Wolność – słowo znane chyba w każdym języku świata i używane na tysiąc sposobów, od wyświechtanych haseł na transparentach polityków po wypisane na sztandarach bojowników idee, które hoduje się w głębi dusz i za które ludzie oddają życie. Pomiędzy tymi biegunami rozciąga się mnogość różnych znaczeń, jakie każdy osobiście nadaje temu słowu.
Szczególną treść ma ono dla więźniarki; można by zapytać, czy tu, za kratami, w ogóle niesie w sobie cokolwiek prócz tęsknoty za rzeczami utraconymi – czasem chwilowo, a czasem na zawsze. Mimo wszystko więźniarka odpowiada, że i jej egzystencja zawiera składniki, które może identyfikować z wolnością. Co zatem nosi tutaj znamiona wolności? Cóż, dla więźniarki ważna jest choćby najdrobniejsza rzecz. Niekiedy jest to przywilej podjęcia decyzji – rzadki luksus, ale zdarza się. Jakie decyzje można tu podejmować samodzielnie i niezawiśle? Niewiele leży w gestii więźniarki; może jednak na przykład nie wyjść na spacer, jeśli nie ma ochoty lub nie zjeść niesmacznego posiłku. Mało, powiecie? Niemniej zważcie, że decydowanie o swoich czynach to niekwestionowany przejaw wolności człowieka. Decydować można też o własnym zachowaniu i zasadach, jakim więźniarka chce być wierna.
Wolność w więzieniu przychodzi również w postaci smaku jedzenia czy zapachu kosmetyku z paczki, w dotyku prywatnego ubrania na skórze, w widoku drzewa albo kwiatu. Wolność przynosi także opowieść wysnuta z książki lub filmu, jeśli otworzy się umysł i włoży w ich przeżywanie odpowiednią dawkę empatii. Lecz dla więźniarki najistotniejsza jest wolność wewnątrz niej, w obszarze, którego nikt nie zdoła zamknąć, okratować ani kontrolować i gdzie może swobodnie dryfować w niezmierzonej przestrzeni osobistego kosmosu. Niczym benandante, czarownica potrafiąca podróżować poza ciało, opuszcza czasami swoją celę i w wyobraźni podąża, gdzie tylko zapragnie.
Znów powiecie, że to za mało? Że za kratami nie ma miejsca na prawdziwą wolność? Więźniarka się z wami nie zgodzi, bowiem wie, iż nie istnieje wolność uniwersalna czy wolność absolutna. Zawsze i wszędzie napotkamy jakieś ograniczenia, więc nawet jeśli ta więzienna wolność jest skromna i cicha, nie znaczy to, że gorsza.
Zośka
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Zatrzaśnij z impetem „drzwi”, zachowaj wspomnienia jako przestrogę na przyszłość, zbieraj to, co dobre i wyrzucaj to co złe – jak rzeka wyrzuca to co jej nie odpowiada. Wyspowiadaj się godnie i szczerze, z wielką dokładnością przed samym sobą. Oczyść duszę i umysł. Z takim przesłaniem do Was, Czytelników i samej siebie piszę ten tekst. Cholernie trudne zadanie, z którym teraz staję w oko w oko. Emocji, których temat dostarcza, jest mnóstwo. Zarówno tych dobrych, jak i złych, które wolałabym odziać pajęcza siecią i nigdy do nich nie wracać. Ponieważ same do mnie wracają jak bumerang, czas ich się pozbyć. Natłok myśli sprawia, że nie wiem od czego powinnam zacząć. Rozum podpowiada: „zacznij od początku”.
Maj 2018 Czuję, że tracę grunt pod nogami. Zapadły cztery skazujące wyroki. Adwokaci piszą o kolejne odroczenie wykonania kary pozbawienia wolności. A ja mam dosyć. Psychika kompletnie tego nie wytrzymuje. Trudno jest unieść mój plecak doświadczeń. Presja zaczyna rujnować życie prywatne i zawodowe. Ze spokojnej kobiety, ceniącej mir rodzinny, staję się nerwowa i tonę w swoich myślach. Boję się tego, co może nastać. Zaczynam sobie wyobrażać pobyt w areszcie. Przecież znam to miejsce tylko z filmów i książek o tematyce kryminalnej, które lubiłam czytać. Widzę wszystko w czarnych barwach. Staje się apatyczna. Wycofuję się z życia społecznego.
Wrzesień 2018 Dokładnie 25 wrzesień godzina 11. Wychodzę ze szpitala. Pokonuję kilka schodów a tam czeka na mnie dwóch stróży prawa. Aresztują mnie. Przewożą do Aresztu Śledczego w Warszawie Grochowie. Pierwszy raz na rękach mam kajdanki. Niebawem od dziewczyn starszych stażem przebywania w zakładzie karnym dowiem się, że to nie kajdanki a bransoletki. Jestem zupełnie zagubiona. Nie znam więziennego języka. Nie wiem, że drzwi są klapą, tabort – fikołem, okno – lipem, korytarz – peronką, dyżurka oddziałowej – kondonem, radiokomunikator – betonem, list – grypsem, a pukanie w ścianę, które oznacza rozmowę przez okno z kimś z celi obok – pucą.
