Piękna starość?

 

Kiedy podczas rozmów słyszałam, że ktoś mówił, że starość jest piękna, to kiwałam głową z niedowierzaniem, iż można w ogóle wygłaszać takie opinie. Bo gdzie piękno w pomarszczonej jak rodzynka twarzy, gdzie to piękno w ciele, które na każdym kroku ogranicza? Byłam w stanie zgodzić się z tym, że starzy ludzie są piękni w swojej mądrości – takiej życiowej – choć też nie w każdym przypadku. Nauczono mnie, że starszych należy szanować, że trzeba być wobec nich grzeczną i kulturalną, że trzeba chociażby ustąpić miejsca w pociągu – bo to podstawa :-). A co wtedy, kiedy „babinka” podpierająca się podczas chodzenia laską, bluźni jak szewc, tłucze tą lachą młode osoby, tylko dlatego, że są młode i cały czas jęczy, jakie to życie obrzydliwe? Czy muszę taką szanować tylko dlatego, że jest stara? Czy może wyrwać laskę i choć raz „tłuknąć” taką po plecach ;-)?

Przyglądam się twarzom starszych ludzi i jakoś tak subiektywnie ich odbieram. Ci pozytywni, którzy o najróżniejszych swoich przeżyciach potrafią opowiadać szukając dobrych, jasnych stron wydają mi się ładni, a nawet piękni. Ich twarze są tak miłe dla oka, że ciężko od nich oderwać wzrok. Natomiast ci, którzy jęczą, stękają, kwękają, narzekają na wszystko, dla mnie wyglądają jak gargulce. Są tak odpychający, że aż mnie to obrzydza i staram się unikać kontaktu.

Do tych przemyśleń i obserwacji doprowadził mnie albo mój proces starzenia, albo kryzys wieku średniego ;-). Nauka rodziców dotycząca szacunku dla starszych nie zdała egzaminu, bo nie potrafię szanować gargulca i to jeszcze złośliwego na każdym kroku. Dziś pokuszę się o stwierdzenie, że starość bywa piękna od czasu do czasu, a dokładniej – od osoby do osoby… w zależności. ;-).

Małgosia

Życzenia

Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych pragnę złożyć najserdeczniejsze życzenia dla wszystkich ludzi, którzy piszą do nas na blogu oraz dla naszych kochanych pań z Fundacji „Dom Kultury”.

Niech te Święta będą dla nas wszystkich magicznym przeżyciem.

Dużo uśmiechów dla osób nam najbliższych, rodziny, przyjaciół, znajomych, sąsiadów – uśmiechów na co dzień!

Świąt w rodzinnym gronie.

Niech te Święta będą najpiękniejsze.

Pozdrawiam bardzo serdecznie w imieniu swoim i Blogerek.

Asia

 

Rady dla Zaki

 

 26 lutego zaka123 napisała: Czytam od pewnego czasu waszego bloga z dużym zainteresowaniem, bo niestety czeka mnie niedługo pobyt w więzieniu. Mam dopiero 19 lat i wyrok 2 lat. Nie wiem, czego się spodziewać po drugiej stronie. Czy macie jakieś rady, jak przetrwać w więzieniu? Koszmarnie się boję pobytu tam.

Mam dla Ciebie kilka rad z mojego własnego doświadczenia. Nie otwieraj się przed wszystkimi, ponieważ inni mogą to wykorzystać na Twoją niekorzyść. Nie daj się wykorzystywać. Tu, nie jest tak źle, jak się wydaje. Bo nie taki diabeł straszny, jak go malują :). Ale więzienia trzeba się bać. Aby tam z chęcią nie wracać :). Znajdziesz sobie zajęcie i czas Ci szybko zleci. Ja też bałam się, a nawet straszono mnie. Ale na szczęście to okazało się nieprawdą. Duży mam wyrok, ale daję sobie radę i nie jest źle.

Pozdrawiam cieplutko Asia.

Jeśli jesteś dobrą osobą, nie masz czego się bać. Duży nacisk na czystość… w tym miejscu okaże się, jaką jesteś osobą. Tak będą Ciebie postrzegać i traktować. Bądź sobą!

Agnieszka

Cóż mogę Ci poradzić. Może powiem to, co zwraca moją uwagę na początku.

