Wspólne życzenia z okazji Świąt Wielkanocnych

Zbliżają się Święta Wielkanocne, więc życzymy Wam zdrowych pogodnych Świąt, pełnych wiary, nadziei i miłości. Radosnego wiosennego nastroju, serdecznych spotkań w gronie rodziny i wśród przyjaciół. Po prostu wesołego Alleluja.

Korzystając z okazji życzymy Wam tyle szczęścia w życiu, ile tylko będziecie potrafili udźwignąć. Aby zawsze świeciło dla Was słońce i żeby wszystkie wybory były trafne. Abyście nigdy się nie załamywali i potrafili z każdej sytuacji wyjść obronną ręką. By znalazła Was prawdziwa miłość, a także żebyście Wy znaleźli wspaniałych przyjaciół, takich „na dobre i na złe”.

Wielkanoc to również pomyślny okres na przemyślenia. Pamiętajcie, że działając pod wpływem chwilowych emocji, podejmujemy nieraz niezbyt mądre decyzje, których nawet nie przemyśleliśmy, a które mogą tragicznie zmienić nasze życie… Kiedy po jakimś czasie odkrywamy wartość tego, cośmy potracili, jest już za późno. W ten sposób nie da się odzyskać utraconego dobra. Dlatego żyjcie tak, aby każdy kolejny dzień był niesamowity i wyjątkowy. Wypełniajcie każdą chwilę tak, aby potem wspominać ją z radością. Czerpcie energię ze słońca, z kapiącego deszczu i uśmiechu innych. Szukajcie w sobie siły, entuzjazmu i namiętności. Żyjcie najpiękniej, jak umiecie, tak po swojemu i hm… spełniajcie się.

Życzymy Wam, aby omijały Was życiowe burze i zawirowania, a lgnęły przyjemności.

A także życzymy: spokoju, smacznego jajka, słodkiego baranka. No i oczywiście nie obyłoby się bez mokrego dyngusa :).

Pozdrawiamy

Kajzerka, Miśka i Dada

Wiosna. Od razu uśmiech pojawia się na mojej buźce. Nawet w takim miejscu jak to.


Jest to pora roku, dzięki której razem z naturą budzę się do życia. Uwielbiam moment, kiedy zaczyna wszystko kwitnąć, a w szczególności wiśnie i jabłonie. Ten moment rozkwitu wszystkich drzew, krzewów i kwiatów wynagradza mi początek wiosny, którego nie lubię. Początek wiosny zawsze objawia się topnieniem śniegu, co powoduje pluchę, której naprawdę nie lubię. Na szczęście nie trwa to zbyt długo, bo z powodu ocieplenia klimatu pora roku określana wiosną bardzo szybko przeradza się w lato.

Wiosno, bardzo się cieszę, że nadeszłaś. To mój ulubiony okres w roku. Dzięki Tobie czuję się chwilę młodsza, a to uczucie bezcenne. Wszystko jest wtedy takie młodziutkie i pierwsze. Tylko na wiosnę drzewa stają się zielone w taki wyjątkowy sposób. Wszystko się cieszy i zaczyna oddychać: zwierzęta, rośliny i my, ludzie, również. Nawet woda w rzekach i jeziorach ma wiosenny kolor. A może zaczyna szybciej płynąć? 🙂 Możliwe, bo moja krew w żyłach na pewno szybciej płynie, gdy nadchodzi wiosna.

Wiosna, wiosna, ach, to Ty 🙂 – obłędna ilość zapachów, feeria barw, wszystko budzi się do życia. Wiosna kojarzy mi się z nowościami i dobrymi zmianami w życiu.

Wiosna – to czas, kiedy wszystko budzi się z zimowego snu, powraca dobra aura do życia, jak i wszystko wokół robi się żywsze, bardziej kolorowe, powracają dłuższe i cieplejsze dni.

Wiosna – szczególny czas dla mojego noska: zapach palonych traw, wszystko budzi się do życia. Lubię przebywać na wsi w takim okresie, tam widać gołym okiem, jak rośnie trawa, szum drzew w lesie pobudza zmysły, ptaki radośnie baraszkują w powietrzu, i śpiewają na pewno, jak radosny nadchodzi czas. Hm.. Gdyby umiały mówić, pewnie by radziły, by nie siedzieć bezczynnie w domu.

Jeśli nie mam na zewnątrz żadnych zajęć, idę w lasy na chociażby półgodzinny spacer, aby nacieszyć się tym, czym obdarowała nas natura. Między krzewami jagodowymi pracowite mrówki wydeptały swój szlak, idą dzielnie jedna za drugą, niczym w wojsku żołnierze, niosąc patyczki do swego gniazda. Podnoszę głowę, a tam het, gdzieś wysoko, jakiś niesforny ptaszek buduje gniazdo. Nie wiem jaki, za daleko jest, ale uwija się jak ja w kuchni, kiedy muszę mieć obiad na czas. Domyślam się, że niebawem rodzinka się powiększy i przybędzie o trzy ptaszyny, będzie więc miał pełne piórka roboty, aby je wykarmić.

Fajny okres to kwiecień i maj, nie warto siedzieć wtedy w domu, więc korzystajcie z okazji.

Pozdrawiamy Was,

Magda, Ruda, Bella, Mycha, Dada.

Historia krótka i bardzo zwięzła

 

Nazywam się Agnieszka. Były mąż mówił do mnie „Niunia”, bo uważał, że „Misio” lub „Kochanie” to takie pospolite.

