BÓL PRZEBUDZENIA

Za każdym razem gdy otwieram oczy i z powiek strzepuję resztki snu, próbuję z pierwszym świadomym wdechem wchłonąć w siebie obietnicę, którą obdarza mnie kolejny świt. Obietnice na odzyskanie samoświadomości, którą przez ostatnie lata skutecznie w sobie stłamsiłam.

Świadomość znienawidzoną, zmuszającą mnie do patrzenia w jej zwierciadło. Nie chciałam patrzeć, ponieważ to, co z każdym mijającym rokiem pokazywało, przestawało mi się podobać. Nie chciałam przyznać, że ta odbijająca się brzydota – to ja… Gdy sumienie waliło po głowie, zamykałam umysł. Świadomość gasła. W moim wnętrzu zagościł mrok pokrywając resztki tego, co dobre i jasne. Nie dostrzegałam już nic, błądziłam po omacku, gubiąc się we własnych labiryntach, o których istnieniu nie miałam nawet pojęcia. Popychały mnie już tylko złe pragnienia, coraz bliżej dna duszy. Zatraciłam się w nich. Przestałam odczuwać w sobie człowieczeństwo. Przestałam chcieć żyć i dążąc uparcie do samodestrukcji, topiłam się w narkotycznej iluzji fałszywego szczęścia i szybkiej śmierci.

Jednak życie nie zrezygnowało ze mnie, pchnęło los do działania a ten uwięził mnie, wstawiając kraty w okna i wykręcając klamki z drzwi. Skazał mnie na konfrontację z samą sobą. Postawił mnie przed gniewem sumienia, które stało się moim największym sędzią i najgorszym katem. Nie sposób stąd uciec – przed swoimi lękami i deficytami, które muszę w końcu zaakceptować lub z nimi walczyć, a nie jak dotąd wypierać.

Narzucona trzeźwość spełnia swoje zadanie. Zdziera wrośniętą zasłonę z mych oczu, rozprasza mrok zapomnienia. To mozolny i bolesny proces. I tak powoli każdy dzień otula mnie wspomnianą obietnicą przebudzenia. Każdy oddech o poranku wtacza w mój umysł świeży powiew świadomości A świadomość małymi promykami rozświetla moje serce i rozpala wiarę. Choć wiem, że zanim światło zabłyśnie swą jasnością we mnie, czeka mnie nieunikniony szok. Uderzy we mnie niedowierzanie nad ogromem czekającej mnie pracy i koniecznych zmian.

Wierzę, że sobie poradzę. Tęsknota za życiem w blasku dnia wpompuje w moje serce chęć pojednania się z nim!

ISTNIENIE

Przekroczyłam granicę rzeczywistości
Krocząc drogą bez powrotu
Pogrążając się w ciemnej otchłani ludzkiego wnętrza.
Błądząc korytarzami znaczeń wokół własnej duszy
Labirynt strachu i ignorancji
– to nienawiść.
Proste słowa tłumaczą złożone myśli
A ja nie chcę dziś myśleć!
Nadszedł czas szybowania w przestworzach ludzkiej natury
Wczoraj śniłam na jawie: Byłam wolna!
Wir moich myśli huczał mi w głowie
I tylko wodospady ciszy grały w rytm swoich narodzin
To wszystko i nic
Jestem tylko ja i mój strach
Tym większy im bardziej staram się go stłumić
Jak czas odlatuje moja dusza i jak ja odchodzi
Ponad płomienie nieświadomości
W zakątkach mej psychiki tworzy się myśl
Myśl człowieka zagubionego
Widoczna przez pryzmat tego co przeżyłam
To przykre doświadczenie losu
Pozostała mi już tylko walka o jeszcze kilka kolejnych chwil!
Ale po co?
– By zaistnieć!

