Pisanie o sobie nie jest moją najmocniejszą stroną, a może to obawa, by w takim miejscu nie powiedzieć zbyt wiele, bo nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś to wykorzysta… Jednak spróbuję usystematyzować myśli, które przychodzą mi do głowy.
– Jestem nonkonformistką do potęgi. Społeczna presja na mnie nie działa, a czasem wręcz rozbawia (co nie znaczy, że jestem buntowniczką).
– Wszystkie decyzje, które podejmuję, są wypracowane na podstawie moich własnych zasad, uczuć i przekonań. Nie można mi czegoś narzucić, dopóki jest to niezgodne z moim odbiorem danej sprawy.
– Nie jestem jednak skostniała, czy zamknięta na poglądy – te przecież się zmieniają (potrafię przyznać się do błędu, zauważyć go i sprostować).
– MYŚLENIE to moja nadrzędną idea! Niezależnie, jakie mamy poglądy i w co wierzymy – trzeba MYŚLEĆ. Wyrabiać swoje zdanie, analizować, drążyć na własną rękę. Dyskutować, wymieniać się argumentami, nie obrażać się na drugą stronę, bo ma inne poglądy, tylko spróbować zrozumieć co nią kieruje. Można przekonywać do swoich racji i ideologii, ale nigdy siłą i groźbą, bo to nic innego jak dyktatura.
– Lubię żyć, dotykać i rozmawiać. Nie lubię inwestować czasu w wyinżynierowane przebiegi fabularne, relacje wymyślonych ludzi, bosą tak sprecyzowane, by nas odurzać. Choć więzienie zmusza mnie, by uciekać przed tym, co się dzieje. A obecnie dumam nad tym, jak ocalić siebie z powodu nieszczęścia i bzdur i jak budować i ocalić szczęście (i nie chodzi tu o tandetną psychologię pozytywną, tylko jak się nie poddać upiornym okolicznościom, lokalnym i globalnym).
Daga
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury –państwowego funduszu celowego.
Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
W celi jest pięć kobiet. Skrajnie różnych. Niedawno trafiła tu pewna „iksińska”, której jest tu dobrze. Siedzi cztery miesiące, do końca zostało jej pięć i przed chwilą byłam świadkiem rozmowy pt. : „ W którą stronę pójść po odsiadce?” Jedna myśli czy znajdzie pracę, bo korona, więc w swoim zawodzie zatrudnienia nie znajdzie, druga myśli żeby zacząć działalność gospodarczą, trzecia planuje wyjazd za granicę, bo tam jej rodzina żyje i opiekuje się jej dzieckiem, aż w końcu pada z ust „iksińskiej”, że ona to się zastanawia, bo nie wie czy po wyjściu iść w prawo czy w lewo, ponieważ gdzieś musi być dworzec, ale gdzie? Do domu to bez sensu, bo co w domu robić, pójdzie do znajomych, do lasku na piwko, winko i pogaduchy, bo dawno się nie widzieli. Planuje „zaklepać” tu sobie miejscówkę na kolejną zimę, bo o prace ciężko, no i oszczędności będzie miała, za czynsz, za ogrzewanie czy prąd… Tak leżę, słucham i myślę sobie „no żyć nie umierać”, chyba zazdroszczę, bo nawet przy moim optymizmie nie widzę w tym miejscu zalet. Ależ oczywiście że jaja sobie robię — w końcu lada moment Wielkanoc, ale na serio zastanawiam się czy gdyby dane mi było ześwirować, to w którą stronę wolałabym….
Pozdrawiam
Małgosia
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury –państwowego funduszu celowego.
Wesprzyj działania w więzieniach Fundacji Dom Kultury wpłacając 25 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Zaczęło się niewinnie. Lekkie swędzenie głowy i przeczucie, które szybko mijało. Po pewnym czasie na mojej głowie pojawiły się dwa guzki. Wyczuwalne przy dotyku, ledwo widoczne. Trochę mnie zastanawiało, co się dzieje, ale jeszcze naiwnie udawałam, że jest okej. Problem zaczął się wtedy, kiedy te dwa guzki, niczym pędy fasoli, przebiły się przez skórę i ukazały w formie różków. Co prawda były niewielkie, jednak widoczne dla bystrego oka. Przykrywałam je włosami tworząc idiotyczne fryzurki. Przed jednymi udało się ukryć ten mój defekt, inni skumali bazę udając, że nic nie zauważyli, jednak patrząc na mnie ich wzrok i uwaga skupiały się mimo wszystko na mojej głowie. Czas mijał, różki podrastały kołtuniąc mi włosy i umysł. Coraz ciężej było udawać, że ich nie ma. Coraz bardziej głupio wyglądałam namiętnie ukrywając je włosami, jak łysielec tupecikiem gołe czoło… W końcu nadszedł dzień, w którym stając rano przed lustrem ujrzałam na swojej łepetynie dwie ogromne łopaty! Poroże godne łosia lub trofeum bezdusznego myśliwego. Totalna anomalia! Rozumiem, u zwierząt kopytnych, to powód do dumy, ale w mojej wersji dumna raczej nie miałam być z czego. I tego już przyklepać włosami nie szło. Co teraz? Udawać, że te rogi nie istnieją? Zamknąć się w celi i unikać ludzi? Zawiązać turban z ręcznika? Po jednym na róg, bo za skarbowe AŚ są dosyć niewielkie. Czy podpiłowywać pilniczkiem papierowym, co pewnie zajęłoby mi czas do końca wyroku. Zrezygnowana i zapoznana już z porażką usiadłam na łóżku, co nie było łatwe, kiedy zajmujesz dolną część piętrowego łoża, a z głowy wystają wysokie łopaty. Zgarbiłam się więc lekko, oparłam brodę na dłoniach i popadłam w zadumę. Jak będę teraz funkcjonować? Bo moje życie niewątpliwie ulegnie zmianie. Jak pokażę się ludziom? I skąd wezmę siły, żeby dźwigać ten ciężar na sobie? W końcu łosie, jelenie, renifery mają cztery nogi, mocny kark i łeb, a ja? Dźwigać codziennie swoją klęskę, która zmieniła mój wygląd i myślenie. Wstyd. Jak wstanę do apelu? Jak wyjdę na spacer? Z zadumy wyrwało mnie trzęsienie łóżka. To moja kumpela z górnego koja budzi się opornie dożycia. Chwilę później zeskoczyła z drabinki i zupełnie zaspana jeszcze stanęła przede mną, mówiąc:
– Ja pierdzielę! Grubo! Powiem ci, że poroże masz zajebiszcze! Hit!