Dziś, 4 marca, są 15-te urodziny mojej córki. Mnie tam nie ma, jestem tu, na „odpoczynku”, którego trzeba przestrzegać według regulaminu. Boże, zostało jeszcze 20 miesięcy, ale dla mnie to jakaś wieczność. W lutym ominęły mnie też urodziny Piotrusia. Mój chłopiec dorasta, skończył 5 lat.

Moja historia jest tradycyjna, zrobiłam błąd, odwiesili wyrok, przywieźli do ZK. Ciągle dręczą mnie pytania – dlaczego mnie, przecież starałam się, a mimo to odwiesili mi wyrok.

***

Dziś poniedziałek 6 marca. Kończę 41 lat. Nawet się do tego nie przyznaję. Po co? Od kilku lat nie otrzymałam życzeń. Z rodzicami i siostrą nie utrzymuję kontaktu. Z domu rodzinnego pamiętam tylko alkohol. Ojciec wiecznie wyjeżdżał, matka pracowała w Warszawie. Od kiedy zaczęła pracować w JW (jednostce wojskowej), ważniejsza była wódka. Wychodziła do pracy w poniedziałek, a wracała około środy. Byłyśmy same z siostrą. Skończyłam 18 lat i poznałam chłopaka, miał na imię Stasiek. Po trzech miesiącach wpadłam, okazało się, że będę miała dziecko. Ja sama, która potrzebuje wsparcia i pomocy. No ale cóż, będzie dziecko, więc powinniśmy wziąć ślub.

Urodził się Patryk, mój pierworodny. Życie zaczęło się toczyć. Praca, dom, syn i mąż. Wszystko się kręciło wokół nich. Nie zauważyłam, w którym momencie Stasiek zaczął coraz więcej piwkować. Mieszkaliśmy wtedy u moich rodziców, bo u jego był tylko jeden pokój z kuchnią. Po 7 latach na świat przyszła moja gwiazdeczka Paulina. W 2006 roku otrzymaliśmy nasze upragnione cztery kąty. Dzieci miały nareszcie swoje pokoje. My zajęliśmy największy. Znowu życie toczyło się swoim torem. Marzyłam o remoncie, bo wiadomo, jakie mieszkania dostaje się z urzędu miasta. Wzięłam kredyt. I to był mój gwóźdź do trumny.

Po kilku miesiącach nie miałam na raty.

Stasiek, mimo że pracował, myślał tylko o swoich potrzebach. Uważał, że skoro on nie miał, to ja i dzieci też damy sobie radę bez wielu rzeczy.

Pewnego dnia w lutym po prostu mnie zabrali. Na „Kamczatce” byłam 3,5 miesiąca. Poszłam na ugodę, że to spłacę, ale to było głupie myślenie. Stasiek uważał, że jestem nieodpowiedzialna, że jak byłam w areszcie, to jestem matką, która daje zły przykład. Złożył pozew o rozwód. Dzieciom powiedział, że to dla zabezpieczenia, aby w przyszłości one nie musiały spłacać, i wszystko zostaje tak jak do tej pory. Ale nic już nie było takie samo, nawet ja. Na pożegnanie okazało się, że jestem w ciąży. Urodził się mój syn, najukochańszy.

A teraz znowu jestem tu. Stasiek zajął się dziećmi, przyjeżdża. Chyba źle go oceniłam. Dałabym sobie rękę odciąć, bo palca już nie mam, że nie podoła. Nigdy oprócz jajecznicy i kawy nie dotykał się kuchni. Uważał, że na gotowanie nie ma uprawnień. Historia krótka i bardzo zwięzła. Zabrakłoby mi zeszytu, aby opowiadać. Lepiej po kawałku, jak odrywanie papieru toaletowego – listek po listku.

Agnieszka

Wywiad z Tolą

Więzienie, cela pięcioosobowa. Zamknięta 23 godziny na dobę. Co można robić i myśleć w takim miejscu, o którym większość społeczeństwa sądzi, że siedzą w nim sami zwyrodnialcy. Ja wiem, że tak nie jest, ale chcę też innym pokazać, że mamy uczucia i marzenia. Postanowiłam zrobić wywiad z moją koleżanką z celi Tolą (Dadą).

Siedzi przede mną dziewczyna z burzą loków, niewysoka. Ma bardzo ładną buzię, choć często smutną, a może raczej zamyśloną. Za trzy miesiące idzie do domu i to chyba najgorszy czas w odsiadce: z jednej strony się cieszysz, że to jeszcze tylko parę dni, ale jednak zaczynają się problemy z rozmyślaniem nad tym, co dalej.

Magda: Ile masz lat?

Dada: 32.

Jaki jesteś znak zodiaku?

Rak.

Czy masz jakieś znaki szczególne? Ja wiem, że masz, bo widzę, ale powiedz Czytelnikom.

Moje ciało to jeden wielki znak szczególny (śmiech).

A tak poważnie?

Mam pocięte całe ręce i kilka buraków na ciele, czyli tatuaży, które nie wiadomo co oznaczają. To błędy młodości.

Czego bardziej żałujesz: tatuaży czy pociętych rąk?

Pociętych rąk, bo z tatuażami mogę jeszcze coś zrobić, a z pociętymi rękami nie bardzo.

Dlaczego tak oszpeciłaś swoje ciało?

Ponieważ nie potrafię poradzić sobie w inny sposób z emocjami.

A próbowałaś?

Tak, chodziłam do psychologów. Ale niestety nie pomogło.

Pamiętasz, kiedy pierwszy raz się pocięłaś? Żałujesz tego?

Miałam 11 lat, byłam w domu dziecka, miałam wtedy bardzo stresową sytuację, w której byłam bezsilna i nawet nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy. Żałuję tego bardzo, ale nie wiem, czy jeszcze kiedyś tego znowu nie zrobię. Mam bardzo utrudnione życie przez te ręce, chociażby przy znalezieniu pracy. Muszę zawsze chodzić w długim rękawie, w lato jest to strasznie uciążliwe.