Jestem przerażona tymi nowościami. Nie wiem, co u mojego partnera i dzieci. Na twarzy mam wyrysowane zmartwienie, a oczy za mgłą – świadczą o tym, że myślami jestem gdzieś daleko. Pierwsze telefony do bliskich to przepłakane pięć cholernie krótkich minut. Co będzie dalej? Jak damy radę? Czy przetrwamy próbę czasu i nadal będziemy rodziną? Ciągle stawiałam sobie te pytania. Na odpowiedź trzeba było cierpliwie poczekać.
Marzec 2019 Zapada wyrok łączny. Dwa lata i dwa miesiące. Płaczę do słuchawki pytając partnera, jak my to wytrzymamy? On pociesza, jak może. Mówi, że damy radę. Że nasza miłość jest wieczna. Żebym nie martwiła się o dzieci. Że są zaopiekowane. Koniec rozmowy, czas upłynął.
Zdaję sobie sprawę, że Was bardziej ciekawi życie w areszcie. Dlatego postaram się szczerze na swoim przykładzie o tym opowiedzieć. Od razu zaznaczam na wstępie, że żadne książki bądź filmy, nie oddają tego jak tam jest w realu. Ja uczciwie pisząc muszę zaznaczyć, że znacznie gorzej wyobrażałam sobie prozę życia w takim miejscu. Fakt – do niektórych reguł i zasad trzeba się przyzwyczaić. Na większość rzeczy nie ma się wpływu. Ja nigdy w pełni tego nie akceptowałam (byłabym hipokrytką, gdybym napisała inaczej). Zaczęłam tolerować zasady. Zdałam sobie sprawę, że korona z głowy mi nie spadnie, jeśli dwa razy dziennie (7 i 19) wstanę do apelu. Łóżko zaścielone w ciągu dnia to nie koniec świata. Jeśli zrobią przeszukanie celi raz na jakiś czas – nie muszę się martwić, bo nie posiadam żadnych niedozwolonych przedmiotów. Posiłki w areszcie pozostawiają wiele do życzenia. I tu chwała moim bliskim, że dbali o mnie i wpłacali pieniądze na paczki i wypiski. Mały spacerniak i boisko, na którym nie rośnie trawa, nie zachęcały do spacerów. Ja jednak wiosną i latem korzystałam ze spacerów, celem zażycia kąpieli słonecznej. Zmieniałam często pozycję, by nie opalić się w kratkę.
Chcę w tym momencie zaznaczyć, że zakład karny jest paskudnym miejscem, ale jest dla ludzi. Na swoim przykładzie twierdzę, że jeśli ktoś ma godność względem siebie, to żaden wyrok nie jest w stanie jej zabrać.
Na koniec pozostawiam kwestię przebywania na małym metrażu z czterema osadzonymi kobietami. Tu kluczowy jest kompromis oraz tolerancja, umiejętność rzeczowej rozmowy oraz sztuka ustępowania. Wyda Wam się to pewnie zabawne, ale nieporozumienia rodzą się z banalnych spraw. Tematem kłótni są np. okna – czy mają być otwarte czy zamknięte. Jeden telewizor, a każda ma inną wizję wieczornego filmu. Albo pranie – kto robi w który dzień. Powodem do sporu może być nawet gra w karty. Były osoby, które zwyczajnie nie umiały przegrywać. Ile osób tyle charakterów.
Wystrój celi: Pięć łóżek (dwa piętrowe), zlew, dwie szafki – oczywiście zielone, wieszak w tym samym kolorze i stół a raczej ławka szkolna oraz kącik sanitarny.
Da się to miejsce przeżyć. Wystarczy chcieć. Gwarantuję, że każdy ma tam mnóstwo czasu, aby swoje zachowanie przemyśleć oraz pomyśleć o przyszłości. Tylko nie wszyscy chcą. Dlaczego nie chcą? Sama nie wiem. Nadal mnie to nurtuje. Jednak więzienie jest dla ludzi i pracują tam ludzie. A życie to najcenniejszy dar. Pozdrawiam serdecznie Blondi.
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
5 fotografii – nie, to będzie rozpiska, ,,Ziomeczki’’. To moja
ukochana rozpiska. Należy do mojej przyjemności.
Rozpiska ,,Ziomeczki’’ to nic innego, jak spis bliskich mojemu sercu
osób, ale… z nutą uśmiechu, zaskoczenia i dobrego humoru.
Tomasz
Punkt Tomaszek dotyczy mojego narzeczonego. Pewnie jesteście ciekawi,
jak się poznaliśmy ☺. Otóż byłam na próbie teatru do spektaklu ,,Jaskinia
Filozofów’’. Początkowo trochę Tomka olałam, ale w końcu pochwyciliśmy się
wzrokiem i zaczęliśmy rozmawiać. Jedno z pytań, które mu zadałam dotyczyło
pasji, ponieważ kocham ludzi, którzy mają swoje ,,zajawki’’. Powiedział
,,jestem kierowcą rajdowym słuchającym romantyczne ballady’’… Hmm… Jako, że ja
kiedyś przecież też śpiewałam, to wzięłam go za rękę – nie wiem, co we mnie wstąpiło!
