Witajcie
Kochani Czytelnicy. W tym wpisie chciałabym poruszyć bardzo ważny
wątek. Temat rodziny, która zostaje nagle rozbita przez osadzenie
jej członka w areszcie.
Chciałabym
również podziękować wszystkim rodzinom, które mimo wszystko
trwają przy osobach osadzonych. Na blogu często można przeczytać
o prozie życia w Zakładzie Karnym i tęsknotach czy
marzeniach. Rzadko jednak można szukać informacji o tym, jak
sobie radzą z tym Rodzice, Mężowie czy Dzieci, które
pozostają na wolności. Dodam, że wcale nie jest im łatwiej.
Przebywając
w warunkach izolacji olbrzymim szczęściem jest mieć kogoś kto
czeka. I tu myślę, że trzeba wspomnieć, że spora grupa
osadzonych nie ma nikogo takiego. Że po wyjściu z Zakładu Karnego
muszą mierzyć się choćby z tym, że nie mają do czego i do kogo
wracać.
W
Areszcie spędziłam dwa lata. Miałam pełne wsparcie Rodziny i
Przyjaciół, za co jestem niesamowicie wdzięczna i w tym miejscu im
za to pięknie dziękuję.
Mój
A został na dwa lata z moimi obowiązkami. Czy było mu łatwo?
Na pewno nie! Ale ani razu nie usłyszałam od niego słowa skargi.
Mieliśmy wspólne problemy, plany i marzenia. To nas oboje trzymało.
A może trzymała nas miłość, która wcale nie jest
przereklamowana.
Nie
zawsze przez 5 minut rozmowy telefonicznej mogłam usłyszeć same
dobre informacje. Przeżywałam podwójnie każdy choćby najmniejszy
problem. Dlaczego podwójnie? Bo nic nie mogłam zrobić i pomóc.
A moja Rodzina dzielnie radziła sobie ze wszystkim sama. A stał się
głową rodziny na pełny etat. Praca, dom, dzieci, pranie,
sprzątanie, gotowanie stały się jego rutyną. Czy nie miał chwil
zwątpienia? Myślę, że na pewno miał, choć nigdy mi o tym nie
powiedział.
My
to miejsce przetrwaliśmy wspólnie. Dostawaliśmy od siebie
wsparcie i miłość.
Jednak
takich historii jak moja jest garstka. Na porządku dziennym zdarzają
się rozstania przez telefon, czy po prostu numer chłopaka czy męża
nagle staje się nieaktywny. Nie wszyscy tą presję czasu, miejsca
wytrzymują. Samotność to chyba coś najgorszego co może
spotkać osobę przebywająca w izolacji.
Wam
dziewczyny życzę samych życzliwych ludzi wokół, dużo
siły, zdrowia i cierpliwości.
A
na koniec wklejam kilka złotych myśli o Rodzinie.
„Rodzina to silnik umożliwiający podbój świata, a zarazem bunkier, w którym można się schronić. Rodzina nie jest tylko czymś ważnym. Ona jest wszystkim. Rodzina jest w życiu oparciem, czymś co chroni, co daje siłę.
Może każda normalna rodzina musi mieć taki bezpiecznik normalności, kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie”.
–
Olga
Tokarczuk
W rodzinie nie ma „moje” czy „twoje”. Jest „nasze”.
Blondi
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury –państwowego funduszu celowego.
Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Nie każdy ma to szczęście, że
rodzice zostają przy dziecku aresztowanym. Wielokrotnie widziałam
łzy dziewczyn, których matki mówiły: „tłumaczyłam, prosiłam
– teraz radź sobie sama”. Zapewne za tym słowami kryje się
troska i zwątpienie. Nie znamy prawdziwych – w sensie całego
życia – historii osób pozostawionych. Mogło do takich słów
doprowadzić wiele cierpień w domu, wiele prób ratowania. 90%
dziewczyn, z którymi przyszło mi dzielić jedną celę, miała
pomoc choćby od jednego rodzica. Choć wiele niefajnych słów pada
przy stoliku na więziennej widzeniówce, to i tak miłość rodzica
jest bezwarunkowa.
Spora grupa ludzi mi bliskich
niejednokrotnie zaznała przeze mnie wstydu i bólu. Rodzice po moim
aresztowaniu, jeszcze zanim się przeprowadzili, jakiś czas
pochylali głowy przed sąsiadami, później wspierali mnie podczas
procesu, a ludzie ze stowarzyszenia „Przeciwko zbrodni” ich
wyzywali. Obwiniali ich, że tak mnie wychowali, że są rodzicami
bestii. Mama się ukrywała za filarem, ojciec osłaniał mnie
ciałem. Są po rozwodzie, a w tamtym czasie byli razem przy mnie.
Cierpieli i cierpią za mnie, wiele rzeczy nie rozumieją, starzejąc
się, czekają na mnie mimo wszystko.
