

Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.


Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.


Jeśli myślicie, że posiadanie talii kart w celi, jest równoznaczne z grą w tysiąca czy makao, bardzo się mylicie. Karty w tym miejscu, służą zwykle do wróżb. Znaczenia poszczególnych kart, jeśli się chce, można się prędko nauczyć od koleżanek starszych stażem. Pytanie pasjansa o różne rzeczy, jest tu nagminne. Przez kilkanaście miesięcy, które tu spędziłam, musze przyznać, że z moich obserwacji wynika, iż niektórzy bardzo poważnie do tego podchodzą. Co ja o tym sądzę? W tym momencie pojawia się uśmiech na mojej twarzy. Ponieważ osoby, które stawiają karty, sporo o nas wiedzą, będąc z nami w celi 24 godziny na dobę. Przepowiednie są mocno naciągane. Rok temu byłam osadzona w celi ze starszą kobietą, która słowa naciąganej celowej wróżbitki brała jako pewniak. Szkopuł tkwił w tym, że owa wróżbitka jej nie lubiła. Nigdy przepowiednie nie były dla niej pozytywne, a ona się zamartwiała. Obserwowałam tę sytuację przez dwa miesiące. W pewnym momencie coś we mnie pękło. Pamiętam, że sięgnęłam do torby po karty i powiedziałam że tak samo jak ona umiem wróżyć. Chwilę później leżały rozłożone karty na stole. A ja zaczęłam przepowiadać przyszłość. Co powiedziałam? Otóż to, że następnego dnia o 6 rano zaświeci się w celi światło, około 7 będzie apel, że wypije mocną kawę, która postawi ją na nogi, że pójdzie odświeżyć się na łaźnię – lecz nie gwarantuję ciepłej wody i jeszcze kilka rzeczy, które były jasne jak słońce. I tym sposobem nasza celowa wróżbitka się uspokoiła, a starsza pani przestała jej słuchać z otwartymi ustami. W Areszcie można również usłyszeć o wielu przesądach. Gdy ktoś kichnie, nie życzysz mu stu lat, zaś wolności. Inny przesąd prawi, że gdy umyjesz okna – zmienisz celę. Gdy usłyszysz upadające klucze po drugiej stronie drzwi (klapy) celi, oznacza to, że ktoś opuści te frustrujące mury. Gdy masz wokandę – rzucasz butem o drzwi celi i sprawdzasz, w która stronę się ustawi, gdy się wychodzi na wolność, podobno warto – tak zapobiegawczo złamać szczoteczkę do zębów i zabrać ze sobą buty. Ma to zagwarantować, że się więcej tu nie wróci. Nie można również obracać się za siebie.
Czy coś z tych przesądów wezmę dla siebie? Tak, nie zamierzam wracać do przeszłości i oglądać się wstecz. Zacząć z czystą kartką, którą zapisze najlepiej jak umiem. Nie wrócić więcej do celi, która przypomina norę – oborę.
BLONDI
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.


Bieda w więzieniu, cz. 1
Jeśli mielibyśmy odpowiedzieć na pytanie, z czym kojarzy nam się bieda, większość z nas odpowiedziałaby, że z bezdomnością, czy brakiem jedzenia. Ale czy możemy być „biedni” w więzieniu? Przecież mamy zapewniony dach nad głową i codziennie ciepłe posiłki…
Wbrew pozorom jesteśmy biedni, ale ubogość więźniów polega na czymś zupełnie innym niż ludzi na wolności.
Jesteśmy pozbawieni:
WOLNOŚCI – nie mamy możliwości wyjść gdziekolwiek sami. Praktycznie cały swój czas spędzamy zamknięci w celi. Zwykłe wyjście do sklepu jest marzeniem wielu z nas.
RODZINY – tęsknota za rodziną jest ogromna. Omija nas wszystko przy czym fizycznie nie możemy być. Dorastanie naszych dzieci czy pomoc starszym rodzicom.
CZUŁOŚCI – brak czułości doskwiera nawet największym twardzielom. Niemożliwe jest codzienne przytulenie własnego dziecka czy pocałunek z ukochanym.
INTYMNOŚCI – jest to sfera praktycznie nieosiągalna. Przebywając na niewielkim metrażu w 5 osób, nie pozwala to na własną strefę komfortu, intymności, czy pobyciu po prostu samym.
Niektórzy mogą powiedzieć „przecież więźniowie mają całkiem dobrze, wszystko zapewnione”. Ale jeśli człowiekowi zabierze się wolność i rodzinę, przyziemne rzeczy przestają mieć takie znaczenie. Na tym polega właśnie nasza kara i bieda. I tu sprawdza się powiedzenie: „DOCENIA TEN, KTO TRACI”.
Kalenka
Bieda w więzieniu? Zależy, z której strony podejdziemy do tematu. Bieda w tym miejscu ma wiele wariantów. Możemy być biedni pod względem finansowym. Brak pomocy materialnej, takiej jak odzież, chemia, czy same pieniądze na„wypiskę”, jest przykry. Niestety, na samej chemii i odzieży skarbowej oraz wyszukanych kulinariach więziennych nie da się przetrwać, dlatego np. zupka chińska jest prawdziwym rarytasem, a paczka odzieżowa największą radością.
