Wszystko jest zależne od tego co pojmujemy pod hasłem „zło” – czy to będzie czyn czy osoba? Kolor czy narzędzie? Słowo czy głos? Dla jednego złym będzie klaps, dla drugiego dopiero pobicie. Zło i dobro to nasza codzienność. O tym co dobre – łatwiej się mówi, zło na ogół chowa, się kryje. Nie wiem czy złym jest – być trochę złym? Jesteś zły jak ci coś nie wychodzi, złym jak coś niemoralnego zrobisz. Siedzisz w więzieniu – jesteś zły? Czy na pewno? I czy dla wszystkich? Dla Ciebie może i tak, dla moich bliskich – postąpiłam źle. Ale pomagać trzeba wszystkim – nie raz tylko pomoc, zdołała ujarzmić zło w człowieku. Dużo łatwiej jest osobom, które nie oceniają, których wewnętrzna wiara w dobro – niweluje zło. One są ponad wszystkim. Wielokrotnie uważałam, że mało jest ludzi w stanie mnie zrozumieć, postawić się w mojej sytuacjo. Ale ogrom postów, słów, poznawanych ludzi świadczy o tym, że może to ja sama więcej widzę w sobie zła niż ludzie obok? Może to ja powinnam przestać dokarmiać tego „złego” w sobie?… To jest dobro. Warto to dobro wyciągnąć na wierzch.
Każdy z nas – Ty, mój Drogi Czytelniku również, myślał lub
mówił, że od Nowego Roku postanawia n. rzucić palenie, uprawiać jakiś sport,
spędzać więcej czasu z rodziną, być miłym dla otoczenia czy zmienić pracę.
Ile takich noworocznych postanowień udało się Wam,
Kochani, zrealizować?
Mi osobiście żadnego :(.
Zawsze znalazłam sobie jakieś usprawiedliwienie, że coś lub
ktoś mi to uniemożliwił, ehhh….
Jednak ostatnio uświadomiłam sobie, że po prostu źle
się do tego wszystkiego zabierałam.
Lista moich corocznych postanowień była długa, ale ja sama
nie miałam żadnego konkretnego planu ich realizacji.
Zatem co zrobić, by osiągną upragniony cel?
Przede wszystkim musi być on realny..
W moim przypadku, biorąc to, że obecnie jestem kobietą
pozbawioną wolności i przebywam w zakładzie karny :(, nierealnym celem byłoby dzisiaj
postanowienie tego, że będę więcej czasu spędzać z najbliższymi mi osobami.
Dlatego najpierw trzeba się zastanowić nad tym, czego tak naprawdę chcemy
i jak ma wyglądać nasze życie. Koniecznie pod uwagę musimy wziąć to, że
większość z nas ma tendencję do odkładania spraw na później – zwłaszcza tych,
które nie przynoszą natychmiastowych efektów i wymagają od nas sporego wysiłku.
Pomyśl, Drogi Czytelniku, czy jesteś gotowy na podjęcie się
długoterminowego działania. Jeśli jesteś przekonany o tym, że tak, potrzebny
jest czas i cierpliwość (u mnie akurat z tą cierpliwością, to różnie bywa). Po
dokładnej analizie musimy podzielić realizację naszego celu na etapy. To
bardzo ważne, by w połowie drogi się nie zniechęcić. Za każde chociażby małe
osiągnięcia wyznaczmy sobie nagrodę. To powinno nas motywować do dalszych działań.
Ja mam mocno ograniczone możliwości – z wiadomych względów,
ale Ty, mój Czytelniku, masz wachlarz nagród, którymi możesz się obdarowywać,
za każdy etap, który udało Ci się osiągnąć.
Ja podejmuję się wyzwania, jakim jest moje noworoczne
postanowienie i działać będę metodą małych kroków. 🙂 Wierzę w to, że uda mi
się zrealizować mój cel – mam ich kilka, ale nie wszystko naraz :). Jak to
mówią: nie od razu Rzym wybudowano ;).
Z całego serca życzę Wam, Kochani, determinacji, cierpliwości
i wytrwałości w dążeniu do obranych celów.