– i powiedziałam ,,chodź do biblioteki, co coś ci pokażę’’. Tomek poczuł się
wówczas odrobinkę nieswojo, jak mi potem zdradził, pomyślał sobie ,,taka fajna
dziewczyna, a od razu przechodzi do takich rzeczy…’’ Ale…poszedł za mną.
Znaleźliśmy się więc w tej bibliotece, gdzie mu zaśpiewałam
,,Kołysankę dla Nieznajomej’’ zespołu Perfect. Tomek stwierdził, że w życiu nie
spotkał takiej pokręconej wariatki… I jesteśmy razem do dziś. To już 3 lata.
Tomasz – osoba o wielkim sercu, po prostu dobry człowiek. Nawet moja
rodzina nie wierzy, że trafił mi się ktoś tak wyjątkowy. Kocham go
przeokrutnie, bo jest moim najlepszym przyjacielem. Wspiera mnie, motywuje, a
jak trzeba to ochrzani. Pragnę dla niego wszystkiego, co najlepsze. Oddałabym mu wszystko, co mam. Może to
głupie, bo jak to mówią ,,facetom nie można do końca nigdy ufać’’, ale on
skradł moje serce. Ma wady, jak każdy, ale prawie w ogóle się nie kłócimy… choć
czasem nie rozumiem, jak to możliwe. Pewnie to kwestia dobrej komunikacji.
Czasem, jak na niego patrzę, to myślę, że jestem prawdziwą szczęściarą.
Wybrałam go na wzór mojego taty. Bardzo mi go przypomina z charakteru.
Jest spokojny, opanowany i wiem, że zrobiłby dla mnie wszystko.
Prosty przykład: po 3 tygodniach znajomości powiedziałam mu, że jeśli
będzie się nam super układać, to będzie miał 2 lata, żeby mi się oświadczyć…
Tak, wiem, że w tym momencie każdy by uciekł ☺ Dałam mu więc wybór, jeśli się
nie zgodzi na taki układ, to droga wolna. Może sobie pójść…zostać. Uczynił to –
pokazałam mu, jaki pierścionek mi się podoba – nie byłam zaskoczona, gdy po 3
tygodniach poprosił mnie o rękę.
Oczywiście usłyszałam od wielu osób, że to na nim wymusiłam. Nie
sądzę, żeby tak było. Tomasz jest ugodowy, ale jeśli czegoś nie chce, to tego
nie zrobi – proste. Tomek pokazał mi i udowodnił najważniejszą rzecz: gdy facet
chce, to nie odpuści i będzie się o Ciebie starał. Jeśli facetowi zależy, to da
z siebie wszystko, a jeśli nie daje… no cóż, możesz łudzić się dalej, ale to
słabo rokuje. Nie da się nikogo zmusić do miłości. Smutne, ale taka jest
prawda. Dlatego dostrzegaj to, co masz wokół siebie.
Kasia
Kasia jest dla mnie, jak siostra. Też mamy swoje kłótnie,
nieporozumienia, ale bardzo się kochamy i dbamy o siebie, bo wiemy, jak ciężko
buduje się taką relację. Znamy się od 1995 roku, a przyjaźnimy się od 2000 r.
Jako nastolatki uwielbiałyśmy układać choreografię do ulubionych piosenek.
Potrafiłyśmy godzinami się przebierać w ciuchy naszych mam. Działo się, ale
mamy co obie wspominać.
Ech… tyle wspomnień, tyle przeżyć. Tyle lat za nami, a jeszcze więcej
przed nami.
3) Olga
Nikt nie wie, jak to się dzieje, że się przyjaźnimy. Sama czasem się
nad tym zastanawiam… Ale tak serio: Olga – ma złote serce, i jeśli trzeba, to
przyjedzie po mnie na koniec świata, spełni każdą jedną moją prośbę. Jest
wtedy, kiedy jej potrzebuję.
4) Ciocia Bożenka
Trudno mi z nią być w kontakcie.
To ,,krejzolka’’, fashionistka, która często wpada do Warszawy na zakupy. Zna
się na technologiach, a jej pasją jest kuchnia. Potrafi upichcić dowolną
potrawę z każdego zakątka świata. Najlepsze krewetki? Tylko u Cioci!!! Mhm.
Bardzo ją kocham! Można powiedzieć, że w dużej części, to właśnie ona mnie
wychowała i przekazała mi wartości, którymi kieruję się do dziś. Nie wyobrażam
sobie tego, żeby jej w moim życiu nie było.
