Moje siódme niebo


Idealna rodzina to taka, jak w serialu „Siódme niebo”. Wiecie, taka fajna, duża rodzina. Świetni rodzice, super rodzeństwo, wszyscy się wspierają.

 Rzeczywistość jest jednak inna niż w TV. Co wcale nie znaczy, że gorsza.

 W swojej rodzinie zmieniłabym tatę, ale nie na innego, tylko zmieniłabym w nim parę cech i wtedy moja rodzina byłaby idealna, jak w tym filmie. Jednak, skoro to niemożliwe, trzeba cieszyć się z tego wszystkiego, co jest dobre.

 Ja cieszę się z mojej Mamy.

 Mama – to kobieta, którą podziwiam za siłę, z jaką pędzi przez życie, za radość, którą ze sobą niesie, gdy dostrzega zawsze te lepsze strony, za wsparcie, które ze sobą przynosi i za miłość, którą cała emanuje.

 Podziwiam ją i jej dziękuję.

 Monika

 

 

 

Rodzina – jaka według mnie powinna być…. WYMARZONA

Oczywiście, że mam wyobrażenie, jaka powinna być rodzina. Taką wymarzoną rodzinę też mam… i najlepsze w tym wszystkim jest dla mnie jest to że taka właśnie jest rodzina,w której miałam szczęście się urodzić i żyć. Już na ten temat kiedyś pisałam i nadal uważam, się za szczęściarę, że “trafili” mi się tacy dokładnie rodzice, tacy dokładnie dziadkowie, tacy dokładnie wujkowie oraz nie inne ciocie, kuzynki czy kuzyni.

Kiedyś podczas rozmowy z moją przyjaciółką, a gadam raczej szybko, zdarzył mi się lapsusik i zamiast powiedzieć “każdy człowiek ma wady i zalety”, padło zdanie “każdy człowiek ma zady i walety”. Moja rodzina – a dokładniej jej członkowie – mają swoje “zady i walety”, ale dla mnie jest to rodzina idealna i bez względu na wszystko nie chciałabym mieć innej.

Małgosia

Wielkanoc w więzieniu

U mnie Święta zaczynają się już w sobotę. Od rana szykowanie święconki, do której wkładam to, co mam. Czekanie na księdza. Kiedy już przyjdzie i poświęci pokarmy, czuję, że święta już się zaczęły.

W tym roku zrobiłam coś innego do jedzenia niż zawsze, a mianowicie zimne nóżki, bez gotowania. Jak to możliwe? Bierzesz rosołek w kostce, kupujesz udka z kurczaka i trochę żelatyny i masz zimne nóżki.

Standardowo pooglądałam wszystkie powtórki w telewizji. W tym roku było fajnie, bo mogłam się spotkać z moimi przyjaciółkami i złożyć sobie życzenia, co nie zdarza się tutaj co roku, więc przyniosło mi to dużo radochy. Oczywiście kolejny raz obejrzałam „Pasję”, poszłam na spotkanie z misjonarzami, żeby przeżyć święta duchowo i poczuć się częścią wspólnoty. Było bardzo przyjemnie.

Monika

Święta, święta i po….

Niestety, dla mnie święta zawsze są zbyt krótkie. Czuję pewien niedosyt, bo tu przygotowuję ozdóbki, tu tu coś do jedzenia, a tu nie zdążę mrugnąć i już jest po wszystkim. Dwa dni Wielkanocy przedłużałabym co najmniej do tygodnia i być może wtedy ten czas byłby wystarczający do takiego solidnego pocelebrowania.

W więzieniu najistotniejsze jest dla mnie to, żeby ten czas był spokojny, bez kłótni, bez negatywnego nakręcania atmosfery. Kiedy w czasie świąt trafiam na spokojne osoby – to wtedy jest już to dla mnie luksus.