I pamiętajcie, że nie tylko Nowy Rok jest chwilą do stawania sobie nowych wyzwań. W
każdym czasie możemy wyznaczać sobie cele i do nich dążyć! Nie zniechęcajmy
się, gdy coś nam nie wyjdzie. Walczmy do końca, z pozytywny nastawieniem 🙂
Powodzenia, Kochani, niech moc będzie Wami!
Kicia 83
PS. A może Ty, Drogi Czytelniku, masz jakąś receptę lub
sprawdzony przepis na to, by udało się zrealizować noworoczne postanowienie?
Może chciałbyś się tym podzielić? Chętnie wypróbuję :).
Kolejny rok wyroku za
mną… kolejne święta w tym miejscu… nie lubię świąt tutaj…brak zapachu świeżej
choinki, smażonej ryby, wigilijnej kapusty, pierogów… tutaj nawet śledź smakuje inaczej – ☹
gorzej…
W niektórych celach
staramy się „wspólnymi siłami” organizować uroczyste chwile… stwarzamy
„namiastkę” domu: przystrajamy odświętnie (bo obrusem, nie ceratą 😊)
blat stołu😊 – czasem uda się
nawet zdobyć sianko😊; robimy
własnoręcznie imitacje choinek (w tym roku na topie makaronowe rękodzieła!) –
jedynym minusem jest to, że nie pachną lasem☹;
przyozdabiamy klapy i okna; z dostępnych w kantynie produktów robimy smaczne
dania (co nie jest łatwe – uwierzcie😊).
To ten weselszy aspekt świąt! Te przygotowania zajmują nam myśli… te o domu i
najbliższych, te o popełnionych błędach i ich konsekwencjach, te o straconym
czasie…
Ale są też cele, na
których po prostu nie organizuje się nic – święta są traktowane jak taki
dłuuuugi weekend – NUDA!!! Tam marzy się o tym, żeby jak najszybciej zleciały☹…
To czas wszechogarniającego
smutku i tęsknoty za bliskimi, to czas wyciszenia i melancholii, to czas
podsumowań i życzeń – czego sobie tutaj życzymy? Przeważnie zapominamy o
zdrowiu! 😊 A mówimy o
Spokoju i Wolności😊.
W ramach świątecznego prezentu mogłabym otrzymać
długopis. Taki, który nigdy się nie wypisze. Do takiego długopisu chciałabym
otrzymać kartkę. Taką, która nigdy się nie kończy. Lubię pisać. Dzięki takiemu
prezentowi mogłabym stawiać litery, słowa, znaki, zdania, cały czas bez końca.
Odręczne pisanie dzięki braku dostępu do komputera wpadło mi w nawyki i chyba
jako taki pozostanie ze mną nawet, kiedy dostęp do komputera przestanie być
luksusem. Litera to litery, słowo do słowa zdanie do zdania będę składać w
opowieści, których jeszcze nie znam. W sensie, którego jeszcze nie pojmuję.
Dzięki wiecznemu długopisowi i nieskończonej kartce uchwycę historię mojego
wszechświata. Tylko, kto by chciał czytać?
Skowronek
Gdybym mogła poprosić o jedną, jedyną rzecz to, co by to było? Hmmm nie, nie wolność, nie dodatkowy talon, nie możliwość dodatkowego widzenia. Możliwość by być takim człowiekiem, za jakiego uważa mnie mój pies :). Nie pamiętam, kto mądry to powiedział, ale zgadzam się z tym w zupełności. I nie ma Cię, gdy moje życie spada w dół. I nie ma Cię gdy wszystko łamię się w pół.
Bella
Biorąc pod uwagę ten temat, mogę napisać coś z pogranicza fantastyki- cofnięcie czasu, niczym Dżamper, znaleźć się w innym czasie w innym miejscu i nie trafić tu. Jednak wypadałoby spojrzeć na to realnie prezent, jaki chciałabym otrzymać od losu.. Nie mam wygórowanych pragnień, więc prawdziwym szczęściem i radością dla mnie jest zdrowie i szczęście moich bliskich-mamy, dzieci, babci.. Jako mama pragnę by moje dzieci żyły w szczęściu, zdrowiu i by wszystko u nich układało się dobrze i tak jak tego pragną . I póki tak się dzieje nie wiem czy potrzeba mi czegokolwiek innego. Jedyne czego bym chciała to być z nimi i móc wspierać ich w każdym działaniu. Pragnę by los uchronił ich od zawodów życiowych, od rozczarowania… od błędów, które wywierają ogromny wpływ na resztę życia. Najlepszym prezentem od życia dla mnie jest powrót do rodziny….
