Jola Koral – pożegnanie

 

Odeszła od nas Jola Koral. Była świetną dziennikarką, reportażystką, zaangażowaną społecznie. Była współtwórczynią tego bloga. Dobrym, dającym siebie innym człowiekiem.

Redakcja

Z zamka na półotworek

Ostatnio została mi zmieniona podgrupa, w której odbywam karę i postanowiłam, że opiszę Wam różnice pomiędzy nimi.

 P1, czyli oddział zamknięty zwany zamkiem, to „najgorsza” podgrupa w więzieniu. Jest tu najmniej przywilejów. Na przykład cela pozostaje zamknięta przez całą dobę, są dwa widzenia w miesiącu, kiedy rodzina może nas odwiedzać i nie można wychodzić poza celę w swoich ciuchach.

 P2, czyli oddział półotwarty zwany półotworkiem, to jest grupa trochę „lepsza”, jeśli chodzi o przywileje. Cela jest otwarta od 7.30 do 18.30. Mamy jedno widzenie więcej, czyli trzy w miesiącu. Możemy nosić swoje ciuchy. Mamy lepszy dostęp do telefonu.

Kiedy przenieśli mnie z zamka na półotworek bardzo się cieszyłam. Jednak na początku było mi trochę dziwnie. Gdy wyszłam na korytarz, szybko wracałam do celi, bo na zamku przyzwyczaiłam się do tego, że mogłam chodzić tylko tam, gdzie mi kazano. Do wychowawcy, na łaźnię i takie tam, bez żadnych wędrówek. A teraz mogę iść do znajomych, na tzw. chałupki, sama wychodzę do telefonu, mogę założyć swoje ciuchy. Powiem szczerze, że bez mundurka przez jakiś czas na półotworku czułam się jakbym była na golasa.

Do dobrych rzeczy, jak wiadomo, człowiek szybko się przyzwyczaja i tylko przyjaciół z zamka brak. Ale i na to przyjdzie czas, kiedy wszystko będzie na swoim miejscu.

Monika

Podziękowania

Chciałybyśmy serdecznie podziękować Michałowi za częste odwiedziny w naszej „krainie 1000 zamków i 1 klucza”. Tak naprawdę dziękujemy wszystkim wolontariuszom, którzy przychodzą tu, aby nas czegoś nauczyć, coś pokazać, a przede wszystkim dziewczynom z Fundacji „Dom Kultury”, bo to one wkładają w te spotkania najwięcej pracy, aby nam to umożliwić.

Jednak najbardziej zainteresował nas Michał w ostatnim czasie. Nie tylko dlatego, że jest przystojnym mężczyzną, ale też dlatego, że tak naprawdę przychodzi tu nie po to, aby nauczyć nas jak się robi np. ikony czy skrzynki na kwiaty (oczywiście to nam się bardzo podoba i jest potrzebne). Michał uczy nas czegoś innego – uczy nas jak po prostu być zwykłym człowiekiem, który przejmuje się losem innych osób nie do końca tolerowanych przez nasze społeczeństwo. I to jest piękne.

Jeszcze raz dziękujemy i zapraszamy ponownie. A Was, Dziewczyny z Fundacji (Justyna, Ela, Gosia, Beata), wiecie, że kochamy za to wszystko.

PS. Michał, dzięki za „Ptasie mleczko”.

Magda, Poli, Miśka

Moje miejsce na ziemi

Moje miejsce na ziemi okazało się bardzo skromne.

Gdy byłam małym dzieckiem marzyłam o przeprowadzce, wyobrażałam sobie piękne domy i urocze podwórka, ale okazało się, że to, co kiedyś wydawało się początkowym przystankiem, jest moim azylem, za którym tak bardzo tęsknie.