Marita

Znalazłam Cię…

Nawet bym nie pomyślała, że znajdę Cię w takim miejscu, pośród „tych” ludzi… A jednak znalazłam, jesteś tu… Jesteś różą wyrastającą na tym fałszywym, bezdusznym ludzkim zbiorowisku…

Kiedyś miałam przyjaciółkę, to były szczenięce lata, nasze drogi w dorosłość w końcu się rozeszły. Myślałam, że już nigdy ktoś taki nie pojawi się w moim życiu, nie stanie na mojej drodze. Jednak los chciał inaczej.

Zjawiłaś się w jednym z najgorszych momentów mojego jestestwa, wtedy gdy wszyscy się ode mnie odwrócili, zapomnieli.

Ty mimo wszystko i przeciw wszystkim byłaś i jesteś do dziś, moja kochana przyjaciółko.

Dziękuję, że byłaś, jesteś i że będziesz. A wiem, że będziesz, Justynko. W Twoich oczach widzę to zrozumienie, inni mają tylko puste spojrzenie.

Życzę Wam wszystkim takiej bratniej duszy, jaką ja znalazłam. Wystarczy, że na siebie spojrzymy i już wiemy, o co chodzi. A jej oczy… Jej oczy są najdroższe, bo prawdziwe.

Dziękuję Ci, że jesteś, Kitka.

Twoja zawsze ta sama,

Iluś

Ilona

Sen o śnie

Poranny apel budzi we mnie codzienną, ospałą rutynę. Miska już czeka, by objąć sobą wpadającą w jej ramiona wodę. Zielone, więzienne mydło wsiąka w skórę zapachem zniewolenia. Gorzki smak czarnej kawy jest marnym substytutem słodkiej wolności, próbując w ten sposób podarować sobie chwilowe znieczulenie, pozorne zaleczenie frustracji.

Oczy skrywają skraplające się rozgoryczenie za zasłoną nikotynowego dymu. Nie chcę, by ktokolwiek dostrzegł brak wiary w przyszłość. Dłonie zaciskają się niecierpliwie przejmując chłód stalowej kraty, by ostudzić rozgorączkowane myśli. Dusza wciąż nie chce dołączyć do mnie zza muru porzuconych wspomnień.

Czas wlecze się opornie, a ja nie mam tej mocy, by go ponaglić. Niestrudzenie i mozolnie liczę więc pełzające minuty, godziny i kolejne dni dzielące mnie od powrotu do „niej”.

Znużone tęsknotą ciało zasypia układając się z poduszką na nocną ucieczkę w równoległe światy. Tylko trwała obojętność ściany niezmiennie stoi na straży mego więzienia. Delikatnie lecz bezpardonowe dotknięcie małej rączki wytrąca ze mnie sen. Wizualizuje się przy mnie moja Anetka: ”Obudź się, mamusiu, obudź!”. Uśmiecha się figlarnie. To najpiękniejsza melodia dla mych głodnych uszu. Identyfikuję rzeczywistość: „Boże, ale miałam straszny sen!”. Przez ułamek nieświadomości przeszłość próbowała podstępnie zagarnąć mnie dla siebie. Patrzę wciąż niedowierzając na córeczkę, a usta rozciągają się i zastygają w uśmiechu jakby wciśnięto mi w nie wieszak. Nadrabiam wykradziony przez noc czas, a on nadwyrężony i wyeksploatowany przez nasze szczęśliwe, wspólne chwile odpręża się w otchłani naszej miłości. Zawstydzone słońce rumieni się czerwienią swojego zachodu żałując, że musi poddać się biegowi ziemi. Sercem w serce wtulone, my dwie płyniemy do gwiazd nocy, która już obiecuje jutrzejszy początek. I nagle, delikatny lecz bezpardonowy głos współosadzonej Anety wbija mnie w  świt codziennej ospałej rutyny: „Obudź się, Marita, apel!!!”. Nie otwieram oczu, by nie przyjąć narzuconej prawdy, a świadomość nie chce pożegnać sennego marzenia „Boże, ale miałam piękny sen! Przez jedno mgnienie oka znów miałam dom”. Przeszłość ze mnie zakpiła, a ból wyciska z oczu rozżalenie, które stacza się po policzku i osiada na ustach, tak dobrze znanym, słonym smakiem. Zmywam go goryczą kary i ponownie zaczynam odliczanie.