Nie można tu przygotować wszystkiego, co chciałoby się zjeść, czy tego co znajdowało się na stole w domu, ale po lekkich kombinacjach, zawsze coś się stworzy. Jajeczka uwielbiam pod każdą postacią, więc te święta pod tym kątem to dla mnie szaleństwo, bo można wymyślać niemalże bez końca. Akurat na potęgę lubię miks, o którym już kiedyś pisałam, jajeczka + majonez + tuńczyk + żywy ogórek pokrojony w kosteczkę, więc i w dzień świąteczny i powszedni pasuje mi zawsze.

Bez względu na wszystko, istotne jest to, aby było spokojnie, miło i ….. smacznie.

Małgosia

Święta w ZK nie wyróżniają się niczym szczególnym przynajmniej dla mnie.

Najważniejszą rzeczą w te święta była możliwość oglądania telewizji do późnych godzin nocnych. Więc oczy na zapałki i starałam się dotrwać do końca. Nawet reklamy po godzinie 2 wydają się ciekawsze. Co do jedzenia serwowanego przez tutejszą kuchnię, hmm… mam dużo do życzenia.

Dominika

Święta to tak naprawdę chyba najbardziej przykry okres w ZK. Po paru latach przebywania w izolacji, człowiek może się przyzwyczaić i stara się nie myśleć, co dzieje się w domu, bo wtedy jest jeszcze gorzej. Dla mnie tak naprawdę święta nie wyróżniają się niczym szczególnym. Jedzenie jest prawie takie same, no może trochę lepsze. I coś na co ja czekam, czyli telewizja całą noc. Wtedy człowiek może sobie pooglądać jakiś dobry film lub program. No i coś, co człowiek robi przeważnie na wolności, czyli folguje sobie z jedzeniem. Ale wszystko we własnym zakresie. I to jest też bardzo fajne, odskocznia od szarej rzeczywistości. Choć przez chwilę można zrobić coś samemu.

Ogólnie myślę, że nie jest najgorzej, chociaż nikomu w życiu bym czegoś takiego nie życzyła.

Dziękujemy za życzenia i też życzymy wszystkiego naj.

Majka

W święta wielkanocne zostałam odwiedzona przez rodzinę. Było miło. Przygotowałam ciasto z budyniem i sałatkę warzywną z kurczakiem. Przed świętami w gronie koleżanek robiłyśmy kartki świąteczne i koszyczki wielkanocne. Ksiądz wyświęcił nam jedzenie, które wcześniej razem przygotowałyśmy. W niedzielne śniadanie dzieliłyśmy się jajkiem i składałyśmy sobie życzenia. Atmosfera była miła, choć daleko odbiegająca od domowej.

Dorota

Moje święta w tym roku były jedne z najgorszych w życiu, ponieważ byłam z dala od rodziny i dzieci. W tym miejscu nie obchodzę żadnych świąt, bo mnie przybijają i wtedy mam wielką pustkę w sercu.

Na święta zrobiłyśmy z dziewczynami sałatkę z makaronu, kukurydzy, groszku i tuńczyka. Była bardzo miła atmosfera na celi. Ale tak naprawdę to nie są żadne święta w tym miejscu. ZK też nie miał dla nas żadnej specjalnej propozycji z okazji świąt.

Miszela

Nastrój, niezależnie od tego, że jestem w więzieniu, był świąteczny. Porządki, sprzątanie celi, mycie okna, pranie firaneczki, czyszczenie fugi na podłodze. A najważniejsze było to, że zrobiłam koszyk – święconkę. Czekałyśmy na jajka. Hura, dostałyśmy. Do koszyka. Sól i pieprz zmieszane do menzurki od lizaków, też do koszyka. Z paczki żywnościowej ser i wędlinę skręciłam w rulonik, no i chlebek, a na górze koszyka jajko kinder. Po bokach zawiązałam kokardki. Na boku koszyka usadziłam żółtego kurczaka. Koszyk wyszedł śliczny. Dziewczynom z celi też się bardzo podobał. A na wieczór zrobiłam sałatkę. Jaja z koszyka, wędlina wędlina z kolacji, cebulka, drobno pokroiłam i wyszła: sałatka francuska „oli wie”, pycha.

Dzięki Fundacji „Dom Kultury” miałyśmy trochę słodyczy.