Niestety nasz wywiad zostaje przerwany, musimy wyjść, bo będzie robione przeszukanie celi. Siedząc w pomieszczeniu, gdzie czekamy na zakończenie przeszukania, myślę cały czas, jakie mam zadać Toli pytania, układam je sobie w głowie. Po 40 minutach wracamy i zaczynamy dalszą część wywiadu.

Od kiedy teraz przebywasz w zakładzie karnym?

Od maja 2015 roku.

Który to Twój pobyt w więzieniu?

Piąty. Myślę, że już ostatni.

Za co przeważnie trafiałaś do więzienia?

Za przestępstwa przeciwko mieniu.

Czego bardziej żałujesz: przestępstw popełnianych czy czasu straconego w więzieniu?

Bardziej przestępstw.

Na pewno? Wiesz, sami swoi, powiedz prawdę (śmiech).

Tak. Ponieważ w czasie odbywania kary poznałam tutaj bardzo dużo wartościowych ludzi, których nigdy bym nie spotkała na wolności.

Masz chłopaka? (Dada śmieje się, gdy zadaję jej to pytanie).

Mam. Bogu dziękuję za niego.

Czeka na Ciebie?

Jako jedyny.

Czyli nie masz nikogo poza nim?

Nie mam, choć chciałabym.

Kochasz go?

Nie wiem, czy to można nazwać miłością… (cisza) Ale uwielbiam być blisko niego. Nie wyobrażam sobie tego, jak by go nie było.

Dobry jest dla Ciebie?

Nie mogę powiedzieć, że nie, bo Ty się na mnie obrazisz, zawsze go bronisz (śmiech). Jest wyjątkowy!

O czym marzysz? Bez zbereźnych rzeczy (śmiech)!

Dlaczego tak mówisz?! Co ludzie o mnie pomyślą (śmiech). Masz prawo, w sumie w tej chwili jesteś dziennikarką (śmiech). Tak, mam marzenie mieć własny dom, którego nigdy nie miałam.

Jaki on miałby być?

Nieważne jaki, ważne, żeby był tylko mój!

Ale jak sobie wyobrażasz taki swój wymarzony?

Patrz, jak drążysz. No poczekaj, aż ci odpowiem! (śmiech).

Czekam, mam czas, jeszcze parę lat tu spędzę, w przeciwieństwie do Ciebie (śmiech).

Tłumaczę Ci, że nawet gdybym dostała 17 metrów, to już jest dla mnie spełnienie marzeń.

Ale co pijesz do moich 17 metrów (śmiech)?

W życiu bym się nie odważyła, ksywa Twoja, Korba, mówi sama za siebie (śmiech).

Za trzy miesiące idziesz do domu. Co dalej?

Hm… Powiem tak: mam duży bałagan w głowie. Z jednej strony się cieszę, z drugiej – obawiam, że to, co sobie zaplanowałam, kolejny raz się nie powiedzie.

Masz jakieś konkretne plany?

Tak, idę na wieś zbierać jabłka… Nie pisz tego (śmiech)!

Dlaczego? Wstydzisz się?

Nie, tylko chciałabym gdzie indziej pracować. Nie jest to moja wymarzona praca.

Ale chyba dobrze, że w ogóle jest praca po wyjściu z więzienia. Nie wszyscy mają pracę po wyjściu.

Uważam, że to ich wybór, jak się chce, to się zawsze znajdzie pracę. Skończyłam tylko pięć klas, a wszędzie sobie poradzę.

Znaczy w pracy?

No tak.

A gdzie pracowałaś?

Jako sprzątaczka, w barze, nie omieszkam powiedzieć, że byłam też świniarką.

Poważnie?

Tak, a co, wstyd to? Praca jak każda inna, tylko trochę śmierdząca. Ale pomyśl, jak potem jesz i wiesz, co jesz (śmiech).

Lubiłaś te swoje świnki?

Jak były małe – owszem, takie różowe, milusie.

Nie miałaś wyrzutów, jak je później jadłaś?

Nie, dlaczego? Jestem typową wieśniarą z krwi i kości, czego nie da się ukryć (śmiech). Od małego byłam uczona, że świnka to szynka (śmiech).

No tak, zapomniałam się Ciebie na początku zapytać, skąd jesteś. Bo, wiesz, siedzimy w Warszawie i zazwyczaj siedzą tu same warszawianki i Ciebie też potraktowałam jak rodowitą warszawiankę, a Ty przecież jesteś z Łowicza, tak?

Dobrze, że o tym wspomniałaś, bo dziwnie się tu czułam, na każdej celi prawie sama Warszawa. Gdy pytałam dziewczyn, czy wiedzą, gdzie jest Łowicz, to znały go tylko z sosów Łowicz i tego, że jest tam męski kryminał. Wyobrażasz to sobie! A przecież Łowicz słynie z pięknych kościołów oraz strojów łowickich, tak zwanych pasiaków.

Kochasz to swoje miasto, co? Mogłabyś o nim długo opowiadać?

Niekoniecznie. Od kilku lat mieszkam w stolicy, a o Łowiczu wiem, ponieważ się tam urodziłam i chciałam wiedzieć, skąd pochodzę.

Czego nauczyło Cię więzienie?

Na pewno spokorniałam i nauczyłam się, że trzeba doceniać każdą chwilę spędzoną na wolności.

Tylko tego?

Chyba tak, więcej nie mogę Ci powiedzieć.

Mi możesz powiedzieć, przecież znamy się od kilku lat. Myślałam, że wszystko sobie mówimy (śmiech).