Gdy ktoś przychodzi do celi, zawsze zwracam uwagę na to, czy osoba myje się codziennie i pierze bieliznę. Czy sprząta po sobie i nie czeka na to, czy ktoś zrobi coś za nią. To wszystko. Wiem, że cokolwiek bym nie napisała, wciąż strach będzie Ci towarzyszył. Na pewno nie jest tak jak w filmach. Nikt Cię nie będzie bił ani prześladował. Tu też są po prostu ludzie. Na pewno znajdziesz kogoś z kim będziesz mogła pogadać. Nie martw się. Nie jest to super przeżycie, ale też nie koniec świata. Wejdź sobie na stronę internetową i zobacz co możesz wziąć ze sobą i spakuj się odpowiednio. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Trzymaj się.

Monika

Hm… tak naprawdę to nie ma złotego środka na pobyt w więzieniu, wszędzie gdzie jest zbiorowisko ludzi, to… zawsze może coś iść nie tak. Trzeba być zawsze sobą i nie ulegać manipulacji, a na pewno nie będzie tak źle.

Pozdrawiam Maja

Więzienie nie jest takie straszne jak mówią. W więzieniu trzeba mieć mocną psychikę, nie można się w tym miejscu załamać. Nie otwieraj się przed skazanymi, bo mogą to potem wykorzystać przeciwko Tobie.

Miszela

Nie oszukujmy się – więzienie to miejsce, którego należy się bać, oczywiście z różnych powodów, z którymi zetkniesz się, gdy już tu trafisz. Masz pewnie jakieś wyobrażenia tego, jak jest w więzieniu – spora część tych wyobrażeń to mity. To co wiesz podziel na dwa i jeszcze odejmij ćwierć, a to co zostanie będzie bliskie prawdzie. Nie grozi Ci nic takiego, co sobie wyobrażasz, zabić Cię nikt nie zabije, zgwałcić nie zgwałci (schylanie się po mydło to żart), jeżeli będziesz sobą i będziesz się zachowała jak człowiek, to nawet kłótnia Ci nie grozi. Weź głęboki oddech i wiedz, że dasz radę. Reszty dowiesz się albo już będąc tu, albo postaram się napisać post, bo ostatnio trafiła do mnie ciężarna – wręcz przerażona, po godzinie rozmowy – oddycha normalnie.

Pozdrawiam Małgosia

Nie bój się mała, jesteś małoletnia. Bądź szczera, ale ostrożna w zaufaniu. Nie opowiadaj o swoim życiu, żeby później nikt nie mógł tego wykorzystać przeciwko Tobie. Pamiętaj milczenie to złoto. Rok to nie wyrok. Dwa lata jak za brata, a trzy po prostu przeleci. Wszystko będzie dobrze.

Walentina

Doskonale rozumiemy Twój strach, ale on ma tylko wielkie oczy. Jak jesteś silna psychicznie, to dasz radę. Nie dramatyzuj, nie takie świat dramaty zna – to są normalni ludzie. Jeżeli będziesz w porządku do innych, inni będą w porządku do Ciebie. Bądź szczera, staraj się być prawdziwa.

Pozdrawiamy, Ilona i Batory        

Weganką to mogłabym być na pół gwizdka

Serek tofu w wersji naturalnej dla mnie zmienił nazwę na „to – fu” ;-). Jak lubię sery, tak ten jest dla mojego podniebienia obrzydliwy! Chwała Goudzie, Edamskiemu, koziemu i owczemu! Nawet w zalewie olejowo-cytrynowej tofu jest nadal jak fu… Nie uratowały go ani bazylia, ani rozmaryn, ani pół kilo ostrego chili. Przyprawy przepyszne, ale ten serek, nasiąknięty niby jakimś smakiem, dla mnie jest na szarym końcu listy rzeczy nadających się do jedzenia :). Zakochałam się natomiast w buraczkach marynowanych i z dodatkiem anyżku, goździków, cynamonu i jałowca – pychota! Mogłabym je jeść do wszystkiego. Świetną wersję tej marynaty zrobiła Asia – dodała tyle ostrych papryczek, że okazało się, iż tylko ja mogę to zjeść i tym sposobem dostał mi się cały pojemnik :-). Marta Dymek była u nas z dwoma warsztatami, więc znowu miałyśmy okazję coś stworzyć pod jej okiem. Z samego robienia tego wszystkiego i próbowania radoch była niesamowita, a doświadczanie nowych rzeczy dla mnie zawsze jest wybitnie przyjemne. Ale żadna cudowność do sera tofu mnie nie przekona koniec i kropka ;-)… No chyba że sernik mojej przyjaciółki, który podobno jest wyśmienity i rozpływa się w ustach, ale jeżeli dane mi będzie go kiedyś spróbować, to dopiero wtedy zmienię zdanie :-). Martę Dymek pozdrawiam ciepło i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś odwiedzi nas ze swoimi smacznymi pomysłami, bo próbować zawsze trzeba, a każdy lubi coś innego i to jest w tym wszystkim najlepsze.