Może święta i wyszły skromnie, ale w atmosferze spokojnej, miłej i przyjaznej.

Walentina

Rady dla Zaki

 

 26 lutego zaka123 napisała: Czytam od pewnego czasu waszego bloga z dużym zainteresowaniem, bo niestety czeka mnie niedługo pobyt w więzieniu. Mam dopiero 19 lat i wyrok 2 lat. Nie wiem, czego się spodziewać po drugiej stronie. Czy macie jakieś rady, jak przetrwać w więzieniu? Koszmarnie się boję pobytu tam.

Mam dla Ciebie kilka rad z mojego własnego doświadczenia. Nie otwieraj się przed wszystkimi, ponieważ inni mogą to wykorzystać na Twoją niekorzyść. Nie daj się wykorzystywać. Tu, nie jest tak źle, jak się wydaje. Bo nie taki diabeł straszny, jak go malują :). Ale więzienia trzeba się bać. Aby tam z chęcią nie wracać :). Znajdziesz sobie zajęcie i czas Ci szybko zleci. Ja też bałam się, a nawet straszono mnie. Ale na szczęście to okazało się nieprawdą. Duży mam wyrok, ale daję sobie radę i nie jest źle.

Pozdrawiam cieplutko Asia.

Jeśli jesteś dobrą osobą, nie masz czego się bać. Duży nacisk na czystość… w tym miejscu okaże się, jaką jesteś osobą. Tak będą Ciebie postrzegać i traktować. Bądź sobą!

Agnieszka

Cóż mogę Ci poradzić. Może powiem to, co zwraca moją uwagę na początku.

Gdy ktoś przychodzi do celi, zawsze zwracam uwagę na to, czy osoba myje się codziennie i pierze bieliznę. Czy sprząta po sobie i nie czeka na to, czy ktoś zrobi coś za nią. To wszystko. Wiem, że cokolwiek bym nie napisała, wciąż strach będzie Ci towarzyszył. Na pewno nie jest tak jak w filmach. Nikt Cię nie będzie bił ani prześladował. Tu też są po prostu ludzie. Na pewno znajdziesz kogoś z kim będziesz mogła pogadać. Nie martw się. Nie jest to super przeżycie, ale też nie koniec świata. Wejdź sobie na stronę internetową i zobacz co możesz wziąć ze sobą i spakuj się odpowiednio. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Trzymaj się.

Monika

Hm… tak naprawdę to nie ma złotego środka na pobyt w więzieniu, wszędzie gdzie jest zbiorowisko ludzi, to… zawsze może coś iść nie tak. Trzeba być zawsze sobą i nie ulegać manipulacji, a na pewno nie będzie tak źle.

Pozdrawiam Maja

Więzienie nie jest takie straszne jak mówią. W więzieniu trzeba mieć mocną psychikę, nie można się w tym miejscu załamać. Nie otwieraj się przed skazanymi, bo mogą to potem wykorzystać przeciwko Tobie.

Miszela

Nie oszukujmy się – więzienie to miejsce, którego należy się bać, oczywiście z różnych powodów, z którymi zetkniesz się, gdy już tu trafisz. Masz pewnie jakieś wyobrażenia tego, jak jest w więzieniu – spora część tych wyobrażeń to mity. To co wiesz podziel na dwa i jeszcze odejmij ćwierć, a to co zostanie będzie bliskie prawdzie. Nie grozi Ci nic takiego, co sobie wyobrażasz, zabić Cię nikt nie zabije, zgwałcić nie zgwałci (schylanie się po mydło to żart), jeżeli będziesz sobą i będziesz się zachowała jak człowiek, to nawet kłótnia Ci nie grozi. Weź głęboki oddech i wiedz, że dasz radę. Reszty dowiesz się albo już będąc tu, albo postaram się napisać post, bo ostatnio trafiła do mnie ciężarna – wręcz przerażona, po godzinie rozmowy – oddycha normalnie.