Diablica
Przed świętami Bożego Narodzenia oraz rozpoczęciem
Nowego Roku nadchodzi czas refleksji i zadumy czego bym chciała od losu? Hmm
odpowiedź jest jedna,…aby najlepszy dzień starego roku, był najgorszym
nadchodzącego. Prezentem doskonałym dla mnie będą cudowne dni spędzone z
najbliższymi, nieplanowane wakacje, poranna kawa na huśtawce przy domu,
spędzenie czasu aktywnie z dziećmi i buziak od męża na przywitanie i dobranoc
itd. A na te święta które spędzę w Areszcie prezentem będzie przyjezdna
atmosfera na celi i oczywiście pomoc przy robieniu Tiramissu, sernika czy
śledzi z rodzynkami.
Blondi
Chyba największym prezentem od losu, który mogłabym dostać, to chyba większy „łut szczęścia”. Szczęścia, ponieważ uważam że ono omija mnie szerokim łukiem i nie pisze tu mając na uwadze to że jestem w więzieniu, bo to akurat traktuje jako szanse od losu, który uratował moje życie, a raczej zgliszcza, które mi pozostały. Mówiąc szczęście mam na myśli partnerów, których do tej pory miałam, szczęście wśród którym mogłam się rozwijać a nie trwać w tzw”pauzie” życia, spowodowanej brakiem możliwości wyboru drogi. Najgorsze jest to że nigdy nie ma dobrego momentu, zawsze jest zbyt wcześnie albo zbyt późno zawsze więc szczęście większa jej porcja byłaby dla mnie prezentem od losu największym i bycie dobrym miejscu i dobrym czasie.
„Zły człowiek – źli ludzie” – czym tak
naprawdę jest zło… Gdy ktoś kradnie, zabija – dla większości społeczeństwa jest
„ złym człowiekiem”. Nikt nie skupia się na przyczynie, ale używamy sobie na skutkach,
czyli efekcie, do którego posunęła się dana osoba. Należałoby tak naprawdę
cofnąć się do chwili, kiedy i dlaczego dany człowiek posunął się do tego. W
dzisiejszym zabieganym świecie możemy rozkładać na czynniki pierwsze skutki
złego postępowania. Nigdy jednak, nie skupiamy się na przyczynach, tylko o
wiele chętniej na skutkach. Media na co dzień faszerują nas coraz to nowszymi
sensacjami. Tam gdzie jest krew i mięcho – temat sprzedaje się od razu, ale czy
w tym zwariowanym świecie znajdujemy czas nad pochyleniem się i zastanowieniem
– czemu do tego doszło?
To, że ktoś zrobił coś złego, nie
zawsze oznacza, ze jest złym człowiekiem. Moim zdaniem przyczyna tkwi głębiej.
Brak czasu rodziców powoduje, że młodych ludzi w znacznym stopniu wychowuje
ulica i środowisko, w którym żyją. I tak naprawdę czasem ta presja środowiska
powoduje, że ze spokojnego, cichego młodego człowieka wychodzi „bestia”.
Ogólnie przyjęte normy społeczne wyrzucają go poza margines społeczeństwa,
zamiast wskazać mu drogę, pomoc, pokierować.
Więc kto tak naprawdę jest zły – ten co
zrobił coś złego dla ogólnie przyjętych norm, czy ten który z tak łatwością go
ocenił, nie robiąc nic poza tym.
Pomagając dajemy komuś szansę, zarazem
sobie i ludziom, by świat i nasze otoczenie było lepsze.