Nie napiszę nazwy dzielnicy, nie dlatego, że się jej wstydzę, lecz dlatego iż pragnę byście mogli zobaczyć ją moimi oczyma i przez moje odczucia. Podpowiadam tylko, że dzielnica przeze mnie opisana znajduje się w sercu naszej pięknej stolicy, podzielona torami kolejowymi na „nową” i „starą”- to tylko podział topograficzny.
Dla mnie to zaklęta okolica (dla niektórych przeklęta, ale na pewno magiczna). Czas się tam zatrzymał, choć przyjezdnych przybywa, tak naprawdę nic się tam nie zmienia. Wracam do obrazu pięknych kamienic częściowo przed i powojennych, specyficzny zapach klatek schodowych, drewnianych i betonowych, niekiedy czuć na nich smród miejskiego szaletu – ale nie to jest istotne.
Wspomniałam już, że czas się tam zatrzymał. Warunki mieszkaniowe w większej części dzielnicy przypominają czasy powojenne, toaleta na klatce, z której korzystają wszyscy mieszkający na tym samym piętrze. Pomyślicie, że to niesanitarne? Pewnie tak jest, ale za to jak zbliża ludzi do siebie. Sąsiedzi nie są obcymi ludźmi, których codziennie mija się na ulicy, w końcu nie dzielą z nami tylko budynku. Podwórka zalane asfaltem (to w miarę nowy materiał budowlany), tzw. studnie, kiedyś tak mnie wkurzały, teraz są dla mnie wyjątkowe. Coś co inni oglądają na filmach bądź ilustracjach książek, albumów, ja miałam na co dzień.
Dzieci nie bawią się w piaskownicach, bo takowych nie ma. Może kilka podwórek, dalej gdzieś postawili jeden na tysiąc nowy blok, wtedy dzieciaki spod kapliczek na asfaltowym podwórku ruszają gromadą na coś nowego, wysłany piachem plac zabaw. Nie zdarzyło się, by długo wytrzymał taki placyk i napór dzieci i młodzieży z całej okolicy kończy się urwaną huśtawką, pękniętą zjeżdżalnią czy połamanymi ławkami. Sztachety z płotka okalającego placyk wykorzystywane są później w Inny sposób, co młodzieży daje największą frajdę. Po takim mało wytrwałym placu zabaw zostaje wspomnienie, zaraz obok powstaje nowy. Są również obiekty sportowe wybudowane ze środków Unii Europejskiej. Przepiękne boiska, korty tenisowe nawet baseny. Przechodząc nieraz obok zastanawiałam się czy to nie atrapy, bo nie widziałam żadnego dziecka bawiącego się na tych wspaniałych obiektach, jedynie od czasu do czasu robił obchód ochroniarz.
Dzieckiem już nie jestem, więc poszkodowana z tego tytułu się nie czuję.
Jest to w jakiś sposób zapomniana dzielnica, ale nie przez dzielnicowego i jego żołnierzy. Mijamy się codziennie, chyba nas tam liczą jak w getcie, ilu ludzi przybyło, ilu wybyło, a ilu już nigdy nie powróci. Panowie policjanci chcąc umilić najmłodszym czas, robią uliczne dyskoteki włączając niebieskie kolorofony i niczym na imprezie techno, krzyczą coś przez megafon, nikt nie rozumie co krzyczą ale to nie istotne, to sygnał do ucieczki.
Wieczorami można poczuć się jak w Las Vegas, dorośli też muszą mieć rozrywki. Co 100-200 metrów sklepy nocne zapraszają świecącymi neonami do środka, w co drugim stoją automaty do gier, więc jak tu nie prowadzić rozrywkowego, nocnego życia w stylu retro? Na pewno każdy słyszał kiedyś o „metach”, alkohol i papierosy bez banderoli oraz inne specyfiki. Uwierzcie, na filmach pokazują prawdę! – to się dzieje.
Słynny na całą Polskę bazar nie jest już centrum handlu ulicznego, z racji na jego historyczny charakter, jeszcze go nie zburzyli tylko zwęzili. Ale chwila… przejdźmy 300 m dalej – jest! Na miejscu starego dworca kolejowego łączącego Warszawę z Wołominem powstał nowy, a nad nim dzieło sztuki CENTRUM HANDLOWE nowej generacji. Po latach stało się również sercem dzielnicy tętniącym życiem. Każdy kto wspomni o tym miejscu, ma uśmiech na twarzy- każdemu przypomina jego osobiste wspomnienia.
Mamy w okolicy ZOO, piękną katedrę św. Floriana i punkt lokalizacyjny , czyli pomnik… a nie! Przepraszam, pomnika i zegara już nie ma, zburzyli w imię drugiej linii metra. Bliżej mojego domu jest Dworzec Wschodni i Bazylika N.S.J , w której byłam chrzczona, a 23 lata później brałam ślub.
Żeby nie było tak ponuro wspomnę o zajezdni, w której zasypiają i budzą się co rano tramwaje warszawskie, o parku i skwerkach.
I chyba już nie muszę pisać, że chodzi o warszawską Pragę Północ. To jest właśnie ten mój azyl…
Mieszkam w „starej” części Pragi, choć więcej tu nowej infrastruktury i bloków niż na „nowej”, ale klimat pozostaje ten sam. Moja koleżanka, Korba, mieszka właśnie w tej „nowej” części i nie do końca zgadzamy się co do jej nazwy „NOWA PRAGA”.
Nadal ludzie, rodowici Prażanie mówią: „Co praskie, nie warszawskie”, po 31 latach zaczynam to rozumieć. Związana z Pragą jestem od zawsze, tu mieszkam, tak jak moi rodzice i dziadkowie. Wyprowadzałam się sześć razy i tyle samo razy wracałam.