Pozdrawiam Małgosia

Nie bój się mała, jesteś małoletnia. Bądź szczera, ale ostrożna w zaufaniu. Nie opowiadaj o swoim życiu, żeby później nikt nie mógł tego wykorzystać przeciwko Tobie. Pamiętaj milczenie to złoto. Rok to nie wyrok. Dwa lata jak za brata, a trzy po prostu przeleci. Wszystko będzie dobrze.

Walentina

Doskonale rozumiemy Twój strach, ale on ma tylko wielkie oczy. Jak jesteś silna psychicznie, to dasz radę. Nie dramatyzuj, nie takie świat dramaty zna – to są normalni ludzie. Jeżeli będziesz w porządku do innych, inni będą w porządku do Ciebie. Bądź szczera, staraj się być prawdziwa.

Pozdrawiamy, Ilona i Batory        

Refleksje powalentynkowe, czyli męskie ciacha..

 

Co o mnie myślisz, kiedy mnie widzisz? Faceci – są potrzebni do życia, czy tylko do zaspokajania naszych potrzeb seksualnych?

Ostatni się grubo nad tym zastanawiam. Mam już 36 lat i chyba zaczęłam inaczej spostrzegać sprawy damsko-męskie. Kiedyś, z jakieś 10 lat temu, byłam wybredna – facet musiał mieć wszystko. Wizualnie Brad Pit, fizycznie Pudzian, a intelektualnie – najlepiej po studiach, poliglota, i no wiecie, typowa Wikipedia, chodzący przystojniak. Tak to było.

Tak sobie w główce wyobrażałam, marzyłam, śniłam o tym księciu i wymyślałam co i rusz inne historie mego życia z happy endem. Świetnie było, super czasy – kobieta potrafi sam siebie oszukiwać – niesamowite.

Dziś? No właśnie, jak to jest dzisiaj ze mną? Potrzebuję czy pragnę? Chyba jedno i drugie. Potrzebuję ciepła, stabilności, szacunku – obietnic przeistaczających się w rzeczywistość. Pragnę miłości przez duże M. Pragnę codziennej przygody z tym stałym facetem, z tym który nadstawi policzek za mnie, który będzie mnie kochał, nakręcał i podkręcał do miłości, o której tak marzę i pragnę. Oczywiście, nie jestem na tym etapie, że podoba mi się nawet Rumcajs z lasu. Co to, to nie. Ale jestem na takim etapie w życiu, że bardzo potrzebuję i całe moje serce krzyczy – chcę i jestem gotowa na podróż w jedną stronę – podróż, która ma na imię Miłość.

Wszystkiego najlepszego z okazji Walentynek, trochę spóźnione, ale liczy się pamięć ;).

Pozdrawiam, buziaczki. Aneta B.

Strach – czego bałam się przy zamknięciu

Radiowóz, tzw. suka i policjant: „No, jedziemy na Kamczatkę”.

Boże. Zaczęłam płakać. „Panowie, to dwa miesiące będziecie mnie wieźć do Tajgi, tam mrozy, minus 60 stopni, ja bez rajstop, nie dowieziecie mnie zamarznę!”.

Śmiech.

-„A znasz Pragę?”

– „Znam!”

– „No to Kamczatka na Pradze w Warszawie”.

Trochę się uspokoiłam. Automatycznie przypomniały mi się wszystkie amerykańskie filmy, które oglądałam. Przed oczyma cela, krata, ja sama, trzeba mieć lusterko, wtedy będę widziała, kto siedzi w następnej celi. Ale ja nie mam lusterka. Stołówka i spacerniak. Ale tam się trzymają razem gangi. Muszę szukać swoich, wtedy nie zginę, bo mi pomogą.

Jednak rzeczywistość oakzała się zupełnie inna.

A wejście na celę mieszkalną, to już inna bajka….

Walentina

Weganizm

DSC_7086

Weganizm jest to znana dieta bez mięsa – i w tę dietę wgłębiłyśmy się na zajęciach dzięki Marcie Dymek.

Miałyśmy okazję dużo się dowiedzieć i razem pogotować. Marta prowadzi swojego bloga: www.jadłonomia.com, z którego zamierzam korzystać, bo to bardzo fajna sprawa.