Trwanie przy dziecku w więzieniu nie
jest łatwą drogą – dla obu stron. Rodzice wspierają mnie w
każdy dostępny sposób: paczki, wpłaty pieniężne, widzenia,
telefony. Rodzic wie, że dziecko nie mówi wszystkiego, więc dusi w
sobie lęk, czy oby nie dzieje mu się krzywda, zwłaszcza fizyczna.
Książki czy paradokumenty mała
prawdy o kryminale ukazują. Jaką bym osadzoną nie zapytała, czego
się bała wchodząc do więzienia, to przeważnie słyszałam: „że
mnie pobiją”. „No ale za co” – pytam. „No nie wiem”
słyszę. I rodzice też mają obawy – bo się czegoś naoglądają.
Odczuwają niejednokrotnie poczucie winy za taki stan, że może coś
przeoczyli, może za mało czasu poświęcali, może na za dużo
pozwalali. Nie zawsze wszystko zostaje wyjaśnione, bo obie strony
wolą milczeć. I tylko przeprosić.
Mnie więzienie zbliżyło do rodziców i nie wyobrażam sobie życia bez nich.
Pełnoletnia
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury –państwowego funduszu celowego.
Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Drogi znalazco! Nie wiem ile czasu upłynęło, jak długo mój list błądził w przestworzach.
Dziś analizuję swoje życie, zestawiam co było w nim dobrego, co złego, co mogłam zmienić, czemu mogłam zapobiec… Ja czasu nie cofnę, muszę żyć ze swoimi błędami i słabościami.
Lecz Ty, drogi czytelniku, masz jeszcze czas, może jesteś dobrym człowiekiem i nie musisz niczego zmieniać… A może nie jesteś dobry tak jak uważasz i jesteś trochę jak ja…
Wyobraź sobie, że życie polega na żonglowaniu pięcioma piłeczkami: praca, rodzina, zdrowie, przyjaźń, uczciwość. Utrzymujesz je w powietrzu, a przynajmniej się starasz. Tylko jedna z nich jest gumowa – jeśli upada, odbija się i wraca – to Twoja praca. Cztery pozostałe wykonane z kruchego materiału wymagają szczególnej dbałości o nie; nieumiejętne i nierozważne żonglowanie nimi może spowodować, że się obiją, wyszczerbią, porysują, roztrzaskają. Czasami można je wypolerować, wygładzić, rzadziej skleić, by odzyskały swój dawny kształt.
Każdy chciałby mieć wszystkie piłki normalne, czyste, kolorowe, bez defektów… Co zrobić, kiedy nie masz piłek lub dostępu do nich? Czy wtedy żyjesz? Czy tylko dryfujesz? Jesteś dla siebie? Jesteś dla innych? Pomyśl…
Alicja
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury –państwowego funduszu celowego.
Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
STOP KRYTYCE KICZU! Siedzę nad kartką jedną, drugą, trzecią (kartki okolicznościowe 😉) – dla Mamy, Syna, Partnera. Mamy kartka ozdobiona z przepychem – brokat, cekiny, cienkopisy brokatowe 😊. Syna – postać z gry, którą uwielbia, na kartce o intensywnym kolorze. Postać przyklejona od spodu, na patyczki do uszu (po długości), taki pseudo 3D 😉! Dla mojego M – czerwona kartka z naszkicowanymi po bokach sercami z różnych elementów, złożonymi z zawijasów, których kreski pokryte są klejem wikol – oprószone złotym brokatem, wyglądają jakby były wypukłe… Taki spory kicz! Ale ile serca i pracy włożonej, i przyjemności dla moich kochanych ODBIORCÓW. I też można powiedzieć, że to w pewnym sensie ,,arcydzieło’’ 😉. Jedno z drugim się nie mija. Widzę po drugiej stronie ulicy, w samym środku dzielnicy Ochota, przy jednym ze znanych bazarków (niestety już nie istnieje) starszą panią, ok 80-tki. Ubrana jest w, chyba, bluzkę, czy raczej cienką kurteczkę, caluteńką wyszytą cekinami – niczym z karnawału, lata 80-te! Spodnie długie, lejące, do kostek, z czarnego materiału – wyglądają jakby ktoś umoczył je w brokacie 😊 albo przed chwilą obsypał je nim! A na szczupłych stopkach z widocznymi śladami wieku i haluksami (które w niczym najwidoczniej nie przeszkadzają) pantofelki jak z ,,Dynastii’’ u eleganckich pań z puszkiem. Na włosach trwała na cienkie wałeczki, jak od ,,Irenki’’ z lat 90-tych! Jakby siwizna z resztkami platyny z refleksami fioletowej płukanki 😉. Policzki z nałożoną odrobiną różowej szminki roztartej niczym róż, usta również pomalowane były tym samym mazidłem. W pierwszej chwili pomyślałam ,,bazar – kicz’’! Ale po zastanowieniu: kurczę, gdyby nie ten kicz, to ta staruszka nie miałaby takiego uroku osobistego i przeszłabym obok niej nie zauważając. Wyróżniająca się w tłumie, nie zważająca na komentarze, wyśmiewanie czy inne pogardliwe zachowania. Staruszka SENIOR – STAR 😉 dzielnie stała z uśmiechem na szczupłej, pomarszczonej buzi, z wysoko uniesioną głową pełną siwych loków. A skoro ten kicz dla większości dookoła dodawał odwagi i poczucie młodości, powodował uśmiech na twarzyczce seniorki, to tylko pozazdrościć! 😊 I mam nadzieję, że jeśli dożyję tego wieku, co moja SENIOR – STAR, to dodatkowo, do podobnego ubioru kupię wielkie okulary przeciwsłoneczne i laseczkę z wielkim cekinowym zakończeniem rączki, która oślepiałaby wszystkich, którzy za bardzo by się przyglądali.