Marita

Mój chyba najmniejszy post :)

A to dlatego, że BARDZO, ale to BARDZO mocno chciałabym wiedzieć, jak czytelnikom bloga upłynęły wakacje :). Jeżeli możecie to napiszcie, dokąd mieliście okazję wyjechać. Bez względu na to, czy był to czas spędzony przyjemnie, czy ciut mniej przyjemnie, interesuje mnie każdy jeden taki wypad. Co fajnego Was spotkało, co interesującego widzieliście, co dobrego jedliście… Każdy szczegół miło będzie poznać. Dziękuję każdej osobie, która zechce się tym ze mną podzielić.

Małgosia

♦♦♦

Bardzo dziękuję…

Wszystkim razem i każdej osobie z osobna za cudowne opisy tego, jak spędziliście wakacje!

Nie spodziewałam się tylu komentarzy i aż mi się mordka od ucha do ucha ucieszyła, kiedy je czytałam i to wielokrotnie (i nie dlatego, że nie zrozumiałam ;).

To trochę tak, jakbym podczas lektury wędrowała w te miejsca, w których Wy byliście.

Ninka napisała o meduzach 🙂 – uwielbiam nasze morze, co roku wyjeżdżałam nad Bałtyk i przypomniało mi się przy okazji, jak któregoś roku była plaga biedronek. Jak leciały chmarą i wylądowały pokrywając wszystko i wszystkich na plaży, Każdy biegł do wody, żeby je z siebie spłukać. Potem kilkanaście metrów tafla wody była nimi pokryta. Zawsze biedroneczki kojarzyły mi się z liczeniem kropek albo przynoszeniem „z nieba kawałka chleba”, a tu rój taki, że kiedy ci pokrył ciało, to dreszcze się miało jak przy febrze. Wybitnie nieprzyjemne zjawisko i zapamiętam ja do końca życia – no chyba, że dopadnie mnie skleroza ;).

To zabawne, że czyjś opis sytuacji sprawia, iż w głowie przypomina się coś na swój sposób podobnego.

Mam nadzieję, że każde wakacje będą dla Was obfitowały tylko w przyjemne przeżycia i ciepłe, kolorowe wspomnienia.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za wpisy i pozdrawiam,

Małgosia

Rosja

Napiszę, co jest drogie i miłe mojemu sercu i za czym tęsknię.

Urodziłam się w Smoleńsku, gdzie dużo drzew i parków, zielono i spokojnie. To bardzo piękne miasto ze swoją historią, położone na siedmiu wzgórzach. Jeśli ktoś nie wie, Smoleńsk powstał na przełomie XIII i XIV wieku, kiedy u władzy był polsko-litewski książę Igor. Nie było jeszcze Moskwy ani Sankt Pitersburga (Sankt Pitersburg to pierwsza nazwa obecnego Sankt Petersburga).

Mała garstka przybyszów, ludzi nie wiadomo skąd, ludzi wiary prawosławnej, osiedliła się na ziemi dookoła bagien i lasów, powstała osada. Trzeba było płacić dań, zbierali z sosen żywicę (po rosyjsku smoła) i tak powstała nazwa Smoleńsk. Herb Smoleńska to „Ptach Feniks” – z popiołu powstaje. Miasto było zniszczone i spalone, zarówno przez Napoleona, jak i przez niemieckich okupantów. Ale zawsze odradzało się na nowo.