– Ano mam. Tylko, co teraz?
– Jak to co? Nic! Trochę ponosisz i samo zleci, zwierzęta też je gubią. A tak, no co, latem przewiesi się sznurki, będziemy suszyć pranie na spacerniaku. Zimą powiesimy na nich bombki i światełka. Ciężkie pewno są, to fakt, ale plus jest taki, że wyrobisz sobie dzięki temu formę. Kondycję wzmocnisz, kręgosłup i siłę. No co? Ty nie dasz rady? A poza tym, niech się wstydzi ten, co widzi i ten, co je zmajstrował. Wiesz, jak to jest, co nas nie zabije, to nas wzmocni. Kobieto! Helloł! W kryminale jesteś, dajesz radę, to i te dwie łosiowe łopaty udźwigniesz.
Rozmowa dobiegła końca, zbliżał się poranny apel. Stanęłam przed lustrem i kawałkiem wstążki zawiązałam na jednym rogu kokardkę .Jak już są, to niech chociaż wyglądają 😊.
Babcia Charlotta
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Baśka i Turysta poznali się w liceum. Baśka uparta, zdystansowana, szalona, impulsywna – kobietka z maleńkim tobołkiem doświadczeń z tzw. dobrego domu. Turysta młodziutki duchem, pełen radości, uprzejmy, naiwny nastolatek, pełen optymizmu lekkoduch. Oboje trafili do jednej klasy, dalecy od planów zawierania jakichkolwiek relacji damsko-męskich. Tym bardziej, że Baśka odczuwała w trzewiach skutki świeżego rozstania i samotnego macierzyństwa. Traf chciał, że oszołomiony robotą Amor tak się zamierzył ze swojego łuku, że rąbnął grotem strzały Baśkę, która akurat swój wzrok skupiła na osobie Turysty. Ten, nie będąc obojętny na bezpośrednią bajerę Baśki, dał się uwieść. Wspólne słuchanie Scootera dzieląc się słuchawkami kozackiego walkmana Turysty na nudnych lekcjach j. rosyjskiego, zbliżyło tych dwoje na długie lata. Zaowocowało to u Baśki oceną mierną ze znajomości języka naszych wschodnich sąsiadów, a u Turysty nabyciem partnerki w pakiecie z córką. Baśka i Turysta stali się nierozłączni, a sam Turysta okazał się strzałem w dziesiątkę, jako materiał na męża i ojca. Chował Bronkę (pseudonim), jak własną córkę, stając się jej idolem i bohaterem. Wspólnie doczekali się drugiej córki, Zołzy (pseudonim). Baśka i Turysta zaczynali od zera, wspólnie budując pracując na swoją przyszłość. Jedno motywowało drugie. Kiedy Baśka pracowała, Turysta niczym wzorowa frauhouse, pełnił obowiązki domowe, nie tracąc przy tym męskości. Prał, prasował, sprzątał, zmieniał pieluchy, gotował. Kibicował Baśce, kiedy realizowała swoje plany. Poznali biedę, kiedy potrzeby Bronki i Zołzy były priorytetowe, sami sobie odejmowali od ust. Imali się każdej pracy, krok po kroku realizującswe plany. Zawsze razem. Zawsze obok siebie. Zawsze jedno za drugim. Turysta zachował zimną krew, kiedy Bronka złamała rękę czy spadła z roweru, okiełznując panikę Baśki. Baśka podejmowała ważne decyzje, obalając stwierdzenie ,,nie da się’’. Baśce zawsze się dało. Baśka i Turysta, to była jedność, wspólnie tworzyli fortecę nie do zdobycia. Nie potrafili długo spędzać bez siebie czasu. Uciekali z imprez towarzyskich woląc być we dwoje. Okazywali sobie bezgraniczną miłość, dzieląc się wszystkim na pół, z czego ,,większe pół’’ Turysta dawał Baśce. Rozpuścił Baśkę jak dziadowski bicz. Baśka Turyście uchylała nieba. Jako małżeństwo stanowili luzacką, szczęśliwą i zakochaną parę. Kiedyś Turysta przyniósł kawałek szarlotki zawinięty w serwetkę, którą poczęstowała go pewna pani, u której wykonywał prace sezonowe. Położył na stole lekko pokruszony kawałek, mówiąc do Baśki ,,wiem, że lubisz, nie umiałem zjeść bez Ciebie’’. Wielokrotnie zaskakiwał Baśkę: bukiecikiem stokrotek zebranych z ogródka na imieniny, kiedy liczył się każdy grosz. Czy bukietem z 200 sztuk peonii na urodziny, kiedy byli u szczytu. Liczyli się tylko oni i córki, plus psy zwane piesami i kot – oni – crew. I tak przez 20 wspólnych lat. Do dnia, kiedy Baśki zabrakło. W 2019 r. Baśka trafiła do Aresztu. To był początek końca. Preludium rozpaczy tych dwojga – pary, małżeństwa, przyjaciół, którymi byli. Baska trafiła do innego świata. Dla Turysty cały świat legł w gruzach. Ona