Refleksje powalentynkowe, czyli męskie ciacha..

 

Co o mnie myślisz, kiedy mnie widzisz? Faceci – są potrzebni do życia, czy tylko do zaspokajania naszych potrzeb seksualnych?

Ostatni się grubo nad tym zastanawiam. Mam już 36 lat i chyba zaczęłam inaczej spostrzegać sprawy damsko-męskie. Kiedyś, z jakieś 10 lat temu, byłam wybredna – facet musiał mieć wszystko. Wizualnie Brad Pit, fizycznie Pudzian, a intelektualnie – najlepiej po studiach, poliglota, i no wiecie, typowa Wikipedia, chodzący przystojniak. Tak to było.

Tak sobie w główce wyobrażałam, marzyłam, śniłam o tym księciu i wymyślałam co i rusz inne historie mego życia z happy endem. Świetnie było, super czasy – kobieta potrafi sam siebie oszukiwać – niesamowite.

Dziś? No właśnie, jak to jest dzisiaj ze mną? Potrzebuję czy pragnę? Chyba jedno i drugie. Potrzebuję ciepła, stabilności, szacunku – obietnic przeistaczających się w rzeczywistość. Pragnę miłości przez duże M. Pragnę codziennej przygody z tym stałym facetem, z tym który nadstawi policzek za mnie, który będzie mnie kochał, nakręcał i podkręcał do miłości, o której tak marzę i pragnę. Oczywiście, nie jestem na tym etapie, że podoba mi się nawet Rumcajs z lasu. Co to, to nie. Ale jestem na takim etapie w życiu, że bardzo potrzebuję i całe moje serce krzyczy – chcę i jestem gotowa na podróż w jedną stronę – podróż, która ma na imię Miłość.

Wszystkiego najlepszego z okazji Walentynek, trochę spóźnione, ale liczy się pamięć ;).

Pozdrawiam, buziaczki. Aneta B.

Chałupnictwo w A. Ś.

Pozdrawiam wszystkich, którzy czytają i wspierają naszego Bloga. Wiem, że Święta Wielkanocne jeszcze daleko, ale chciałabym zapytać, czy ktoś z Was ma ciekawy, fajny pomysł na ozdoby wielkanocne? W zakładzie karnym „chałupnictwo” jest na topie 🙂 i przeważnie wszelkie ozdoby robi się samemu, tak jak teraz było, na święta Bożego Narodzenia.

Dziewczyny zrobiły przepiękne ozdoby używając kul styropianowych, szyszek, korali i kleju na ciepło. Cały oddział nabrał świątecznej atmosfery, co pozwoliło choć na chwilę przenieść się do świata wewnętrznego.

A więc czekam na świetne pomysły 🙂

Jeszcze raz pozdrawiam,

Aneta B.

 

 

Obce chwalicie, swojego nie znacie, czyli o fascynacjach czytelniczych

 

Niezbyt często sięgam po książki napisane przez polskich autorów. W sumie nie wiem dlaczego tak jest – może dlatego, że kiedy byłam młodsza sięgałam i rzadko która powieść mnie w sobie rozkochała. Później poznałam autorów, którzy pisali w sposób, jaki mi bardzo odpowiadał i o rzeczach, sprawach, ludziach albo czasach, które przyciągały moją uwagę aż do bólu. Lubię powieści osadzone w czasach średniowiecza, historię ludzi żyjących wówczas, potrafią wycisnąć niejedną łzę, a czasami doprowadzają niemalże do stanu przedzawałowego. Nie policzę, ile razy miałam ochotę przenieść się w czasie, wpaść między strony jakiejś książki i sprać na kwaśne jabłko gościa, który rzucał kłody pod nogi bohaterowi, którego sobie upodobałam. Kiedy widzę na okładce książki takie nazwiska jak Falcones, Molist, LLorens, Trigo, Rehn czy Follet, to sięgam po nie bez zastanowienia, bo gdzieś w środku mam to przeczucie, że taką książkę nie tyle przeczytam, co pochłonę.