5) Rodzina
Rodzice, rodzeństwo chcą być
anonimowi – nie lubią, jak się o nich czyta. Jednak coś o nich napiszę. Kocham
ich najbardziej za to, że pokazali mi, czym jest prawdziwa rodzina – oni
stanowią dobry przykład. Zawsze mogę na nich polegać, mimo że czasem,
szczególnie ja i mama, patrzymy inaczej na różne sprawy. O moim tacie mogłabym
wiele powiedzieć. O nim i o miłości do niego mogłabym napisać nie jeden tekst.
Jak sobie czasem wspomnę, to nieraz płaczę – nie, nie z powodu facetów czy
niepowodzeń, ale dlatego, że tak kocham swojego tatę – jest taki cudowny. Tato
jest po prostu cudownym człowiekiem! Nigdy nikomu źle nie życzył, nigdy nikomu
nie zazdrościł. Nauczył mnie, że nic nie spada z nieba i na wszystko trzeba
ciężko pracować. Zawsze mnie wspiera, jak tylko może.
,,Każdy, kto go poznał,
może potwierdzić moje ochy i achy. A kto zna i jego i Tomasza przyzna, że ten
drugi jest na podobieństwo pierwszego’’.
Eveline
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Ile osób w więzieniu, tyle charakterów. Każdy na swój sposób chce to miejsce przetrwać. Nieważne czy jest to wyrok 3 miesięcy, czy 3 lat. Każdy dzień w tym miejscu jest dniem, którego już na wolności nie przeżyjemy. Jestem w tym miejscu już prawie 5 lat i czasem mam wrażenie, że nic mnie już nie zdziwi, jeśli chodzi o charakter ludzki. A jednak, potrafi mi czasem zabraknąć słów, by coś skomentować.
Spotkałam się z osobą, która już od samej pobudki potrafi narzekać na wszystko. Nieważne czy to faktycznie tak było, czy nie, ale najważniejsze, że jest ona na nie. Czasami się zastanawiałam, kiedy będzie pretensja, że niebo jest niebieskie, a nie zielone, bo to jej ulubiony kolor. Na dłuższą metę odsiadka z taką osobą potrafi być nawet nie uciążliwa, ale zaraźliwa. To taki mój typ smerfa marudy.
Na samym początku wyroku trafił mi się „mecenas”. Mecenas niby z wolności , własna kancelaria itp. Życie na wolności usłane różami. Doradzała wszystkim, co i jak napisać. A jak wychodziło, że pismo nie zostaje przyjęte przez sąd, to tłumaczenie było jedno – zmiana przepisów. Nawet sama o mały włos nie byłam jej klientem – gdzie, po jej dobrej radzie poddania się dobrowolnie karze, propozycja prokuratora brzmiała 8 lat. Gdy zaczęłam sama bez pomocy „mecenasa” walczyć, to wyrok wyszedł 3 lata. A mecenas okazał się pijaczkiem odbywającym karę pozbawienia wolności za kradzież śmietnika z terenu przedszkola. Innym typem, który pozostał mi w pamięci, i z którym się stykam bardzo często to milioner.
Osoba, która miała wszystko na wolności. Życie, o którym słyszy się w filmach. Pieniądze, podróże, dom, oj, nie dom, a kilka domów w różnych krajach i mężczyzna, który poza nią świata nie widzi. Szkoda tylko, że jej wypiska, to 50 zł (bo niby ,,komornik wszystko zabrał”), a do tego jeszcze co druga cela to dług do oddania. Ale przecież ona na wolności ma miliony i idealne życie. Często się zastanawiam, co taka osoba chce osiągnąć, co ma na celu robienie z siebie bogatej , gdzie w tym miejscu bardziej się liczy człowiek, a nie zawartość paragonu. Więcej w tym miejscu można zyskać będąc szczerą osobą i będąc sobą, a nie „księżniczką”.
Wszyscy jedziemy na jednym wózku, nie ma tutaj gorszej i lepszej. Każda z nas jest pozbawiona wolności. Tylko patrząc na to wszystko z perspektywy czasu i swojego wyroku, to w dziewczynach zamiera cecha zwana autentycznością.
Zołza
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Czarno- biała fotografia, na której mnie jeszcze nie ma… Lecz są moi rodzice, jeszcze razem w kadrze, ubrani w stroje ślubne. Mama na głowie ma białą woalkę przyozdobioną delikatnymi dodatkami. Suknia gładka z pięknymi rękawkami, nie krzykliwa, wręcz skromna, ale pięknie w niej wygląda. Z oczu bije blask iskierek szczęścia…
Tata… przystojny, elegancki,
który niesamowicie wygląda w garniturze. Uśmiechnięty, szczęśliwy młody
człowiek. Szczerze mówiąc jest to jedno z niewielu zdjęć, które z nim posiadam…
Zdjęcie drugie…
Jak poprzednie, czarno- białe,
ale w kadrze już ja z Mamą… Mamcia młoda, piękna, uśmiechnięta, wręcz
rozbawiona, pochyla się nade mną. Czyli w tamtym momencie bobas leżący na
kocyku, rozgogolony,
uchachany od ucha do ucha 😊 (zapewne większość z nas ma takie fotki…)
Zdjęcie trzecie…
Już kolorowe, trochę większe.
