piżamkę. Coś obejrzeć, poczytać i zasnąć z myślami, że jeszcze chwila bo już nie 11 miesięcy i 21 dni a 11 miesięcy i 20 dni do wyjścia. Jeden dzień a jak dużo znaczy. 

Pozdrawiam Zołza

Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Stalowa Wola

Widok z okna, fot. Blondi
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Długie, jesienne wieczory. Słota za oknem. A ja się zastanawiam, przez które okna uwielbiałam wyglądać.  Przecież lubię wracać tam, gdzie byłam już. 

Pierwsze okno, które przychodzi mi do głowy, to okno mojego pokoju z dzieciństwa. Wracam myślami do czasów, gdy mieszkałam z rodzicami i siostrą.  Uwielbiałam widok z tego właśnie okna, ponieważ widziałam las, który o każdej porze roku wdzięczył się do mnie różnymi barwami. Zmienna pogoda na dworze sprawiała, że bywał stateczny, albo wirował za sprawą wiatru. Mój dom rodzinny to miejsce, gdzie czułam się bezpieczna i miejsce pełne miłości. A moja rodzinna Stalowa Wola to wspaniali ludzie, którzy kształtowali i mieli wpływ na moje życie. Moje pasje. Z wielkim sentymentem zawsze powracam tam, a w pamięci mam zachowane mnóstwo cudownych wspomnień. Teraz po latach gdy wracam do Stalowej Woli już z moimi dziećmi, odwiedzamy wspólnie miejsca, gdzie ja spędzałam czas będąc w ich wieku. I wydaje mi się, że te miejsca nadal mają moc, bo moje dzieci również pozytywnie je odbierają. Fajnie spotykać się ze znajomymi ze szkoły podstawowej czy liceum – tym razem we większym gronie, z naszymi partnerami oraz dziećmi. Jest inaczej jak kiedyś, ale równie przyjemnie. Świat nie stoi w miejscu i z perspektywy lat można dostrzec jak wiele się zmieniło w infrastrukturze. O polityce nie lubię rozmawiać, gdyż moja mama ukończyła politologię, i do dziś tak mam, że gdy zaczynają się wiadomości prowadzi z tatą żywiołowe dyskusje i ja zwyczajnie daję dyla. Muszę jednak przyznać,  że miasto ma dobrego gospodarza.

Obecnie mieszkam na wsi nieopodal Ostrołęki. Takiej wsi, że nawet nie ma sklepu, czy komunikacji. Do miasta mam 10 km. Jednak coś za coś. Spokój, cisza, cudowna przyroda. Widok z okna również na las. Ten las był i pozostał. Zamieszkuję z miłością mojego życia i czworgiem przekochanych naszych pociech. Mamy psa oraz trzy koty. Z tymi kotami to ciągle się zmienia, ponieważ nasza kotka Monisia chodzi swoimi ścieżkami. Szkoda, że z ustaleniem ojcostwa danego miotu jest problem, bo pobierałabym alimenty. Żart. 

Zawsze chciałam mieć dużą i szczęśliwa rodzinę. I taką mam. Mamy apetyt na życie i to sprawia, że nigdy nie jest nudno.

Lubimy również patrzeć przez okna, z których widok jest nam nieznany. Podróże to wspólna pasja. Te małe i te duże.  Zawsze uważałam, że budynek jako dom to tylko dodatek. Liczą się domownicy i to oni sprawiają, że uwielbia patrzeć się przez okna i widok nigdy się nie nudzi.

Blondi 

Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Bieda w więzieniu, wielogłos

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

1.

Dla jednych bieda jest postrzegana przez brak środków materialnych, ale dla mnie przebywającej w Areszcie, bieda oznacza izolację od rodziny. Codzienny telefon przez 5 minut i 3 razy w miesiącu widzenie przez godzinę to jest naprawdę za mało. Brak kontaktu fizycznego na co dzień, to że nie mogę uczestniczyć w podstawowych czynnościach, tj. zaprowadzenie dziecka do szkoły, czy pomoc w odrobieniu lekcji, a nawet ugotowaniu obiadu. 

Czuję się naprawdę biedna, ale za kilka tygodni moja bieda się skończy i będę bardzo bogatym człowiekiem. I takiego szczęścia życzę wszystkim.

Grzeczna 🙂

2.

Bieda w więzieniu – różnie to można interpretować. Osobiście nie dotknęła mnie bieda materialna, brak pomocy ze strony bliskich.

Owszem pierwszy okres po trafieniu do Zakładu Karnego jest najtrudniejszy, gdy musimy czekać na pierwsze widzenie, pierwsze paczki, gdyż nie każdy trafia sam dostając bilet na odbycie kary. Wiele osób zostaje doprowadzonych z różnych okoliczności i po prostu nic na start się nie ma. Gdy już uda nam się nawiązać kontakt z rodzinami, to zyskujemy wsparcie z zewnątrz i pomoc, która tu jest potrzebna. Wtedy bieda nas nie dotyka. Więzienie daje nam tyle, ile uważa, że starczy nam na przetrwanie, w końcu to jest kara.

Do biedy zaliczam rozłąkę z bliskimi, „rozdarcie” więzi, smutek, tęsknotę… jeden telefon dziennie, 5 minut, czy dwa widzenia w miesiącu powodują pustkę w głowie, sercu i tą biedę fizyczno-psychiczną.

Reszty spraw nazwać biedą nie mogę, gdyż mając dobry skład w celi, robiąc ciasta, sałatki itd. z pomocą z zewnątrz daje się przetrwać monotonne odbywanie kary. Czy biedą można nazwać: ptasie mleczka, karpatki i inne kreatywne pomysły dziewczyn? To już samemu trzeba ocenić.