Jest też bieda umysłowa. Niestety, spotykam ją zbyt często w tym miejscu. Nie chodzi mi tutaj o to, czy ktoś jest bardziej mądry, czy mniej. Czy ktoś skończył 5 fakultetów, czy 5 klas podstawówki. Wiele osób, niezależnie od statusu, trochę zatraciła się w tym miejscu, gdzie już dawno zniknęło człowieczeństwo. Rozumiem, okey, to więzienie, szkoła życia, trzeba być znieczulonym na przykrości. Ale może każdy z nas powinien pomyśleć i zechcieć znowu być człowiekiem.
Bożenka
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.


Cisza, ciemność, wszystkie już zapadły w sen… Jest już po północy, na niebie skrawkowo widzianym przez jedne i drugie kraty, spogląda w oddali na mnie Księżyc w pełni, z nieodgadnioną miną… A jedyna mocno świecąca gwiazda kusi jakby ukazując drogę niczym niemy drogowskaz… Patrzę przed siebie, pomimo że blinda utrudnia spostrzeżenie czegokolwiek, spoglądam w dal, wyostrzając wzrok, niczym w obrazki 3D, które oglądałam i spostrzegałam wzory na nich, mając 15 lat… Za granicą między światów, od których oddziela mnie pleksa, majaczą światełka w oddali, wiem czym są,potrafię je nazwać, znam je od tamtej strony…
Tym najdalszym, które spostrzegam, jest znak ostrzegawczy postawiony przy torach – tak jakby przypominało, z jednej czy drugiej strony… Granicę przekraczaną do tego miejsca za grubymi, zimnymi, obserwowanymi od wewnątrz murami otaczającymi więzienie… I drogę powrotną… Sygnalizujące, zielone światło, mówiące że na Ciebie już czas! Abyś wróciła, czy wrócił do Domu! Tam, gdzie TWOJE MIEJSCE JEST NA ZIEMI, tak upragnione… Kilka bliżej światełek migoczących, zapalających się co dzień o wyznaczonej godzinie, tak jak apel, czy posiłki, tutejsza codzienność… Wiodą boczną ulicą, umykającą, niedostępną…
Te najbliższe, najbardziej dostrzegalne. Niby najjaśniej świecące, ale „niby” – bo nieprzyjemne, przypominające, co tu robię,gdzie jestem… Jeszcze kilka miesięcy temu chętniej stawałam w mroku przy oknie, opierając się łokciami, zamykałam oczy wsłuchując się w odgłosy dochodzące z lasku nieopodal, po bokach torów, za umykającą ulicą…
Ciche trele ptaków skrytych w koronach zielonych liści, nie tak częste ,jak nad ranem ale chociaż taka namiastka wolności, za którą tak bardzo tęsknię…
Nastała jesień, noce mroźne, rześkie, ale nieprzyjemne, gdy powiewa chłodem… Już nie poświęcam tyle sennych chwil na oddanie swoich myśli, pragnień nocy… I dnia, na który czekam! Z każdym zapaleniem świateł, nieprzyjemnych reflektorów, jestem o dzień bliżej zielonego światła, wskazującego „Drogę do Domu”… Każdej nocy nadal spoglądają na mnie coraz bardziej rozumnie, przyjaciele… Księżyc i Gwiazda jasno świecąca, która zawsze już będzie wskazywać mi drogę do mojego miejsca na Ziemi- DO DOMU, DO WAS <3 <3 <3 P. J. M. …
Pozdrawiam gorąco,
TAKA JA
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.


13 październik, środa
Od dzisiaj zaczyna mi się urlop… jak co roku mam problem gdzie wyjechać? Więc standardowo zostanę w więzieniu. W końcu na
wokandzie m.in. usłyszałam, że zasadą wyroku jest odbyć go w całości. Tragedia. Dzisiaj dostałam uzasadnienie wyroku. Zarzucono mi
np.: że nie przygotowałam się na wolność bo nie ukończyłam żadnego kursu, a w każdym komunikacie odnośnie naboru na kursy jest
warunek: „dla chętnych, którzy mają maksymalnie 2 lata do końca kary bądź 2 lata do nabycia praw do warunkowego zwolnienia”. Czyli
ja dwa lata temu, czyli jak była pandemia, czyli jak nikt nie wchodził z wolności.
Postanowiłam od dziś notować co się wydarzyło.
14 października, czwartek
15 października, piątek
Różaniec.
16 października, sobota
Różaniec.
17 października, niedziela
Różaniec.
18 października, poniedziałek
Różaniec.
19 października, wtorek
Różaniec.
20 października, środa
Różaniec.
21 października, czwartek
Różaniec. Spacer.
22 października, piątek
Różaniec. Spacer.
Obiad: barszcz biały, burger rybny 1 szt., kapusta kiszona, ziemniaki,
Kolacja: jajka gotowane 2 szt.
23 października, sobota
Różaniec.
