Są trzy osoby, które chciałabym zobaczyć na widzeniu. Zacznijmy po kolei:
Bardzo ją kocham i bardzo mi jej
brakuje. Oddałabym bardzo wiele, aby choć na chwilę móc z nią pobyć, zobaczyć
ją, dotknąć i przytulić się do niej. Tak cholernie za nią tęsknię i tak bardzo
jej potrzebuję. Nie mogę do niej zadzwonić, czy nawet napisać listu, który bym
wysłała. Wiem, że stale jest ze mną i przy mnie, ale to nie to samo. Nie ma
jej, nie żyje.
Umarła trzy lata temu na okropne
raczysko. Pochowałam ją dwa tygodnie przed urodzeniem pierwszego syna. Jest nią
moja Mamusia. Chciałabym z nią móc porozmawiać, usłyszeć od niej, że mimo
wszystko jest ze mnie dumna i że wszystko będzie dobrze. Boli mnie to tak bardzo,
że nawet teraz, gdy to piszę, to łzy ciekną mi po policzkach.
Druga bliska memu sercu osoba,
którą kocham jak moją mamę, i tęsknię za nią tak, jak jeszcze nigdy, jest moja
Cudowna, Kochana i Wspaniała Babunia. Ona jest przy mnie stale, zawsze mogę na nią
liczyć, i wiem, że kocha mnie bardzo. „Bóg nie mógł być wszędzie, więc stworzył
babcię” – co pasuje tu po prostu idealnie!
Zawsze, za każdym razem gdy do
niej zadzwonię, słyszę jak bardzo się cieszy, że się słyszymy. Jest jak Anioł.
Mimo mojego wieku, dla niej ciągle jestem „wnuczunią”. Chciałabym ją przytulić,
poczuć zapach, który kojarzy mi się z domem, dzieciństwem, pysznymi obiadami,
ciastkami i miłością. Jednak listy i telefony to nie to samo. Z tego miejsca
serdecznie ją całuję i ściskam!
No i przychodzimy do trzeciej
osoby. Jest nią mój młodszy brat. Mimo że nie rozmawiamy za często i generalnie
nie piszemy ze sobą nawet listów, to i tak za nim tęsknię. Nie ważne, ile ma
lat, bo dla mnie zawsze będzie moim młodszym braciszkiem i będę miała głębokie
poczucie opieki nad nim. Chciałabym usiąść, i patrząc mu w oczy, porozmawiać z
nim. Wtedy od razu mogłabym wyłapać reakcję brata na moje pytania, aby
wiedzieć, gdzie jest coś nie tak. Znamy się z bratem jak „łyse konie”. Przy nim
nie muszę udawać, że jest ok i że daje sobie radę, bo nie musiałabym się
martwić, że obciążam go swoimi problemami. Ma świetne dystans do życia. Możemy
rozmawiać o wszystkim i bardzo wielu rzeczy nie bierze do siebie.
Gdybym mogła wcisnąć guzik, który przeniósłby mnie do
przeszłości, to byłaby niezbyt odległa przeszłość. Jednak patrząc na to, że mam
40 lat, to ta nieodległa przeszłość równa się połowie mojego życia. Czyli dla
mnie kawał czasu!
Moja chęć
cofnięcia się do tego jednego dnia nie jest taką typową chęcią powrotu do
czegoś tak pięknego, czego nie doświadcza się drugi raz – chyba że za pomocą
wehikułu czasu. To nie jest chęć powrotu
do momentu, w którym czułam się jakoś szczególnie szczęśliwa. Ta chęć
spowodowana jest tym, że gdybym tego jednego dnia coś zmieniła, to uratowałabym
życie. Na bank jedno, ale wolę myśleć, że własne też. Ponieważ chcę skorzystać
z tej okazji i nacisnąć ten guzik, to…
Był to
typowy styczniowy dzień. Niezbyt dużo śniegu napadło jednak jak na tą porę,
było zimno. Obudziłam się w cieplutkim łóżeczku, w kolorowej pościeli. Pokój
miałam w kolorach: bieli i czerni, ale pościel lubiłam bardzo kolorową. I
jeszcze skarpetki lubiłam nosić kolorowe.