Kiczem można nazwać wszystko! Od paznokci, tipsów tak długich i różowych, że spodni nie można podciągnąć np…, usta jak ,,glonojad’’ czy powiększone piersi, że stopy nie zobaczysz, czy inne części ciała, wszystko, co jest ozdobione w pseudo kryształkach Swarovskiego i róż bijący z każdej strony, gdzie się nie obejrzysz! Takie rzeczy, zachowania, wygląd, są według mnie kiczem, przesadą i przepychem w tym kierunku. Ale inna osoba może stwierdzić, że tkany obraz na ścianę z grupą jeleni i saren wśród natury lub dywanik na ścianę wzorzasty jest kiczem jak cholera!!! Ale dla mnie właśnie ta tkana natura na ścianę jest wspomnieniem i skojarzeniem z dzieciństwa, domem dziadków od strony ojca, obiadów, którymi babcia mnie ,,podtuczała’’ – co oczywiste na smalczyku własne roboty, i pokoikiem mojego dziadziusia Franka, z którym zawsze najwięcej czasu spędzałam i te obiady jadałam. Taki trochę powiew przeszłości i obrazki sprzed lat… 😉.
Kicz kiczem, ale nie byłoby: wspomnień, oburzenia, prześmiania, zgrozy! Moda chociażby, byłaby szara, bura i ponura. Ściany w domach białe, w każdym pomieszczeniu – kicz nadaje kolorów lub nawet czasem nadmiar kolorów naszemu życiu, światu i wszechczasom! Bez kiczu nie byłoby nic, to trochę jak z Jury, przejście do baroku czy rokoko, do czasów teraźniejszych. Kończąc powiem jedno: KICZOWI MÓWIĘ TAK, A NUDZIE I PROSTOCIE W PEWNYM STOPNIU MÓWIĘ NIE!!! STOP PRZEMOCY WOBEC KICZU! 😉😊. NIE WYPIERAJ KICZU, BO TWÓJ ŚWIAT BĘDZIE BURY I PONURY! Wprowadź go choć krztę, a żyć lepiej będzie Ci się!
Pozdrawiam 😊😊
Taka Ja
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury –państwowego funduszu celowego.
Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
W naszym świecie kicz był, jest i zapewne będzie wszechobecny prawie w każdym rodzaju sztuki: w architekturze, modzie, malarstwie czy rzeźbie. W każdym. Zaryzykowałabym stwierdzeniem, że również znajdujemy go w muzyce czy literaturze (choć tu określa się go raczej mianem: szmira).
Jeżeli więc poruszamy temat kiczu, cóż. Uważam, że jest on wynikiem różnorodności ludzkich upodobań, wyczucia stylu czy w końcu indywidualnego postrzegania piękna, jak i brzydoty. Ktoś kiedyś powiedział : „nie to ładne, co ładne, lecz to co się komu podoba”. Kicz z pewnością przyciąga uwagę i każda sztuka wywołuje sobą zainteresowanie. O ile przyjmiemy, że kicz jest sztuką. Krytyków znajdzie z pewnością wielu. Zarzuca się mu, że jest przesłodzony, prymitywny, że zniesmacza lub (albo przede wszystkim) kłuje w oczy. Lecz właśnie ową krzykliwość wykorzystują niektórzy artyści (?), by zwrócić powszechną uwagę, wywołać kontrowersje czy nawet oburzenie. Nieistotne są dla nich pozytywne opinie, ponieważ liczy się dla nich osiągnięcie celu – zostać zauważonym! A dzieło powinno obronić się samo…
Osobiście uważam, że kicz jest doskonałą przeciwwagą dla klasycznego stylu. Dzięki niemu dostrzegam kontrast pomiędzy przerostem formy nad treścią, a stanowczym, subtelnym przekazem artysty, który potrafi uchwycić piękno w jego naturalnej prostocie. Ale to moje odbieranie sztuki. Mimo to nie zarzeknę się, że nigdy nie pochyliłam się nad jakimś kiczowatym towarem bez błysku w oku. Dlatego uważam, że kicz ma prawo być lubianym. Każdy ma prawo wyboru i do tego, by otaczać się przedmiotami, którymi kreuje swój wizerunek i swoją rzeczywistość.
I niech pierwszy rzuci kamieniem ten, którego wyczucie estetyki nigdy nie przyjęło do serca czegoś – co inni okrzyknęli kiczem!