Pełnoletnia
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Vivo sin vivir en mi (Żyję w rzeczywistości nie żyjąc – św. Jan od Krzyża)
Kończy się noc, a ja wracam z krainy sennych marzeń, by wpaść w koszmar rzeczywistości. Nie chcę otwierać oczu i choć świadomość dopada mnie bezlitośnie, nie chcę jej witać. Siłą woli zwlekam się z łóżka, nim głód narkotyczny sprawi, że stanę się jak bezwładna szmata. Wczoraj kolejny raz nie zostawiłam sobie działki na rano. Moje pragnienie toksycznej euforii i potrzeba choćby fałszywego, chwilowego uczucia szczęścia jest niezaspokojona. Nie mam nic poza zgliszczami, w które obróciłam swoje życie. Obciążona przeszłością bez przyszłości wegetuję w teraźniejszości dla tych krótkich chwil ułudy.
Zamykam się na tę prawdę. Nie patrząc w lustro, wybiegam z domu, wtapiając się w poranek budzącego się świata. Mojego świata. Mechanicznie kieruję się do najbliższego sklepu na Dworzec Wileński, bo tam najbliżej i najszybciej zarobię. W głowie pustka, żadnych filozoficznych myśli, żadnych też rozsądnych. Jedynie stały, znany od lat plan: ukraść, sprzedać, zarobić, zaopatrzyć się.
Zbliżam się do carrefourowskich bramek z torbą wypełnioną kawami „Davidoff”. Są drogie, więc nie muszę brać ich dużo, wystarczy 10 opakowań po pół kilo – to zysk 150 złotych. Wystarczy na rozpęd dnia. I tak w tej chwili nie byłabym w stanie więcej unieść. Ledwie trzymam się na nogach. Działam odruchowo, w strachu, zdając sobie sprawę, że jeśli nie przyćpam, to z każdą minutą będzie gorzej. Desperacja pcha mnie do działania. Nie dostrzegam zagrożenia. Ono się nie liczy.
Kątem oka widzę ochroniarza, który również mnie wypatrzył. A może to tylko moje paranoje. Teraz mnie to nie obchodzi, nie mam czasu – muszę zaryzykować. Mijam bramki, a ochroniarz spuszcza wzrok i dyskretnie odwraca głowę w drugą stronę udając, że mnie nie poznaje. Nie chcę się zastanawiać, jak koszmarnie wyglądam, ale cieszy mnie jego akt litości. Jest nieźle. Znają mnie tu dobrze i wiedzą, że gdy jestem na skręcie, nie warto mnie zatrzymywać. Więcej problemu i zamieszania niż ich prowizja, która się z tym nie równoważy.
Już, już tylko jedna przecznica dzieli mnie od Bazarku Różyckiego, na którym stały odbiorca uwolni mnie od ciężaru „łupu”. Bogatsza o sumę potrzebną na poranną dawkę mojego szczęścia i byle jakie śniadanie wracam w stronę domu, na Brzeską. Nawet mroźny wiatr jest mi dziś przychylny, popychając w plecy, dodając pędu ociężałym nogom. Nie rozglądam się na boki, nie patrzę na otaczającą mnie marnotę i obskurne kamienice, mieszkańców skazanych na porażkę życia w nałogu. Mam wrażenie, a raczej pewność, że reprezentuję sobą równie żałosny widok. Mogę uznać to za plus, że się tutaj nie wyróżniam, zlewam się z otaczającym mnie krajobrazem praskiej dzielnicy, niewidoczna dla wścibskich oczu gliniarzy.
Zbliżam się do jednej z bram, zaledwie kilka metrów od tej, w której mieszkam. W jej mroku czeka na mnie cel, każdego dnia ten sam, najważniejszy na świecie…
To jeszcze jednak nie meta. Resztkami sił, trzęsąca się z zimna, a równocześnie mokra od potu, z glutem po pas docieram do wrót spełnienia. Moim ciałem wstrząsają torsje i nie jestem w stanie się powstrzymać: wymiotuję prawie na buty mijanego przechodnia. Wreszcie ostatnie kroki i ciemna brama prowadząca do klatki schodowej niczym ogromna bezzębna gęba pochłania mnie w swe wnętrze. Moje mieszkanie – drugie piętro. Boże, nie dam rady!
Osuwam się na najniższym stopniu i przygotowuję niezbędną miksturę. Zmuszam zdrętwiałe palce dłoni do posłuszeństwa. Wiem, że nie mam czego już szukać na rękach, więc niecierpliwym, zdecydowanym ruchem wbijam się w żyłę pachwinową i dociskam tłok.
Narkotyk wtarga w moje ciało, krążąc we krwi wypełnia sobą każdą moją obolałą komórkę, uspokaja każdy rozdygotany nerw. Błogie uczucie otula zmaltretowane ciało i rozhisteryzowaną psychikę. Czuję, jak moja dusza dostaje lekkości i na chwilę wyrywa się z mojego martwego Ja. Znów mnie ubyło. Kolejne stłamszone ludzkie odruchy, kolejne raniące uczucie zepchnięte w podświadomość. Opieram rozpalone czoło o chłodną balustradę. Odcień mojej skóry zlewa się z szarym marmurkowym kolorem kamiennych schodów. I jak one zamieram w bezruchu.
