Dzieciństwo

„Łowiczanka jestem z samego Łowicza hmm… coś tam, coś tam, wianków nie wyliczam’”.
Tak to jakoś leciało – więc już wiecie skąd pochodzę. Łowicz – zbyt wiele o tej miejscowości Wam nie napiszę. Na pewno mogę powiedzieć, że się tam urodziłam, a z opowiadań wiem, że są tam piękne kościoły, jest też stary zamek (ruiny zamku). Łowicz również słynie z pięknych strojów łowickich, zwanych po ludowemu ”pasiaki”. Jeśli nic Wam to nie mówi, wystarczy spojrzeć na mleko łowickie. W realu są one przepiękne, kogo interesują takie rzeczy, to warto żeby zobaczył.
Chciałam Wam tak naprawdę napisać o szczególnym dla mnie miejscu, w którym przeżyłam wspaniałe 4 lata swojego dzieciństwa, bo tyle było mi dane. Gdy miałam okołu pięciu lat dziadkowie zabrali mnie na wieś znajdującą się pod Łyszkowicami. W tamtym okresie myślałam, że wzięli mnie tylko po to abym im tyrała w polu. Dziś nie jest to spotykane, krzykniesz na dziecko i już masz problemy. Nie byłam zadowolona, gdyż dosłownie we wszystkim musiałam pomagać, na zasadzie zasłużysz, to dostaniesz. Babcia zawsze powtarzała „Za darmo nie ma nic, drogie dziecko, praca popłaca”. Pamiętam jak jeździła 3 km do najbliższego sklepu. Ja uwielbiałam lody, wysyłała mnie na pole, musiałam uzbierać parę łubianek truskawek i kiedy wracałam w lodówce czekał na mnie lód. Tak się przyzwyczaiłam, że jak miałam na coś ochotę, to biegłam z pytaniami, czy trzeba w czymś pomóc. A babcia zadowolona była, że wychowuje mnie zgodnie ze swoimi zasadami, czyli „wilk syty i owca cała”. Złościło mnie to, choć nie mogłam tego okazać, bo wiedziałam, że bierze za mnie pieniądze, które tak naprawdę są moje.
Bardzo bym chciała mieć moc cofania się w czasie, mieć znów 7 lat i przeżyć to od nowa. Byliśmy biedną rodziną, ale kochającą – oni mnie kochali, mnie uczyli kochać. Napiszę prostymi słowami: biedne wieśniaki, nie stać nas było na traktory czy wynajem kombajnu. Wszystko u nas odbywało się ręcznie, my byliśmy traktorami :). Może poza koniem, który bardzo nas wyręczał, np. w bronowaniu, szacun dla konika o imieniu Kropek :). W żniwa szliśmy na piechotę na pole, którego końca nigdy nie było widać. Gdy stałam na górce wydawało mi się, że het pod lasem się kończy piękny widok, same pola. Obok naszej ziemi rozpościerała się przepiękna trawa. Uwielbiałam tam buszować na boso, przyjemnie łaskotała mnie w stopy, żywy dywan. Jednak czas laby szybko się kończył, dziadek już zaczął kosić, za nim babcia, która zbierała trawę w kupki. Dalej moja rola, za nią na samym końcu ledwo widoczna, wiązałam w snopki i stawiałam domki, na które mówiłam indiańskie. W przerwie chowałam się do środka i spożywałam obiady. Babcia jechała do domu 1,5 godziny wcześniej i przywoziła kluseczki domowej roboty ze śmietaną i truskawkami, mniam :).
Czasem znajdowałam też czas na zabawę. Miałam dużą lalę, z długimi włosami, które szybko straciła. Moja wina? Nie! A kto położył nożyczki na stole? 🙂 Lala była bardziej moim pomocnikiem, w niedziele i sobotę po obiedzie, chodziłam za stodołę pilnować małych gęsi, kiedy się pasły. A ja z lalą pod jabłonką prowadziłam dialogi do wieczora. To znaczy, wiecie, gadałam sama ze sobą i teraz też czasem ze sobą gadam. A co? 🙂 Kładłam się na koc, patrzyłam w niebo i z chmur układały się postacie, zawsze mi się to podobało. Sąsiad znów zaczyna, rżnie drzewo aż wióry lecą, hałasuje i zakłóca mój spokój. Nie mogę nic z chmurek ułożyć, bo mnie rozprasza, ale co tam, w zamian za to mam zapach świeżo ciętego drzewa. Ciepły wiatr targa moją grzywkę a ja zamykam oczy i myślę o niebieskich migdałach.
Całą zimę siedziałam w domu. Czasem wychodziłam na kulig, zabawy co nie miara. Dzieciaki ze wsi się zbierały, każdy coś przyniósł, jedni koce, jaśki, inni ciepłe picie. Jeden dorosły i my, zgraja dzieciaków. Mnie dziadek sadzał w drugim rzędzie, bo twierdził, że tam bezpieczniej. Zawsze chciałam na końcu, co z tego, że mogłam spaść. Lepsze to, niż jak koń bąka puścił… nieciekawa sprawa :).
Wiosna na wsi to raj dla zmysłów. Roztapiający lód, który lśnił w słońcu, aby później ukryć się w szczelinach betonu i zniknąć na zawsze. Moja kochana jabłonka, która budziła się do życia. Lubiłam patrzeć, jak pąki otwierają się z dnia na dzień. Chodziłam z konewką wody, która była chyba cięższa ode mnie i uważałam, że to dzięki mnie, bo o nią dbam. W mieście robaka widzimy i trzeba się go pozbyć. Gdy wiosna się budzi, to wraz z nią wszelakie małe stworzonka, którymi natura nas obdarzyła. Babcia zawsze mówiła: ”Wypuść tą mrówkę ze słoika, chciałabyś, żeby Ciebie tak ktoś zamknął? Ona też czuje”. Kiedyś przez stonkę dostałam pasem, bo spóźniłam się do szkoły, a ona przez jezdnię przechodziła i nie chciałam, aby ją auto rąbnęło – dziwna ta babcia, myślałam najpierw, karze mi o nie dbać, a jak to robię, dostaję lanie. Wiecie co to stonka? Szkodnik ziemniaka!