Wobec tego pozostaje mi tylko powtórzyć powszechnie znaną łacińską sentencję: „De gustibus non est disputandum” (o gustach się nie dyskutuje).
Pozdrawiam,
PIK
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury –państwowego funduszu celowego.
Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Kochani Czytelnicy, ostatnio opowiadałam Wam o naszych zajęciach w ramach projektu ,,Ballady i romanse”, na których dogłębniej poznajemy twórczość Adama Mickiewicza. Kolejne spotkanie z tego cyklu poprowadziła p. Ewa Frączek-Biłat. Tym razem czytałyśmy niektóre ballady wieszcza, dowiedziałyśmy się, co należy do charakterystycznych cech ballady, oraz porównałyśmy utwory Mickiewiczowskie z bardziej współczesnymi, np. z balladą Bolesława Leśmiana ,,Dziewczyna”, a także zapoznałyśmy się z utworem samej pani Ewy, ,,Balladą o duszyczce” (wszystkim bardzo się podobała!). W trakcie zajęć same stworzyłyśmy ,,Balladę więzienną”, opowiadającą o krążącej po celach zmorze, co dostarczyło nam dobrej rozrywki. Na koniec pani Ewa Frączek zachęciła nas do samodzielnego napisania jakiejś ballady – w stylu Mickiewicza albo bardziej współczesnym. Postanowiłam podjąć wyzwanie, pobawiłam się słowami i rymami, i oto rezultat: ballada ,,Południca” w stylu Mickiewiczowskim, czy może bardziej ogólnie – romantycznym, bo z Wieszczem raczej nie zamierzam konkurować. Później zamieszczam tekst ,,Południcy”. Kto ma chęci, może przeczytać… ale proszę o wyrozumiałe potraktowanie, bo żadna ze mnie poetka.
„Południca” Słońce prażące ku południu dąży, Niebo turkusem barwione. Dziewczyna w bieli pośród pola krąży, Przez łany zbożem złocone.
Któż ta dziewczyna blada i biała,
Co robi w bez cienia skwarze?
Kręci się wkoło, pląsa – przestała,
Snadź ją znużyły wiraże.
Włosem zarzuca, patrzy przed siebie,
Młodzieńca z sierpem wygląda.
,,Chodź do mnie – wola. – Tutaj jak w niebie!”-
Głos dziewczyny posłuchu żąda.
A żeniec młody dziwi się zjawie,
Jej krasie, wiotkiej postaci.
Sierp już porzucił w wysokiej trawie,
Wnet wszelką myśl trzeźwą straci.
Widmowa dziewka wabi go, nagli,
W niepamięć idą przestrogi.
Na próżno starsi w głowę mu kładli,
By się wystrzegał tej drogi.
,,Nie przejdź tą ścieżką, gdzie łany zboża,
Gdy słońce stoi w zenicie” –
Mówili -,,choćby dziewica hoża,
Chciała osłodzić ci życie.”
,,To zwid i majak, nic prawdziwego,
Chyba że kto rad być w biedzie.
Takie przygody ciągną do złego,
Ciekawość do piekła wiedzie.”
,,W bezcieniu krąży blada i biała,
Ty myślisz, żeś jej oblubieńcem?
Ona nieżywa, w grobie zmartwiała,
Przed ślubem zgasła wraz z wieńcem. „
,,Nieszczęsna – mówił dziadunio stary –
Zgon ją przywiązał do wieńca.
Teraz na polu w skwar, letnie żary
Upiorem czyha na żeńca.”
,,Zazdrość ją pali w śmierci katuszy,
że tchu już nie męża nie ma,
Ona podąża krwi twojej, duszy,
Prowadzić cię chce w podziemia.”
Słuchał młodzieniec, co starzy prawią,
Widział, że są z nim szczerzy.
Zda się i bojaźni żywi przed Nawią,
Lecz tak naprawdę nie wierzy.
Serce i ciało harde młodością,
Za nic ma starców trwogi.
Młodzieniec tajną pała miłością,
Do lubej swej szuka drogi.
I tak w łan zboża idzie w malignie,
Dziewczyna woła go, woła.
A mrok grobowy w jej oczach stygnie,
Zgrozę rozsiewa dokoła.
Młodzieniec śmierci w niej nie dostrzega,
Złudzeniem upiór go nęci.
Ku swej wybrance prędko podbiega,
Już tylko ją ma w pamięci.
W ramiona martwej dziewczyny wpada,
Na piersi bladej twarz pokładł.
,,O chłopcze głupi, biada ci, biada!” –
Szepło coś w zbożach, nim przepadł.
Minął dzień, drugi, pora gorąca, Słońce śle z niebios żary. Dziewczyna w bieli znów w polu pląsa, Nowej wygląda ofiary.
Zośka
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury –państwowego funduszu celowego.
Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Od półtora roku z małymi przerwami
jestem w takim samym położeniu, jak Wy. Czasem lepiej, czasem
gorzej, ale jestem tu. Do pisania na bloga zachęciły mnie koleżanki
z celi: chodź, czas będzie ci lepiej i szybciej leciał.