Za kilka godzin ponownie zacznę walkę z życiem, które mimo wszystko pragnę zachować, i z samą sobą, której tak bardzo nienawidzę. Ale jeszcze nie teraz. W tej chwili moje myśli, serce i dusza płyną przez nieosiągalną dla nich na trzeźwo krainę marzeń. Jutro znów zacznie się dzień świstaka, a moja przestrzeń wolności będzie odmierzana odległością między tłokiem a igłą.
Muero porque no muero (Umieram, nie umierając – św. Jan od Krzyża).
PiK


Vivo sin vivir en mi (Żyję w rzeczywistości nie żyjąc – św. Jan od Krzyża)
Kończy się noc, a ja wracam z krainy sennych marzeń, by wpaść w koszmar rzeczywistości. Nie chcę otwierać oczu i choć świadomość dopada mnie bezlitośnie, nie chcę jej witać. Siłą woli zwlekam się z łóżka, nim głód narkotyczny sprawi, że stanę się jak bezwładna szmata. Wczoraj kolejny raz nie zostawiłam sobie działki na rano. Moje pragnienie toksycznej euforii i potrzeba choćby fałszywego, chwilowego uczucia szczęścia jest niezaspokojona. Nie mam nic poza zgliszczami, w które obróciłam swoje życie. Obciążona przeszłością bez przyszłości wegetuję w teraźniejszości dla tych krótkich chwil ułudy.
Zamykam się na tę prawdę. Nie patrząc w lustro, wybiegam z domu, wtapiając się w poranek budzącego się świata. Mojego świata. Mechanicznie kieruję się do najbliższego sklepu na Dworzec Wileński, bo tam najbliżej i najszybciej zarobię. W głowie pustka, żadnych filozoficznych myśli, żadnych też rozsądnych. Jedynie stały, znany od lat plan: ukraść, sprzedać, zarobić, zaopatrzyć się.
Zbliżam się do carrefourowskich bramek z torbą wypełnioną kawami „Davidoff”. Są drogie, więc nie muszę brać ich dużo, wystarczy 10 opakowań po pół kilo – to zysk 150 złotych. Wystarczy na rozpęd dnia. I tak w tej chwili nie byłabym w stanie więcej unieść. Ledwie trzymam się na nogach. Działam odruchowo, w strachu, zdając sobie sprawę, że jeśli nie przyćpam, to z każdą minutą będzie gorzej. Desperacja pcha mnie do działania. Nie dostrzegam zagrożenia. Ono się nie liczy.
Kątem oka widzę ochroniarza, który również mnie wypatrzył. A może to tylko moje paranoje. Teraz mnie to nie obchodzi, nie mam czasu – muszę zaryzykować. Mijam bramki, a ochroniarz spuszcza wzrok i dyskretnie odwraca głowę w drugą stronę udając, że mnie nie poznaje. Nie chcę się zastanawiać, jak koszmarnie wyglądam, ale cieszy mnie jego akt litości. Jest nieźle. Znają mnie tu dobrze i wiedzą, że gdy jestem na skręcie, nie warto mnie zatrzymywać. Więcej problemu i zamieszania niż ich prowizja, która się z tym nie równoważy.
Już, już tylko jedna przecznica dzieli mnie od Bazarku Różyckiego, na którym stały odbiorca uwolni mnie od ciężaru „łupu”. Bogatsza o sumę potrzebną na poranną dawkę mojego szczęścia i byle jakie śniadanie wracam w stronę domu, na Brzeską. Nawet mroźny wiatr jest mi dziś przychylny, popychając w plecy, dodając pędu ociężałym nogom. Nie rozglądam się na boki, nie patrzę na otaczającą mnie marnotę i obskurne kamienice, mieszkańców skazanych na porażkę życia w nałogu. Mam wrażenie, a raczej pewność, że reprezentuję sobą równie żałosny widok. Mogę uznać to za plus, że się tutaj nie wyróżniam, zlewam się z otaczającym mnie krajobrazem praskiej dzielnicy, niewidoczna dla wścibskich oczu gliniarzy.
Zbliżam się do jednej z bram, zaledwie kilka metrów od tej, w której mieszkam. W jej mroku czeka na mnie cel, każdego dnia ten sam, najważniejszy na świecie…
To jeszcze jednak nie meta. Resztkami sił, trzęsąca się z zimna, a równocześnie mokra od potu, z glutem po pas docieram do wrót spełnienia. Moim ciałem wstrząsają torsje i nie jestem w stanie się powstrzymać: wymiotuję prawie na buty mijanego przechodnia. Wreszcie ostatnie kroki i ciemna brama prowadząca do klatki schodowej niczym ogromna bezzębna gęba pochłania mnie w swe wnętrze. Moje mieszkanie – drugie piętro. Boże, nie dam rady!
Osuwam się na najniższym stopniu i przygotowuję niezbędną miksturę. Zmuszam zdrętwiałe palce dłoni do posłuszeństwa. Wiem, że nie mam czego już szukać na rękach, więc niecierpliwym, zdecydowanym ruchem wbijam się w żyłę pachwinową i dociskam tłok.