Sianokosy to czas, kiedy pracujesz, pracujesz i końca nie ma chyba nigdy. Rano na pole, czasem na piechotę, czasem wcisnęłam się na siodełko i z płaczem, bo niewyspana. Kijek w dłoń, trząsasz, grabisz… i tak nieraz przez trzy dni to samo, aż siano będzie suche. Potem w kupki na wóz i do stodoły. Moja ulubiona chwila to jazda na wozie, w takim stosie co to kłuje (uwierzcie mi to euforia). Przyjemnością było dla mnie, gdy musiałam iść dwa kilometry, aby krowy na polu przewiązać, a po cichu do kieszeni mały kubeczek, aby udoić od krowy ciepłego mleka z pianką. Nie wolno mi było tego robić, bo krowy mają swoje pory dojenia: rano o 5.00 i 12.00 i np. 20.00, ale co tam, przecież krowa babci nie powie. Nawet jeśli by się dowiedziała, to warto dla takiego kubeczka dostać ścierą po głowie. W drodze powrotnej zatrzymywałam się nad stawami, aby pobawić się z kijankami. Chowałam się, aby mnie nikt nie widział. Zawsze obiecywałam, że zaraz wrócę i nigdy nie dotrzymałam słowa, to było silniejsze ode mnie.

Niedzielny obiad babci pobudzał kubki smakowe. Już w sobotę cały dom wypełniony był zapachami wypieków. Makowiec w jej wydaniu to mistrzostwo, jabłecznik ze zeszłorocznych jabłek ze słoika oraz sernik – ze swojego sera. Chlebek sama piekła z prawdziwym masłem, z wędzoną kiełbasą zrobioną przez dziadka. Przeżycia nie do opisania. Jeszcze lepsze przeżycia miałam, kiedy wsadziłam łapę do wędzarni, aby uszczknąć choć kawałek, bo mi ślinka leciała i się poparzyłam.
Kochane Ludziska wspomnień pięknych z tego jakże przecudownego miejsca mam tak dużo, że mogłabym książeczkę napisać. Nie wiem, czy to się zmieści, ale powiem Wam jedno: cieszę się, bo choć jestem biednym człowiekiem, nawet własnego lokum nie posiadam, ale czuję się bardzo bogata właśnie przez te 4 lata najcudowniejszych wspomnień, których nikt ani nic nie jest w stanie mi zabrać. Mogę zgubić coś, mogą ukraść mi portfel, ale moje wspomnienia są bezpieczne, ponieważ do końca pozostaną w mojej głowie oraz serduchu.
Najwspanialszej kobiecie, którą była moja babcia, dwa słowa, których nigdy nie miałam okazji jej powiedzieć: Dziękuję, za dzieciństwo, kocham, bo Ty mnie tego nauczyłaś.
Przepraszam, że nie byłam wnuczką, jaką powinnam być.