Robiłyśmy razem danie z tofu z octem balsamicznym i przeróżnymi przyprawami. Próbowałyśmy płatków drożdżowych i przypraw takich jak anyż, czarny i czerwony pieprz, owoce jałowca, ziarna i liście kolendry, liście oregano i mięty. W tym wszystkim marynowałyśmy buraki, no i tofu.

Niektóre nazwy dziwnie brzmią, na pewno niejedna osoba mówi fuj :), sama tak zareagowałam, nie znając smaku. Ale naprawdę warto wszystkiego spróbować!

Na koniec zajęć mogłyśmy zrobić sobie sok z pomarańczy i spróbowałyśmy prażonej gryki.

To było bardzo miłe wspólne spotkanie.

Zachęcam Was do próbowania nowych dla Was smaków.

Pozdrawiam serdecznie,

Agnieszka

Mój pierwszy dzień w więzieniu

1-DSC_0876-001

Zacznę może od tego, że wszystko zaczęło się w zimny grudniowy poranek 2008 roku.

Miałam tedy 19 lat, a więzienia było dla mnie tak odległym miejscem, jak wycieczka na Seszele.

Wielkimi krokami zbliżało się Boże Narodzenie. Mama wydzwaniała do mnie i pytała: kiedy przyjeżdżasz, trzeba pomóc, wiesz, że zjeżdża się cała rodzina. Ale ja, jak zwykle, na wszystko miałam czas. Razem z kolegą spędzałam dni w salonie gier, przegrywając pieniądze na prezenty i łudząc się, że jeszcze wszystko odegram.

Niestety, nie udało mi się wygrać. I wtedy w mojej głowie zrodził się pomysł, że możemy okraść ten salon, podzielić się hajsem i rozjechać do domów, no bo przecież za chwilę Boże Narodzenie. Podzieliłam się tym pomysłem z kolegą, a on oczywiście się zgodził. Nie zastanawiając się na konsekwencjami, przystąpiliśmy do realizacji naszego planu.

Potem wszystko potoczyło się tak szybko, że usłyszałam tylko: „Policja, na ziemię, nogi szeroko”! I nim zdążyłam się zorientować, już leżałam skuta kajdankami, twarzą do ziemi.

Pomyślałam wtedy: „Boże, jak to się stało?”. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że wypowiadam te słowa na głos, ale musiało tak być, bo w odpowiedzi usłyszałam głos policjanta: „Ty, mała, Boga w to nie mieszaj, posiedzisz parę latek, to na drugi raz się zastanowisz, co robisz”.

Potem wsadzili nas do radiowozu i przewieźli na komisariat. Zadawali pytania „Po co? Na co? Dlaczego? Czy ktoś ci kazał to zrobić?”. Była jak w letargu, nic nie mówiłam. Słyszałam tylko, jak policjanci mówili między sobą: „Nie chcą gadać, będą sanki”. Potem przewieźli nas na noc na tzw. dołek. Następnego dnia zawieźli nas do prokuratury i dowiedziałam się, że „sanki” to tymczasowe aresztowanie i właśnie o to wnioskuje prokurator.

W trakcie przesłuchania nie mówiłam nic, bo tak polecił mi adwokat przyprowadzony przez mojego tatę. Mówił, że będzie dobrze, że wyjdę na dozór policyjny, że zastosują poręcznie majątkowe. Następnego dnia w sądzie okazało się, że starania mojego obrońcy spełzły na niczym. Sędzia powiedział: „Sąd postanawia zastosować wobec podejrzanej środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na okres 3 miesięcy”.

I wtedy mój świat się zawalił. Zaczęłam się zastanawiać, jak to będzie. Próbowałam sobie przypomnieć, co znajomi mi mówili o więzieniu, jak trzeba się zachowywać. Po chwili przypomniało mi się, że kiedyś znajomy mi powiedział, że „jak się zjeżdża na puchę, to najważniejsze jest, żeby mieć papiery na to, że się nikogo nie zakapowało”. Jedyne, co przy sobie miałam, to postanowienie z sądu o tymczasowym aresztowaniu i było tam napisane, że w czasie czynności wstępnych odmówiłam składania wyjaśnień, więc pomyślałam, że to wystarczy.