Robione u fotografa, z tłem, na fotelu wiklinowym. W kadrze ja z moją Babcią.
Elegancka, w średnim wieku. Widać, wnioskując z ubrania, że to okres letni.
Ubrana w sukienkę o krótkich rękawkach, z cienkiego materiału. Blondynka, o
mocnych rysach twarzy, szczupła, średniego wzrostu, młodo wyglądająca jak na
swój wiek 😊. Na kolanach siedzi u niej dziewczynka w
wieku około 3 latek. Uśmiechnięta, rumiana, wpatrzona w Babcię – z którą
spędzała i spędzać będzie bardzo dużo czasu (zawsze miałam bardzo bliską
relację z moją Babcią, była zwariowaną kobietą, BARDZO!).
Zdjęcie czwarte…
Kolorowe, w przybliżeniu buźka
dzieciątka. Na główce błękitna czapusia, troszkę wyglądająca jak od krasnala z
bajki. Małą buziulkę zakrywa smoczek, co prawda najmniejszy rozmiar, ale widać
malutkie oczka, nosek, a resztę twarzyczki zasłania właśnie „on”. Buzieńka
wygląda tak, jakby to była laleczka z porcelany, krucha, delikatna twarzyczka,
strach ją mocniej dotknąć, wydaje się tak delikatna! Co po niektóre osoby,
widząc to zdjęcie, zastanawiają się czy to laleczka, fotomontaż? Mój synek jest
tak prześlicznym dzidziusiem… Pewnie co druga osoba czytając teraz to, co piszę
pomyśli sobie, że każda matka gdy urodzi swoje maleństwo – twierdzi że jest
najpiękniejszym darem na świecie… 😊. W międzyczasie, gdy malutka ja między tym
zdjęciem, a poprzednim wydarzyło się wiele dobrych jak i złych rzeczy:
dorastanie, szkoła, problem, którego nie mogła się pozbyć, dziwne związki, z
których również nie potrafiła się wyplątać… Ale o tym to może innym razem…
Zdjęcie piąte…
Te ostatnie – na ten moment w którego kadrze jestem ja, Mama, która
jest w wieku dojrzałej kobiety, lecz nadal mająca błysk w oku, ale teraz już:
nadziei, dobra, miłości, zrozumienia… Obok ja, jak wspominałam (dorosła
kobieta, u której da się wyłapać ze spojrzenia, że nie było jej łatwo, lecz
chce zawalczyć i są małe iskierki, chęci do wali o siebie i życie, które musi
poukładać od nowa).
Po środku nas, tych dwóch kobiet, różniących się pokoleniami, poglądami, stylami życia – lecz tak bliskich sobie i rozumiejących się wzajemnie… stoi on! Już 11-lat, kolejne pokolenie, duży chłopiec, nastolatek, a nie dzieciaczek, maleństwo które dopiero co pojawiło się na świecie… Nastolatek stojący miedzy dwoma kobietami (mamą, babcią) podpierający się o hulajnogę… Ciemny blondyn o zielonych oczach, opalony, zdrowy, z aparatem na zębach (który tylko dodaje mu uroku). Razem z Mamą obejmujemy go, jak „skarb” – jedna z jednej, druga z drugiej strony… Uśmiechnięty od ucha do ucha, że aż mruży oczęta… 😊. Są we troje, ale szczęśliwi, pomimo problemów, których mieli wiele, wręcz bez końca, utraty najstarszego pokolenia… Parę lat, od tego momentu minęło, już ból straty zmniejszył się z czasem, który minął, już tak go nie czuć 😊. Chłopiec, który potrafi „zaabsorbować” sobą wszystkich dookoła, zaciekawiony różnych rzeczy, życia… Uważany przez kolegów za fajnego, bystrego, koleżeńskiego.
Teraz zaczyna się jego kolej na 5 zdjęć z jego życia. Może będzie za…
dzieścia lat na nich babcia o laseczce, a mama, czyli ja z jego synkiem bądź
córeczką na rękach już jako babcia, lecz dla kolejnego pokolenia… Już teraz
zależy od Niego jakie te zdjęcia będą i kto będzie w kadrze…
Taka Ja
Warsztaty edukacji kulturalnej w więzieniach nasza Fundacja może prowadzić dzięki wsparciu osób takich, jak Ty. Wesprzyj je, wpłacając 23 zł online: https://platnosci.ngo.pl/c/1991/ lub przelewem na konto Fundacji: 28 1600 1462 1821 2325 1000 0001.
Mała, bo nie większa na długość ramienia, postać o niewinnym, badawczym spojrzeniu wyłania się ze zdjęcia numer 1. Już mając zaledwie 8 tygodni penetrowała przestrzeń swoim rozumnym wzrokiem. Wsłuchana w nagły głośny trzask drzwi zdradza swój kontrolujący charakter. Bo do dziś musi wiedzieć, gdzie przebywa każdy z domowników, z uwagą bada zmiany gości, znajomych i nieznajomych mijanych czasem na ulicy.
