
To już rok! To już rok jak się nie odzywałam, ale też kolejny rok przepracowany, kolejny urlop – oby nie przenudzony.
Może to dziwnie zabrzmi, ale szybko zleciał mi ten rok! Jak się go „odhacza”, to się jakoś nie dzieli go na te wszystkie sytuacje, które się zdarzyły, na decyzje, które trzeba było podjąć, na ludzi, śmiech, płacz, telefony czy widzenia. Należę do osadzonych, które żyją długo w więzieniu, żyłam od widzenia do widzenia, od telefonu do telefonu, jednak fakt kolejnego urlopu świadczy o tym, że też codziennie wychodzę do pracy i też z niej wracam 🙂 Nie da rady inaczej, jestem zatrudniona na terenie jednostki.
Kiedyś jak przechodziłam okres buntu (cholera wie, do kogo), to mówiłam, że nie będę dla nich robić (nich to więzienie), miałam w miarę pomoc materialną, przebywałam w innym zakładzie karnym, gdzie też zupełnie inaczej się żyje i nie widziało mi się iść do pracy. Lata tutaj i ogrom sytuacji po tamtej stronie spowodowały, że nie dało się tak żyć.
Nie wytrzyma się zbyt długo w zamkniętej celi i trzeba też coś zrobić dla innych, odciążyć ich, nie dzwonić z zapytaniem, czy wysłali parę groszy np. na papierosy. Najpierw podjęłam decyzję o rzuceniu palenia (wytrzymałam wtedy 8 miesięcy) i poszłam do pierwszej pracy. Wtedy, parę lat temu, pracowałam na 50% i wszystko wydawałam w kantynie na siebie. Teraz pracuje na 7/8, od pięciu lat nie palę, przelewam „parę złotych” na swoje konto i zawsze na coś mam. Co miesiąc sama doładowuję kartę telegrosika i to jest mój spokój – nie, że mam z czego dzwonić, tylko że rodzina nie musi z własnej puli za to płacić.
Praca jest potrzebna, rozumie się to wcześniej albo później i bez względu na to, czy ma się pomoc czy nie. Wychodzi się z celi (ja dodatkowo z celi, gdzie w oknie jest pleksa) i przez 7 godzin ma zajęcie. Ja pracuję na pralni, poruszam się po znacznie większej powierzchni jak cela (nawet przy pralce robię wymachy nóg ;)), przez okno widzę jadące pociągi, a jak się jeden zatrzyma, to nawet twarze ludzi… często patrzą w naszą stronę. Na koniec pracy mogę skorzystać z prysznica (komfort dla osoby z zamka). Po 16-tej mogę pójść na spacer, wykonać telefon i dzień się kończy. Minusem w pralni jest hałas, ale przywykłam… chociaż nieraz słyszę od mamy przez telefon: -” Czego się tak drzesz?”, ale cóż, po dziesiątym wpłynie wynagrodzenie i znowu na karteczce będę obliczać, ile mogę wydać na telegrosik, okulary korekcyjne i coś tam jeszcze dla taty. Ani razu nie miałam dnia, żeby nie chciało mi się wstać do pracy. Bywały za to dni, że chciałam wracać do celi, ale nigdy, żeby nie wyjść z niej.
Może i znajdą się tacy, którzy teraz będą chcieli jakimś mięskiem rzucić, ale myślę, że urlop w tym miejscu nie powinien być przymusowy. Do tego mi wiecznie przysługuje w październiku, tak że ze spaceru wracam w pochlapanych spodniach, bo biegam!
Ale w tym roku dostałam „nagrodę” dodatkową: Wenezuelkę w celi! Co chwilę muszę sięgać po słownik, ale to jest fajne i nawet śmiesznie.
Także dzisiaj już uciekam i: mis atentos saludos!
Życzę dużo powodów do uśmiechu
Pełnoletnia.







Powoli udziela się świąteczny klimat, czuć już magię w powietrzu, ludzie dookoła zaczynają mówić tylko o tym – o Świętach Bożego Narodzenia. Fajnie naprawdę, pomimo że jestem tutaj, to się cieszę, że święta już za pasem.