Pozdrawiam wszystkich, którzy nas czytają i wspierają. Szczególne podziękowania dla Dagi za odpis Moja Strata – moje straty.

DADA

 

Ach, cóż to był za grill…

Ponieważ Aneta B z grubsza opisała tą historyczną imprezę, to nie będę się jakoś zbyt szeroko tu rozwodziła.

Jeszcze raz chciałabym podziękować WSZYSTKIM osobom, dzięki którym to spotkanie mogło mieć miejsce.

Dla mnie było to wielkie coś, bo nie dość, że miałam okazję posiedzieć z moją przyjaciółką i pogadać, to jeszcze najadłam się przypalonej na węgiel kiełbaski aż „po kokardę” ;). Zwęglona kiełbaska + zwęglony chlebek = umorusana gęba i brudne ręce. Radocha była ogromna. Czarne od węgla żabki szczerzyły się maksymalnie i jeszcze po powrocie do celi czułam zapach, bo wszystko osiadło elegancko na ubraniu. Śmiałam się sama z siebie w głos, bo tylko prosiłam Batorego „przypal tą kiełbasę i zjaraj chlebek”. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio najadłam się aż tyle węgla :). Zakładam, że gdybym mocniej ścisnęła pośladki, to wypadłby spory diamencik ;).
I tym głupkowatym zdaniem skończę ten mój pościk ;).

Małgosia

Mój chyba najmniejszy post :)

A to dlatego, że BARDZO, ale to BARDZO mocno chciałabym wiedzieć, jak czytelnikom bloga upłynęły wakacje :). Jeżeli możecie to napiszcie, dokąd mieliście okazję wyjechać. Bez względu na to, czy był to czas spędzony przyjemnie, czy ciut mniej przyjemnie, interesuje mnie każdy jeden taki wypad. Co fajnego Was spotkało, co interesującego widzieliście, co dobrego jedliście… Każdy szczegół miło będzie poznać. Dziękuję każdej osobie, która zechce się tym ze mną podzielić.

Małgosia

♦♦♦

Bardzo dziękuję…

Wszystkim razem i każdej osobie z osobna za cudowne opisy tego, jak spędziliście wakacje!

Nie spodziewałam się tylu komentarzy i aż mi się mordka od ucha do ucha ucieszyła, kiedy je czytałam i to wielokrotnie (i nie dlatego, że nie zrozumiałam ;).

To trochę tak, jakbym podczas lektury wędrowała w te miejsca, w których Wy byliście.

Ninka napisała o meduzach 🙂 – uwielbiam nasze morze, co roku wyjeżdżałam nad Bałtyk i przypomniało mi się przy okazji, jak któregoś roku była plaga biedronek. Jak leciały chmarą i wylądowały pokrywając wszystko i wszystkich na plaży, Każdy biegł do wody, żeby je z siebie spłukać. Potem kilkanaście metrów tafla wody była nimi pokryta. Zawsze biedroneczki kojarzyły mi się z liczeniem kropek albo przynoszeniem „z nieba kawałka chleba”, a tu rój taki, że kiedy ci pokrył ciało, to dreszcze się miało jak przy febrze. Wybitnie nieprzyjemne zjawisko i zapamiętam ja do końca życia – no chyba, że dopadnie mnie skleroza ;).

To zabawne, że czyjś opis sytuacji sprawia, iż w głowie przypomina się coś na swój sposób podobnego.

Mam nadzieję, że każde wakacje będą dla Was obfitowały tylko w przyjemne przeżycia i ciepłe, kolorowe wspomnienia.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za wpisy i pozdrawiam,

Małgosia

Rosja

Napiszę, co jest drogie i miłe mojemu sercu i za czym tęsknię.