płakała, tęskniła, upadała emocjonalnie tu. On płakał, tęsknił, upadał tam, walcząc jednak o Baśkę. Poruszał niebo i ziemię, żeby Baśka wróciła, żeby niczego jej nie brakło. Walczył każdego dnia o nią i z samym sobą. Nie umiał i nie chciał żyć bez Baśki obok. Nie potrafił sam robić niczego, co robili oboje. Szalał z niemocy i tęsknoty. Codziennie przyjeżdżał pod areszt, stając pod murem, by ,,być’’ z Baśką. Nawoływał, puszczał piosenki, wszystko po to, by Baśka czuła, że on jest i kocha. Był pod tym murem każdego dnia przez 18 miesięcy. W deszcz, śnieg, burzę i mróz. Czasem spał w aucie całą noc mając poczucie jedności z Baśką. Słał tony listów ozdobionych rysunkami, był gotowy od rana na każde widzenie, był zawsze obok. Wspierał Baśkę, ile miał sił i ile mógł. Czekał na powrót Baśki, planował przyszłość. Jednak rozłąka stała się zbyt ciężka dla nich obojga. Baśkę przerastał stres, widmo wyroku, ciężar obawy, że Turysta nie udźwignie życia bez niej. Turysta upadał, uciekał w ,,zło’’, żeby nie myśleć trzeźwo. Zagłuszał ból i nieobecność Baśki. Ranił siebie wyrzutami sumienia i bliskich zmianą, jaka w nim zaszła. Pewnego dnia bańka pękła. Baśka usłyszała dwa wyroki. Jeden 8 lat więzienia, dwa dni później drugi – dla niej wtedy dożywocia – wydany przez Turystę. Oznajmił przez telefon ,,To koniec, zakochałem się.’’ Baśce runął świat, chciała tylko uciec. Nie zdążyła powiedzieć, że boi się tylu lat tu, że go potrzebuje i kocha. Żeby dbał o siebie i córki. Żeby jej nie zostawiał jak przyjaciel, którym był i przyrzekał na ,,paluszek’’ (taki gest, kiedy łapali się za małe palce u dłoni), że był, jest i będzie. Nie powiedziała, odłożyła słuchawkę i odeszła dusząc szloch. Wiedziała, że nie może okazać słabości, nie tu. Przybrała maskę uśmiechu i obojętności, choć w środku wyło zranione zwierzę. Baśka wiedziała, że jej życie, które miała, umarło, a z nim Baśką, którą była przy Turyście. Każdego dnia czuła, jak traci wszystko, co kochała. Zapadała się w sobie, trawiła z trudem swój ból. Pewnie przekroczyłaby rubikon własnej autodestrukcji, gdyby nie silne wsparcie dziewczyn stąd, które stawiały Baśkę do pionu napędzając do działania, walki już wyłącznie dla siebie i o siebie. Baśka po pół roku doszła do formy – silniejsza, pewniejsza siebie, czasem tylko rana w sercu przypominała o sobie swędzeniem. Baśka przestała usilnie doszukiwać się winy w sobie, wyobrażać ,,chore obrazy’’, walczyć z wiatrakami jak Don Kichot czy płakać w ukryciu słysząc piosenki, które puszczał jej Turysta. Baśka stała się inną Baśką. Zahartowała się zamykając na uczucia. Umiała już przetrwać święta, walentynki, urodziny bez Turysty, bez składania sobie życzeń, jak zawsze przez 20 lat. Los jednak bywa przewrotny. Baśka nie wiedziała, że za kilka miesięcy stanie tu, w więzieniu, oko w oko z kobietą, która świadomie stawiała mur między Baśką, a Turystą, zajmując jej miejsce. Tym razem Baśka była na to gotowa. Nie przewidziała jednak, że za tą kobietą pod murem pojawi się Turysta, brutalnie zrywając szwy z gojącej się rany w środku serca. Ale to już inna historia, na inny artykuł. Walentynki – dzień zakochanych. Miłość, to piękne uczucie, i warto kochać. Ta historia, to obraz miłości dwojga ludzi, którzy razem mogli wszystko, bez siebie nie potrafili nic. Przerosło ich rozstanie zbyt długie, zbyt niespodziewane. Jak mawiał Baśce Turysta: ,,Ja bez ciebie nie żyję, ja funkcjonuję. Bez ciebie umiera dobry ja’’. Poranili się okrutnie. Może czas uśmierzy ból i żal. Może kiedyś będą umieli ze sobą rozmawiać… Jabłko jest piękne, kiedy łączą je dwie połówki. Rozdzielone obsychają, tracą kolor i gniją. Życzę Wam miłości – silniejszej i trwalszej niż miłość Baśki i Turysty, ale równie pięknej. Baśka
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Czy może być coś ciekawego w dniu więźnia? Dzień jak co dzień, każdy podobny do kolejnego w kartce kalendarza. Niczym się praktycznie nieróżniący, kolejna kartka spadająca z kalendarza, dzień bliżej wolności.