Przeciągnęłam
się, wstałam i włączyłam Sade. Wiedziałam, że mamy nie ma już w domu, więc
pozwoliłam sobie na głośniejsze puszczenie muzyki. Wiedziałam również, że mama
zrobiła mi śniadanie i wystarczyło do zestawu zaparzyć herbatę.
Nie miałam planów na ten dzień. Do szkoły szłam dopiero na
14.20. to był jedyny dzień w tygodniu, kiedy chodziłam na popołudnie. Najgorsze
w tym było to, że był to piątek.
Wykąpałam
się, wyszykowałam, zjadłam śniadanie i poszłam z Maxem na spacer. Lubiliśmy
chodzić nad Wisłę. Mieliśmy swoje miejsca – co prawda tylko dwa :), ale tego
dnia poszliśmy na kamienie. Mi się tam dobrze myślało, a Max miał ogromny teren
do biegania. Od czasu do czasu podchodził by mu jakiś badyl rzucić, ale na
kamieniach najrzadziej o to prosił. Wisła od naszej strony jakoś bardziej przy
brzegu była zamarźnięta.
Z rozmyślań
wybiło mnie szczekanie psa. To nie był Max, ale i on za chwilę się pojawił.
Pieski niezbyt na start się polubiły, o czym świadczyło ich warczenie na
siebie. Uwięziłam więc swojego pupila na znienawidzonej przez niego smyczy i
zaczęliśmy się kierować w stronę wału. Max nigdy nie był agresywny. Smycz
nosiłam na wszelki wypadek… A może to jakaś pozostałość po sprawdzeniu mnie,
czy na pewno będę wyprowadzać psa? Zanim Max pojawił się w domu, musiałam przez
miesiąc czasu co rano wychodzić na spacer… ze smyczą! To był mój test na
odpowiedzialnego opiekuna. Dziecko wszystko zrobi, by mieć wymarzonego
przyjaciela. Nie wiem, czy w tamtym okresie nie byłabym zdolna jeść z psiej
miski, by udowodnić, że piesek nie będzie zostawiał kupy w butach.
Kierowaliśmy
się już w stronę bloku, kiedy na skrzyżowaniu w samochodzie poznałam swoją
koleżankę. Ona chyba też mnie poznała, bo jakąś głupkowatą zrobiła minę: usta
rozdziawione, ale uśmiechnięte i takie duże oczy. Tak chyba wygląda osoba,
która w zaskoczeniu się cieszy… Czyli ja też musiałam podobnie wyglądać. Od
razu wysiadła z samochodu i podbiegła do mnie. Nie staliśmy na górce – więc
samochód się nie stoczył, nie zostawiła go na światłach, nic nie trąbiło, bo za
kierownicą siedział jej tata. Też go rozpoznałam. Ruchem ręki pokazałam, gdzie
ma zjechać. Normalnie nie dowierzałam, że ją widzę. Ją – czyli Kaśkę. Wyjechała
do innego miasta po rozwodzie rodziców. Kiedyś razem chodziłyśmy do
podstawówki, razem trenowałyśmy koszykówkę, lubiłam ją. Wspierałyśmy się w
tamtym okresie, bo ja już jakiś czas byłam sama z mamą, a ona dopiero smakowała
sytuację bycia dzieckiem z rozbitej rodziny. Taka nas po prostu tragedia
połączyła.
Wysiadł do
nas jej tata, przywitał się i co się okazało? Że on już jakiś czas na naszym
osiedlu ponownie mieszka. Kaśka przyjechała do niego kilka dni temu i nazajutrz
miała sprawdzić, czy mieszkam tam, gdzie mieszkałam. To było niesamowite.
Jakieś przeznaczenie, czy co?