Tęsknie codziennie do tego miejsca i ludzi. Tam się czuję bezpieczna i mogę być sobą. Żal mi jednak będzie, gdy czas się tam ruszy, bo zaklętych miejsc się nie zmienia.

POLI

Nasze ikony

I w sumie mogłabym zacząć o ikonach pop-kultury, typu Michael Jackson, Madonna czy Depeche Mode :), ale ja autentycznie tym razem o ikonach chcę pisać. Takich prawie najprawdziwszych, choć nieudolnych, bo też są fajne.
Od jakiegoś czasu odwiedza nas Łukasz, który jest konserwatorem zabytków, takim z krwi i kości, i jeszcze z zamiłowania.
Najpierw opowiadał nam o tym, czym się zajmuje i muszę powiedzieć, że do opowiadania ma dryg, bo nie dość, że słuchałyśmy z szeroko rozdziawionymi buziami, to zaraz po tym miałam ochotę biec i szukać skarbów na każdym jednym napotkanym strychu – nie tylko kościelnym ;). Pokazał nam na zdjęciach efekty swojej pracy i naprawdę robi to wrażenie.
Tak nam się to spodobało, że na samym opowiadaniu się nie skończyło.
Pomimo ogromu pracy, Łukasz wpada do nas w miarę możliwości i teraz tworzymy ikony.
Żeby być dokładną: piszemy ikony.
Ja wybrałam sobie archanioła Gabriela i do pewnego etapu tworzenia go było całkiem ładnie – jak na pierwszy raz i jak na osobę, która nie ma żadnych zdolności plastycznych. Ale zaczęły się schody.
Było przyzwoicie do chwili, gdy po pozłoceniu trzeba było zacząć malować. No taka „kolorowanka”, że daj pan spokój! Kiedyś przy kolorowankach to trzeba było zwracać uwagę, żeby nie powyłazić za kreskę, a tu taka technika, że zginęłam, gdy musiałam mieszać farby o takich kolorach, których nazw już nawet nie pamiętam.
Cieniować to nie potrafię w ogóle, więc na tym etapie, na którym został, mój Gabriel wygląda raczej jak klaun z książki „To” S. Kinga, a nie archanioł!
Jeszcze się go nie boję, ale jak tylko zobaczę gdzieś baloniki, to padnę trupem jak nic!
Mam nadzieję, że na kolejnych zajęciach uda mi się z pomocą sił wyższych lub raczej Łukasza doprowadzić moją ikonę do stanu oglądalności. Wtedy może pstryknie się fotkę, żeby nasi Czytacze mogli też popatrzeć. Chociaż takiego Kingowskiego też by można Wam pokazać – jak już nie spać, to nie spać – i tym sposobem przejdziemy do „Bezsenności” też Kingowskiej.
Ale tak na poważnie, pisanie ikon to nowe doświadczenie bardzo przyjemne dla mnie.
Oczywiście, przypomina mi się taka historia sprzed kilku lat, gdy bodajże w Hiszpanii w jednym z kościołów był fresk z twarzą Jezusa i z braku może funduszy nie był on restaurowany. Jedna z tamtejszych parafianek, domorosła konserwatorka, postanowiła zająć się sprawą i po swojemu DOMALOWAŁA Chrystusowi twarzyczkę. Wszystkie telewizje pokazywały tą twarzyczkę, bo bohomaz wyszedł pierwsza klasa.
Teraz my pokażemy nasze archanioły z naszymi buźkami i zdetronizujemy tamtą panią na bank.
Mam jednak nadzieję, że efektem końcowym pracy nad naszymi ikonami będą twarze, na które da się patrzeć bez lęku :).
Pozdrawiam, Małgosia