Pomyślałam sobie, że napiszę, jak to jest z mojego punktu widzenia, tak jakbym pisała pamiętnik. Tak, jestem recydywistką, czyli drugi raz karana, przebywająca drugi raz w tym miejscu. Nic, czym można się pochwalić, a wręcz wstyd. Ale dobra bo przecież to nie o mnie ma być a o tym dniu w tym miejscu.
Mam nastawiony budzić na 6:30, by wstać i zrobić kawę, nie tylko dla siebie ale też dla koleżanek z celi. Bo co to za picie kawy w samotności, nie smakuje tak samo. Gdy tylko stwierdzę, że już trzeba wstać, to ta kawa jest już zrobiona przez Młodą (tak mówimy na jedną z celi). Przecież rano ciężko jest wstać skoro i tak nic nowego się nie wydarzy. Można zrobić harmonogram dnia według czynności, które nie ulegają zmianie w tygodniu. I z tego mojego zrobienia kawy, wychodzi tak, że mam podaną kawę „do łóżka” – postawiona na krzesło obok. No tak, ale zaraz trzeba wstać bo apel, a nie można być w piżamie. Ale i na to też mam sposób, założenie spodni na piżamę – przecież nie widać co mam pod spodem. Gdy tylko przejdzie apel, czas się obudzić i zacząć funkcjonować w tym miejscu. A więc „kąpiel” i poranna toaletka zrobiona. Szybkie doprowadzenie siebie do stanu użyteczności, w miarę zrobiony makijaż dla poprawienia własnego nastroju. 7:30 przyjeżdża śniadanko, nic specjalnego, ale dziś akurat jest salceson – dziwne ale przez naszą celą lubiany. Taka kanapeczka z salcesonem musztardą i ogórkiem kiszonym, jest czymś innym niż z „dziwną wędliną”. Śniadanie zjedzone i oczekiwanie na pracę. Mam te szczęście, że pracuję w radiowęźle. Wychodzę do pracy codziennie przed 9 godziną.
Czekając na wyjście, w głowie myśli jedne: co dziś moje dziecko powie mi przez telefon. Ostatnio mnie zaskoczyło, bo usłyszałam „mamo już za 11 miesięcy i 21 dni będziesz w domu”. Syn, który ma 9 lat, odlicza dni do mojego powrotu. Nie ma nic piękniejszego dla matki w tym miejscu, że dziecko czeka, ale też nic gorszego jednocześnie. Jak bardzo go skrzywdziłam, jak mu mnie brakuje. Otwiera się klapa (drzwi) i wychodzę, chwila która jest z jednej strony rutyną, ale też odskocznią w tym miejscu. Każdy dzień wygląda inaczej. Mam możliwość będąc w pracy patrzenia przez okno, nie ma pleksy. Widok jadącego pociągu, jest niby czymś normalnym, ale jak się ostatnio dowiedziałam, że nie. Pracuję już 2 lata w tym miejscu i zostałam zaskoczona przez koleżankę z pracy. Nigdy nie wpadłam na pomysł, by policzyć wagony w pociągu, a ona tak, i się okazało że każdy pociąg przejeżdżający ma po 6 wagonów. Dziwne, ale cóż. Nigdy się nie zagłębiałam w tym, ale jak widać każdy ma swój sposób patrzenia.
W pracy jak nie jakaś audycja do przeczytania, to trzeba coś napisać do gazetki, bo tworzymy też swoją więzienną gazetkę. I tak mija dzień do obiadu, do godziny 13:00. Przerwa na obiad i udanie się do celi. Szybka kontrola przez wejściem na celę. I z powrotem można poczuć się jak kurczak zamknięty w klatce. Nie wiadomo co dziś kucharz przygotował, więc czekając na niewiadomą robię zupkę chińską – niezawodny składnik jadłospisu więźnia. Jak zwykle, kuchnia nie zaskoczyła, bo bigos z ziemniakami, szkoda, że to z nazwy jest tylko tym daniem. A tak na obiektywne oko: pozostałości po kapuśniaku. Ale przecież nie mamy co narzekać, bo jest lepiej niż w szpitalach.
I tak w przerwie obiadowej obejrzany kolejny magiczny serial, który leci w telewizji, by czymś zająć głowę, by nie myśleć o domu, dzieciach. Najlepszym rozwiązaniem, by głowa nie wysiadła, jest robienie czapek na szydełku, wtedy czas leci szybko a myśli same uciekają.