Spojrzałam
na zegarek, było już po pierwszej. Max grzecznie cały czas siedział przy nodze,
a ja już za chwilę miałam iść do szkoły. I wtedy usłyszałam głos taty Kaśki:
– Jedziemy właśnie na Śródmieście, do Atlantica, jedź z
nami!
14.20,
pierwsza lekcja – rachunkowość. No, nie chciałam iść do tego liceum, wolałam
zawodówkę, by rok krócej się uczyć. Mama zadecydowała. Ale skoro już dotrwałam
do IV klasy i tak naprawdę „za chwilę” miałam szansę ją skończyć, to czemu z
tej szansy nie skorzystać i nie pójść do kina z Kaśką i jej tatą?
I ta pokusa wygrała.
Odprowadziłam
Maxa do domu, wzięłam plecak, by mama się nie zorientowała, że nie poszłam do
szkoły i pojechaliśmy na Śródmieście.
Gdyby ten
dzień wyglądał właśnie tak, to do domu wróciłabym po 19.00. Może chwilę
pooglądała z mamą telewizję, ale na pewno wzięła psa i przeszła się wokół
bloku. Byłoby duże prawdopodobieństwo, że spotkałabym Mikiego i III klatki, bo
tuż po wiadomościach wypuszcza psa. Bo jak jest zbyt zimno, to go tylko
wypuszcza, a sam zostaje na klatce. Wypala papierosa i woła Kulfona z powrotem.
Z kolei ja zawsze robię rundkę wokół bloku. Wróciłabym, zjadła coś i…
– coś obejrzała i poszła spać
lub
– zadzwoniła do Aśki, czy idziemy do Parku (na dyskotekę).
Wróciłabym i też położyła się spać.
I być może do dziś lubiłabym budzić się w kolorowej pościeli.
Hm…, złe cechy… Trudno odpowiedzieć na to zagadnienie.
Wydaje mi się, że moją złą cechą, która mnie denerwuje, jest
upartość, zawziętość. I czasami działam pod wpływem impulsu.
Jeśli chodzi o mój bagaż życiowy, to wydaje mi się, że jak na
moje dotychczasowe życie, jest bardzo duży. Problemy w domu, a potem w
późniejszym 17-letnim związku.
Co do odpowiedzi na pytanie, co zastałam, co odkryłam, biorąc
pod uwagę miejsce, w którym obecnie jestem: to, co zastałam tutaj, było dla
mnie, nie ukrywam, zaskoczeniem, tzn.
różnorodność charakterów w jednym miejscu. Porażka – ludzie są, jak
chorągiew.
Odkryłam na pewno bardzo dużą dwulicowość osób, które dla
pewnych korzyści, udają kogoś innego i kłamią.
Na wiosnę większość ludzi ożywa tak jak natura. Ciepło za oknem dodaje otuchy, nadziei i daje jakiegoś kopa do życia. Choć w oknach kraty i pleksa, to ciepło jakoś przenika do środka. Otwierasz okno (choć przez nie nic nie widzisz) i jest lepiej. Chcesz wyjść na spacer, pochodzić. Przewietrzyć głowę i myśli. Słońce jest kochane po każdej stronie świata i życia. I tak samo potrzebne. Wiosna jest lekiem dla wszystkich.
Pełnoletnia
Coraz cieplej za oknem, drzewa i kwiaty się zielenią, ptaszki
śpiewają, rano coraz widniej, a tutaj… świat tak samo szary i smutny. Przyroda
budzi się do życia, a mnie dopada przesilenie wiosenne. I staram się wykrzesać
energię na każdy dzień, miesiąc… Jeszcze chwil kilka…
Bella
Każdego roku za oknami budzi się wiosna.
Cieplejszy powiew jest wiatru, wszystko zielenieje dookoła,
trawa, drzewa, wyrastają pierwsze kwiaty, drzewa puszczają pąki. W sercu jest
nam coraz cieplej , zaczyna panować w nim spokój.
Zacznę może od tego, że mam duży dystans do siebie i jestem względem siebie bardzo krytyczna.