Rzeczywiście, kontakt z ludźmi poprawił mi sposób myślenia,
spojrzenia na to miejsce i pokazał nowe możliwości.
Nie mogę się zgodzić z powiedzeniem
niektórych „więzienie to więzienie”. Każdy tu jest inny, ilu
ludzi, tyle osobowości, lepszych, gorszych, zakłamanych.
Wchodząc do wychowawcy nigdy nie
wiesz, czego możesz się spodziewać, jakie pytanie padnie. Rano co
dzień czekasz, czy dadzą ci reklamówkę i pojedziesz dalej. Nie
możesz zagrzać miejsca w celi, ani czasem w całym AŚ. Jedziesz i
na nowo musisz się przyzwyczajać do nowych zasad. Bo co zakład, to
nowe zasady. A wydawało by się, że takie same, a jednak różne.
Czego mi tu najbardziej brakuje, to w
miarę normalnego jedzenia. Nie mówię o schabowym, ale o czymś, co
by miało jakiś smak. No i mojej rodziny, za którą najbardziej
tęsknię. Chociaż przez ten czas, to Wy jesteście moją rodziną.
Nie bójcie się tego miejsca, bo w filmach jest mocno przerysowane.
Zachowajcie w pamięci obraz rodziny.
„Zamknąć was musieli, lecz wypuścić
muszą”.
I to jest piękne, że kiedyś
nadejdzie ten dzień i usłyszysz „pakuj się, idziesz do domu”.
Pozdrawiam serdecznie,
Wiewióra
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury –państwowego funduszu celowego.
Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Wojna w Ukrainie boli. I boleć nas jeszcze będzie bardziej. Jeśli ktoś z nas spodziewał się, że to epizod, że wszystko minie w kilka chwil i szybko wrócimy do uroków belle cpoque, to się bardzo mylił. Świat taki, jakim go pamiętamy sprzed kilku lat, nigdy już nie wróci. Przerażająca WOJNA w bratnim naszym kraju pewnie kiedyś się skończy. Możliwe, że za kilka miesięcy (a może jednak lat) ludzie przestaną w końcu do siebie strzelać, skończą się bombardowania i pożary, ale wojna zostanie w ludzkich głowach i sercach, bo to co przeszli Ukraińcy i nadal przechodzą – to tylko oni mają tego świadomość. Żadne media tego, co jest prawdą, nie mówią. Nie tylko po obu stronach wschodniej granicy Ukrainy. I trzeba będzie pokoleń, by się pozbyć tego. Nasi rządzący pokazują, jak łatwo obudzić tamte demony sprzed lat. Ale o tym pisać nie będę. Mamy ciągle przed oczami koszmar innej wojny. Wciąż nam trudno w to uwierzyć, ale dzieje się to przy naszych granicach (70 km od mojego domu). Giną ludzie, dokonuje się ciągłych mordów, gwałtów i zbrodni, które miały być domeną wyobraźni filmów sensacyjnych a nie realnym życiem. Rzeczywistość znów nas zaskoczyła, to wszystko dzieje się w realu.
Czy Wy macie tego świadomość, bo ja ciągle się zastanawiam, czy po więzieniu będę mieć do czego wracać.
Jak to rozwiązać? Metod jest wiele, ale to nie do nas te pytanie. Musimy czekać na „chyba” lepsze czasy?
Jednak to, co najważniejsze i o co tu chcę apelować, to empatia i rozumna pomoc dla wszystkich potrzebujących. Nie oceniajmy tylko okazujmy serce – bo może my kiedyś też będziemy potrzebować pomocy.
Eveline
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury –państwowego funduszu celowego.
Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Jest tak bardzo niepotrzebnie wszechobecna. Śmierć. Nigdy nie ma odpowiedniego momentu na nią. Poruszana, zadawana, karana. Zbyt wczesna, na uboczu, powolna. Niepojęta, szybka, samotna. Rozrywająca, tajemnicza, pod kluczem. Oczekiwana tylko przez tych, który chce się z nią połączyć w tańcu ulgi, odganiana przez osoby pozbawione poczucia tego rytmu. Temat śmierci, chłodzi miejsce. Plaża staje się prosektorium. Tworzy gęsią skórkę na ciele, gdy tylko zaczyna pojawiać się w głowie. Temat oddalony jak ona sama w życiu… w końcu jest na jego końcu. O którym co? lub kto? Decyduje? Czy dla opłakującego ma to znaczenie? Później – może tak, tylko kolejne zapytanie, czy to „później” odliczymy miarką minut, dni, m-cy czy lat? Kiedy zmarł jej ojciec naprawdę szczerze martwiłam się o nią. No, o nią, bo ojciec już zupełnie miał lepiej od nas. Bałam się, że odwali jej coś i będzie chciała „pobiec” za nim, nie pamiętając o matce na drugim końcu świata. Jej płacz zamykał usta wszystkim wokół. Pojawienie się – chyliło głowy, by nie daj Bóg spojrzenia się zderzyły. Wtedy trzeba by było stanąć. A jak już przystaniesz, to należałoby coś powiedzieć, uczynić jakiś gest? W obliczu takich prywatnych tragedii dotknięcie ramienia osoby cierpiącej jest jak próba przezwyciężenia swoich fobii. Usta zasznurowane przyspieszają tylko bicie myśli o ściany chęci. Dlaczego ludzie w ogóle coś próbują mówić? Dlaczego wyświechtane „trzymaj się” jest wtedy tak denerwujące, że ma się ochotę znaleźć siły, by tę osobę wcisnąć w ścianę i jego ciałem ją rozwalić wyprzedzając tak braterskie „będzie dobrze”. Bo jakoś będzie, ale zupełnie inaczej. Łamał mi się głos, kiedy prosiłam, by ją pozdrowić, wiedziałam, że mogę, od lat łączyły nas inne tragedie. Choć sama w skrytości dziękowałam Bogu, że nie jestem na jej miejscu, to każdy szept na korytarzu zniekształcał się w głowie i docierał do mnie złowrogim echem. Dłoń, przysłaniająca ich usta powstrzymywała syk, deformowała słowa. Ale oczy gadały. Gadały i gadały. Pierwsze przymknięcie powiek „niech poczuje to, co oni”. Szybkie spojrzenie przed ponownym spuszczenie wzroku „ fajne uczucie tak cierpieć?”. Odwrócenie twarzy zaszeleściło „karma wraca”. A wystarczyłoby przejść. Przejść obok i udawać, że jej nie ma. Ale człowiek musi. Musi pokazać, choć to nie jego cierpienie dosięgło. Nie z jej ręki, bo jakieś kiedyś na pewno. Musi w cieniu jej żałoby poczuć się lepszym. Musi się przekonać, że gdyby stała nad przepaścią, to wystarczyło, by dotknąć jej pleców i prawie że niewinnie pchnąć. Musi poczuć to, jakby spadała i czy nie zbyt krótko leciała. I musi później się uśmiechnąć, że nie jest taka jak ona, jest „ dobrym” człowiekiem. Nie pchnie, nie odbierze życia…. Takie jak ona, powinny właśnie „ żyć”. Powinny tęsknić, nie zaznawać szczęścia. Takiej powinno brakować dotyku, zapachu, wiatru. Niech wegetuje wśród więziennych odgłosów. Niech trzask krat nie pozwoli jej na dobre wspomnienia. Światło zapalającej się co godzinę jarzeniówki podczas nocnego obchodu ma wybudzać ze spokojnego snu. Umarł jej ojciec? Taka jest kolej rzeczy – usłyszy, człowiek się rodzi i umiera. To był zawał, miał szczęście. Może zbyt szybko żył? W jakimś stresie? Ale nie zginął. Wystarczyło, by przestał się denerwować o dzieci. Rzucić palenie, przystopować. Niepojęte, jak przez taki czas dostrzega się pewne rzeczy, gesty. Jak takie miejsce zmienia twarz, chód, mowę ciała. Mniej mówisz – bo to nie czas, więcej obserwujesz. A później się dostrzega, przepłakuje, odwraca głowę. Mało kiedy ma się ten komfort, by w celi spotkać bratnią duszę albo choć kogoś na tyle zaufanego, by odważyć się przyznać, że najbardziej się boisz śmierci bliskich. Że ten strach wywołuje nie tylko okratowane okno, na trzy spusty zamknięte drzwi, kilka oddechów na małym metrażu, nocne krzyki, kałuże łez pod budką telefoniczną, odmowy dyrektora, brak Internetu na skype. Nie boli cię tak wywołany sztuczny tłok, by od kogoś dostać z bara, czy śmiech, że przykrywasz ciało na łaźni, że nie masz co zapalić. Brak widzeń z powodu odległości, braku możliwości dojazdu, braku funduszy. To tak nie telepie sercem, jak ten cholerny lęk, że możesz nie mieć do kogo wyjść. Widzenia trzymają przy życiu, przy trwaniu, staraniu się, walczeniu o siebie i wytyczaniu sobie celu. Bez tego podpunktu zamykasz się, niekiedy czuć się możesz gorsza, ale na pewno samotniejsza. Więzienie jest pełne śmierci. Osadzonych mało umiera w samym więzieniu, ale część z nich jest sprawcami, a inna część doświadcza