Jeśli chodzi o moją osobę, to jestem
jak najbardziej za, aby takim osobom pomagać. Nie mam na myśli pomocy
finansowej, ale sama pomoc psychiczna, wsparcie czasem takim osobom daje
nadzieje na lepsze jutro. Sama wiem, jak to jest być złym człowiekiem,
człowiekiem źle nastawionym do życia i całego społeczeństwa.
Od 14 roku życia weszłam na złą drogę,
sama nie wiem jak i kiedy to się stało, w jakim czasie moja osoba tak
gwałtownie się zmieniła. Ze mną rodzina miała same problemy, nie dało się ze
mną po dobremu i groźbami dojść do porozumienia. Szłam ulicami, jeden zły
wzrok, nie ważne kogo i już reagowałam krzykiem, wulgaryzmami, a nawet i
rękoczynami. Kończyło się tak jak zawsze, że te osoby miały jakiś uszczerbek na
zdrowiu, a ja nabawiałam się kolejnych
spraw. Chodziłam na ustawki, za które mi płacono. Z tego co zarobiłam, to się
za to bawiłam.
Takie życie mi się podobało, nigdy nic
złego mi się nie stało, ale teraz wiem, że innym robiłam wielką krzywdę moim
zachowaniem. Doszło do tego, że wszyscy z moich bliskich mnie skreślili,
uważali, że ze mnie nic dobrego nie będzie, że jestem zniszczona i ja jestem ta
najgorsza, która nie ma do nikogo ani grosza szacunku.
Owszem, zgadzam się, taka właśnie
byłam. Do momentu kiedy na mojej drodze poznałam mego kochanego męża. To on
sprawił, że nauczyłam się szacunku, miłości, tolerancji do innych ludzi. Nie
było mu łatwo, bo ja nie byłam łatwa. Byłam bardzo niedostępna, nie widziałam
innego życia, prócz tego, które zbudowałam sama dla siebie.
Mój mąż przez wiele dni, miesięcy i lat
pracował nade mną i moim zachowaniem. Zostałam otoczona dużą miłością, troską,
poznawałam te uczucia dzięki niemu i nawet nie zauważyłam, jak to i kiedy się stało, że ja zaczęłam
traktować osoby koło siebie tak jak mój mąż
mnie, i dzięki temu poznałam moje nowe ja. Nie zdawałam sobie z tego
sprawy, że jest i można inaczej żyć, że można być na dnie społeczeństwa, a ktoś
podaje ci rękę i swoimi siłami ciągnie cię ku górze.
To mój mąż sprawił, że rodzina zaczęła
się do mnie przekonywać, że nie widzieli we mnie tylko samego zła, ale i
wartościowego, silnego człowieka, który jak chce, to potrafi.
Mój mąż we mnie uwierzył, za co mu
bardzo mocno dziękuję!
Mam na imię Agnieszka, za kilka dni kończę 41 lat. Mam piątkę przecudownych dzieci. Cztery córki i synka. Najstarsza ma 22 lata, później 16 lat, 11 lat, 10 lat i 8 latek – synek. W AŚ jestem już 2 lata i 9 miesięcy, a zostało mi 1 rok i miesiąc. Bardzo długo zastanawiałam się: czy napisać coś na Bloga i doszłam do wniosku, że chcę i muszę. Bardzo dużo ludzi uważa nas za margines społeczeństwa, lecz każda z nas ma inna historię. Większość kobiet tutaj ma rodziny – Dom, męża, Dzieci, i w pewnym momencie życia pogubiła się, zrobiła błąd i znalazła się po drugiej stronie – tak jak ja. Niestety, nie cofnę czasu i ponoszę konsekwencje swoich złych czynów, i uwierzcie mi, że to doświadczenie, złe doświadczenie – utwierdza mnie w tym, że po opuszczeniu AŚ – będę innym, lepszym człowiekiem. Ten ból, cierpienie, tęsknota są straszne. Ta niemoc, bezradność, że nie możesz nic – rozwala człowieka od środka… Pozdrawiam Was ciepło… Napiszę więcej, jeśli macie ochotę poznać moją historię.