Z rozmyślań wyrwał mnie głos policjanta: „Księżniczko, zapraszam, jedziesz do zamku”. Dla niego było to zabawne, dla mnie troszkę mniej. Stało się, wieźli mnie do więzienia. Była troszkę załamana, ale nie okazywałam tego, musiałam być twarda.

Na miejscu po przebrnięciu przez wszystkie procedury i przeszukani, dowiedziałam się, że idę na celę przejściową.

Postanowienie z sądu trzymałam w ręku i z duszą na ramieniu weszłam do celi przejściowej!

Były w niej cztery kobiety w różnym wieku. Powiedziałam „Cześć” i próbowałam podać im papier, w którym było napisane, że nie jestem kapusiem. Jedna z nich powiedziała: „A po co nam to? Nie chcemy tego widzieć!”. I zaczęła się głośno i serdecznie śmiać. I wtedy pomyślałam: „Chyba nie będzie tak źle!.”

Lexi

Początki w więzieniu

 

Kiedy jechałam do tego miejsca, nastraszyli mnie, że golą tu głowy na łyso. Teraz to jest śmieszne dla mnie, ale wtedy nie było. Muszę przyznać, że byłam mile zaskoczona, ponieważ mimo mego lęku,, który na pewno było widać, dziołchy bardzo dobrze mnie przyjęły. Pomogły w zaaklimatyzowaniu się. Nie stała mi się żadna krzywda z ich strony. Wiem, że nigdy o nich nie zapomnę, choć mówi się, że po wyjściu chce się zapomnieć o pobycie w tym miejscu, o dziołchach itp. Ale są dziołchy, o których chcę pamiętać i na pewno nie zapomnę.

Miałam takie szczęście, że nawet jak zamieniłam więzienie, to też nie trafiłam na złe dziołchy, wręcz odwrotnie.

Do więzienia nie trafiają sami zepsuci ludzie.

Pozdrawiam serdecznie.

Agnieszka

O mediach, osądzaniu, drugiej szansie

 

Kiedy ludzie ze sobą rozmawiają, to zazwyczaj poza głównym tematem pojawia się jakiś drugi, czasem zupełnie inny, czasem powiązany, ale taki, który daje do myślenia. Niedawno na naszym redakcyjnym spotkaniu padła kwestia, że w pewnej gazecie pojawił się artykuł, w którym jedna z „pensjonariuszek” tutejszej jednostki stwierdziła, że chce ale nie może współtworzyć tego bloga. I to jest temat numer jeden – chcieć może – tyle dobrego, że chce, bo wbrew temu co wynika z tamtej wypowiedzi i chcieć i tworzyć może prawie każda z kobiet. To nie jest tak, że udział w zajęciach zabronił jej ktoś z fundacji, czy dyrektor jednostki, bo miał taki akurat „humor”. Nie ma żadnej specjalnej selekcji, w zajęciach nie uczestniczą wybrane celowo osoby – już o tym kiedyś pisałam i tak dokładnie jest.

Ta zainteresowana dziewczyna (X) nie mogła z nami pisać, ponieważ była wtedy tymczasową aresztowaną = przebywała w areszcie śledczym, a nie w zakładzie karnym i tym samym kontakt ze światem jest wtedy ograniczony z pewnych powodów. Każda forma kontaktów podlega kontroli prokuratora i od niego zależy przede wszystkim co aresztowana może, a czego nie. Bez względu na to, osoba z aresztu nie ma kontaktu z osobami po wyroku (czyli z zakładu karnego). Nie było w tym zamieszaniu niczyjej złej woli, pewnych zapisów prawnych nikt nie przeskoczy (no może poza grupką „pracującą” w sejmie ;)). Drugi temat – podczas wcześniej wspomnianej rozmowy redakcyjnej poruszyłyśmy tę kwestię i przy okazji wypłynęło coś jeszcze, co z czegoś pobocznego dla mnie przeszło na pierwszy plan.