Jako człowiek, który zamieszkuje od 1995 roku na stałe w Polsce, nie mam nostalgii, bo inaczej nie mogłabym mieszkać nigdzie indziej poza ojczyzną. Mam jednak tęsknotę za domem, za przyjaciółmi, za miastami, które kocham i za zwykłą rosyjską mentalnością. Tęsknię za Uspieńskim Soborem – pięć pozłacanych okrągłych kopuł – wybudowanym na najwyższym wzgórzu i widocznym ze wszystkich stron. Za rzeką Dniepr, w której jako mała dziewczynka uczyłam się pływać. Tęsknię za Moskwą, gdzie zostawiłam swoje przyjaciółki, za Arbatem – dzielnicą zamieszkałą przez aktorów, reżyserów i elitę rosyjską. Za Newskim Prospektem, za ruchem tak niesamowicie szybkim, za gwarem tak różnojęzycznym. Pośpiech w Moskwie zawsze porównywałam z biegnącymi na wyścigu końmi, które mają na oczach klapy i nic nie widzą prócz mety. Bardzo tęsknię za Teatrem Wielkim i za baletem. Za żywymi kolorami. Moskwa w nocy żyje tak samo intensywnie jak w dzień. Tęsknię za blinami z kawiorem, za suszoną rybą „Taranka” i za naprawdę rosyjskimi pierogami, które piekła moja babcia Wasilisa z mąki pszennej zmieszanej z mąką żytnią, w środku kartofle z podsmażaną słoninką i mięsem z cebulką, albo z kapustą. Jak babcia wyjmowała pierogi z pieca, skórka błyszczała brązowo-złotym kolorem, były duże i tak smaczne, zarówno na ciepło jak i na zimno. Tęsknię za grubą słoniną w środku z mięskiem natartym solą, czosnkiem, papryką słodką i ostrą, za grzybami grudz, które moja mama przekładała solą, a w zimę mieliśmy je jak świeże z lasu. Tęsknię są Sankt Petersburgiem (kiedyś Leningrad), gdzie mieszka mój wujek. W Rosji nazywają to miasto Wenecją Północy. Często tam wyjeżdżałam, żeby popatrzeć na białe noce i na mosty otwierane co noc. Ermitaż – na zwiedzenie go nie wystarczyło mi tygodnia. Pałac Zimowy wybudowany przez carycę Elżbietę, w którym mieszkała cesarzowa Katarzyna II. I niesamowici ludzie, którzy przeżyli blokadę w czasie wojny z bólem i w wielkiej godności, tacy spokojni i mądrzy.

Tęsknię za Soczi, za Czarnym Morzem, za delfinami wyskakującymi z wody. Za trzypiętrową restauracją – Sala Błękitna, Sala Czerwona, Sala Zimowa. Nie było mnie stać cokolwiek tam zamówić, ale patrzyłam na jeziorko zrobione pośrodku, po którym pływały łabędzie w swej nieskazitelnej gracji.

Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Mam dwa domy: ten, za którym tęsknię – to moja ojczyzna i ten, który wybrałam w Polsce, który kocham i w którym czuję się bezpiecznie i dobrze. Każdy z nas ma tęsknoty i wspomnienia, których nikt nam nie odbierze, bo są w naszej pamięci i sercu.

Walentina

Ty i ja

Ty i ja

Całkiem sobie obce

A jednak podobne

Lecz każda z inną przeszłością

Z odrębnym początkiem

Jak dwa różne światy

Zmuszona przez okrutny czas

Na jednej orbicie życia trwać…

Ty i ja

zalęknionym wzrokiem

Patrzymy sobie w oczy

Jedna drugiej spijają z ust

Gorzkie łzy prawdy

I nagle spłoszone

Drgnięciem własnych serc

Chowamy się za powiekami strachu

Ocierając się o ból…

Ty i ja

Obydwie zhańbione

Wydrwione za własną człowieczość

Chylimy przed Bogiem

Czoła pełne wstydu

Gorliwie modląc się

O kolejny normalny dzień…

Ty i ja

Rezygnując z marzeń

Chowając do kieszeni wstyd

Robimy co do nas należy

Nie zważając, że życie

Swoje nam dołoży:

Próbujemy stworzyć naszym dzieciom

Lepszą przyszłość

Lecz tylko nasz grzech

Jest ich dziedzictwem…

Ty i ja

Więźniarki….