Urodziłam się w Smoleńsku, gdzie dużo drzew i parków, zielono i spokojnie. To bardzo piękne miasto ze swoją historią, położone na siedmiu wzgórzach. Jeśli ktoś nie wie, Smoleńsk powstał na przełomie XIII i XIV wieku, kiedy u władzy był polsko-litewski książę Igor. Nie było jeszcze Moskwy ani Sankt Pitersburga (Sankt Pitersburg to pierwsza nazwa obecnego Sankt Petersburga).

Mała garstka przybyszów, ludzi nie wiadomo skąd, ludzi wiary prawosławnej, osiedliła się na ziemi dookoła bagien i lasów, powstała osada. Trzeba było płacić dań, zbierali z sosen żywicę (po rosyjsku smoła) i tak powstała nazwa Smoleńsk. Herb Smoleńska to „Ptach Feniks” – z popiołu powstaje. Miasto było zniszczone i spalone, zarówno przez Napoleona, jak i przez niemieckich okupantów. Ale zawsze odradzało się na nowo.

Jako człowiek, który zamieszkuje od 1995 roku na stałe w Polsce, nie mam nostalgii, bo inaczej nie mogłabym mieszkać nigdzie indziej poza ojczyzną. Mam jednak tęsknotę za domem, za przyjaciółmi, za miastami, które kocham i za zwykłą rosyjską mentalnością. Tęsknię za Uspieńskim Soborem – pięć pozłacanych okrągłych kopuł – wybudowanym na najwyższym wzgórzu i widocznym ze wszystkich stron. Za rzeką Dniepr, w której jako mała dziewczynka uczyłam się pływać. Tęsknię za Moskwą, gdzie zostawiłam swoje przyjaciółki, za Arbatem – dzielnicą zamieszkałą przez aktorów, reżyserów i elitę rosyjską. Za Newskim Prospektem, za ruchem tak niesamowicie szybkim, za gwarem tak różnojęzycznym. Pośpiech w Moskwie zawsze porównywałam z biegnącymi na wyścigu końmi, które mają na oczach klapy i nic nie widzą prócz mety. Bardzo tęsknię za Teatrem Wielkim i za baletem. Za żywymi kolorami. Moskwa w nocy żyje tak samo intensywnie jak w dzień. Tęsknię za blinami z kawiorem, za suszoną rybą „Taranka” i za naprawdę rosyjskimi pierogami, które piekła moja babcia Wasilisa z mąki pszennej zmieszanej z mąką żytnią, w środku kartofle z podsmażaną słoninką i mięsem z cebulką, albo z kapustą. Jak babcia wyjmowała pierogi z pieca, skórka błyszczała brązowo-złotym kolorem, były duże i tak smaczne, zarówno na ciepło jak i na zimno. Tęsknię za grubą słoniną w środku z mięskiem natartym solą, czosnkiem, papryką słodką i ostrą, za grzybami grudz, które moja mama przekładała solą, a w zimę mieliśmy je jak świeże z lasu. Tęsknię są Sankt Petersburgiem (kiedyś Leningrad), gdzie mieszka mój wujek. W Rosji nazywają to miasto Wenecją Północy. Często tam wyjeżdżałam, żeby popatrzeć na białe noce i na mosty otwierane co noc. Ermitaż – na zwiedzenie go nie wystarczyło mi tygodnia. Pałac Zimowy wybudowany przez carycę Elżbietę, w którym mieszkała cesarzowa Katarzyna II. I niesamowici ludzie, którzy przeżyli blokadę w czasie wojny z bólem i w wielkiej godności, tacy spokojni i mądrzy.

Tęsknię za Soczi, za Czarnym Morzem, za delfinami wyskakującymi z wody. Za trzypiętrową restauracją – Sala Błękitna, Sala Czerwona, Sala Zimowa. Nie było mnie stać cokolwiek tam zamówić, ale patrzyłam na jeziorko zrobione pośrodku, po którym pływały łabędzie w swej nieskazitelnej gracji.

Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Mam dwa domy: ten, za którym tęsknię – to moja ojczyzna i ten, który wybrałam w Polsce, który kocham i w którym czuję się bezpiecznie i dobrze. Każdy z nas ma tęsknoty i wspomnienia, których nikt nam nie odbierze, bo są w naszej pamięci i sercu.

Walentina

Nasze wymarzone wakacje, czyli sezon ogórkowy w pełni

Moje wymarzone wakacje to wakacje z dziećmi, obojętnie, w jakim miejscu, w Polsce albo zagranicą, oby na wolności.

Rybcia

  ♦

Chciałybyśmy spędzić wakacje nad morzem, w gronie rodzinnym, minimum dwa tygodnie. Oczywiście nad naszym polskim morzem.

Błękitne miękkie fale na fioletowym tle, a małe białe kraby chodziłyby bokiem.

Permanentny zachód słońca, kolory wyraziste – odcienie i nasycenie.

Wszystko dla nas fajne.

Palma przy palmie (to już zagranica 🙂 i my – chillautowe wakacje, stan ducha.

Thx.

Ilona i Batory

 ♦

 

Moje wymarzone wakacje w tym miejscu to po prostu wizja w mojej fantazji. Chcę przenieść się do „carskich ogrodów”, gdzie są róże, jeziorko, a w nim pływające łabędzie – raj na ziemi.

Wala

 ♦

 

A ja chciałabym (już kiedyś o tym pisałam) cygańskim wozem pojeździć po całej Europie.

Małgosia

  ♦

Chciałabym pojechać w trasę i zwiedzić zamki w naszej Polsce, bo czytałam ostatnio, że mamy ich wiele i są bardzo interesujące. Zwiedzać je z plecakiem na plecach i spać w namiocie.

Monika

  ♦

Góry, morze, plaża, słońce – ciepły klimat, w egzotycznym kraju. I ja wraz z przyjaciółmi opalająca się na plaży, bawiąca się wieczorami – tego teraz pragnę.

Sarna

  ♦

Moje ulubione miejsce na wakacje to las, łono natury z dala od zgiełku, ludzi. Zupełnie odcięta od świata. Nocne ogniska. Tylko ja, mój ukochany i przyroda. Od wielu lat tak spędzam wolny czas. Jest super – polecam.

Dada

 

 

Moja strata, moje straty

Moją największą startą jest to, że pozwoliłam sobie odebrać dziecko.

A najgorsze w tym jest to, że ja przez wiele lat obwiniałam za to innych – w sobie nigdy winy nie szukałam.

„Przecież ja jestem dobrą matką” – tłumaczyłam sobie.

Bardzo dużo czasu minęło zanim uświadomiłam sobie, że to ja zawaliłam. Dziś Bogu dziękuję, że udało się tak, że moja Kati została w rodzinie. Wkrótce kończy 15 lat.

Nadejdzie dzień, że będę musiała z nią stanąć twarz w twarz i rozliczyć się z błędów, które popełniłam i możliwe, że mi wybaczy. Tylko jest jeden problem – ja nigdy nie wybaczę sobie. Nie potrafię zapomnieć tych straconych lat, najpiękniejszych, kiedy mogłam ją usypiać, przytulać, czytać jej ulubione bajki. Czasu cofnąć się nie da.

Słuchałam innych matek, które miały podobne problemy, jak mówiły o utracie swoich pociech i o tym, że po latach zostało im wybaczone. Są takie zadowolone, że dzieci im wybaczyły. A co z ich sumieniem? – pytam. Przecież to nie napis, zmazać gumką się nie da.

Może niektórzy tak uważają, że to wystarczy. Jest po sprawie, zamykamy ten rozdział.

Dla mnie nigdy tak nie będzie.

Do końca życia będzie mnie prześladować myśl, że mogłam zrobić więcej, aby ją przy sobie utrzymać. Nie ma sytuacji bez wyjścia, jak się chce. Wariant jakiś zawsze jest. Szkoda, że tak późno to dostrzegłam.

Uważam też, że poszłam trochę na łatwiznę. Wiedziałam, że Kati zostanie w rodzinie, nie zazna głodu, domu dziecka. Nikt jej nie skrzywdzi, tak jak mnie. Tylko nie wzięłam pod uwagę, że w danym momencie to ja ją bardzo krzywdzę swoją nieobecnością.