Przeszłam bardzo dużą zmianę w swoim krótkim, aczkolwiek wielobarwnym życiu. I właśnie z tego tytułu uważam, że mam dość spory bagaż. W pewnym momencie było go tyle, że aby iść do przodu, musiałam swój „plecak” schować „do szafy”, bo jego ciężar ciągnął mnie w tył, i mimo że szłam do przodu (a przynajmniej tak myślałam), to i tak stałam w miejscu.
Grzebanie w przeszłości i oglądanie się za siebie nie pomaga, a wręcz przeciwnie. Trudno, nie mam żadnego wpływu na to, co się stało; to już było i minęło. Teraz kształtuję swoją przyszłość. Decyduję już nie tylko o osobie, ale też o mojej rodzinie (mam dwóch cudownych synów i męża).
Wszystko, co w życiu zrobiłam, czegoś mnie nauczyło. Wiele cech „złych” przekształciłam w „te dobre”. Osobiście uważam, że każda cecha ludzka jest po prostu cechą, np. dzięki zawziętości, upartości osiągam w życiu wyznaczone sobie cele, a dzięki współczuciu i empatii zaskarbiłam sobie sympatię i miłość bliskich mi ludzi.
Jak każdy człowiek mam wady i zalety. Ja widzę siebie inaczej, ktoś mnie odbiera inaczej.
Nerwowość. Dzięki temu, że gdy się zdenerwuję, to sobie pokrzyczę, daję ujście złym emocjom, którym łatwo się poddaję.
Wrażliwość. To cecha, która często mnie gubi. Jestem dość emocjonalną osobą i tak łatwo jak się denerwuje i wybucham, tak łatwo też się wzruszam. Nie potrafię też być obojętna na krzywdę, co często jest wykorzystywane przez ludzi. Wtedy czuję się krzywdzona i zastanawiam się, „co jest ze mną nie tak?”.
Jeśli kocham, to kocham szczerze.
Lubię siebie i akceptuję to, jaka jestem. „Nie jestem zupą pomidorową, żeby każdy musiał mnie lubić”.
Często gubi mnie moja emocjonalność. Pod wpływem emocji robię różne głupie rzeczy i czasem nie zdaję sobie sprawy z tego, że złym słowem mogę kogoś zranić. Oczywiście później tego żałuję. Czasem nawet jest mi z tego powodu przykro. I tu się wyłania „zła wada”: mam problem z przepraszaniem. Nad tym muszę jeszcze dużo popracować.
Często zastanawiam się nad tym, czy jestem dobrym, czy złym człowiekiem. I nie mówię tu o stosunku do rodziny czy do swoich dzieci (bo dla nich staram się być najlepsza, taka na sto procent), ale o swoich relacjach z resztą świata.
Za „dobrą cechę” w sobie uważam to, że można na mnie polegać jako na przyjacielu, gdyż można na mnie liczyć w wielu sytuacjach. Jestem szczera i otwarta, pomocna i życzliwa. To na pewno jest we mnie dobre.
Ostatnie zajęcia ze studentkami … o prawach kobiet przypomniały mi takie zdarzenie sprzed kilku lat. Przyjechałam z innego zakładu i na start dostałam fatalne ręczniki; było po 16-tej, więc nie miałam z kim porozmawiać o ewentualnej wymianie. Czekałam tydzień na tzw. wymianę pościeli, która odbywa się na oddziale. Przez ten czas zwyczajnie wycierałam się podkoszulkiem, przecięłam go po bokach i miałam swój bawełniany ręcznik. 😊
Nie miałam szczęścia i tym razem – dwa dostałam wyglądające jak sito. Osadzeni jak nie mają nitek, to wyciągają z ręczników. Zapisałam się w tej sprawie do osoby „z góry”, by wyprosić choć mały prywatny ręczniczek, odwoływałam się do potrzeb i kobiecych dni, ale usłyszałam: „To nie mężczyźni walczyli o równouprawnienie.”