Okazało się, że ta dziewczyna, wcześniej określona jako – X (iksińska), jest kimś, o kim trąbią media. Czyli teoretycznie jest osobą „znaną”. Teoretycznie, bo „znamy” ją z doniesień prasowych i telewizyjnych, ale w rzeczywistości nie znamy jej ani trochę. Wiemy za co trafiła do aresztu na tyle, na ile media o tym mówią, ale prawdy o niej nie zna nikt poza samą iksińską.

I teraz pojawia się ta główna sprawa, do której dążę od początku tego posta. Ogólna rozmowa redakcyjna się toczy i od jednej z osób pada stwierdzenie, że: „nie jest pewna, czy ma ochotę pracować z iksińską, bo to, co na jej temat słyszała sprawia, że czuje do niej niechęć”. Może nie zbyt dokładnie zacytowałam, ale sens został.

No i teraz pojawiają się dwie strony medalu. Jedna – każdy jest tylko człowiekiem i ma pełne prawo do własnych przemyśleń, odczuć i uczuć i takiego, a nie innego podejścia. Oraz druga strona – czy nie znając kogoś osobiście, powinniśmy tego kogoś oceniać. Czy opinie mediów, które są bardzo silne, powinny być dla nas czymś w rodzaju wyroczni. Rozumiem, że przyjmujemy to, co czytamy w gazetach lub oglądamy w telewizji, wiadomości zasypują nas z każdej strony cała masą newsów.

Pytanie – czy powinniśmy wszystko przyjmować bez szemrania ? – ja osobiście mocno przesiewam to, co do mnie dociera, oglądam i słucham, ale biorę sporą poprawkę na to, czym mnie media karmią. To podejście jest wynikiem moich doświadczeń oraz kontaktów z pewnymi ludźmi, ale o tym kiedy indziej. Oczywiście przyjmuję opinię innych, nawet jeśli się z nimi zupełnie nie zgadzam. „Przyjmuję” w sensie – wysłucham, przemyślę i zostawiam człowieka z jego własnym podejściem, ale nie akceptuję. Uważam, że o iksińskiej wyrobię sobie własne zdanie, wtedy gdy dane będzie mi z nią porozmawiać, po kontakcie z nią osobistym i poznaniu jej zdania na ten czy inny temat. Nie chcę, aby jej obraz został stworzony, czy narzucony przez kogoś innego, nie lubię kiedy cokolwiek jest mi wpychane do głowy na siłę i jeszcze do tego wmawia mi się, że to jest tak jak powinnam widzieć i myśleć. Lubię doświadczać sama, bez czyichś sugestii, tym bardziej, że dlaczego miałabym wierzyć jakiemuś gościowi, skoro nie znam tego człowieka, który o iksińskiej napisał coś tam coś tam, skoro nie znam tego człowieka, tak samo jak nie znam jej?

Przy okazji całej tej dyskusji przyszło mi do głowy coś jeszcze… czy jeden zły czyn może określić człowieka? To tak, jak by po wyrządzeniu krzywdy stawała się tylko i wyłącznie tym złem, które sprawiła, a przecież tak nie jest. Według mnie taki czyn staje się nierozłączną częścią człowieka i to nie podlega dyskusji, ale nie jest jedyną częścią, bo składamy się jak elementy puzzli – na jeden ogólny obraz z całej masy małych kawałków. Gdyby było inaczej i gdyby człowieka określał raz na zawsze jeden czyn – bez różnicy czy najlepszy czy najgorszy, to świat składałby się tylko z dwóch grup: aniołów i demonów (i nie chodzi mi, że w takim sensie biblijnym), bo istnieliby tylko ludzie albo źli, albo dobrzy, a tak nie jest.

Zobaczymy, co los przyniesie, ale i tak mam w sobie to przekonanie graniczące z pewnością, że bez względu na to, co się okaże, warto dać drugiemu człowiekowi szansę, choćby po to, aby dał się poznać.

Małgosia