Miszania

3.

Bieda w kraju, bieda w więzieniu, no cóż ciężko jest łatwo żyć, dlatego też wychodzę z założenia, aby cieszyć się tym co mam.

Czasem zastanawiam się, czy nie powinniśmy się właściwie cieszyć z tych śniadań oraz kolacji na słodko, można powiedzieć tak po francusku te słodkie rarytasy, miodek prosto z pasieki zawierający cudowne właściwości. Tak sobie myślę, czy to nie wspaniałe, że technologia tak ruszyła do przodu, u nas pszczółki są tak mądre, że ten miodek składają chyba bezpośrednio do baniaczków, bardzo podobnych do tych, w których jest sprzedawany płyn do spryskiwaczy do samochodów. A dżemik, raz serwują nam go o smaku truskawka lub wiśnia, ilość owoców jakie on zawiera dostarcza nam bogatą pulę witamin. Te urocze trzy podusie, tak urocze i mięciusie w zestawie dwa kocyki w dotyku niczym dla dzieci, wykładzina z myszką miki. Wszystko cacy, poza tymi pleksami, bo oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba.

Iga

4. 

Osobiście nie odczułam biedy w więzieniu, jeśli chodzi o rzeczy materialne. Słowo bieda może również oznaczać tak jak dla mnie, 5-cio minutowe telefony, jednogodzinne widzenie z bliskimi, które są dwa razy w miesiącu. Biedą dla mnie jest również to, iż będąc na oddziale P1 czyli „zamek”, nie można się swobodnie poruszać po „peronie”, tyczy się to również spaceru, który trwa zaledwie tylko godzinę.

Madlenn

5. 

Biedą jest łaźnia 2 x w tygodniu, telefon 5 min 1x dziennie, widzenia 3 x w miesiącu (jeżeli jesteś szczęśliwym więźniem zP2), biedą jest jedna paczka podpasek i dwa papiery toaletowe w miesiącu. Biedą można też nazwać ograniczoną liczbę odzieży własnej ( 5 gór i 3 doły dla P2 i 3 góry i 2 doły dla P1) . Biedą jest brak cukru do porannej kawy zbożowej, bieda jest brak warzyw i owoców, spacer 1 godzina, raz dziennie. Biedą można nazwać palenie pół skręta czekając, aż przyniosą wypiskę. A prawdziwą nędzę można poznać, wtedy, kiedy nie mamy nikogo na zewnątrz. Nikt bliski nie pomoże, nie wyśle paczek z artykułami higienicznymi, nie kupi karty do telefonu, nie poratuje ”dobrym” słowem.

Dobra rada:

– rzuć palenie

– rzuć picie kawy

– rzuć słodycze

– walcz o pracę … z czasem etat płatny

– zaciskaj zęby – PRZETRWASZ!

Bella


Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.

Bieda w więzieniu cz. 2

Fot. Małgorzata Brus
Właścicielem i wydawcą bloga eWKratke jest Fundacja Dom Kultury

Bieda w więzieniu – dla każdej z nas bieda ma inne znaczenie. Zależy też, jaka „bieda” najbardziej doskwiera. Moim zdaniem: bieda emocjonalna jest kalectwem, ponieważ bez emocji, których w tym miejscu mamy nadmiar, osoba zapewne funkcjonuje jak robot, albo na zasadzie słów z jednej piosenki- jeść, pić, spać – jak tamagotchi…

Człowiek też jest biedny będąc samotnym, nie mając nikogo po drugiej stronie (tego typu bieda miałaby na pewno największy wpływ na moją osobę – bez dwóch zdań). Raczej jest bardziej bolesna niż ta finansowa… Cóż tego, że półki pełne, gdy w serduszku pustka? Oczywiście, że brak pomocy finansowej z zewnątrz jest uciążliwy bardzo, ale nie mając nic, człowiek zaczyna doceniać każdą nawet najmniejszą pomoc… każdy najmniejszy gest, każdy grosz… Do „biedy finansowej” można „jakoś” się przyzwyczaić… Ale do „biedy” dotyczącej samotności? Raczej niemożliwe, bynajmniej nie w moim przypadku 🙂 Bliscy, miłość, emocje są bogactwem.

Pozdrawiam gorąco,

TAKA JA


Bieda w więzieniu przejawia się w kliku formach. Jest warstwowa.

Bieda potrafi sięgać do żołądka przez serce, aż do głowy.

Najczęściej się o niej słyszy, nigdy się chwali. Bieda to zdania:

– bieda bez tych widzeń, wszyscy chodzą, a mnie nikt tak daleko nie odwiedzi,

– nie mam nikogo, mąż zmarł, dzieci za granicą, człowiek taki sam jak palec, bieda mówię Ci,

– biedny człowiek bez tej miłości,

– jak ja bym chciała mieć takie problemy, jęczeć na takie duperele, bieda, mówię ci, do ortopedy się nie mogę dostać,

– zjadło się ten obiad, ale nic się więcej nie ma, bieda jak nigdy wcześniej,

– bieda to więzienna herbata,

– ale bieda w tym kryminale, nawet nie grzeją kaloryfery,

– wychowawca K. O. na urlopie, biblioteki nie ma – bieda bez tych książek,

– Boże, nawet w kantynie nie ma plastra, no bieda!

– ten jeden telefon to jakaś bieda!

– koleżanka skończyła terapię alkoholową, powiedzieli, że dobrze rokuje koniec resocjalizacji jej, a człowiek taki biedny, nawet uzależnień nie ma,

– bieda bez tej pralki, suszarki, żelazka,

– bieda, nie mieć tak celu.

Pełnoletnia


Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.