odejść bliskich po drugiej stronie muru. Uważam, że obie części cierpią. Po swojemu. Na własnej głębokości, we własnych kątach ciał. Nie tylko ten, który głośno mówi o żalu, żałuje. Nie tylko ten co wysmarkuje tony chusteczek od łez, płacze. Nie tylko ten co się modli, potrzebuje wybaczenia. Nie wzrok wbity w ziemię świadczy o wstydzie czy zmęczeniu. Już spotkałam wygadanych samotników. Śmiejących się opuszczonych, zakompleksionych śmiałków, wrażliwych samouszkodzeniowców. Dzieciobójczynie z powieszonymi zdjęciami własnych dzieci, morderczynie z różańcami na szyi. Mężatki sypiające z kobietami, małolaty pomagające się ubierać starszym. Nie raz mam wrażenie, że większość powinna przejść przez więzienie. Poczuć je tylko po to, by wyczuć życie. Przestać mu dawać uciekać przez palce, tylko zacisnąć pięść i działać. Jakby tylko po upadku zwycięstwo miało smak. Więzienie nie zawsze znaczy kryminał. Gruzy prywatności każdy gdzieś zostawił. Może już nawet nie pamięta, gdzie one są, ale trud wyjścia z nich do dziś stopy czują. Ta obręcz wokół kostki, pierwszy krok i od razu potknięcie. Nikt dobrze się nie czuje na nierównej powierzchni, dąży się do własnej drogi z ludźmi drogowskazami. Konsekwencje rzucają nas na bruk. Śmierć albo życie, musisz wybrać. Zapomnieć o tym, do czego nie przykładało się tak specjalnej uwagi, tam o jajecznicy, nieposprzątanym pokoju, mokrym nosie psa. Zwykłym geście pogłaskania po głowie, wychyleniu się przez okno, ciepłej kąpieli w wannie. Jechaniu windą, spacerowaniu po 10-tej, zamieszaniu w herbacie metalową łyżeczką. Z czasem stanie się to pierdołą-tęsknotą, bez której nauczysz się żyć. Bo wybrałaś życie. To lęk o innych zaczyna paraliżować. Niejednego żałobnika starałam się pocieszyć, ale żadnemu nie powiem, że ponownie dziękuję, że to nie moi bliscy. To uczucie staje się jednocześnie podłe i kojące. Schizofrenia losu. Bałagan uczuć. Jak trudno jest być po części sprawcą i błagającym o zdrowie dla swoich. Więzienie nie zawsze znaczy kryminał. Tylko lata bez nich, sprawiają, że pada się na kolana za nich. Pierwsze chwile są zawsze egoistyczne „Panie Boże, spraw bym sobie poradziła, jak najszybciej wróciła do rodziny, a już nic złego nie zrobię”. Znam tylko jedną osobę, która nigdy nie modliła się za siebie. Po jakimś czasie się do tego dociera. Bez nich, nie ma nas. Więc po co my? Kiedy po jakimś czasie przyszło mi „mieszkać” w jednej celi z koleżanką, której zmarł ojciec, byłam drewniana od niezręczności. Codziennie żyłam widzeniami i tymi spotkaniami. Większość telefonicznych rozmów w końcu schodziła na temat ewentualnego przyjazdu na widzenie, to miejsce nie zabija w człowieku chęci do dialogu. To współosadzone z celi są na pierwszej linii ataku czy obserwacji. To ich dni pobytu na wspólnym metrażu uczą odczytywać przebieg rozmów drugiej. Już w drzwiach celi wiadomo czy rozmowa się udała. Twarz i sposób wejścia w pierwszej sekundzie decydowało o dalszym przebiegu dnia. Każda z nas miała jakieś swoje problemy na wolności, jedna chwilowe, jakieś sytuacyjne, ale inne długotrwałe, rodzinne, zdrowotne. Zawsze się o czymś mówi. Indywidualne podejście kto ile o sobie powiedział, ale jedno jest pewne, nie ma takiej możliwości, by cela normalnie funkcjonowała bez rozmów o sobie, ale też o własnych trudnościach. Za każdą stoi jej historia i jej metoda radzenia sobie. W więzieniu najgorszy jest krzyk. Kojarzy mi się tylko ze złą wiadomością lub tragedią. Kiedy słyszę płacz i krzyk pod telefonem, zawsze mnie przechodzi zimny dreszcz. Wielokrotnie trzęsłam się z nerwów i płakałam z tą osobą. To jest tak przerażające i bolące, jak moje wyobrażenia powolnej śmierci. Bywałam najmłodsza w celi, gdzie tak naprawdę mało miałam do powiedzenia – bo nie jedynie krótkie życie to powodowało, ale przede wszystkim krótkie życie na wolności. Nie byłam postawiona pod murem, by zasłaniać dzieci własnym ciałem przed mężem katem, nie pochowałam dziecka, nie opiekowałam się sparaliżowanym rodzicem, nie przechodziłam chemioterapii, nie skończyłam w monarze. Nie raz miałyśmy z mamą kiepski moment, ale to ona, kochana robiła wszystko, bym nie zaznała głodu. Najsmutniejsze jest to, że głodu doświadczę w więzieniu, ale i tak jakoś to staje się małoznaczące wśród tych wszystkich historii, które celę robiły jeszcze bardziej ciaśniejszą. Te małe lokum musiało pomieścić historię kobiety, która znosiła lata poniżania, gwałcenia i strachu we własnym domu. Katował ją mąż na oczach dzieci. Dopóki były małe, łudziła się, że nie rozumieją co się dzieje, płakała dopiero po