Ostatnio mamy z Gabrychą dobry ubaw widząc reklamę Fundacji McDonalda, to nam przypomina, by wziąć szydełko i robić kolejną czapkę. Niby reklama a jednak w jakiś sposób wypełnia nam nasz dzień. I otwiera się klapa i wyjście do pracy. I radość jak nic, bo przyszła nowa włóczka od fundacji na czapki, a co za tym idzie, mamy co robić na celi. Nowe kolory, jasne, więc już wyobraźnia działa na całego, jakie mogą powstać czapki, jak połączyć kolory. I na dzieleniu włóczki mijają kolejne godziny i słyszymy „możecie iść do domu”. Fajnie tylko dom to mam za brama, i żeby to było takie proste. Nacisnąć klamkę i wyjść za bramę.
Zanim udam się na celę czeka mnie najprzyjemniejsza chwila w ciągu dnia – wykonie telefonu do dzieci. Możliwość rozmowy z nimi, chociaż jest to tylko albo aż 6 minut to bezcenne. Można tyle się dowiedzieć, co mnie omija z ich życia. I tak dziś syn mnie uświadomił, że umie jeździć na łyżwach i ma zamiar mnie tego nauczyć po wyjściu moim. Mój mały synek a jaki już samodzielny.
I tak minął w większości dzień. Nic specjalnego, ale to dzień, który przybliżył do wolności. Na celi jak zawsze czeka na mnie ciepła herbatka, i trzeba wziąć się szydełkowania, by głowa nie eksplodowała od nawału myśli po telefonie.
O 19:00 apel i można się umyć i wskoczyć w piżamkę. Coś obejrzeć, poczytać i zasnąć z myślami, że jeszcze chwila bo już nie 11 miesięcy i 21 dni a 11 miesięcy i 20 dni do wyjścia. Jeden dzień a jak dużo znaczy.
Pozdrawiam Zołza
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Zastanawiałam się jak poruszyć ten temat. W jaki sposób opisać emocje budzące się we mnie w ten wyjątkowy czas? Prawdę mówiąc, przez ostatnich wiele lat całkowicie przestałam sobie zawracać nimi głowę: i świętami i emocjami. Przez fakt, jakim stałam się człowiekiem, życie jakie wiodłam, sumienie nie pozwalało mi zwrócić swoich oczu ku Bogu. Czułam się niegodna. Uważałam, że nie zasługuję na miłosierdzie. Z żalem i zawiścią patrzyłam na uradowane twarze ludzi pochłoniętych przez szał przedświątecznych przygotowań! Z ukłuciem w sercu spoglądałam na kolorowe światełkaw cudzych oknach. Z własnego wyboru ulegając pragnieniom, które zwodziły mnie daleko, głęboko, czasem aż do piekła, porzucając rodzinę – pozostałam sama. W mroku i w zimnie. Nie potrafiłam jednak mimo usilnych prób, wymazać z pamięci świąt spędzanych wrodzinnym domu. Gdy jeszcze żyła babcia. To ona była bramą, która wprowadziła mnie w życie, to ona oddała mnie w opiekę Bogu, to ona właśnie zawiązała między mną a Jezusem pierwszą więź. To babcia Zosia była spoiwem rodziny i sprawczynią najcudowniejszych świąt mojego dzieciństwa. Byłam wówczas taka szczęśliwa. Pamiętam, jak wspólnie przeżywałyśmy narodziny Dzieciątka Jezus. Do dziś wryło się w mojej pamięci wspomnienie, gdy poprzełamaniu się opłatkiem, poprowadziła mnie do szeroko otwartego okna, wskazując dłonią skierowała mój wzrok na pierwszą, najjaśniejszą gwiazdę, prosząc bym zawsze podążała za jej blaskiem. Jak trzej Królowie. Dary, które złożyłyśmy przed Narodzonym Panem były tym, co najczystszego posiadały nasze dusze. Oddałyśmy nasze myśli, troski i radości, nadzieję i modlitwy. Nie potrafię ubrać w słowa unoszącej mnie wówczas wszechogarniającej miłości i radości. To była magia…
Wielelat później po śmierci babci, zapomniałam o tej magii, a Święta dla mnie przestały istnieć. Jeszcze przez jakiś czas przyjeżdżałam w Wigilię do domu, lecz po drodze utraciłam ich prawdziwe znaczenie. Liczyły się tylko prezenty, którymi się wzajemnie obdarowaliśmy, życzenia wypowiadane beznamiętnie, bez wiary w ich spełnienie, odruchowe poklepywanie się po plecach kryjące w sobie więcej ukrytego żalu i niewypowiedzianych pretensji niż szczerej życzliwości. I nikt nie zwracał uwagi na głównego jubilata – Dzieciątko Jezus. Nikt z nas nie troszczył się o Niego. Moje serce stało się obojętne jak te domy i karczmy, które stały zamknięte przed Bogiem, w dniu Jego narodzin. Nie znalazłam dla niego miejsca, ani kołyski, nawet sianka z pod obrusu zabrakło.