Narkotyk wtarga w moje ciało, krążąc we krwi wypełnia sobą każdą moją obolałą komórkę, uspokaja każdy rozdygotany nerw. Błogie uczucie otula zmaltretowane ciało i rozhisteryzowaną psychikę. Czuję, jak moja dusza dostaje lekkości i na chwilę wyrywa się z mojego martwego Ja. Znów mnie ubyło. Kolejne stłamszone ludzkie odruchy, kolejne raniące uczucie zepchnięte w podświadomość. Opieram rozpalone czoło o chłodną balustradę. Odcień mojej skóry zlewa się z szarym marmurkowym kolorem kamiennych schodów. I jak one zamieram w bezruchu.
Za kilka godzin ponownie zacznę walkę z życiem, które mimo wszystko pragnę zachować, i z samą sobą, której tak bardzo nienawidzę. Ale jeszcze nie teraz. W tej chwili moje myśli, serce i dusza płyną przez nieosiągalną dla nich na trzeźwo krainę marzeń. Jutro znów zacznie się dzień świstaka, a moja przestrzeń wolności będzie odmierzana odległością między tłokiem a igłą.
Muero porque no muero (Umieram, nie umierając – św. Jan od Krzyża)
PiK
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.


Ponieważ, w dzień jak same wiecie, program telewizyjny nie oferuje nic ciekawego, jedna ze mną osadzonych kobiet, postanowiła, że obejrzymy film przyrodniczy. Szczerze pomyślałam: „co za nuda: (film opowiadał o życiu i warunkach w jakich funkcjonuje stonoga). Najpierw żaden szczegół nie zwrócił naszej uwagi, aby się zainteresować dokumentem. Jednak gdy się przyjrzałyśmy owej stonodze rozwinęła się między nami zażarta dyskusja na temat: „Jak to możliwe, że owa stonoga jest w stanie zapanować nad taka ilością nóg?”. Pomyślałyśmy w tym momencie o sobie, że czasem się zdarza, iż nad dwiema naszymi kończynami ciężko zapanować. Że nasz błędnik płata figle i tracimy równowagę. Jak to możliwe, że stonoga jest w stanie płynnie się przemieszczać? My po obejrzeniu tego dokumentu nadal nie mamy pojęcia. Może wy znacie odpowiedź na nurtujące nas pytanie?
Kolejny film również przyrodniczy opowiadał o lwach. Stało się tak, że w tym momencie, gdy się zaczął byłam zajęta – robiłam pranie. Metr od telewizora siedziała jedna z osadzonych ze mną kobiet, z dużą wadą wzroku. Pyta: „Widziałaś kiedyś lwa z czarną grzywą?”, na co odpowiadam „Nie” i podnoszę się, aby spojrzeć w ekran. Patrzę i oczom nie wierzę. Lwy na ekranie owszem mają grzywę, ale w kolorze brązowym. I pytam koleżanki „Czy ty przetarłaś szkła? Coś chyba źle widzisz, bo te lwy wcale czarnej grzywy nie mają”. Na co ona odpowiada „Bo te lwy mają tylko nazwę czarnogrzywe„.
Doszłam do wniosku, że powinnyśmy dostać Nobla. W jakiej dziedzinie? Komunikacji międzyludzkiej.
Blondi
Ten tekst powstał jakiś czas temu, ale pasuje do naszego projektu pt. „Czy w więzieniu może być śmiesznie”.
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.


DRZWI PIERWSZE: WIRYDARZ
Matka przełożona mówi, że dręczą mnie wątpliwości. – Zakonnica nie patrzy na drugą siostrę, która siedzi obok. Patrzy na ozłocony słonecznym blaskiem klasztorny wirydarz. – Ale to nieprawda.
– Jesteś pewna? – Pyta druga.
Zakonnica nadal nie odwraca głowy.
– Ty też tak uważasz. Że moja formacja duchowa kuleje.
– Widać w tobie jakieś ustawiczne roztargnienie, siostro. Co zajmuje twój umysł i serce? Tam nie powinno być nic prócz Niego. Prócz Jezusa.
– Nie ma. – Kłamie zakonnica. Poczucie winy ściska jej piersi, rozlewa się ciężkim gorącem w żołądku, brzuchu, promienieje poprzez ścięgna i żyły aż do koniuszków palców.
– Może nie masz powołania. Może się pomyliłaś.
– Jak to pomyliłam?! – Zakonnica niemal podnosi głos.
Druga siostra ucisza ją, ściskając jej dłoń.
– To się zdarza. – Mówi spokojnie.
– Nie. – Zaprzecza zakonnica. – Nie mnie. – Myśli. – Mnie się to nie zdarzyło. Przecież moje życie ma sens i cel. Tego właśnie pragnęłam. Tak wybrałam. Jak mogłabym się pomylić?
– Odmówmy różaniec, siostro. – Druga zakonnica bierze w dłoń paciorki zawieszone u paska przy habicie.