Na zdjęciu numer 2 śpi, rozkosznie rozłożona na poduszkach, nieco starsza już, ale nadal urocza. Ulubiony obiekt obserwacji i fotografii całej rodziny. Pupilek, maskotka śpiąca tak słodko, że można prawie uwierzyć w jej anielską dobroć, błogość, niewinność.
Zdjęcie numer 3, to już jej nastoletnia postać. W radosnym uśmiechu przemierzająca biegiem leśna ścieżkę w czasie jednego z niedzielnych, rodzinnych wypraw. Taka przechadzka w sam raz po wspólnym obiedzie, przed rozpoczęciem tygodnia pełnego szkoły, pracy, małych rozstań, powrotów.
Czwarta fotografia została wykonana, kiedy już nie było mnie przy niej. Ale cieszy postać rozciągnięta leniwie, w porannie skotłowanej pościeli. Na pierwszym planie wielki nos, na drugim oczy, nadal uważne, ale jakby mówiące „jeszcze 5 minut”. Jej cielesność wyraźnie urosła wzdłuż, wszerz, ale nic to. Skoro lekarz mówi, że w normie, to w normie! Będę kochać bez względu na rozmiar. Dla niej mój nigdy nie miał znaczenia.
Piąte zdjęcie jest na razie klatką z filmu, który odtwarzam w głowie. To dzień mojego powrotu do domu, siedzę na podłodze, ona szaleje z radości. Na zdjęciu da się rozpoznać w zasadzie tylko mój grymas szczęścia z domieszką niesmaku i rozmazaną szaro – białą plamę, zwieńczoną wachlarzem, powstałym z ruchu nieokiełznanego ogona. Do zobaczenia psiaku!
PAPRYKA
RZ.
Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”
Forum Służby Więziennej objęło patronatem medialnym blog ewkratke.pl
Z tej okazji blogerki ewkratke.fundacjadomkultury.pl, które przez cały czas bardzo mocno wspierały autorkę w jej szukaniu dziewczynki ze zdjęcia, rozważają, czym jest dla nich hasło „poszukiwanie”.
♦
Moje życie zawsze było jednym wielkim szukaniem. Od dziecka nigdy mi niczego nie brakowało, pozornie było ono pełne radości, miłości, troski, wsparcia, rodzice zapewniali mi wszelkie dobra materialne…
Od momentu ukończenia 14. roku życia zaczęłam się zmieniać z grzecznej, poukładanej dziewczynki, stałam się butną nastolatką, szukałam swojej drogi wśród różnych towarzystw, szukałam swojego stylu, szukałam upodobań muzycznych. Zaczęły się moje wybryki, ucieczki z domu, pierwszy alkohol, pierwsze kontakty z lekkimi narkotykami, no i oczywiście pierwsze wpadki u rodziców.
Wtedy ze strony taty zawsze padało jedno pytanie: „czego ty szukasz, przecież masz wszystko”. Ale czy modne ciuchy, kosmetyki, spore kieszonkowe, luz w domu to było dla mnie wszystko? Teraz wiem, że nie – szukałam zainteresowania rodziców, zwykłego, codziennego pytania: „co słychać?”, „jak się czujesz?”, „masz jakieś problemy?”, „chcesz pogadać?”. Tego mi chyba brakowało… Szukałam ciepła, szukałam zwykłej, prostej relacji rodzice-córka.
Czy teraz moja córka szuka tego u mnie?
Aneczka
♦
Zamierzam kiedyś, po wyjściu na wolność, spróbować odszukać kolegę z dawnych lat, który kiedyś, bardzo dawno temu, był chyba moją pierwszą prawdziwą miłością – co zrozumiałam później, po wielu latach. Nie będę teraz o tym więcej pisać, bo nigdy nie chciałabym, żeby się dowiedział, że byłam lub jestem w więzieniu.
Ale najbardziej dziwi mnie to, że właśnie po tylu latach ni stąd ni zowąd w ogóle sobie o nim przypomniałam. Jest to być może dla Was śmieszne, lecz wiem, że to była prawdziwa miłość.
Poza tym, jak zrozumiałam po tych wszystkich latach i z doświadczenia życiowego, był bardzo wartościowym człowiekiem. Na pewno po ponad trzydziestu latach założył rodzinę itp. Ale to i tak mi w niczym nie przeszkodzi.
Barbarka
♦
Zawsze czegoś szukamy. Życie wielokrotnie weryfikuje cele naszych poszukiwań. W miejscu odosobnienia, w tym niewiele wartym miejscu, mamy czas, by szukać wartości. Czego można szukać w więzieniu? Jaką wartość ma dla człowieka pobyt w tym miejscu? Czym jest odbywanie kary? Szukaniem tego, co się utraciło. Co jeszcze pozostało do stracenia. Szukaniem Bożego planu w tym całym nieszczęściu. Tak wiele jest do znalezienia w sobie, bo szukanie czegoś w innych jest stratą czasu.