Dziś, miejsce w którym jestem, jest konsekwencją moich poczynań. Znalazłam się tutaj z własnego powodu, choć wbrew własnej woli. Jeszcze miesiąc temu z niechęcią myślałam o nadchodzących dniach. Co zrobić? Najlepiej będzie położyć się, odwrócić twarz do ściany i przespać ten świąteczny czas. Udawać, że to dzień jak co dzień. Nie myśleć. Nie czuć. Nie być. Jednak niepotrafię nie tęsknić. I chyba tę moją tęsknotę, pragnienie odrodzenia zauważył Bóg. Poczułam delikatne drgnienie serca, jakby ledwo wyczuwalne pukanie. Zatkałam uszy, by nie słyszeć. Na nic się to zdało, gdyż to rozgrywało się wewnątrz mnie. I głos, który zapytał czy go w końcu przyjmę. Nie wiem czy to moje sumienie czy Pan Jezus Chrystus? Nie mogę pójść do Świątyni Ojca, nie mam możliwości, by się wyspowiadać przed Kapłanem. Jednak postanowiłam u siebie posprzątać. Wymiotłam z serca wszystkie grzechy, brudy, cały zalegający w nim gnój. Słowami pokuty wybieliłam serca ściany i ocieplam je dobrymi wspomnieniami i radosną obietnicą narodzin Pana. Teraz z niecierpliwością i nadzieją czekam na Cud Bożego Narodzenia. I choć blindy w oknach uniemożliwiają mi spojrzeć w Wigilijne Niebo, to wiem, że Betlejemska Gwiazda rozproszy we mnie mrok i Bóg się w mym sercu narodzi. Wiem również, że w moim rodzinnym domu, jak co roku będzie czekał na mnie przygotowany dodatkowy talerz. I może w kolejne święta odważę się usiąść przed nim przy stole wśród bliskich, śpiewając kolędy. W tym roku, w tym miejscu będzie to dla mnie cicha noc…
…Cicha noc, święta noc,
Narodzony Boży Syn,
Pan Wielkiego Majestatu,
Niesie dziś całemu światu,
Odkupienie win, odkupienie win.
PiK/2021
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Projekt edukacyjny pt. ,,Bo św. Mikołaj nie ocenia’’ jest wspólnym dziełem świetlicy szkolnej ze Szkoły Podstawowej nr 4 im. Janusza Korczaka w Sulejówku oraz Fundacji Dom Kultury. W jego ramach dzieci ze świetlicy stworzyły kartki świąteczne oraz zaśpiewały kolędy i pastorałki dla kobiet przebywających w więzieniu na warszawskim Grochowie. Piosenki zostały nagrane. Głównymi celami projektu było pogłębienie oraz rozwinięcie wrażliwości społecznej wśród dzieci, przeciwdziałanie stereotypom i uprzedzeniom na temat osób przebywających w zakładach karnych, a także wzmocnienie efektów resocjalizacyjnych wśród skazanych kobiet. Uczestnikami projektu były chętne uczennice ze wszystkich klas drugich. Projektem z ramienia Fundacji kierowała wolontariuszka, Sara Prekurat, pracująca jednocześnie jako wychowawczyni świetlicy.
Wśród nocnej ciszy
Przybieżeli do Betlejem…
Świeć gwiazdeczko
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Co roku w Wigilię mam z bliskimi taką ceremonię, że o godz. 18-tej w myślach składamy sobie życzenia. Im jest łatwiej bo jestem jedna, ja staram się nikogo nie pominąć w tej swojej prywatnej mszy. Obecnie „nie robię” Świąt już od kilku lat, nie umiem przeżywać Bożego Narodzenia w co chwilę zmieniającym się towarzystwie.
Pamiętam jak dawno temu, gdy przewieźli mnie do zakładu karnego w Grudziądzu, tam była organizowana Wigilia na świetlicy. Ze strony administracji był wkład w postaci słodyczy, ciastek i ciasta, my od siebie mogłyśmy wszystko co było dla nas dostępne bądź do zrobienia. Kto co miał bądź co chciał dać dorzucał do wspólnego kartonu. Dana grupa dziewczyn ubierała choinkę, przystrajała stół i o umówionej godzinie schodziły się dziewczyny. Z kaset magnetofonowych puszczane były kolędy i przy świeczkach przyniesionych przez wychowawcę płynęły rozmowy, a u niektórych też łzy. Garstka dzieliła się opłatkiem.
Na tego typu spotkaniach wigilijnych byłam cztery może pięć razy. Z roku na rok robiło się to coraz bardziej uboższe nie tylko w kwestii materialnej, ale też mentalnej. Dziewczyny nie chciały „dokarmiać” innych nawet z okazji świąt. Mnie osobiście zniechęciła rozmowa osadzonych na mój temat – „ta to musi się dorzucać, by choć takie święta mieć”. Pytanie – jakie święta? Chyba takie same jak tych co obgadywały mnie? Jedno miejsce a jakby odległe punkty.
Później moje święta były już tylko w obrębie celi – najlepsze jakie mogłam spędzić, to z Małgosią. Przygotowywałyśmy wszystko, na co było nas stać. Jakaś część pyszności przychodziła w żywnościowych paczkach, coś zakupiłyśmy w kantynie, ale były też przysmaki osobiście przygotowane. Małgosia uwielbiała „gotować”, ja uwielbiałam to jeść. Trochę „jadłyśmy jej z ręki” :). Łączyłyśmy dwa małe stoliki, kładłyśmy obrus i serwetki, opłatek na środku i wszystkie potrawy. Siadałyśmy wspólnie bez wyjątku, czy ktoś dostał paczkę czy nie. Przy kolędach z telewizora starałyśmy się jak najweselej przywitać Jezusa. Małgosia jest osobą niewierzącą, a i tak co roku szła zemną na mszę. Raz nawet byłyśmy na Pasterce!