Jest to jeden z tych tematów, na które kompletnie zmieniło się moje spojrzenie odkąd jestem wiezieniu. Oczywiście, będzie to subiektywne zdanie i odniesienie do tematu wiąże się głownie z bycia osadzoną i postrzeganiem więzienia jako tego miejsca dla złych ludzi
Zewnętrzne postrzeganie nas osadzonych jest krzywdząco stereotypowe. Sama przyznam się szczerze, myślałam wcześniej, że człowiek w więzieniu, jest tu dlatego, bo na to zasłużył. I notabene tak jest w większości przypadków, każda z nas dźwiga ciężar tego co zrobiła każdego dnia. I płaci za swoje błędy, aby prędzej czy później stąd wyjść i żyć swoje życie mądrzej. Stanę na stanowisku, że nie ma tu ze mną złych ludzi. Są złe uczynki. Zaryzykuję, że każda z nas zrobiła coś mniej lub bardziej złego, ale nie nazwę żadnej z dziewczyn złą osobą, przynajmniej tych, które poznałam.
Nie tylko tu w środku, ale na zewnątrz ludzie bardzo nas oceniają, nawet nas nie znając. Ta stygmatyzacja w połączeniu z brakiem realnych możliwości wywierania wpływu na to, co n zewnątrz sprawia, że każda pomoc się liczy. Nie będę się rozpisywać o finansach czy książkach. Skupiam się na rzeczach, które bolą mnie najbardziej. A boli mnie brak zrozumienia ze strony społeczeństwa, ta obojętność. To, że tak często ludzie w więzieniu są pomijani we wszelkich debatach publicznych, że nas się nie zauważa, nie mówiąc już o pomocy. Tu nie chodzi w moim mniemaniu o pomoc finansową, chodzi mi o zauważenie, że jesteśmy ludźmi i chcemy być traktowani podmiotowo. Ja na pewno chcę.
Uchylmy na chwilę dni do politycznej przyszłości. Za nimi, powiedzmy w 2219 roku, w miejsce parlamentu mamy elektroniczny system centralny, bazujący na sztucznej inteligencji. Współczesny obywatel, zmęczony polityką może marzyć o systemie, w którym jednostki rządzące są pozbawione skłonności korupcyjnych, obiektywne, bazują na faktach i statystycznej analizie danych. Taki system maszyn rządzących, mógłby być wyposażony w inne zalety, to jest ciągłość pracy, tempo wdrażania nowego prawa, logiczność decyzji, płynność procesu oraz być może dla niektórych kluczowy niski koszt utrzymania władzy. By móc funkcjonować, algorytmy sztucznej inteligencji wymagają pokarmu w postaci dużych, reprezentatywnych dla problemu zbiorów danych. Przykładowo by nauczyć komputer podejmowania decyzji, czy i kiedy wyprać spodnie, potrzebujemy wielotysięcznego zbioru wierszy, zawierającego zmienne, opisujące kryteria na bazie których ludzie podejmują takie decyzje. Mogą nimi być na przykład ilość dni noszenia spodni, fakt wystąpienia planu, ich ilość, zapach spodni, kolor czy ilość innych elementów odzieży obecnych w koszu na brudną bieliznę. Taki wiersz musi także zawierać informację o tym, jaka była decyzja człowieka: prać, nie prać. Czy jesteśmy jako obywatele w stanie stale karmić system, wytwarzając adekwatne dane.?
Rozwój cywilizacji, kultury i ludzka kreatywność w omijaniu prawa to twory dynamiczne do tego stopnia, że tempo procesu legislacji mogłoby być zbyt niskie, co tworzyłoby z kolei okresy wolnej amerykanki. Spowalniałaby je konieczność zbudowania zbioru danych zasilającego system. Byłby on bowiem jedynie lustrem zbioru historycznych decyzji ogółu obywateli. Tylko po co rozwiązywać problem wielokrotnie już rozwiązany?