Ach, cóż to był za grill…

Ponieważ Aneta B z grubsza opisała tą historyczną imprezę, to nie będę się jakoś zbyt szeroko tu rozwodziła.

Jeszcze raz chciałabym podziękować WSZYSTKIM osobom, dzięki którym to spotkanie mogło mieć miejsce.

Dla mnie było to wielkie coś, bo nie dość, że miałam okazję posiedzieć z moją przyjaciółką i pogadać, to jeszcze najadłam się przypalonej na węgiel kiełbaski aż „po kokardę” ;). Zwęglona kiełbaska + zwęglony chlebek = umorusana gęba i brudne ręce. Radocha była ogromna. Czarne od węgla żabki szczerzyły się maksymalnie i jeszcze po powrocie do celi czułam zapach, bo wszystko osiadło elegancko na ubraniu. Śmiałam się sama z siebie w głos, bo tylko prosiłam Batorego „przypal tą kiełbasę i zjaraj chlebek”. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio najadłam się aż tyle węgla :). Zakładam, że gdybym mocniej ścisnęła pośladki, to wypadłby spory diamencik ;).
I tym głupkowatym zdaniem skończę ten mój pościk ;).

Małgosia

Znalazłam Cię…

Nawet bym nie pomyślała, że znajdę Cię w takim miejscu, pośród „tych” ludzi… A jednak znalazłam, jesteś tu… Jesteś różą wyrastającą na tym fałszywym, bezdusznym ludzkim zbiorowisku…

Kiedyś miałam przyjaciółkę, to były szczenięce lata, nasze drogi w dorosłość w końcu się rozeszły. Myślałam, że już nigdy ktoś taki nie pojawi się w moim życiu, nie stanie na mojej drodze. Jednak los chciał inaczej.

Zjawiłaś się w jednym z najgorszych momentów mojego jestestwa, wtedy gdy wszyscy się ode mnie odwrócili, zapomnieli.

Ty mimo wszystko i przeciw wszystkim byłaś i jesteś do dziś, moja kochana przyjaciółko.

Dziękuję, że byłaś, jesteś i że będziesz. A wiem, że będziesz, Justynko. W Twoich oczach widzę to zrozumienie, inni mają tylko puste spojrzenie.

Życzę Wam wszystkim takiej bratniej duszy, jaką ja znalazłam. Wystarczy, że na siebie spojrzymy i już wiemy, o co chodzi. A jej oczy… Jej oczy są najdroższe, bo prawdziwe.

Dziękuję Ci, że jesteś, Kitka.

Twoja zawsze ta sama,

Iluś

Ilona

Mój chyba najmniejszy post :)

A to dlatego, że BARDZO, ale to BARDZO mocno chciałabym wiedzieć, jak czytelnikom bloga upłynęły wakacje :). Jeżeli możecie to napiszcie, dokąd mieliście okazję wyjechać. Bez względu na to, czy był to czas spędzony przyjemnie, czy ciut mniej przyjemnie, interesuje mnie każdy jeden taki wypad. Co fajnego Was spotkało, co interesującego widzieliście, co dobrego jedliście… Każdy szczegół miło będzie poznać. Dziękuję każdej osobie, która zechce się tym ze mną podzielić.

Małgosia

♦♦♦

Bardzo dziękuję…

Wszystkim razem i każdej osobie z osobna za cudowne opisy tego, jak spędziliście wakacje!