Później pojechałam do Warszawy i nie uczestniczyłam w Wigiliach. Co chwilę w celi mi się zmienia skład, wchodzili i wychodzili. Mało kiedy miałam taką możliwość, by z kimś sobie coś zaplanować choćby właśnie te święta. Nie ozdabiałam celi, nie robiłam nawet sałatki. Jadłam tylko to co kupiłam, jedynie tej 18-tej do dziś jestem wierna. W tym miejscu szczególnie trzeba mieć z kim ten dzień spędzić. Twarze się zmieniają, a ja ciągle jestem tutaj. Jak to tradycyjne miejsce dla wędrowca, przygotowane, ale lepiej żeby nie przyszedł.
Pomimo wszystko, spokojnych dla wszystkich Was Świąt, jakby co, zapraszam o 18-tej.
Pełnoletnia
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Dla jednych bieda jest postrzegana przez brak środków materialnych, ale dla mnie przebywającej w Areszcie, bieda oznacza izolację od rodziny. Codzienny telefon przez 5 minut i 3 razy w miesiącu widzenie przez godzinę to jest naprawdę za mało. Brak kontaktu fizycznego na co dzień, to że nie mogę uczestniczyć w podstawowych czynnościach, tj. zaprowadzenie dziecka do szkoły, czy pomoc w odrobieniu lekcji, a nawet ugotowaniu obiadu.
Czuję się naprawdę biedna, ale za kilka tygodni moja bieda się skończy i będę bardzo bogatym człowiekiem. I takiego szczęścia życzę wszystkim.
Grzeczna 🙂
2.
Bieda w więzieniu – różnie to można interpretować. Osobiście nie dotknęła mnie bieda materialna, brak pomocy ze strony bliskich.
Owszem pierwszy okres po trafieniu do Zakładu Karnego jest najtrudniejszy, gdy musimy czekać na pierwsze widzenie, pierwsze paczki, gdyż nie każdy trafia sam dostając bilet na odbycie kary. Wiele osób zostaje doprowadzonych z różnych okoliczności i po prostu nic na start się nie ma. Gdy już uda nam się nawiązać kontakt z rodzinami, to zyskujemy wsparcie z zewnątrz i pomoc, która tu jest potrzebna. Wtedy bieda nas nie dotyka. Więzienie daje nam tyle, ile uważa, że starczy nam na przetrwanie, w końcu to jest kara.
Do biedy zaliczam rozłąkę z bliskimi, „rozdarcie” więzi, smutek, tęsknotę… jeden telefon dziennie, 5 minut, czy dwa widzenia w miesiącu powodują pustkę w głowie, sercu i tą biedę fizyczno-psychiczną.
Reszty spraw nazwać biedą nie mogę, gdyż mając dobry skład w celi, robiąc ciasta, sałatki itd. z pomocą z zewnątrz daje się przetrwać monotonne odbywanie kary. Czy biedą można nazwać: ptasie mleczka, karpatki i inne kreatywne pomysły dziewczyn? To już samemu trzeba ocenić.
Miszania
3.
Bieda w kraju, bieda w więzieniu, no cóż ciężko jest łatwo żyć, dlatego też wychodzę z założenia, aby cieszyć się tym co mam.
Czasem zastanawiam się, czy nie powinniśmy się właściwie cieszyć z tych śniadań oraz kolacji na słodko, można powiedzieć tak po francusku te słodkie rarytasy, miodek prosto z pasieki zawierający cudowne właściwości. Tak sobie myślę, czy to nie wspaniałe, że technologia tak ruszyła do przodu, u nas pszczółki są tak mądre, że ten miodek składają chyba bezpośrednio do baniaczków, bardzo podobnych do tych, w których jest sprzedawany płyn do spryskiwaczy do samochodów. A dżemik, raz serwują nam go o smaku truskawka lub wiśnia, ilość owoców jakie on zawiera dostarcza nam bogatą pulę witamin. Te urocze trzy podusie, tak urocze i mięciusie w zestawie dwa kocyki w dotyku niczym dla dzieci, wykładzina z myszką miki. Wszystko cacy, poza tymi pleksami, bo oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba.
Iga
4.
Osobiście nie odczułam biedy w więzieniu, jeśli chodzi o rzeczy materialne. Słowo bieda może również oznaczać tak jak dla mnie, 5-cio minutowe telefony, jednogodzinne widzenie z bliskimi, które są dwa razy w miesiącu. Biedą dla mnie jest również to, iż będąc na oddziale P1 czyli „zamek”, nie można się swobodnie poruszać po „peronie”, tyczy się to również spaceru, który trwa zaledwie tylko godzinę.
Madlenn
5.
Biedą jest łaźnia 2 x w tygodniu, telefon 5 min 1x dziennie, widzenia 3 x w miesiącu (jeżeli jesteś szczęśliwym więźniem zP2), biedą jest jedna paczka podpasek i dwa papiery toaletowe w miesiącu. Biedą można też nazwać ograniczoną liczbę odzieży własnej ( 5 gór i 3 doły dla P2 i 3 góry i 2 doły dla P1) . Biedą jest brak cukru do porannej kawy zbożowej, bieda jest brak warzyw i owoców, spacer 1 godzina, raz dziennie. Biedą można nazwać palenie pół skręta czekając, aż przyniosą wypiskę. A prawdziwą nędzę można poznać, wtedy, kiedy nie mamy nikogo na zewnątrz. Nikt bliski nie pomoże, nie wyśle paczek z artykułami higienicznymi, nie kupi karty do telefonu, nie poratuje ”dobrym” słowem.