Alicja też przesuwa palcami po sznurze różańca, ale tylko słucha głosu drugiej siostry. Modlitwa zamiera jej na ustach, pozbawiona treści słowa powtarzane raz za razem, aż zmienią się w nic nie znaczące dźwięki. Przed oczyma przebijają się wyobrażenia wszystkiego, z czego zrezygnowała, czego nigdy nie doświadczyła. Czy żartuje? Przecież i tak miała marne szanse.
A więc to, co zrobiłam ze swoim życiem, to wcale nie był wybór?
– Może nie powinnaś tu zostawać, siostro. – Szepcze druga zakonnica, zauważywszy puste spojrzenie i nieruchome wargi Alicji. – Może powinnaś odejść.
Odejść?! Odejść…?!
– Ja nie mam dokąd pójść. – Odpowiada Alicja, również szeptem. – Już nie, możliwe, że nigdy nie miałam.
DRZWI DRUGIE: LŚNIENIE
Jacht lekko kołysze się na wodach Zatoki Perskiej. Z bezchmurnego nieba spada powódź światła, zatapiając świat w lśnieniu i żarze. W pewnym oddaleniu za migotliwą zasłoną falującego z gorąca powietrza, rysują się sylwetki szklanych wież Dubaju. Lśnią.
Alicja sączy zimnego drinka. Krzywi się i mruży oczy, skryte za ciemnymi szkłami okularów. Jest znudzona i męczy ją kac stulecia. Wczoraj wieczorem znowu przesadziła z zabawą.
Dzwoni komórka. Alicja ospałym ruchem sięga po telefon.
– Hej, jak leci? – Słyszy głos jakiejś kobiety. Głos brzmi znajomo, lecz pomimo wysiłków nie może skojarzyć go z żadną twarzą ani imieniem.
– Świetnie, po prostu super. – Odpowiada. Wyświechtany banał, wypowiedziany tonem kompletnie wypranym z entuzjazmu, ale co można powiedzieć na kacu, w dodatku do nie wiadomo kogo.
– Co dziś robisz?
– Imprezuję.
– Tobie to dobrze… – Czyżby w głowie kobiety dźwięczała subtelna nutka drwiny?
– Tak – Alicja cedzi słowa. – Sama sobie zazdroszczę.
– Ależ z ciebie cyniczka. – Prycha kobieta. – Kto by się nie chciał z tobą zamienić? – Znowu jakby cień szyderstwa.
Ja, gdybym miała inną opcję, myśli Alicja i nieświadomie mówi to głośno.
– A co, nie masz? – pyta kobieta lekko, beztrosko. – Możesz zrobić ze swoją fortuną coś naprawdę pożytecznego. Wspaniałego. Wystarczy chcieć.
Alicja czuje ukłucie irytacji. Ostatnie, czego jej trzeba to kazanie na temat jej stylu życia.
– Muszą kończyć. – Rzuca i odkłada telefon.
Nie obchodzi jej, że jest niegrzeczna. Kimkolwiek była jej rozmówczyni. Nie do niej należy pouczanie Alicji.
„Możesz zrobić ze swoją fortuną coś wspaniałego! Wystarczy chcieć!” – Przedrzeźnia kobietę w myślach. Czyli co? – Pyta się w duchu. – Rozdać tobie i tobie podobnym? Przecież wie, że wszystkich, którzy ją otaczają, interesuję tylko ten blichtr, to lśnienie, jakie roztaczają jej pieniądze.
Bierze kolejny łyk drinka i przymyka oczy. Może czas zmienić otoczenie? Jeśli tylko sobie zażyczy jutro będzie już na drugim końcu świata. Na przykład w Rio albo….
Ale właściwie po co? Lepiej się napić, a wieczorem zafundować sobie dawkę szczęścia w pigułce. Lub w proszku. To takie proste i skuteczne.
Alicja odchyla głowę na oparcie krzesła. Jacht się kołyszę, a ona razem z nim. Nie może się doczekać wieczoru, kiedy odfrunie. Piękniejsza, lepsza, prawdziwsza.
DRZWI TRZECIE: ARTEFAKTY
– Pani Profesor, już późno. Może by pani odpoczęła. – Mówi asystentka.
Alicja nie odpowiada. Wpatruje się tępo w mierny plon całego dnia wykopalisk rozłożony na stole w namiocie. Marne niewiele warte artefakty leżą przed nią niczym metafora jej życia.
– Pani profesor? – Powtarza asystentka.
– Nie jestem zmęczona. – Mruczy Alicja, chociaż to nieprawda. Jest zmęczona, choć bynajmniej nie dniem spędzonym na grzebaniu w suchych i gorących piaskach egipskiej pustyni, pod bezlitosnym słońcem Doliny Królów. Męczy ją bezowocowość tej pracy. – Ale ty idź, idź spać. – Mówi do dziewczyny.
– Pani Profesor, niepotrzebnie się Pani zniechęca. – Asystentka jest pełna pasji i optymizmu, zupełnie jak Alicja dawno temu.
– Znów nic nie znaleźliśmy. – Głos Alicji brzmi smętnie. – I nie znajdziemy, prawda?