Jestem twarda. Życie dało mi w kość. Mimo wszystko po upadku podnoszę się i staram iść dalej, ale myśl o tym, że utraciłam Małą, sprawia, że jestem takim małym kamyczkiem pośród skał, które ciągle stają się większe i cięższe. Szkoda, że nie mamy mocy cofania czasu, naprawy tego, co źle zrobiliśmy.

Dada

Słowo tworzy dzieło

Nie wiem, jak długo pochylam się nad tą kartką papieru leżącą przede mną, która prowokacyjnie wysuwa ku mnie swoje niezapisane oblicze. Wpatrywałam się w nią a ona wyczekująco raziła moje oczy bielą pustego spojrzenia.

Mózg mi się wyżymał, nieuporządkowane myśli przeskakiwały w głowie jak nuty po pięciolinii, a oczy zaczęły boleć tak, że miałam wrażenie, że za moment wypadną z oczodołów i poturlają się po podłodze.

Jak niby w kilku zdaniach naszkicować swój portret? Bez upiększania i wygładzania a równocześnie nie stwarzając własnej karykatury? Jak ubrać myśli w słowa i zamknięte we mnie uczucia, aby przedstawić swój obraz bez zbędnych sugestii i narzuconej perspektywy?

Napiszę tylko, że jestem introwertyczką, zagubioną w zakamarkach wewnętrznych pragnień i towarzyszącym im emocji.

Jestem duszą potępioną przez samokrytykę, którą noszę w sobie. Jestem małym dzieckiem pragnącym mojej miłości i akceptacji, której wciąż mu odmawiam. Jestem w końcu osobą poszukującą prawdy o sobie, o życiu i wciąż, wciąż walczącą o zachowanie harmonii pomiędzy sercem a umysłem, gdzie jedno szepce „tak”, a drugie krzyczy „nie”.

Im bardziej i dłużej się tak ze sobą szarpię, tym mocniej uświadamiam sobie, że tylko oddalam się od zamierzonego celu.

Jest takie zdanie, które zapożyczyłam od jednego z wielkich tego świata i z którym staram się utożsamiać:

„ Niebo gwiaździste nade mną a prawo moralne we mnie” (Immanuel Kant).

Resztę mam nadzieję powiedzą Wam moje literackie wypociny, które prezentuję z pewną dozą nieśmiałości, aczkolwiek bez fałszywej skromności.

Marita

♦♦♦

Autoprotret

Jestem jak ćma

Błądzę wśród ciemności losu

Rozbijając się o ściany doświadczeń

Światła pragnę!

Światła!

Lecę do niego trzepocząc skrzydłami

i ginę w płomieniu

marzeń i ścian.

♦♦♦

Oto ja

Oto ja

Ratuję ćmę gasząc światło

A sama ginę w ciemnościach,

bo wszystk, co mam, to niepweność

zamkniętą w sercu

Oto ja

Skulona w ciemnym kącie

Z papierosem w ręku

Szepcząca do siebie miłosne wyznania

Kraty zasłaniające świat

Miłość, która się spóźnia

Wieczna samotność

Oto ja

Teraz już mnie znasz

♦♦♦

Zabawka

Zamotana wewnętrznie

Zaplątana własnymi myślami

Szamoczę się z sercem,

które chce wyskoczyć i wtulić się

w Twoje zamknięte egoizmem ramiona.

Oczy szukają Twojego spojrzenia,

które chowasz pod powiekami strachu.

Znieczulony na miłość

bawisz się mną.

Dajesz zasmakować tego, co najlepsze,

by po chwili odebrać.

Wdzierasz się w moje myśli,

zmieniasz je i napełniasz sobą.

Kradniesz resztki prywatności

i odchodzisz

ze wszystkim, co moje,

dając w zamian dziką samotność.

Teraz jestem pusta….

i pełna w Tobie.

♦♦♦

Depresja

Swoje, własne, spieprzone życie

można przełknąć z garścią prochów

i wpaść w ramiona

kosmatej ciemności.

I nagle

w długim jak rurka kroplówki

szpitalnym korytarzu

przechadza się niedoszły samobójca

a w jego głowie śpiewają ptaszki

wesołych myśli.