Może kiedyś Ci powiem. Teraz obawiam się, że może włączyć Ci się macierzyństwo, przecież już raz mówiłaś, że zadzwonisz do mojego chłopaka (śmiech).

Ale to tylko w trosce o Twoje dobro, bo miałaś bardzo głupi pomysł. Już wiem, czego nauczyło Cię więzienie (śmiech). To tak na koniec powiedz mi, skąd jest ta Twoja ksywka „Tola”?

Przecież wiesz, po co głupio pytasz?

Ja wiem, ale inni nie wiedzą. Dawaj, szybko mów, bo noc nas z tym wywiadem zastała, światło zgasili i już prawie nic nie widzę…

Nie wiem. Na pewno dała mi ją koleżanka nasza wspólna, znaczy się Twoja przyjaciółka, ale jaka to była sytuacja, to dokładnie nie pamiętam. Chyba z filmu „Pierwsza miłość”.

Mi to się Tola kojarzy z koleżanką Bolka i Lolka, bo Ty w sumie to taka Tola jesteś, milusia, mięciusia, bardzo dobry człowiek z Ciebie.

Magda

 

Rzeczy codzienne

DYWAN

Kojarzy mi się z domem rodzinnym, w którym zarówno babcia jak i mama wielce upodobały sobie ten przedmiot jako główną dekorację mieszkania podkreślającą jego styl. Dywan zachwyca mnie różnorodnością wzoru oraz tym, jak może delikatnie łaskotać obolałe stopy po ciężkim dniu. Jest dla mnie łącznikiem między ziemią (podłogą) a niebem.

Marita

SZMINKA

Ten przedmiot jest dla mnie bardzo ważny i przyjemny, kojarzy mi się ze sklepem, domem i seksem.

Wiola

SZMINKA

NIE CIERPIĘ! Szczególnie na ustach kobiet, które pędzą się ze mną witać i przy nadmiarze prawie się przyklejają jak na super glue – obrzydlistwo.

Małgosia

KSIĄŻKA

Moja druga skóra.

Małgosia

KSIĄŻKA

Książka to dla mnie wirtualna rzeczywistość. Równoległy świat.

Monika

KSIĄŻKA

Uspakaja mnie, dostarcza wiedzy, jest przyjacielem.

Shakira

ŚRUBOKRĘT

To przedmiot codziennego mojego użytku. Dla mnie jest niezbędnikiem – jak szminka w kobiecej torebce. Ze względu na charakter mojego zawodu używam do kilkanaście razy w ciągu dnia. Moja emocja dotycząca śrubokręta to adrenalina, poczucie władzy i mocy z kosmosu. Kojarzy mi się z magią.

Poli

ROWER

Kojarzy mi się z dzieciństwem i wspólnymi wyjazdami ze Ś.P narzeczonym.

Shakira

Sposoby na okiełznanie negatywnych emocji

Są chwile, że szlag mnie trafia. Często jest tak, że odpala mnie błahostka, która w życiu na wolności nigdy nie zakłóciłaby mojego spokoju. Albo bywają dni, kiedy wstaję lewą nogą i tu się zaczynają schody. Życie z czterema lokatorkami na małej powierzchni bywa naprawdę trudne i wymaga całkowitej pracy nad głową. By nie udzieliła się nerwowość lub nie „napaść” kogoś słownie, potrzeba bardzo dużo pracy nad sobą. Zagłębienia się w siebie. Szczerze mówiąc pracuję nad tym już drugi rok i są owoce tego. Jakie? Bardziej poznałam się od wewnątrz. Na wolności nie miałam czasu, by się nad tym zastanowić. Doszłam do tego, że im szybciej zajmę się czymś przyjemnym: pisaniem, czytaniem, a najlepiej słuchaniem muzyki, gniew robi się mniejszy.

A Wy, Drodzy Blogerzy, jakie macie sposoby na gniew, smutek, zazdrość, irytację?

Pozdrawiam, Kajzerka

Kiedy jestem zakochana – wielogłos o miłości

JEDEN

Kiedy jestem zakochana…

Nie myślę racjonalnie, popełniam gafy, ale najlepsze jest to, że wcale się tym nie przejmuję. Częściej się uśmiecham, jestem bardziej życzliwa dla ludzi.

Ciągle coś gubię, zostawiam, myślami jestem w świecie, którego nie ma, a mógłby być… hm… taki idealny.

Najchętniej byłabym z tą drugą osobą i nikogo więcej bym nie potrzebowała (no prócz córki oczywiście). Cały czas mam takie poczucie piękna, coś w stylu „mała księżniczka”. A to dlatego, że gdy jestem zakochana, częściej się maluję, ładniej się ubieram, i chcę być zauważona przez mego wybranka.

Z trzy miesiące – słuchajcie! – idę do domu i… w pole! Wskakuję w kalosze, serdak, moherowy beret i robię to, bo jestem zakochana i tylko tam możemy być razem. Czego dla tej miłości człowiek nie zrobi! Niech jeszcze mi chomąto założy i pole mną ora – to co! I tak będę obok niego.

DWA

Świeci słoneczko, jest piękna wiosna, listki są już zielone i trawka też jest piękna. Odpowiednia pora roku na miłość i nagle pojawia się ten jedyny, wspaniały, wymarzony chłopak. Gdy go widzę, drżą mi nogi, jestem speszona, czerwienię się. Ale to jest ON, chciałabym patrzeć na niego, rozmawiać tylko z nim. Nie obchodzi mnie nic innego, nie chodzę do szkoły, nie mam koleżanek, bo cały czas poświęcam na przebywanie z nim. Cały mój świat kręci się wokół niego. Czuję się tak, jakbym chodziła po chmurach. Mam nadzieję, że nigdy to się nie zmieni. Dbam o siebie bardziej niż zawsze. Jak wychodzę na spotkanie z mężczyzną życia muszę wyglądać perfekcyjnie. Włosy, ubranie muszą być idealne. Jeszcze nutka perfum i mogę iść. Tak wygląda moja miłość.