Dobra rada:
– rzuć palenie
– rzuć picie kawy
– rzuć słodycze
– walcz o pracę … z czasem etat płatny
– zaciskaj zęby – PRZETRWASZ!
Bella
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Przecież ona dosięga każdego! Nierealnym jest,
by ominęła kogokolwiek. Wszyscy jesteśmy jej łącznikiem, przedłużeniem, ofiarą
i „ojcem”. Rodzi się z niskich pobudek, z nudów, zazdrości, zemsty, słabego
charakteru. Ta, o której się dowiemy – zapewne dzięki drugiej osobie, nawet jak
poboli, zatka, wyciśnie łzy czy wywoła parsknięcie, to pozwala na zadziałanie,
ustosunkowanie się, olanie, bądź zareagowanie. Wszyscy świetnie zdajemy sobie z
tego sprawę, że w świecie jest jeszcze masa „info” na nasz temat, która dotrze
do nas maksymalnie zdeformowana i przyprawiona.
Ludzie
od zawsze gadali, mało z kim można porozmawiać, a gadać z każdym. Choć zawsze
miało to miejsce, to jakoś mało kiedy w identyczny sposób „podawali” dalej
zasłyszane historie.
Zakład
karny w Grudziądzu był kiedyś zakonem. Do tej pory wewnątrz jest kościół w
którym odprawiane były msze. Na terenie jest również DMiDZ (Dom Matki i
Dziecka), tzw. „ żłobek”. Dzieci się tam rodzą i są chrzczone w kościele
podczas normalnej mszy (tak było za mojej „kadencji”). Dwie takie msze
pamiętam, ale ktoś w inny sposób to zarejestrował. Po kilku latach dowiedziałam
się, że dziecko, które urodziłam zostało mi zabrane do adopcji z racji dużego
wyroku… a ja nawet nie wiem, czy mogę mieć dzieci.
Pamiętam
też jak kiedyś mnie straszyli, że gdy pojadę na karny, to muszę uważać, bo na
łaźni dochodzi do gwałtów. Nie za bardzo mieścił mi się głowie gwałt kobiety
przez kobietę, ale jakoś wtedy słowa miały budować lęk. Cały pawilon podzielony
był na dwie części, po środku dyżurka i telefony. Mnie skierowano w lewą
stronę, do końca korytarza. Do ostatniej celi. Łaźnia była po prawej stronie,
na drugim końcu tego pawilonu. Dziś bym zwyczajnie zapytała „co tam się
dzieje”, albo choćby „przypaliła Franka”, że przez kraty zbyt dobrze nie widzę.
Jakoś chciałabym zażartować z tamtego lęku, który odczuwałam, ale nie
odzwierciedliłoby to siły przekazu. Patrząc na koniec tego pawilonu widziałam
stojące dziewczyny pod tą łaźnią i nie docierała do mnie kolejka po krzywdę? A
tam pod oknem, przy tych drzwiach była popielniczka! One wyszły zapalić!
Osobiście
dotknęło mnie kilka krzywdzących słów, byłam też świadkiem, do czego
doprowadzają nieprawdziwe informacje, ile relacji niszczy, zabija plotka. Nie
wszystkie pamiętam, ale chyba gorsze jest, ile razy powiedziałam sama do kogoś
o drugim nieprawdę. Dlaczego bardziej człowiek pamięta „krzywdę” rzuconą w jego
stronę, a nie odnotowuje zadanych przez siebie razów? Gdyby dać możliwość
ranienia słowem na przysłowiowy zeszyt, ile by się wpisało? No właśnie, nie ma
przykrywki incognito, ale gdyby odwrócić propozycję, wpisanie nazwisk tych, co
nam zadali kuku…hm!…wiadomo, że płonęłoby.
Tysiące
ludzi może ukręcić tysiące wersji jednej historii. Przez lata nasłuchałam się
kto od kogo jest z rodziny, o romansach więziennych, bo tylko przecież romans
mógł zaradzić, żeby utrzymać się w pracy, o donoszeniu osadzonych, by ją
dostać, o tym, że w celi mam toster, własny materac, kino domowe (chyba celowe
to było zagranie). Ostatnio wyjeżdżałam już w transport na diagnostykę, a ja
tylko szłam z rzeczami z paczki. Moje zajęcia z psem z dogoterapii
potwierdziły, że jeszcze mam psa w celi, bo długo siedzę.
Każdy
człowiek ma za sobą niesmak niejednej krzywdzącej powiastki na swój temat,
każdy człowiek ileś razy bardziej świadomie jak nieświadomie (pozostawiam to do
indywidualnego przetrawienia) przyczynił się do bólu drugiej osoby i też każdy
człowiek ma swój próg wytrzymałości na takie gadanie. Nie uwierzę, że komuś tak
naprawdę jest to obojętne, że źle o nim mówią! Ja wiem, że istotne jest, kto
mówi, a nie co, ale prawda jest taka, że wystarczy gorsze samopoczucie, jakiś
smutek rodzinny i głupie gadanie obcych ludzi pchnie do tragedii.
A
wystarczyłoby, aby każda nasza pojedyncza łza z bólu nie wypowiedziała jednego
słowa dalej. Byśmy uwolnili się od niepotrzebnego śmietnika słów o innych i
przestali być echem.
PEŁNOLETNIA
Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”