Nie spodziewałam się tylu komentarzy i aż mi się mordka od ucha do ucha ucieszyła, kiedy je czytałam i to wielokrotnie (i nie dlatego, że nie zrozumiałam ;).

To trochę tak, jakbym podczas lektury wędrowała w te miejsca, w których Wy byliście.

Ninka napisała o meduzach 🙂 – uwielbiam nasze morze, co roku wyjeżdżałam nad Bałtyk i przypomniało mi się przy okazji, jak któregoś roku była plaga biedronek. Jak leciały chmarą i wylądowały pokrywając wszystko i wszystkich na plaży, Każdy biegł do wody, żeby je z siebie spłukać. Potem kilkanaście metrów tafla wody była nimi pokryta. Zawsze biedroneczki kojarzyły mi się z liczeniem kropek albo przynoszeniem „z nieba kawałka chleba”, a tu rój taki, że kiedy ci pokrył ciało, to dreszcze się miało jak przy febrze. Wybitnie nieprzyjemne zjawisko i zapamiętam ja do końca życia – no chyba, że dopadnie mnie skleroza ;).

To zabawne, że czyjś opis sytuacji sprawia, iż w głowie przypomina się coś na swój sposób podobnego.

Mam nadzieję, że każde wakacje będą dla Was obfitowały tylko w przyjemne przeżycia i ciepłe, kolorowe wspomnienia.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za wpisy i pozdrawiam,

Małgosia

Rosja

Napiszę, co jest drogie i miłe mojemu sercu i za czym tęsknię.

Urodziłam się w Smoleńsku, gdzie dużo drzew i parków, zielono i spokojnie. To bardzo piękne miasto ze swoją historią, położone na siedmiu wzgórzach. Jeśli ktoś nie wie, Smoleńsk powstał na przełomie XIII i XIV wieku, kiedy u władzy był polsko-litewski książę Igor. Nie było jeszcze Moskwy ani Sankt Pitersburga (Sankt Pitersburg to pierwsza nazwa obecnego Sankt Petersburga).

Mała garstka przybyszów, ludzi nie wiadomo skąd, ludzi wiary prawosławnej, osiedliła się na ziemi dookoła bagien i lasów, powstała osada. Trzeba było płacić dań, zbierali z sosen żywicę (po rosyjsku smoła) i tak powstała nazwa Smoleńsk. Herb Smoleńska to „Ptach Feniks” – z popiołu powstaje. Miasto było zniszczone i spalone, zarówno przez Napoleona, jak i przez niemieckich okupantów. Ale zawsze odradzało się na nowo.

Jako człowiek, który zamieszkuje od 1995 roku na stałe w Polsce, nie mam nostalgii, bo inaczej nie mogłabym mieszkać nigdzie indziej poza ojczyzną. Mam jednak tęsknotę za domem, za przyjaciółmi, za miastami, które kocham i za zwykłą rosyjską mentalnością. Tęsknię za Uspieńskim Soborem – pięć pozłacanych okrągłych kopuł – wybudowanym na najwyższym wzgórzu i widocznym ze wszystkich stron. Za rzeką Dniepr, w której jako mała dziewczynka uczyłam się pływać. Tęsknię za Moskwą, gdzie zostawiłam swoje przyjaciółki, za Arbatem – dzielnicą zamieszkałą przez aktorów, reżyserów i elitę rosyjską. Za Newskim Prospektem, za ruchem tak niesamowicie szybkim, za gwarem tak różnojęzycznym. Pośpiech w Moskwie zawsze porównywałam z biegnącymi na wyścigu końmi, które mają na oczach klapy i nic nie widzą prócz mety. Bardzo tęsknię za Teatrem Wielkim i za baletem. Za żywymi kolorami. Moskwa w nocy żyje tak samo intensywnie jak w dzień. Tęsknię za blinami z kawiorem, za suszoną rybą „Taranka” i za naprawdę rosyjskimi pierogami, które piekła moja babcia Wasilisa z mąki pszennej zmieszanej z mąką żytnią, w środku kartofle z podsmażaną słoninką i mięsem z cebulką, albo z kapustą. Jak babcia wyjmowała pierogi z pieca, skórka błyszczała brązowo-złotym kolorem, były duże i tak smaczne, zarówno na ciepło jak i na zimno. Tęsknię za grubą słoniną w środku z mięskiem natartym solą, czosnkiem, papryką słodką i ostrą, za grzybami grudz, które moja mama przekładała solą, a w zimę mieliśmy je jak świeże z lasu. Tęsknię są Sankt Petersburgiem (kiedyś Leningrad), gdzie mieszka mój wujek. W Rosji nazywają to miasto Wenecją Północy. Często tam wyjeżdżałam, żeby popatrzeć na białe noce i na mosty otwierane co noc. Ermitaż – na zwiedzenie go nie wystarczyło mi tygodnia. Pałac Zimowy wybudowany przez carycę Elżbietę, w którym mieszkała cesarzowa Katarzyna II. I niesamowici ludzie, którzy przeżyli blokadę w czasie wojny z bólem i w wielkiej godności, tacy spokojni i mądrzy.