TRZY

Kiedy jestem zakochana…

Hm, ja jestem cały czas zakochana, co skutkuje tym, że bardzo tęsknię za miłością mojego życia. Kładę się wieczorem spać i przywołuję wspomnienia naszych pięknych wspólnych chwil. I co widzę? Przede wszystkim jego, przystojnego, niebieskookiego męża i widzę siebie – kobietę oddaną tej konkretnej osobie. Spełniam jego marzenia o ciepłym domu, o gotowym obiedzie, gdy wraca z pracy, o wieczornym myciu pleców i o wspólnym oglądaniu filmu w łóżku. Leżymy przytuleni do siebie, ja na jego ramieniu. Gdy widzi, że za długo siedzę w necie, mówi do mnie: „Chodź pod skrzydełko”. Kocham go bardzo, ale tylko dlatego, że on kocha mnie. Kocham jego miłość do mnie. Nikt nigdy mnie nie skrzywdził, bo nie potrafię kochać kogoś, kto nie jest w stanie odwzajemnić mojego uczucia.

CZTERY

Kiedy jestem zakochana?

Zakochana jestem wtedy, kiedy czuję, że przejmuję się losem tej drugiej osoby, kiedy ważne jest dla mnie bezpieczeństwo tej osoby, stan zdrowia, problemy.

Zakochana jestem wtedy, kiedy myślę o tej osobie bez przerwy, nie mogę się skupić na prostych czynnościach, bo cały czas głowa moja jest pogrążona myślami o niej.

PIĘĆ

On jest całym moim światem, bez niego nie potrafię żyć. Każda godzina, minuta bez niego jest czymś, co może doprowadzić mnie do szaleństwa. Duszę się, bo potrzebuję go jak powietrza. Za chwilę znowu jest przy mnie, moje życie nabiera barw, znowu jestem szczęśliwa.

SZEŚĆ

Wydaje mi się, że miłość istnieje. Choć bardzo lubię seks, nie uważam się za seksoholiczkę. Przejmuję się wszystkim i seks nie jest dla mnie tabu.

SIEDEM

Kiedy jestem zakochana, to…

Nie jestem samotna. Dlatego, że jest obok osoba, z którą chcę spędzać czas. A czas spędzony z nim jest przeżyciem, które będę wspominać z rozmarzonym uśmiechem w chwilach krótkiej rozłąki i z niecierpliwością czekać na spotkanie wkrótce. Żeby znów się przytulać, poczuć bliskość, która daje poczucie bezpieczeństwa… Czuję się kochana i chcę odwzajemnić tę miłość. Chcę brać, ale z pewnością jestem też gotowa dużo dać.

OSIEM

Kiedy jestem zakochana po prostu świat jest piękniejszy. Szare niebo staje się niebieskie. Wszystko jest fajne i miłe. Taki stan ducha pomaga spojrzeć przyjaźnie na innych ludzi. Myślę, że człowiek zakochany pewniej stąpa po ziemi. Czuje się dowartościowany i przede wszystkim potrzebny. A to wszystko dlatego, że wie, że ktoś tam jest, na kim może polegać, podzielić się łzami smutku czy radości. Czy można wyobrazić sobie coś wspanialszego???

DZIEWIĘĆ

Hej! Faceci, co się z wami dzieje. Nie wstyd wam, że przypominacie sobie o naszym istnieniu dopiero w Walentynki, Dzień Kobiet??…

Na litość boską, czy to tak ma wyglądać? To dopiero od święta wiemy, że nas kochacie? To nie jest OK.!!

Każdego dnia musicie okazywać Nam szacunek, miłość, bo my kobiety potrzebujemy Waszych silnych ramion, czułych słów, gestów, kwiatów, dobrego nastroju, potrzebujemy Was na co dzień, a nie od święta, czy to takie skomplikowane…, a może myślenie boli?

Więc Panowie zostawiam Was sam na sam z tymi myślami, a sama idę się zabawić z facetem od święta…

DZIESIĘĆ

Dla mnie miłość nie ma granic. Gdy kocham (a tak jest teraz), jestem w stanie dużo wybaczyć. W moim związku było dużo wzlotów, jeszcze więcej upadków, ale nadal jesteśmy razem, bo potrafimy i chcemy sobie wybaczać.

Miłość jest dla mnie bardzo podobna do przyjaźni. Choć tylko w miłości dochodzi do intymnego zbliżenia (tak przynajmniej powinno być). Ale w obu tych relacjach między dwiema osobami musi być bezgraniczne zaufanie, akceptacja, otwartość na poglądy drugiej osoby i przede wszystkim szacunek. Bez tego dla mnie nie może istnieć miłość.

Miłość nauczyła mnie pokory, szczerości, lojalności i to dzięki temu uczuciu wiem, co to znaczy martwić się o drugą osobę i chcieć dla niej wszystkiego, co najlepsze.

Niech MIŁOŚĆ będzie z Wami, Drodzy Czytelnicy. Mam nadzieję, że dobrze mnie zrozumieliście.

 

Mój dzień w Z.K.

Większość osób zapewne ciekawi, jak to wszystko wygląda od wewnątrz, czyli jak wygląda nasz dzień w zakładzie karnym.