– Może tak, może nie. Czy jedyne znalezisko na miarę grobowca Tutanchamona jest w stanie panią zadowolić? Czyż samo badanie najdrobniejszego śladu przeszłości nie jest fascynujące? Każdy z tych przedmiotów pokazuje na wydobyte artefakty, opowiada własną, niepowtarzalna historię, wystarczy się wsłuchać.
– Możliwe, że masz rację. – Alicja kiwa głową. – Kiedyś też to czułam. Wzruszało mnie, gdy wydobywałam z ziemi coś, czego nie dotykał nikt od tysięcy lat. Byłam pierwsza, mogłam nawiązać bezpośrednią więź z właścicielem tej rzeczy, sięgnąć poprzez wieki ku żywej osobie, pochwycić ją, zrozumieć. Rozumiałam ją, ich wszystkich! Albo tylko mi się tak wydawało… – Głos Alicji cichnie do szeptu.
– Nic się pani nie wydawało. – Zaprzecza asystentka. – To właśnie tak działa. A pani jest w tym najlepsza.
Alicja wzrusza ramionami. Kogo to obchodzi? Świat łaknie sensacji, blasku złota, skarbów chronionych klątwą, a nie historii starożytnego właściciela glinianej miski. Życie nauczyło ją tej gorzkiej prawdy. Za sensacją spływają pieniądze, granty naukowe. Alicja ma dość borykania się z trudnościami finansowymi, płaszczenia przed sponsorami. Gdyby wykopała drugiego Tutanchamona, byłaby sławna, bogata i… wolna. Być może wtedy wróciłaby tamta pasja z czasów młodości.
– Niech pani to sobie przemyśli, pani profesor. – Dodaje jeszcze asystentka. – Niech pani zastanowi się nad tym, co w tej pracy najbardziej się liczy.
Wychodzi z namiotu. Alicja też wstaje i wygląda na zewnątrz. Obejmuje się ramionami, bo pustynna noc jest chłodna. Podnosi wzrok na niebo, ciasno nabite błyszczącymi ćwiekami gwiazd. Łatwo jej mówić, myśli, ale rzeczywistość nie przystaje do ideałów. Może zbłądziłam, poświęcając się bez reszty przeszłości. Może trzeba było bardziej żyć z ludźmi tu i teraz, zamiast uganiać się za cieniami zmarłych. Dziś jestem samotna i niespełniona… Jakże przewrotne potrafią okazać się marzenia!
…Albo to ja straciłam już umiejętność patrzenia z właściwej perspektywy… Niestety za późno na korekty.
DRZWI CZWARTE: ZAMĘT
– No, nareszcie za murem. – Mówi świeżo upieczona wolna osoba.
– Tak. – Odpowiada Alicja.
Obie stoją przed bramą więzienia, które dopiero co opuściły. Alicja stawia koło siebie torbę. Wbrew przewidywaniom, nie czuje się dziwnie, chociaż minęło tyle lat, odkąd ostatni raz mogła iść, gdzie tylko zechce. Nie boi się świata po tej stronie; przecież nic jej nie wyróżnia spomiędzy innych wolnych ludzi. Nie ma żadnego piętna na czole ani napisu na plecach.
– I co dalej? – Pyta była współosadzona.
– Czekam na męża. – Odpowiada Alicja. – Wracam do domu.
– Dobrze, że masz dokąd wracać. I z kim. Nie każda ma tyle szczęścia.
– Szczęście! Jakże różne może pokazać oblicza. – Śmieje się Alicja ciut melancholijnie.
– Żałujesz? – Pyta jej towarzyszka – Tych wszystkich lat?
Alicja zastanawia się przez chwilę.
– Chyba nie… może trochę… Niektórych rzeczy na pewno.
– Wiesz, wszyscy czegoś żałują. Nie tylko byli więźniowie.
– Tak, tyle, że ja żałuję tego, co przez cały czas leżało poza moim zasięgiem, nic nie mogłam zrobić, żeby się nie wydarzyło.
– Może mogłaś. – Mówi towarzyszka. – Gdybyś była mniej ufna, mniej naiwna.
– Nie taka głupia. – Wtrąca Alicja rzeczowym tonem.
– Skoro tak chcesz to nazwać…
– Owszem. Gdybym nie była taka głupia, nie straciłabym kontroli nad swoim życiem. Nie do tego stopnia.
– A gdybyś mogła cofnąć czas? – Mruczy jej towarzyszka.
Alicja wbija wzrok w ulicę przed sobą, potem przymyka oczy.
– Może coś bym zmieniła, a może nie. – Mówi cicho. – Nie wiem. Bo widzisz, moje życie, choć pełne zamętu, wzlotów i upadków, było właśnie moje i uczyniło mnie tym, kim jestem. Miałam w nim piękne chwile, a to już bardzo dużo. Potem splątało się tak fatalnie, że wylądowałam tutaj. – Ruchem brody pokazuje na mury za sobą. – W tym miejscu wiele straciłam, ale i zyskałam. Nauczyłam się wybaczać, doceniać drobne łaski i podnosić się z upadku. To nie była słodka lekcja, a teraz czeka mnie jeszcze trudna podróż…
– Podróż?