Autorka wiersza: Marita

Wschód – Zachód

Polska nie jest wielkim krajem. Podróżowałam po niej często. Na wolności na wiele rzeczy nie zwraca się uwagi, jednak po tej stronie zupełnie inaczej postrzegamy świat. Rzeczywistość jest trochę inna, ma inne odcienie.

Chcę napisać o ludziach, których spotkałam w Grudziądzu w czasie mojego trzymiesięcznego pobytu w ZK nr 1.

Poprzednim razem byłam tam w 2003 r. Trzynaście lat temu byłam gówniarą i mało jeszcze o życiu wiedziałam. Chwaliłam sobie Grudziądz, dlatego pełna optymizmu jechałam i tym razem. Okazało się, że moje wspomnienia były zakłamane – „bilbordy kłamią”.

Większość, stanowcza większość towarzystwa, które tam spotkałam, pochodziła z zachodniej części Polski, a dokładnie z województwa zachodniopomorskiego. Pełna pozytywnej energii i pozytywnego nastawienia do życia, które uważam za wielki dar, przybyłam do Grudziądza. Co tam zastałam?

Masę młodych dziewczyn, bez wyrazu twarzy. Niechęć do wszystkiego aż od nich raziła. Pomyślałam, że coś złego musiało się tu wydarzyć. Nastroje panowały jak po II wojnie światowej i tylko problemy, po których panował ten nastrój były błahe, bez jakiegokolwiek znaczenia. Ile lat żyję, nie widziałam tak smutnych ludzi. Jakby byli zarażeni wirusem niechęci.

Postawiłam sobie nowy cel: zmienić nastawienie tych ludzi. Byłam pełna zapału, jednak poległam. Za dużo nienawiści, smutku i paranoi. Tak mnie przytłumiła ta atmosfera, że strach pojawił się we mnie, strach, że stanę się taka, jak oni…

W samą porę pojawił się transport, który zabrał mnie z powrotem do stolicy. Uśmiech nie znikał mi z twarzy przez całą drogę. Dojechałam i znowu poczułam tę radość z otaczających mnie ludzi. Dziękuję Dziewczynom za te uśmiechy i radość życia. Dajecie mi siłę i chcę również Wam ją dawać.

Zastanawiam się, dlaczego 300 kilometrów robi tak wielką różnicę w mentalności ludzi? Nie znam odpowiedzi, ale znam odpowiedź, gdzie chcę pozostać, w trakcie odbywania kary i po wyjściu – w Warszawie, pięknej i chaotycznej Warszawie, za którą przelali krew Powstańcy w 1944 roku.

Jak wiele zmienia uśmiech.

Poli

Nasze wymarzone wakacje, czyli sezon ogórkowy w pełni

Moje wymarzone wakacje to wakacje z dziećmi, obojętnie, w jakim miejscu, w Polsce albo zagranicą, oby na wolności.

Rybcia

  ♦

Chciałybyśmy spędzić wakacje nad morzem, w gronie rodzinnym, minimum dwa tygodnie. Oczywiście nad naszym polskim morzem.

Błękitne miękkie fale na fioletowym tle, a małe białe kraby chodziłyby bokiem.

Permanentny zachód słońca, kolory wyraziste – odcienie i nasycenie.

Wszystko dla nas fajne.

Palma przy palmie (to już zagranica 🙂 i my – chillautowe wakacje, stan ducha.

Thx.

Ilona i Batory

 ♦

 

Moje wymarzone wakacje w tym miejscu to po prostu wizja w mojej fantazji. Chcę przenieść się do „carskich ogrodów”, gdzie są róże, jeziorko, a w nim pływające łabędzie – raj na ziemi.

Wala

 ♦

 

A ja chciałabym (już kiedyś o tym pisałam) cygańskim wozem pojeździć po całej Europie.