Zacznę od początku. 6.15 teoretycznie jest pobudka. Piszę teoretycznie, bo wcale mnie to nie budzi, gdyż polega to jedynie na tym, że zapala się światło. Tak więc ja przykrywam się kocem na głowę i łapię te ostatnie 45 minut snu. Kiedy słyszę, że apel jest już blisko mojej celi, wtedy zaczyna się wyścig z czasem. Wyskakuję z łóżka, jakby ktoś mnie wrzątkiem oblał. Szybko szukam spodni. Często mi się nie udaje ich znaleźć, za co zostaję ukarana, że staję w piżamie do apelu.

Po nieszczęsnym apelu zdarza się, że idę jeszcze spać do śniadania, czyli do 7.30. Ostatnio jednak jest to rzadko, gdyż mieszkam w jednej celi z Poli. Ona jest rannym ptaszkiem. Od rana zagaduje, robi kawę, po czym krzyczy, że mamy wstawać, bo nam kawa wystygnie. No i ogólnie nie ma już szans na krótką drzemkę przy Poli :).

Tak więc siadamy i rozpoczynamy dzień od kawy i rozmów. Pomimo że przebywamy ze sobą wszystkie pięć przez 24 godziny na dobę, to zawsze mamy jakiś temat do rozmów przy kawie.

Jak przyjeżdża śniadanko, oczywiście nigdy nie wiemy, co na nie dostaniemy, zawsze jest ciekawość, co dziś zaserwuje nam szef kuchni.

Kiedy już wypijamy kawkę i odbierzemy śniadanie, wtedy zaczyna się mycie. Oczywiście nie posiadamy w celi prysznica, tak więc pozostaje nam poranna toaleta w misce. Dodam tu, że jest nas pięć na celi i czas operacyjny to 30 minut na mycie, gdyż tyle nam przysługuje ciepłej wody. Kto nie zdąży, musi gotować sobie wodę czajnikiem. Po porannej toalecie od 8.00 zaczynają się spacery. Chodzimy na nie na godzinę dziennie. Oczywiście spacerniak nie wygląda jak aleja spacerowa w parku, tylko jak katakumba, bo tam też jesteśmy zamknięte. Czasami jest to jedyna możliwość do spotkania się z dziewczynami z innych cel, bo dodam że siedzę zamknięta 23 godziny na dobę i właśnie to jedną godziną poza celą jest spacer. Czasami są to dwie godziny, bo jeszcze mamy dwa razy w tygodniu wyjście na świetlicę, też na godzinę. Możemy wtedy pograć w pingponga, piłkarzyki lub nawet poćwiczyć, wymienić książki. Oczywiście najważniejszym moim wyjściem dwa razy w tygodniu jest wyjście na zajęcia. Są to wtorki i czwartki. Wtedy właśnie przychodzą dziewczyny z Fundacji „Dom Kultury” i mamy możliwość dać teksty na bloga i dostajemy odpisy. Wtedy jest full wypas – dwie godziny poza celą. W pozostałe dni po spacerku czekamy na obiad. Nie ukrywam, że lubię w więzieniu wiecznie na coś czekać, czas mi wówczas szybciej płynie. Więc tak w oczekiwaniu na obiad robię różne rzeczy. Na przykład środowe i niedzielne przedpołudnia zazwyczaj są poświęcone na pranie, bo w te dni mamy cały dzień ciepła wodę. Dodam, że nie mamy oczywiście pralki. Wszystko pierzemy ręcznie. Te dwa dni w tygodniu są prawie jak święta. Możemy wtedy korzystać z prysznica przez 7 minut. To trochę trudne, ale jak się człowiek wprawi, to się udaje wykąpać w siedem minut. W pozostałe dni, kiedy nie ma łaźni, zazwyczaj gramy w karty lub każda się czymś osobno zajmuje. Ja na przykład czytam książkę.

Po obiadku czas na sjestę i oczywiści czekamy na kolację. Po sjeście zazwyczaj piję kawę i jak otrzymam list przy obiedzie, to go czytam. Niestety, jest to czymś wyjątkowym. Na wolności ludzie nie piszą już zazwyczaj listów, tylko smsy, mejle, a tu to jest nieraz jedyny nasz kontakt ze światem. List od bliskiej osoby jest dla mnie czymś cudownym i czytam go po kilka razy. Jednak wiadomo, nie codziennie otrzymuje się listy, tak więc popołudnia spędzam na rozmowach lub czytaniu książek.

O godzinie 17.00 jest kolacja.

Po kolacji, tak mniej więcej koło 18.00 jest czas na wieczorną toaletę, czyli powtórka tego, co rano.

O godzinie 19.00 jest apel wieczorny i wtedy już do rana nikt nie otwiera celi. Tylko w szczególnych wypadkach, jak komuś się coś dzieje. Po apelu wieczornym, jak jest telewizor na celi, to oglądamy jakiś film. Jak nie ma, to pozostaje gra w karty i czytanie książek.

O godzinie 22.00 zaczyna się cisza nocna, gaśnie światło i wtedy mam czas, żeby spokojnie w ciszy pomyśleć sobie o domu i innych sprawach, często pomarzyć i wyciszyć się. Zasypiam, i znowu, aby do siódmej pospać.

Może trochę Wam przybliżyłam, jak to tu wygląda. Najważniejsze, to ułożyć sobie swój plan dnia i tak sobie żyć według niego. Wówczas nie ma czasu na nudę.