– Pełnoletnia –
P.S. Dziś mam swój mały ręcznik, dziś ręczniki mają więcej nitek, bo osadzeni dostają zgody na posiadanie przyborników. 😊
Post specjalny z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet
Na wolności dbam o siebie dla siebie i innych. W zamknięciu – tylko dla siebie. Wstaję rano, poranne mycie, na wolności konieczny makijaż, tutaj niekoniecznie. Dla zabicia czasu książka, prace ręczne, robótki. Jestem w dobrej sytuacji ze swoim wyrokiem: jeden rok to nic w porównaniu z innymi. Ta myśl, że wyjdę stąd już niedługo, a inne kobiety zostaną, trzyma mnie jakoś przy życiu. Kobiecość została częściowo po tamtej stronie.
Lwica
Więzienie odziera z kobiecości. Zabiera nam intymność, zmusza do pozbycia się delikatności, ciepła, tej miękkości… Czy kobiecość to tylko umalowana twarz, ufarbowane włosy i pomalowane paznokcie? W więzieniu kobiety są bardziej aroganckie, bezczelne, a czasem nawet chamskie. Tu nawet inaczej chodzimy!
Za kratami występuje też typowo damska rywalizacja o to, która jest ładniejsza, mądrzejsza, zasobniejsza. A przecież tutaj nie powinnyśmy ze sobą w żaden sposób rywalizować, bo o co?
Ale jest też druga strona więziennej kobiecości: lubimy o siebie dbać, przerabiamy fatałaszki, ćwiczymy kondycję. Tutaj nie sprawdza się powiedzenie: „Dobrego karczma nie zepsuje, złego kościół nie naprawi”.
Bella
Kobietą nie przestaje się być w więzieniu, chociaż bycie osadzoną jest o wiele trudniejsze niż bycie osadzonym. Tu kobiecie wiecznie się przypomina, że nią jest, i to nie w miłej formie typu komplement (choć i to się zdarza). Kobieta przecież tak samo odczuwa swój błąd jak mężczyzna, z tą różnicą, że on słyszy: „No cóż, mogło się panu zdarzyć”.
Po tej stronie nie traci się kobiecości. Każda z nas na swój sposób dba o siebie i nie przestaje być przyjaciółką, matką czy żoną.
Dla mnie ogromne znaczenie miało otrzymanie nagrody w formie wychodzenia na widzenia we własnej odzieży. Po pierwsze, „mundurek skarbowy” ujmuje kobiecości; po drugie, spojrzenia rodzin, osób bliskich są inne, kiedy widzą cię we własnej odzieży.
Życzę współosadzonym, aby ten „moment” dla każdej tutaj był incydentem, by każda z nas dla siebie zawsze była piękna i kochała siebie.
Pełnoletnia
Czy to wypada, aby kobieta znalazła się w zakładzie karnym? Czy to przystoi, aby matka dzieciom, a także żona – ta, która powinna spełniać się i sprawdzać w roli opiekunki ogniska domowego – znalazła się za kratkami? Wielu uważa, że nie. Taki stereotyp panuje w naszym kraju, a pewnie i na świecie.
Większość ludzi ma bardzo krytyczny stosunek do kobiet z więzienną przeszłością; wyklucza się je z danego środowiska, spycha na margines, wytyka palcami. Ale zadajmy sobie pytanie: czy to jest sprawiedliwe?
Dlaczego facetom dajemy przyzwolenie na pewne zachowania, a kobiety się za to „linczuje”? Ta krytyka najczęściej płynie ze strony innych kobiet. To my same oceniamy siebie nawzajem. Wobec mężczyzn jesteśmy bardziej tolerancyjne, wyrozumiałe i pobłażliwe; ich potrafimy zrozumieć i wytłumaczyć. W naszych oczach nie tracą tak wiele, a nawet stajemy się często ich adwokatkami. A wobec samych siebie najczęściej jesteśmy oskarżycielkami.