Szukam w sobie błędów, złych wyborów, niewłaściwych decyzji, zbyt dużej empatii, zbyt mało egoizmu. Szukam powodu, dlaczego musiało zdarzyć się tyle sytuacji, w których ponosiłam straty, a rozwiązanie było jedynym dostępnym w danym momencie. Życie.
Poszukiwanie w sobie jest niekończącym się procesem pracy nad sobą, przyszłością i godzeniem się z przeszłością.
Szukajmy, bo warto…
Monty P
♦
Całe życie szukamy. Czego? Czasami sami nie wiemy, ale szukamy. Jedni miłości, drudzy pieniędzy, trzeci fejmu i sławy. Można też szukać problemów, wrażeń, nowych fetyszy, dzikich doznań…
Czego ja szukam? Szarości, codzienności, normalności. Napisałam nawet kiedyś tekst z podkładem, nawiązujący do poszukiwań:
„Łowiczanka jestem z samego Łowicza hmm… coś tam, coś tam, wianków nie wyliczam’”.
Tak to jakoś leciało – więc już wiecie skąd pochodzę. Łowicz – zbyt wiele o tej miejscowości Wam nie napiszę. Na pewno mogę powiedzieć, że się tam urodziłam, a z opowiadań wiem, że są tam piękne kościoły, jest też stary zamek (ruiny zamku). Łowicz również słynie z pięknych strojów łowickich, zwanych po ludowemu ”pasiaki”. Jeśli nic Wam to nie mówi, wystarczy spojrzeć na mleko łowickie. W realu są one przepiękne, kogo interesują takie rzeczy, to warto żeby zobaczył.
Chciałam Wam tak naprawdę napisać o szczególnym dla mnie miejscu, w którym przeżyłam wspaniałe 4 lata swojego dzieciństwa, bo tyle było mi dane. Gdy miałam okołu pięciu lat dziadkowie zabrali mnie na wieś znajdującą się pod Łyszkowicami. W tamtym okresie myślałam, że wzięli mnie tylko po to abym im tyrała w polu. Dziś nie jest to spotykane, krzykniesz na dziecko i już masz problemy. Nie byłam zadowolona, gdyż dosłownie we wszystkim musiałam pomagać, na zasadzie zasłużysz, to dostaniesz. Babcia zawsze powtarzała „Za darmo nie ma nic, drogie dziecko, praca popłaca”. Pamiętam jak jeździła 3 km do najbliższego sklepu. Ja uwielbiałam lody, wysyłała mnie na pole, musiałam uzbierać parę łubianek truskawek i kiedy wracałam w lodówce czekał na mnie lód. Tak się przyzwyczaiłam, że jak miałam na coś ochotę, to biegłam z pytaniami, czy trzeba w czymś pomóc. A babcia zadowolona była, że wychowuje mnie zgodnie ze swoimi zasadami, czyli „wilk syty i owca cała”. Złościło mnie to, choć nie mogłam tego okazać, bo wiedziałam, że bierze za mnie pieniądze, które tak naprawdę są moje.
Bardzo bym chciała mieć moc cofania się w czasie, mieć znów 7 lat i przeżyć to od nowa. Byliśmy biedną rodziną, ale kochającą – oni mnie kochali, mnie uczyli kochać. Napiszę prostymi słowami: biedne wieśniaki, nie stać nas było na traktory czy wynajem kombajnu. Wszystko u nas odbywało się ręcznie, my byliśmy traktorami :). Może poza koniem, który bardzo nas wyręczał, np. w bronowaniu, szacun dla konika o imieniu Kropek :). W żniwa szliśmy na piechotę na pole, którego końca nigdy nie było widać. Gdy stałam na górce wydawało mi się, że het pod lasem się kończy piękny widok, same pola. Obok naszej ziemi rozpościerała się przepiękna trawa. Uwielbiałam tam buszować na boso, przyjemnie łaskotała mnie w stopy, żywy dywan. Jednak czas laby szybko się kończył, dziadek już zaczął kosić, za nim babcia, która zbierała trawę w kupki. Dalej moja rola, za nią na samym końcu ledwo widoczna, wiązałam w snopki i stawiałam domki, na które mówiłam indiańskie. W przerwie chowałam się do środka i spożywałam obiady. Babcia jechała do domu 1,5 godziny wcześniej i przywoziła kluseczki domowej roboty ze śmietaną i truskawkami, mniam :).
Czasem znajdowałam też czas na zabawę. Miałam dużą lalę, z długimi włosami, które szybko straciła. Moja wina? Nie! A kto położył nożyczki na stole? 🙂 Lala była bardziej moim pomocnikiem, w niedziele i sobotę po obiedzie, chodziłam za stodołę pilnować małych gęsi, kiedy się pasły. A ja z lalą pod jabłonką prowadziłam dialogi do wieczora. To znaczy, wiecie, gadałam sama ze sobą i teraz też czasem ze sobą gadam. A co? 🙂 Kładłam się na koc, patrzyłam w niebo i z chmur układały się postacie, zawsze mi się to podobało. Sąsiad znów zaczyna, rżnie drzewo aż wióry lecą, hałasuje i zakłóca mój spokój. Nie mogę nic z chmurek ułożyć, bo mnie rozprasza, ale co tam, w zamian za to mam zapach świeżo ciętego drzewa. Ciepły wiatr targa moją grzywkę a ja zamykam oczy i myślę o niebieskich migdałach.