Siedzimy w pięć na celi. Mamy dwa łóżka piętrowe, jedno pojedyncze, stół i pięć krzeseł. Każda ma tak zwaną swoją kuwetę, w której trzymamy swój dobytek, ubrania i „higienę”. Możemy mieć dwie podkoszulki i jedną bluzę,dwie pary spodni i bieliznę. Jedną piżamę, dwie pary butów i kurtkę. Ubrania możemy wymieniać raz na kwartał. Wtedy idziemy do magazynu odzieżowego i robimy wymianę na inny zestaw odzieży. Oczywiście są to ubrania przysyłane z domu.

Na co dzień przy każdym wyjściu z celi musimy być ubrane w mundurek. We własnej odzieży możemy się poruszać jedynie w celi.

Zapomniałam jeszcze napisać o najważniejszym przywileju, jaki nam tu przysługuje. Mianowicie są to widzenia z rodziną dwa razy w miesiącu po godzinie. Wtedy to jest dopiero święto. Szykowanie się na takie widzenie zaczyna się od rana. Trzeba ładnie się uczesać, umalować. Normalnie wtedy się czuję, jakbym do teatru szła ;).

Tylko ta godzina mija tak szybko…. I znowu jest smutek i żal i oczekiwanie na następne widzenie.

Oczywiście mamy jeszcze możliwość dzwonienia. Wygląda to tak, że na korytarzu są dwie budki telefoniczne i mamy 10 minut rozmowy przez telefon od poniedziałku do piątku. W soboty i niedziele nie mamy telefonów. Często jest tak, że tyle się chce jeszcze powiedzieć przez telefon, a tu niestety koniec.

Myślę, że chyba już wszystko opisałam. Jeśli któryś z Czytaczy chce się jeszcze czegoś dowiedzieć, niech zapyta, na pewno odpiszę.

Magda

Przerwa w karze

Jest 8 maja 2015 roku. Nigdy w życiu nawet o tym nie myślałam. W zakładzie karnym przebywałam od trzech lat i pół roku i drugie tyle miałam do końca. W porze obiadowej przyszła po mnie oddziałowa i powiedziała, że mam iść do wychowawcy. Trochę mnie to zdziwiło, gdyż tego dnia nigdzie się nie zapisywałam. Zaczęłam się dopytywać, do jakiego wychowawcy mam iść. A oddziałowa powiedziała, że do kulturalno-oświatowego. Zdziwiło mnie to jeszcze bardziej, bo do niego tym bardziej się nie zapisywałam na spotkanie. Wyszłam z celi i nawet nie usłyszałam, że oddziałowa powiedziała do moich koleżanek, że mają mnie spakować. Jak dotarłam, pani wychowawczyni kazała mi usiąść i powiedziała, że ma dla mnie dobrą wiadomość: idę do domu. Po prostu oszalałam z radości. Nie mogłam w to uwierzyć, jak to??? Przecież mam jeszcze tyle lat do końca kary. Okazało się, że zakład karny wystąpił o przerwę w mojej karze, a ja nic o tym nie wiedziałam. Kiedy wyszłam od wychowawcy z radości krzyczałam na cały korytarz, płakałam ze szczęścia. Jak weszłam na celę, żeby się spakować, dziewczyny szalały razem ze mną. Nie miałam dużo czasu, żeby się spakować i z nimi pożegnać. Chyba nigdy nie przeżyłam czegoś tak pięknego. Jak już szłam do bramy, nadal nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Gdy wyszłam za bramę, myślałam, że to jakiś sen, lecz to się działo rzeczywiście. Był piękny dzień, po prostu wymarzona pogoda na wyjście z więzienia. Doszłam do sklepu. Kupiłam paczkę ulubionych papierosów i napój (nie alkohol, bo nie piję). Usiadłam na murku niedaleko sklepu i paląc papierosa próbowałam jakoś uwierzyć w to, że to się dzieje naprawdę. Jednak ciężko było mi uwierzyć. Doszłam do autobusu i jadąc podziwiałam, jak dziecko, wszystko co mijałam. Chciało mi się krzyczeć na cały głos w tym autobusie: „Jestem wolna!”. Ale bałam się, że ludzie będą mnie uważali za wariatkę. I tak miałam wrażenie, że wszyscy patrzą na mnie i wiedzą, skąd wyszłam. Lecz to pewnie było tylko moje wrażenie. Ponad trzy lata spędziłam w izolacji, gdzie na krok nikt mnie samej nie puszczał. Sama nie mogłam nigdzie wyjść, a tu samiutka jadę autobusem. Pamiętam, jak wsiadła para z dzieckiem do tego autobusu i to śliczne dzieciątko tak się pięknie do mnie uśmiechało. To było dla mnie cudowne, bo przez trzy lata nie widziałam żadnego dziecka.

Dojechałam do siebie na dzielnicę i idąc patrzyłam, ile się zmieniło. Nie mogłam uwierzyć, że wybudowano blok naprzeciwko mojego i ta szara, ponura dzielnica dziś wygląda pięknie i kolorowo, zupełnie inaczej. Ale tego dnia wszystko wyglądało piękniej niż zawsze.

Weszłam do siebie na klatkę i nadal nie wierzyłam, że zaraz będę u siebie w domu.

Zostawiłam torbę i pojechałam do znajomej, z którą kiedyś przebywałam w zakładzie karnym. Nie widziałyśmy się prawie rok, ale często rozmawiałyśmy przez telefon i bardzo się ucieszyłam, jak ją zobaczyłam. Przez weekend odpoczywałam i oswajałam się z wolnością. A od poniedziałku zaczęłam załatwiać wszystkie pilne sprawy. Okazało się, że jest dużo rzeczy do pozałatwiania i muszę to zrobić wszystko sama. Przez tyle czasu, jak przebywałam w zakładzie, to ktoś za mnie decydował i załatwiał większość spraw. A tu wszystko na mojej głowie. Wszystko musiałam zaczynać od nowa, łącznie z załatwieniem nowego mieszkania, gdyż niestety to, w którym byłam, zostało zadłużone i musiałam je opuścić.