Małgosia

  ♦

Chciałabym pojechać w trasę i zwiedzić zamki w naszej Polsce, bo czytałam ostatnio, że mamy ich wiele i są bardzo interesujące. Zwiedzać je z plecakiem na plecach i spać w namiocie.

Monika

  ♦

Góry, morze, plaża, słońce – ciepły klimat, w egzotycznym kraju. I ja wraz z przyjaciółmi opalająca się na plaży, bawiąca się wieczorami – tego teraz pragnę.

Sarna

  ♦

Moje ulubione miejsce na wakacje to las, łono natury z dala od zgiełku, ludzi. Zupełnie odcięta od świata. Nocne ogniska. Tylko ja, mój ukochany i przyroda. Od wielu lat tak spędzam wolny czas. Jest super – polecam.

Dada

 

 

Moja strata, moje straty

Moją największą startą jest to, że pozwoliłam sobie odebrać dziecko.

A najgorsze w tym jest to, że ja przez wiele lat obwiniałam za to innych – w sobie nigdy winy nie szukałam.

„Przecież ja jestem dobrą matką” – tłumaczyłam sobie.

Bardzo dużo czasu minęło zanim uświadomiłam sobie, że to ja zawaliłam. Dziś Bogu dziękuję, że udało się tak, że moja Kati została w rodzinie. Wkrótce kończy 15 lat.

Nadejdzie dzień, że będę musiała z nią stanąć twarz w twarz i rozliczyć się z błędów, które popełniłam i możliwe, że mi wybaczy. Tylko jest jeden problem – ja nigdy nie wybaczę sobie. Nie potrafię zapomnieć tych straconych lat, najpiękniejszych, kiedy mogłam ją usypiać, przytulać, czytać jej ulubione bajki. Czasu cofnąć się nie da.

Słuchałam innych matek, które miały podobne problemy, jak mówiły o utracie swoich pociech i o tym, że po latach zostało im wybaczone. Są takie zadowolone, że dzieci im wybaczyły. A co z ich sumieniem? – pytam. Przecież to nie napis, zmazać gumką się nie da.

Może niektórzy tak uważają, że to wystarczy. Jest po sprawie, zamykamy ten rozdział.

Dla mnie nigdy tak nie będzie.

Do końca życia będzie mnie prześladować myśl, że mogłam zrobić więcej, aby ją przy sobie utrzymać. Nie ma sytuacji bez wyjścia, jak się chce. Wariant jakiś zawsze jest. Szkoda, że tak późno to dostrzegłam.

Uważam też, że poszłam trochę na łatwiznę. Wiedziałam, że Kati zostanie w rodzinie, nie zazna głodu, domu dziecka. Nikt jej nie skrzywdzi, tak jak mnie. Tylko nie wzięłam pod uwagę, że w danym momencie to ja ją bardzo krzywdzę swoją nieobecnością.

Jestem twarda. Życie dało mi w kość. Mimo wszystko po upadku podnoszę się i staram iść dalej, ale myśl o tym, że utraciłam Małą, sprawia, że jestem takim małym kamyczkiem pośród skał, które ciągle stają się większe i cięższe. Szkoda, że nie mamy mocy cofania czasu, naprawy tego, co źle zrobiliśmy.

Dada

Słowo tworzy dzieło

Nie wiem, jak długo pochylam się nad tą kartką papieru leżącą przede mną, która prowokacyjnie wysuwa ku mnie swoje niezapisane oblicze. Wpatrywałam się w nią a ona wyczekująco raziła moje oczy bielą pustego spojrzenia.

Mózg mi się wyżymał, nieuporządkowane myśli przeskakiwały w głowie jak nuty po pięciolinii, a oczy zaczęły boleć tak, że miałam wrażenie, że za moment wypadną z oczodołów i poturlają się po podłodze.

Jak niby w kilku zdaniach naszkicować swój portret? Bez upiększania i wygładzania a równocześnie nie stwarzając własnej karykatury? Jak ubrać myśli w słowa i zamknięte we mnie uczucia, aby przedstawić swój obraz bez zbędnych sugestii i narzuconej perspektywy?