Czy system centralny,
oparty na sztucznej inteligencji miałby w związku z charakterystyką systemów
tej klasy zastosowanie dla władzy ustawodawczej? Skoro z natury jest on
niekreatywnym, bezdusznym mechanizmem stanowiącym tylko odzwierciedlenie
uprzednich decyzji, być może jest dla niego miejsce we władzach wykonawczej i
sądowniczej? Możemy wyobrazić sobie, że w ramach władzy ustawodawczej prawo
może być tworzone za pomocą elektronicznych narzędzi referendalnych, gdzie przy
założeniu osiągnięcia założonego quorum obywatele decydują o konkretnych
zapisach prawnych. W przypadku zastosowania centralnego systemu elektronicznego
zarządzania dla władzy wykonawczej takie elementy organizacyjne, jak
dysponowanie budżetem, wydawanie niskopoziomowych decyzji administracyjnych,
czy przyznawanie dotacji mogłoby odbywać się z automatu. Ludziom można byłoby
pozostawić takie aspekty władzy jak podejmowanie decyzji eksperckich, budowanie
innowacyjnych rozwiązań, rozwiązywanie nietypowych problemów. Wdrożenie takich
rozwiązań dla władzy sądowniczej mogłoby odciążyć system w zakresie tempa
podejmowania prostych decyzji w sprawach wpisujących się w zdefiniowane
schematy. Warunkiem poprawności działania takiego sytemu jest wdrożenie
precyzyjnych algorytmów decyzyjnych dla poszczególnych przypadków, z
wyznaczonymi progami linearnymi lub dyskretnymi dla każdej z broni decyzyjnych.
W każdym z tych przypadków zbudowanie sytemu wymagać będzie wkładu w postaci
danych z historii podejmowania decyzji przez ludzi. Od jakości decyzji, zależeć
będzie przyszłość takiego systemu. Kiedy już powstanie, a obserwując tematy,
możemy być pewni, że to kwestia czasu, zostaniemy zdani na łaskę wypadkowej
naszych własnych decyzji.
Każdy dzień zaczyna się tak samo Godzina 6.15 zaświecone światło w celi, to znak, że czas wstawać. Otwieram oczy i co? Znów widzę sufit a na nim jarzeniówka, która cholernie razi w oczy. No i co? Trzeba się podnieść, aby się ogarnąć do apelu. Przecież on nie poczeka. Szybka kawa, papieros i stoimy po jednej stronie celi, czekają kiedy drzwi (klapa) się otworzą, wejdzie oddziałowa lub oddziałowy po to, żeby sprawdzić, czy przypadkiem w nocy nie przepiłowałyśmy krat i czy żadna z nas nie dała dyla. Następnie oczekujemy na śniadanie z nadzieją, że dostaniemy coś fajnego.Od rana oczywiście włączony telewizor, który po kilku godzinach mam ochotę wystawić za drzwi. Ileż można patrzeć na stałe punkty programu osadzonych ze mną dziewczyn. Jak nie sąd rodzinny, to karny, potem „Malanowski”, „Policjanci i policjantki”, „W 11”, „Dlaczego ja”. Czasem intensywnie myślę o tym, zadając sobie pytanie: czy one nie mają swoich problemów?.
W ciągu dnia staram się odpocząć od tego intelektualnego
bagna w TV. Zbyt dużego pola popisu w tym miejscu nie mam. Zostaje książka,
krzyżówki, list do mojego ukochanego i dzieci. Jestem tu rok i w najgorszym
wypadku drugie tyle przede mną.
Mam taki uraz do zielonego (zielone łóżka, szafki, talerze,
sztućce, stojak na buty, wieszak), że na wolności ten kolor będę omijała
szerokim łukiem.
Obiad planowo mamy o godzinie 13.00. Jednak ostatnio z
przyczyn mi nieznanych są straszne opóźnienia.
Kolacja o 17.00. Drugi apel o 19.00.
Każdy dzień jest prawie taki sam. I tak mija tydzień,
miesiąc, rok.
Smutne i monotonne życie.
Takie zajęcia, jak „Piszę, więc jestem” (blog eWKratke), dla
mnie osobiście są wielką przyjemnością. Choć na chwilę mogę wyjść z celi i
oderwać się myślami od tego, co mam 24 godziny na dobę.
Tu docenia się wolność, to wszystko, co jest po drugiej
stronie murów.
Do swojego wyroku podchodzę, jak do zadania. Jest wina – jest
kara. Trzeba odpokutować. Zamknąć ten rozdział życia i wrócić do domu – do
ukochanego i dzieci.