– We własną przeszłość.
Żeby ostatecznie pogodzić się z samą sobą i przeboleć to, czemu nie zdołałam zapobiec. Jednak nie zamieniłabym tego życia na inne. Mimo wszystko wierzę, że jeszcze potrafię być szczęśliwa… – Alicja milknie.
– I to się nazywa udane życie. – Komentuje jej towarzyszka.
PRZEDSIONEK
Alicja stoi naprzeciw czworga drzwi, otaczających ją półkolem.
– Pokazałam ci cztery drogi, cztery możliwości. Cztery Alicje. Wolno ci wybrać, którą z nich chcesz się stać. – Szepcze głos za jej plecami.
Alicja nie odwraca się. Zna ten głos. To jej siostra z zakonu, znajoma bez imienia, asystentka z wykopalisk i współosadzona. Głęboko nabiera powietrza w płuca i zdecydowanym krokiem zmierza ku czwartym drzwiom.
Zośka
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.


Świeżo skończyły się wakacje. Jestem w ZK i również je miałam. W czerwcu skończyłam 3. semestr liceum dla dorosłych w Grudziądzu. To jedyna szkoła w więzieniu dla kobiet. Jeśli chcesz się uczyć za kratkami, to musisz przyjechać właśnie tu do Grudziądza.
Spełniam swoje pragnienia, które pojawiło się już parę lat temu, a możliwość realizacji mam dopiero teraz. Od niedawna szkoła w Grudziądzu ma liceum. Zrobię sobie maturę. Chcę być grafikiem i tworzyć gry komputerowe. To połączenie wszystkiego, co lubię, rysunek, komputery i gry komputerowe. Matura to furtka do spełnienia tego marzenia. Opowiem trochę o mojej szkole. Istnieje ona od ponad 60 lat. Wcześniej była tu Zasadnicza Szkoła dla Dorosłych, jednak po zmianach w edukacji została przekształcona w Centrum Kształcenia Ustawicznego. Jakie zawody można tu uzyskać? Pieczenie ciast, gotowanie, szycie to znaczy: cukiernik, kucharz i krawiec. Można również ukończyć szkołę podstawową lub liceum ogólnokształcące, do którego uczęszczam ja. Nauczyciele są kochani i choć książek mało, to jakoś ta nauka idzie.
Ciekawi jesteście jak moja szkoła wygląda podczas pandemii? – jest wszystko to, co świetnie znacie, czyli reżim sanitarny, maseczki i dezynfekcja. Zero jedzenia i picia w szkole, a do toalet podczas przerwy tylko po 3 osoby. Miałyśmy też nauczanie zdalne. Z jednym wyjątkiem – odbywało się to bez komputerów. Jak to możliwe zapytacie? Otóż możliwe. Dostawałyśmy karty pracy, które po uzupełnieniu oddawałyśmy do oceny. Teraz, już po wakacjach, mam nadzieję, że wróci wszystko do normy, bo większość jest po szczepieniu i maseczki znikną, usta znów będzie można malować 😊 😊 kanapeczkę zjeść.
Jednak historia, jaką chciałam opowiedzieć, to nie historia szkoły, ale zderzenie z własnymi uprzedzeniami, które w tej szkole mi się przydarzyło. Uważam się za osobę bardzo otwartą, na bieżąco staram się wyzbywać wszystkich uprzedzeń, jeśli takie zauważę. Okazało się jednak, że w środku mnie zupełnie niezależnie od mojej woli podziały istnieją. W pierwszym semestrze mojej klasy podjęła współpracę z naszą szkołą, Nauczycielka od historii i wosu. Po paru pierwszych lekcjach i tematach ogólnie uważanych za trudne – polityka, religia, aborcja, stwierdziłam, nie wysiedzę na jej lekcjach, bo ma tak odmienne poglądy polityczne. No i wychodziłam z lekcji wzburzona i z wypiekami na twarzy i szyi i nie wiem, gdzie jeszcze… Po paru miesiącach i przeprowadzonych rozmowach Nauczycielka okazała się nie tak ograniczona a ja nie tak otwarta, jak myślałam na początku. Im więcej czasu mijało, tym bardziej doceniałam jej zaangażowanie, przekonywałam się jakim serdecznym człowiekiem jest. Teraz niekorzystne przezwisko, które Nauczycielce kiedyś nadałam, jest słowem rozpływającym się w nieistnieniu, a materializuje się stwierdzeniem „człowiek o odmiennych poglądach”.
Dziś cieszę się , że to właśnie ta Nauczycielka mnie uczy, bo robi to ciekawie i z pasją i cieszę się, że mogłam poznać ją wraz z jej światopoglądem. Nie zgadzamy się w wielu kwestiach, ale się lubimy. Oprócz wiedzy, dostałam możliwość konfrontacji ze sobą. Było burzliwie, porywająco i na pewno interesująco, a fajna znajomość zostanie, mam nadzieję.
Żałuję tylko, że nie mam więcej takich miejsc dla kobiet w innych więzieniach, a zawody nie są bardziej dostosowane do rynku pracy. Może kiedyś?
Monika
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.