Dostałam niedawno do ręki książce „Nauczyciel sztuki” autorstwa Wojciecha Kłosowskiego i na start miałam taką myśl: „Polak? A pewnie przynudzi”. No i przepraszam pana autora za tę myśl!

Serdecznie przepraszam, bo byłam w błędzie. Założyłam, że nie może współczesny Polak oddać klimatu szesnastowiecznej Hiszpanii choćby w połowie tak dobrze, jakby to zrobił autor np. hiszpański. Pochłonęła mnie ta powieść całkowicie, jest barwna, różnorodna, daje do myślenia i po osuszeniu łez, tak z rozpaczy, jak i ze śmiechu, mam ochotę na więcej.

Dzięki Kłosowskiemu i bohaterom, których stworzył, zaczynam zerkać w stronę rodzimych nazwisk. Mam gorącą nadzieję, że zdecyduje się napisać jeszcze coś w podobnym kimacie. „Nauczyciel sztuki”, to podobno debiut tego autora. Więc jeżeli z taką bombą zaczął, to dalej musi być jeszcze lepiej, czego życzę jemu, ale przede wszystkim sobie :). No, jako czytelnik mogę być egoistką i oczekiwać czegoś, co lubię albo co polubię.

Dodaję Wojciecha Kłosowskiego do mojej listy i jeśli napisze kolejną książkę, to zdecydowanie sięgnę po nią, aby zdjąć ją z półki w bibliotece, bo uważam, że warto.

Może niedopatrzeniem (?) jest zachwycanie się Falconesem, kiedy ma się pod nosem Kłosowskiego, a może każdym z nich należy zachwycać się całkiem oddzielnie :)? Jeżeli spotkacie na swojej drodze tę książkę to moim skromnym zdaniem, nie omijajcie jej, tylko się w nią zanurzcie.

Małgosia

 

 

Przemiana?

 

Mam jedno pytanie do naszych Czytelników.

Czy myślicie, że facet, który przez dwa lata związku terroryzował swoją kobietę, zmuszał ją do seksu, poniżał, krytykował, bił, bo akurat miał zły dzień i wyżywał się, bo była najbliżej, dawał zakazy, nakazy, oskarżał o zdradę, a potem manipulacją na „biednego misia” zmusił do ślubu, jak był w kryminale, to po odbyciu dajmy na to 2,5 roku, po zapewnieniach, że się zmieni, że zrozumiał, czy można mu zaufać???

Już kilka razy dostał szansę. Dodam, że dwa miesiące przed zapewnieniem zmian, straszył, że gdy kobieta ta go zostawi, zamuruje ją żywcem, setki razy straszył pozbawieniem życia i wywozem do Wisły. Ja mam swoje zdanie na ten temat. Ten człowiek jest zdolny do wszystkiego. Myślę, że się nigdy nie zmieni – to taki miesiąc miodowy. Wszystko powróci, on wyjdzie, zobaczy, że znowu ona jest na jego zawołanie, zacznie od nowa. Będzie się tłumaczył tym: jesteś moją żoną, więc musisz! On myśli, że ona jest jego własnością. On może wszystko, a ona nic. Zwykły egoista. Ona śmiertelnie się jego boi, strach ją powstrzymuje, by od niego odejść. Mało tego, zakochała się w kimś innym. Przez tą osobę, również nie może się od niego uwolnić, bo on powiedział, że tą osobę też zabije, za to, że zniszczyła jego małżeństwo. Choć to jego wina, że małżeństwo zaczęło się rozpadać. Oczywiście ona mu się przyznała, że się zakochała w kimś innym. Przyjął to z fasonem. Tłumaczył, że to odbicie piłeczki za to, że on ją tak traktował, że nie ma za złe, wysłał jej kwiaty przez kolegę. I jak to kobieta, uwierzyła. I dała mu kolejną, ostatnią szansę – jak kwiaty działają na kobietę!!!!