Jesteśmy kobietami. Bez względu na to, gdzie przebywamy, zawsze chcemy wyglądać dobrze, modnie i świetnie czuć się w danym ubraniu czy makijażu. Więc co możemy zrobić? Oczywiście w miarę możliwości i potrzeb uruchomić igłę, nitkę, szydełko, druty i swoje (bądź koleżanki) zdolności i umiejętności krawiecko-rękodzielnicze, twórczą wyobraźnię i poddać to, co mamy, przeróbkom. Często wystarczą podstawowe przeróbki krawieckie typu: zwęzić, poszerzyć, podłożyć, przesunąć, zmienić guziki.
Największą bolączką tutejszego miejsca jest to, że możemy posiadać tylko trzy góry i najczęściej jest to zestaw: bluza lub sweter i dwie bluzki. Problem robi się, gdy trzeba uprać bluzę i schnie ona od półtora do dwóch dni (nie ma pralek i wirówek – ręczne wykręcanie jest mniej skuteczne). Co wówczas? Lipa, jak zrobi się zimno.
Podobny problem występuje, gdy jest upał i musimy zużyć dwie bluzki, bo najzwyczajniej spociłyśmy się i trudno, aby po umyciu założyć ten sam ciuch. W takich sytuacjach marzy się nie o pełnej szafie, ale po prostu o dodatkowej bluzce.
Ale nie poddajemy się, bo w końcu kobiety zawsze lubiły być na topie. Robimy sobie same bransoletki, splatając je w osobne węzły z kolorowych nici, różnych sznurków i koralików (towar deficytowy). Zresztą ręcznie robiona biżuteria to hit ostatnich sezonów. Na szydełku wykonujemy różnego rodzaju naszyjniki i bransoletki. Uwierzcie mi, niektóre są prawdziwymi dziełami w wersji mini. Niestety, nie mam możliwości załączenia zdjęcia.
Jeśli ktoś tylko posiada materiał – włóczkę – to i sweterek czy tunikę wydzierga na drutach lub szydełku. Inspiracje i wiadomości, co w modzie piszczy, czerpiemy z prasy i telewizji. Ja ostatnio zrobiłam na szydełku czarny sweter z wzorem siatkowym, na dole są przyszyte szydełkowe motywy kwiatowe w różnych kolorach i lekko w stylu góralskim – w nawiązaniu do aktualnych trendów kwiatowych i etno. Również zrobiłam na szydełku torebkę dla córki, która ponoć robi furorę wśród jej koleżanek na uczelni.
Czasami drobny detal w postaci np. małego hafciku czy naszytych różnokolorowych guzików na zwykłą czarną tunikę dzianinową (np. na ramionach i wzdłuż dekoltu) zmienia przeciętny ciuch w jedyny i niepowtarzalny. Tak więc trochę inwencji twórczej i umiejętności, a możemy nawet w tym miejscu stworzyć coś niebanalnego. Do tego trochę makijażu i już mamy poprawione samopoczucie.
Każdy z nas, pomimo wieku, posiada własny bagaż doświadczeń życiowych. Osobiście uważam, że jestem dobrym człowiekiem. Co mam na myśli, mówiąc „dobrym”?
Staram się być życzliwa, miła, sympatyczna i pomagać innym – to właśnie są tak zwane moje dobre cechy. Oczywiście ile by ich nie było, nikt z nas jest człowiekiem idealnym. Posiadam też wady, które właśnie nazywamy tymi złymi cechami. Potrafię być złośliwa, opryskliwa, często używam wulgarnych słów, nie szanuję osób, które kocham, przez co je ranię. Te dobre i złe cechy można by było długo wymieniać, ale co najważniejsze, to właśnie one kształtują nasz charakter, naszą osobowość i towarzyszą nam na co dzień, gdy zdobywamy „życiowy bagaż”.
Większość z nas próbuje dostosować się do otoczenia, w jakim obecnie się znajduje – zazwyczaj na siłę. Uważam, że to są ludzie, którzy przez większe życia noszą „maski”. Nie są sobą, udają kogoś, naśladują. Robią to w pracy, żeby zdobyć uznanie. Robią to wśród znajomych, nowo poznanych osób. Czemu podaje taki przykład? Byłam taka sama.