wszystkim, jak domownicy już spali. Miała popalone ręce i nogi, jak mogła to chroniła twarz, by móc pracować, by móc się pokazać. Wypiła tylko raz, przed dokonaniem zbrodni, którą zaplanowała na dany dzień. Gwałt na dorastającej córce rozerwał ją od środka, uwierzyła jej od razu. Nie musiała męża upijać, wrócił już pod wpływem alkoholu, sobie nalała, by nie wycofać się. Nie chciała zabić, chciała go pokarać, odebrać broń, narzędzie, którym ranił je. Związała go i odcięła penisa. Mówiła, że ciężko szło. Zemdlał. Chciała się uspokoić i wtedy się wykrwawiał. Organ wyrzuciła przez okno, na podwórko. Sama zgłosiła się na policję, dostała 11 lat i tyle czasu zakład karny męczył ją terapią alkoholową. Nie chciała się jej poddać, bo tamto było jednorazowe, oni naciskali, że czyn dokonany pod wpływem i terapia musi być zrobiona. Bez niej nie miała szans na zwolnienie warunkowe. Odwiedzana przez dzieci dawała radę. Spotkania i telefony z córką najbardziej ją zamykały, przeżywała jej związek z chłopakiem. Bała się, że obraz rodziców skrzywi obraz domu. Parę razy powiedziała mi, że strach o nią doprowadza ją do myślenia, że wolałaby ją mieć w więzieniu i tak się nie bać. Codziennie o nią się modliła i codziennie przy tym płakała. Przepraszała nas, ale jak można mieć do matki żal o łzy za córkę? Tylko, że „młoda” płakała nie raz przez nią, ale to też z takiego powodu, że tęskniła za takim obrazem matki. Większość czasu wychowana przez dom dziecka i placówki wychowawcze nie zaznała bliskości i więzi z rodzicielką… Pozdrawiam,
Pełnoletnia
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury –państwowego funduszu celowego.
Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Kiedy przekroczyłam próg więzienia, już wtedy wiedziałam, że wkraczam do innego świata. Świata, którego nie znam. Świata, który jest mi obcy. Świata, którego się boję. Nie wiedziałam co mnie czeka, czy się odnajdę i czy dam sobie radę. Wszystko dookoła było przerażające i obce. Pierwsze dni/ tygodnie były dla mnie bardzo trudne. Dźwięki zamykanej klapy, brzdęk kluczy wywoływały u mnie olbrzymi niepokój. Każdego dnia wzmagały się myśli destrukcyjne, z każdą godziną zapadałam się w jeszcze większej wewnętrznej ciszy. Ciszy, w której życie się cudownie wydłuża, a jednak człowiek marzy o śmierci, bo wyobrażenie sobie wieczności w tej ciszy grozi szaleństwem. Wiedziałam jednak, że skoro jestem między ludźmi, w nowym nieznanym świecie to muszę wypracować jakąś zasadę współżycia. Każdy z nas ma przecież swoje doświadczenie, swoją pamięć, swój lęk i ból… W końcu postanowiłam się nie izolować, żyć pośród ludzi i z ludźmi. Uznałam, że samotność jest iluzją, w której nie mogę się zatracić. Kiedyś w książce Katarzyny Nosowskiej przeczytałam, że „(…) kiedy człowiek znajdzie się w czarnej dupie, to chętnie w niej pozostanie, jeśli tylko będzie miał towarzystwo”. Idąc w ślad za tymi słowami, otworzyłam się na ludzi, zaczęłam słuchać i być słuchana. Powoli uczyłam się nowych pojęć – języka więziennego. Dowiedziałam się, że stołek to fikoł, miska to dołek, a ścierka do naczyń to platerka. Dzięki temu zrozumiałam czym jest mandżur (koce, poduszka), kostka (jak wcześniej) czy wybicie się na klapę (pytanie do Oddziałowej). Nauczyłam się zagospodarować sobie czas wolny, spędzając go na malowaniu, haftowaniu czy robieniu na drutach. Z czasem przestałam liczyć dni pozostające mi do opuszczenia ZK. Zrozumiałam, że czas nie istnieje, a tykanie zegara to zaledwie jeden z dźwięków, które docierają do mojego ucha. Dużym problemem było dla mnie radzenie sobie z tęsknotą za bliskimi. Brak przy sobie męża i dziecka sprawiał ból, z którym ciężko było sobie radzić w codziennym życiu. Z czasem jednak stawałam się silniejsza, a moją siłą stawali się moi bliscy, stający za mną murem. Doceniłam ich rolę i postanowiłam żyć po pierwsze dla nich, po drugie dla siebie. Cały czas waham się jaka powinna być poprawna kolejność. Kiedyś przeczytałam, że smutek to ściana pomiędzy dwoma ogrodami. Mi w końcu udało się odnaleźć łączącą je furtkę. Są nią ludzie. Dziś wiem, że nie wolno się poddawać. Czas, który spędzę w ZK w końcu się skończy. Nie chcę, żeby był to czas stracony, chcę z niego jak najwięcej skorzystać, pobierając naukę od ludzi, z ich historii. Wiesze w to, że nic nie dzieje się bez przyczyny i z tej trudnej lekcji, też uda mi się wyciągnąć wnioski, które pomogą mi przejść przez resztę życia.
Marika
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury –państwowego funduszu celowego.
Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.