Może coś doradzicie?

Co do policji i sądów – nie wchodzi w grę.

Jak uwolnić się od takiego człowieka? By nikomu nie stała się krzywda!

Czekam na odpowiedzi.

Pozdrawiam.

BATORY

Strach – czego bałam się przy zamknięciu

Radiowóz, tzw. suka i policjant: „No, jedziemy na Kamczatkę”.

Boże. Zaczęłam płakać. „Panowie, to dwa miesiące będziecie mnie wieźć do Tajgi, tam mrozy, minus 60 stopni, ja bez rajstop, nie dowieziecie mnie zamarznę!”.

Śmiech.

-„A znasz Pragę?”

– „Znam!”

– „No to Kamczatka na Pradze w Warszawie”.

Trochę się uspokoiłam. Automatycznie przypomniały mi się wszystkie amerykańskie filmy, które oglądałam. Przed oczyma cela, krata, ja sama, trzeba mieć lusterko, wtedy będę widziała, kto siedzi w następnej celi. Ale ja nie mam lusterka. Stołówka i spacerniak. Ale tam się trzymają razem gangi. Muszę szukać swoich, wtedy nie zginę, bo mi pomogą.

Jednak rzeczywistość oakzała się zupełnie inna.

A wejście na celę mieszkalną, to już inna bajka….

Walentina

„Czego się bałam, kiedy trafiłam do więzienia….”

 

Przy okazji mojego posta pt. „Czego się boję po wyjściu z więzienia.”, jedna z czytających osób stwierdziła, że lepszym byłoby pytanie: „Czego się bałam, kiedy trafiłam do więzienia?”. Ponoć każde pytanie bez względu na to, jak jest zadane – jest dobre :), tym samym został mi podsunięty temat do tej rozmowy.

Wtedy nie zastanawiałam się nad tym, czy będę dostawała np. papier toaletowy, podpaski, czy coś tam jeszcze i w jakich ilościach. Po dotarciu do celi przejściowej miałam za sobą już szereg upokorzeń, więc ani smród moczu, ani (ponoć) kobieta o aparycji Shreka o głosie słowika, który mógłby na polu krowy dusić, pytająca gburowato „Fajki masz?!” nie zrobiły na mnie „specjalnego” wrażenia. W jakimś stopniu miałam wrażenie, że to wszystko nie dzieje się na prawdę. Czułam się tak, jak by część mózgu się zablokowała i oszukiwała mnie na zasadzie: to tylko paskudny sen, zaraz się obudzisz i będziesz w domu… i pominę, że do dziś się nie obudziłam ;).

To wszystko było jakieś takie odrealnione. Tylko w głowie tłukło się jedno, co myślą i robią rodzice, jaka będzie reakcja rodziny.

Najciekawsze jest to (patrząc z perspektywy czasu), że rodzice byli od chwili mojego aresztowania cały czas obecni. Na zmianę raz mama, raz tata, tkwili w samochodzie przed budynkiem komendy. Jak tylko mogli dawali mi znać, że są, że myślą, że mnie nie zostawili. A ja te wszystkie gesty widziałam, odczuwałam i przyjmowałam. Po tygodniu nadal miałam w głowię myśl, czy mnie nie zostawią? Jakiś taki paradoks, bo z jednej strony wiedziałam, że są, a z drugiej cały czas się obawiałam. Najciekawsze jest to, że zawsze mogłam na rodziców liczyć, nigdy nie powinna nawet na chwilę pojawić się taka durnowata obawa, a jednak.

Rozsądek, trzeźwe myślenie i logika na pewien czas ze mnie wtedy wyparowały. I do dziś nie mam pojęcia, gdzie błądziły :). Rodzina jest przy mnie do teraz i robi co może, żeby pobyt na tych „wczasach” o przydługim turnusie, jakoś mi ułatwić.

Świadomość tego, że byli, są i będą to taka siła, że mogę tylko z tego czerpać. A tamte obawy jak głupio się pojawiły tak samo głupio się rozpłynęły, ale pozostała po nich pamięć i ją dorzucam do przegródki z napisem „doświadczenia życiowe – mniej mądre” ;).

Małgosia