Napiszę tylko, że jestem introwertyczką, zagubioną w zakamarkach wewnętrznych pragnień i towarzyszącym im emocji.

Jestem duszą potępioną przez samokrytykę, którą noszę w sobie. Jestem małym dzieckiem pragnącym mojej miłości i akceptacji, której wciąż mu odmawiam. Jestem w końcu osobą poszukującą prawdy o sobie, o życiu i wciąż, wciąż walczącą o zachowanie harmonii pomiędzy sercem a umysłem, gdzie jedno szepce „tak”, a drugie krzyczy „nie”.

Im bardziej i dłużej się tak ze sobą szarpię, tym mocniej uświadamiam sobie, że tylko oddalam się od zamierzonego celu.

Jest takie zdanie, które zapożyczyłam od jednego z wielkich tego świata i z którym staram się utożsamiać:

„ Niebo gwiaździste nade mną a prawo moralne we mnie” (Immanuel Kant).

Resztę mam nadzieję powiedzą Wam moje literackie wypociny, które prezentuję z pewną dozą nieśmiałości, aczkolwiek bez fałszywej skromności.

Marita

♦♦♦

Autoprotret

Jestem jak ćma

Błądzę wśród ciemności losu

Rozbijając się o ściany doświadczeń

Światła pragnę!

Światła!

Lecę do niego trzepocząc skrzydłami

i ginę w płomieniu

marzeń i ścian.

♦♦♦

Oto ja

Oto ja

Ratuję ćmę gasząc światło

A sama ginę w ciemnościach,

bo wszystk, co mam, to niepweność

zamkniętą w sercu

Oto ja

Skulona w ciemnym kącie

Z papierosem w ręku

Szepcząca do siebie miłosne wyznania

Kraty zasłaniające świat

Miłość, która się spóźnia

Wieczna samotność

Oto ja

Teraz już mnie znasz

♦♦♦

Zabawka

Zamotana wewnętrznie

Zaplątana własnymi myślami

Szamoczę się z sercem,

które chce wyskoczyć i wtulić się

w Twoje zamknięte egoizmem ramiona.

Oczy szukają Twojego spojrzenia,

które chowasz pod powiekami strachu.

Znieczulony na miłość

bawisz się mną.

Dajesz zasmakować tego, co najlepsze,

by po chwili odebrać.

Wdzierasz się w moje myśli,

zmieniasz je i napełniasz sobą.

Kradniesz resztki prywatności

i odchodzisz

ze wszystkim, co moje,

dając w zamian dziką samotność.

Teraz jestem pusta….

i pełna w Tobie.

♦♦♦

Depresja

Swoje, własne, spieprzone życie

można przełknąć z garścią prochów

i wpaść w ramiona

kosmatej ciemności.

I nagle

w długim jak rurka kroplówki

szpitalnym korytarzu

przechadza się niedoszły samobójca

a w jego głowie śpiewają ptaszki

wesołych myśli.

♦♦♦

Pisklę

Moja psychika spuchła

od ilości złych doświadczeń.

Ramiona zbyt drobne,

by udźwignąć ciężar własnych porażek.

Wciąż za mało mam lat,

by zrozumieć sens istnienia życia.

Jestem jak pisklę za wcześnie

wyrzucone z gniazda.

Nie umiem latać, bo brutalnie

oderwano mnie od marzeń.

A noc mnie oszukała

– sny się nie spełniają.

„Gdzie jesteś, Mamo? – Zobacz!

Drżę z zimna, bo brakuje mi Twych skrzydeł!!”

Lecz nie mam odwagi, by wtulić głowę

w Twe ramiona…

Zmaltretowane serce

traci zdolność odczuwania.

Niedojrzałą duszę

wyprzedził czas.

Spadam w dół

wyobraźnią kierując się w nicość

niespełnionych pragnień…