Mówi się „z kim przystajesz, takim się stajesz”. Zgadzam się z tym! Ja też czasami przebierałam różne maski, w zależności od towarzystwa i sytuacji, ale myślę, że to nic fajnego grać kogoś kim się nie jest. Mama zawsze mi powtarzała: „Bądź sobą! Ludzie zaakceptują cię taką, jaka jesteś”. Kiedyś nie wiedziałam, co to znaczy. Wpadając w złe towarzystwo, często popisujące się przed całym światem, wpadałam w kłopoty, robiłam złe rzeczy, wtedy moje złe cechy szły na pierwszy rzut.
Teraz, mając 26 lat, kiedy znalazłam się w miejscu dosłownie bez wyjścia, wiem, co mama miała na myśli. Nie fajną rzeczą i nie sztuką jest być pozorem. Trudniej być sobą. Odkryłam w sobie dobrego człowieka o wielkim sercu. Zaczynam obracać się wśród ludzi, którzy dobrocią i szczerym sposobem bycia są po prostu sobą. Bycie sobą jest łatwiejsze.
Wracając do mojego „bagażu”… Definiując to słowo, mamy w głowie wyobrażenie czegoś „ciężkiego”. Ale nie zawsze bagaż musi być zły. Mam za sobą ludzi, którzy zboczyli gdzieś z dobrej ścieżki życiowej, trafili do więzienia, na terapie odwykowe, czy nawet do grobu. Ja zawsze miałam szczęście w życiu, dlatego często myślałam, że mnie nie spotka nic złego. Ale mocno wierzę w sprawiedliwość, którą wyznacza sam Bóg, i uważam, że za każde błędy trzeba kiedyś będzie zapłacić.
Obecnie odsiaduje wyrok. Nie wiem czy będzie on długi, czy krótki, ale wiem, że sprawiedliwy. To kara za maskę, którą zakładałam przez większej życia. Ale wiem też, że dzięki temu stanę się jeszcze lepszym człowiekiem. A doświadczenia, jakie zdobędę, dopiszą do swojego „bagażu”.
Na koniec dodam, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Nawiązuję do miejsca, w którym obecnie się znajduję. Będąc sobą wiem, że mogę więcej, a każda kolejna porażka będzie lekcją.
Chyba jak każdy z nas, chciałabym mieć przy sobie dobrych ludzi, takich jak ja. Wierzę, że dzięki temu ten mój bagaż będzie znacznie lżejszy – bo dobro zawsze wraca, tak samo jak zło.
Mój bagaż? Ciężki, bo wady mam jak każdy. Lekki, bo jestem sobą. I jednak są na świecie dobrzy ludzie, a do nich zaczynam dołączać JA.
Wolniej – od października do marca. Jest zimno, ciemno. Najpierw w październiku czekam, kiedy zaczną grzać kaloryfery, po pierwsze: bo ciuchy nie schną i to daje chłód i niemiły zapach. Ta szarość za oknem nawet nie daje kopa do wyjścia na spacer, chociaż ja chodzę codziennie. Mniej mi się chce robić, przytłacza mnie brak słońca, brak humoru innych ludzi, depresyjny nastrój. Ludzie są podatni – nastrój jest zaraźliwy. W grudniu reklamy świąteczne powodują, że tęsknię za rodziną, dochodzi do płaczu w poduszkę.
Szybciej – oczywiście we wszystkie ciepłe dni. Kocham słońce, nawet jeżeli kąpieli słonecznych mam zażywać, leżąc na chodniku więziennego spacerniaka. Mi się nawet chce bardziej ćwiczyć w lato. Mniej ciuchów do prania ręcznego, a to co wyprane – szybciej schnie. Człowiek opalony nawet lepiej wygląda, a jak lepiej wygląda – to lepiej się czuje.
Żałuję każdego dnia tutaj, bo wolałabym być tam, ale jak muszę wybierać to wolę siedzieć w lato. A jak ktoś ma 5 lat do odsiedzenia, to powinien siedzieć 5 zim.