Ciężko było to wszystko od nowa budować. I ta myśl, że niezależnie od tego, czego bym nie zrobiła i tak będę musiała wrócić do więzienia. Że tak naprawdę nic nie mogę zbudować, bo i tak będę musiała to zostawić. To było straszne. Niby tu cieszyłam się wolnością, ale cały czas w głowie był ten strach, że muszę wrócić i znowu koniec z chodzeniem samemu, spaniem we własnym łóżku, jedzeniem tego, co sama sobie ugotuję no i z tym, że sama o wszystkim decyduję.

Poznałam nawet chłopaka, któremu powiedziałam o tym wszystkim. Że będę musiała wrócić do więzienia. On jednak twierdził, że nie ma to dla niego znaczenia, chce być ze mną i jak wrócę do aresztu, to będzie czekał. Oczywiście nie czeka. Ale ja wiedziałam, że tak się stanie. A jednak choć przez chwilę chciałam być szczęśliwa.

Starałam się czerpać jak najwięcej tej wolności, póki mogłam. Jakby to miało mi dać siłę i energię na powrót do tego miejsca.

Tak pięknie było, że rok, który miałam na wolności, minął mi jak tydzień.

Do więzienia wróciłam bardziej wyciszona, spokojniejsza, że załatwiłam dużo bardzo ważnych dla mnie spraw. Naczerpałam energii na odbycie reszty kary i teraz spokojnie czekam znowu na ten cudowny dzień, w którym opuszczę te mury. Tylko teraz to będzie jeszcze wspanialsze, bo już nie będę musiała się bać. Po prostu wrócę już na stałe do swojego domu i łóżeczka.

Magda

Kolejny urlop…

To już rok! To już rok jak się nie odzywałam, ale też kolejny rok przepracowany, kolejny urlop – oby nie przenudzony.

Może to dziwnie zabrzmi, ale szybko zleciał mi ten rok! Jak się go „odhacza”, to się jakoś nie dzieli go na te wszystkie sytuacje, które się zdarzyły, na decyzje, które trzeba było podjąć, na ludzi, śmiech, płacz, telefony czy widzenia. Należę do osadzonych, które żyją długo w więzieniu, żyłam od widzenia do widzenia, od telefonu do telefonu, jednak fakt kolejnego urlopu świadczy o tym, że też codziennie wychodzę do pracy i też z niej wracam 🙂 Nie da rady inaczej, jestem zatrudniona na terenie jednostki.

Kiedyś jak przechodziłam okres buntu (cholera wie, do kogo), to mówiłam, że nie będę dla nich robić (nich to więzienie), miałam w miarę pomoc materialną, przebywałam w innym zakładzie karnym, gdzie też zupełnie inaczej się żyje i nie widziało mi się iść do pracy. Lata tutaj i ogrom sytuacji po tamtej stronie spowodowały, że nie dało się tak żyć.

Nie wytrzyma się zbyt długo w zamkniętej celi i trzeba też coś zrobić dla innych, odciążyć ich, nie dzwonić z zapytaniem, czy wysłali parę groszy np. na papierosy. Najpierw podjęłam decyzję o rzuceniu palenia (wytrzymałam wtedy 8 miesięcy) i poszłam do pierwszej pracy. Wtedy, parę lat temu, pracowałam na 50% i wszystko wydawałam w kantynie na siebie. Teraz pracuje na 7/8, od pięciu lat nie palę, przelewam „parę złotych” na swoje konto i zawsze na coś mam. Co miesiąc sama doładowuję kartę telegrosika i to jest mój spokój – nie, że mam z czego dzwonić, tylko że rodzina nie musi z własnej puli za to płacić.

Praca jest potrzebna, rozumie się to wcześniej albo później i bez względu na to, czy ma się pomoc czy nie. Wychodzi się z celi (ja dodatkowo z celi, gdzie w oknie jest pleksa) i przez 7 godzin ma zajęcie. Ja pracuję na pralni, poruszam się po znacznie większej powierzchni jak cela (nawet przy pralce robię wymachy nóg ;)), przez okno widzę jadące pociągi, a jak się jeden zatrzyma, to nawet twarze ludzi… często patrzą w naszą stronę. Na koniec pracy mogę skorzystać z prysznica (komfort dla osoby z zamka). Po 16-tej mogę pójść na spacer, wykonać telefon i dzień się kończy. Minusem w pralni jest hałas, ale przywykłam… chociaż nieraz słyszę od mamy przez telefon: -” Czego się tak drzesz?”, ale cóż, po dziesiątym wpłynie wynagrodzenie i znowu na karteczce będę obliczać, ile mogę wydać na telegrosik, okulary korekcyjne i coś tam jeszcze dla taty. Ani razu nie miałam dnia, żeby nie chciało mi się wstać do pracy. Bywały za to dni, że chciałam wracać do celi, ale nigdy, żeby nie wyjść z niej.

Może i znajdą się tacy, którzy teraz będą chcieli jakimś mięskiem rzucić, ale myślę, że urlop w tym miejscu nie powinien być przymusowy. Do tego mi wiecznie przysługuje w październiku, tak że ze spaceru wracam w pochlapanych spodniach, bo biegam!

Ale w tym roku dostałam „nagrodę” dodatkową: Wenezuelkę w celi! Co chwilę muszę sięgać po słownik, ale to jest fajne i nawet śmiesznie.

Także dzisiaj już uciekam i: mis atentos saludos!

Życzę dużo powodów do uśmiechu
Pełnoletnia.