Tęsknię za Soczi, za Czarnym Morzem, za delfinami wyskakującymi z wody. Za trzypiętrową restauracją – Sala Błękitna, Sala Czerwona, Sala Zimowa. Nie było mnie stać cokolwiek tam zamówić, ale patrzyłam na jeziorko zrobione pośrodku, po którym pływały łabędzie w swej nieskazitelnej gracji.

Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Mam dwa domy: ten, za którym tęsknię – to moja ojczyzna i ten, który wybrałam w Polsce, który kocham i w którym czuję się bezpiecznie i dobrze. Każdy z nas ma tęsknoty i wspomnienia, których nikt nam nie odbierze, bo są w naszej pamięci i sercu.

Walentina

Moja strata, moje straty

Moją największą startą jest to, że pozwoliłam sobie odebrać dziecko.

A najgorsze w tym jest to, że ja przez wiele lat obwiniałam za to innych – w sobie nigdy winy nie szukałam.

„Przecież ja jestem dobrą matką” – tłumaczyłam sobie.

Bardzo dużo czasu minęło zanim uświadomiłam sobie, że to ja zawaliłam. Dziś Bogu dziękuję, że udało się tak, że moja Kati została w rodzinie. Wkrótce kończy 15 lat.

Nadejdzie dzień, że będę musiała z nią stanąć twarz w twarz i rozliczyć się z błędów, które popełniłam i możliwe, że mi wybaczy. Tylko jest jeden problem – ja nigdy nie wybaczę sobie. Nie potrafię zapomnieć tych straconych lat, najpiękniejszych, kiedy mogłam ją usypiać, przytulać, czytać jej ulubione bajki. Czasu cofnąć się nie da.

Słuchałam innych matek, które miały podobne problemy, jak mówiły o utracie swoich pociech i o tym, że po latach zostało im wybaczone. Są takie zadowolone, że dzieci im wybaczyły. A co z ich sumieniem? – pytam. Przecież to nie napis, zmazać gumką się nie da.

Może niektórzy tak uważają, że to wystarczy. Jest po sprawie, zamykamy ten rozdział.

Dla mnie nigdy tak nie będzie.

Do końca życia będzie mnie prześladować myśl, że mogłam zrobić więcej, aby ją przy sobie utrzymać. Nie ma sytuacji bez wyjścia, jak się chce. Wariant jakiś zawsze jest. Szkoda, że tak późno to dostrzegłam.

Uważam też, że poszłam trochę na łatwiznę. Wiedziałam, że Kati zostanie w rodzinie, nie zazna głodu, domu dziecka. Nikt jej nie skrzywdzi, tak jak mnie. Tylko nie wzięłam pod uwagę, że w danym momencie to ja ją bardzo krzywdzę swoją nieobecnością.

Jestem twarda. Życie dało mi w kość. Mimo wszystko po upadku podnoszę się i staram iść dalej, ale myśl o tym, że utraciłam Małą, sprawia, że jestem takim małym kamyczkiem pośród skał, które ciągle stają się większe i cięższe. Szkoda, że nie mamy mocy cofania czasu, naprawy tego, co źle zrobiliśmy.

Dada