Całą zimę siedziałam w domu. Czasem wychodziłam na kulig, zabawy co nie miara. Dzieciaki ze wsi się zbierały, każdy coś przyniósł, jedni koce, jaśki, inni ciepłe picie. Jeden dorosły i my, zgraja dzieciaków. Mnie dziadek sadzał w drugim rzędzie, bo twierdził, że tam bezpieczniej. Zawsze chciałam na końcu, co z tego, że mogłam spaść. Lepsze to, niż jak koń bąka puścił… nieciekawa sprawa :).
Wiosna na wsi to raj dla zmysłów. Roztapiający lód, który lśnił w słońcu, aby później ukryć się w szczelinach betonu i zniknąć na zawsze. Moja kochana jabłonka, która budziła się do życia. Lubiłam patrzeć, jak pąki otwierają się z dnia na dzień. Chodziłam z konewką wody, która była chyba cięższa ode mnie i uważałam, że to dzięki mnie, bo o nią dbam. W mieście robaka widzimy i trzeba się go pozbyć. Gdy wiosna się budzi, to wraz z nią wszelakie małe stworzonka, którymi natura nas obdarzyła. Babcia zawsze mówiła: ”Wypuść tą mrówkę ze słoika, chciałabyś, żeby Ciebie tak ktoś zamknął? Ona też czuje”. Kiedyś przez stonkę dostałam pasem, bo spóźniłam się do szkoły, a ona przez jezdnię przechodziła i nie chciałam, aby ją auto rąbnęło – dziwna ta babcia, myślałam najpierw, karze mi o nie dbać, a jak to robię, dostaję lanie. Wiecie co to stonka? Szkodnik ziemniaka!
Sianokosy to czas, kiedy pracujesz, pracujesz i końca nie ma chyba nigdy. Rano na pole, czasem na piechotę, czasem wcisnęłam się na siodełko i z płaczem, bo niewyspana. Kijek w dłoń, trząsasz, grabisz… i tak nieraz przez trzy dni to samo, aż siano będzie suche. Potem w kupki na wóz i do stodoły. Moja ulubiona chwila to jazda na wozie, w takim stosie co to kłuje (uwierzcie mi to euforia). Przyjemnością było dla mnie, gdy musiałam iść dwa kilometry, aby krowy na polu przewiązać, a po cichu do kieszeni mały kubeczek, aby udoić od krowy ciepłego mleka z pianką. Nie wolno mi było tego robić, bo krowy mają swoje pory dojenia: rano o 5.00 i 12.00 i np. 20.00, ale co tam, przecież krowa babci nie powie. Nawet jeśli by się dowiedziała, to warto dla takiego kubeczka dostać ścierą po głowie. W drodze powrotnej zatrzymywałam się nad stawami, aby pobawić się z kijankami. Chowałam się, aby mnie nikt nie widział. Zawsze obiecywałam, że zaraz wrócę i nigdy nie dotrzymałam słowa, to było silniejsze ode mnie.
Niedzielny obiad babci pobudzał kubki smakowe. Już w sobotę cały dom wypełniony był zapachami wypieków. Makowiec w jej wydaniu to mistrzostwo, jabłecznik ze zeszłorocznych jabłek ze słoika oraz sernik – ze swojego sera. Chlebek sama piekła z prawdziwym masłem, z wędzoną kiełbasą zrobioną przez dziadka. Przeżycia nie do opisania. Jeszcze lepsze przeżycia miałam, kiedy wsadziłam łapę do wędzarni, aby uszczknąć choć kawałek, bo mi ślinka leciała i się poparzyłam.
Kochane Ludziska wspomnień pięknych z tego jakże przecudownego miejsca mam tak dużo, że mogłabym książeczkę napisać. Nie wiem, czy to się zmieści, ale powiem Wam jedno: cieszę się, bo choć jestem biednym człowiekiem, nawet własnego lokum nie posiadam, ale czuję się bardzo bogata właśnie przez te 4 lata najcudowniejszych wspomnień, których nikt ani nic nie jest w stanie mi zabrać. Mogę zgubić coś, mogą ukraść mi portfel, ale moje wspomnienia są bezpieczne, ponieważ do końca pozostaną w mojej głowie oraz serduchu.
Najwspanialszej kobiecie, którą była moja babcia, dwa słowa, których nigdy nie miałam okazji jej powiedzieć: Dziękuję, za dzieciństwo, kocham, bo Ty mnie tego nauczyłaś.
Przepraszam, że nie byłam wnuczką, jaką powinnam być.
Pozdrawiam wszystkich, którzy nas czytają i wspierają. Szczególne podziękowania dla Dagi za odpis Moja Strata – moje straty.