♦♦♦

Pisklę

Moja psychika spuchła

od ilości złych doświadczeń.

Ramiona zbyt drobne,

by udźwignąć ciężar własnych porażek.

Wciąż za mało mam lat,

by zrozumieć sens istnienia życia.

Jestem jak pisklę za wcześnie

wyrzucone z gniazda.

Nie umiem latać, bo brutalnie

oderwano mnie od marzeń.

A noc mnie oszukała

– sny się nie spełniają.

„Gdzie jesteś, Mamo? – Zobacz!

Drżę z zimna, bo brakuje mi Twych skrzydeł!!”

Lecz nie mam odwagi, by wtulić głowę

w Twe ramiona…

Zmaltretowane serce

traci zdolność odczuwania.

Niedojrzałą duszę

wyprzedził czas.

Spadam w dół

wyobraźnią kierując się w nicość

niespełnionych pragnień…

Życzenia dla najfajniejszej Grażyny na świecie

Moją Grażynkę podziwiam, wielbię, szanuję i kocham z wielu powodów. Jest dla mnie przede wszystkim mamą, ale też przyjaciółką i kumpelą. Zawsze mogę na nią liczyć, nigdy mnie nie zawiodła i zawsze mamy o czym ze sobą rozmawiać. Tak sobie myślę , że gdyby wyłoniono idealną mamę, to moja w takim konkursie zajęłaby pierwsze miejsce !

Nigdy w życiu nie potrafiłabym być taką matką, jaką ona jest. Nawet w małym procencie nie byłabym w stanie jej dorównać i dlatego też nigdy nie będę matką. Nie umiałabym ani tak się oddać drugiemu człowiekowi, ani tak się poświęcić. Nie ma we mnie „lwicy’’, która tkwi w mojej mamie. Szkoda, że nie każde dziecko trafia na taką mamę, a powinno, choć oczywiście swojej nie oddam;).

Jako kobieta tak ogólnie – jest bombowa. Zawsze mówi wprost to co myśli. Uważa się za bezpośrednią, ale to nie do końca tak, bo nie tyle co jest bezpośrednia – co raczej bezczelna.

Niektórych to razi, bo bywa trudno przyjąć taką prawdę walniętą między oczy, ale gdy ktoś to przetrawi, to jest dobrze . Mamcia moja ma duże poczucie humoru, czasem tak rżymy z głupot ,że głowa mała. Jest też Grażynka moja „rządzicielką’’: zawsze byłoby najlepiej gdyby stawało na Jej racji. Ustępuję mamie często, ponieważ wiem, że wszystko co robi, robi z myślą o tym, aby dla mnie było dobrze, a że ufamy sobie bezgranicznie, to takie ustępstwa są fajne.

Oczywiście, zdarza się, ze mamy odmienne zdania w różnych kwestiach i wtedy dyskusje bywają zabawne. Ważne, że żadna ze stron niczego siłą sobie nie narzuca. Nie kłócimy się ze sobą i to jest według mnie świetne, nawet nie sprzeczamy się ze sobą za bardzo. Sprzeczkę możemy odnotować średnio, plus minus raz na 20 lat, ale nawet jeśli sobie trochę podniesiemy ciśnienie, to tylko na chwilę.

Patrzę na siebie i w miarę jak mi przybywa lat, zaczynam być coraz bardziej do Grażynki podobna … i w związku z tym coraz fajniejsza się staję ;).

Żarty żartami- do pięt mojej Grażynce nie dorastam i nie dorosnę. Może trochę szkoda, ale z drugiej strony dobrze jest być sobą.

Mojej Grażynce życzę zdrowia, wytrwałości i siły oraz tego, żeby się nie „zestarzała umysłowo”, aby została zawsze taką jaką jest , bo jest najcudowniejszą Grażynką na świecie.

Wszystkim pozostałym Grażynkom życzę wszystkiego najlepszego i żeby Wasze dzieci nie przysparzały Wam takich zmartwień, jakich ja niestety dołożyłam swojej.

Szczęścia, uśmiechu wbrew wszystkiemu co niefajne i zadowolenia.

-Małgosia-

Moje wakacje

Zważywszy na fakt, iż te wakacje miałam zaplanowane ze swoim przyjacielem, a niestety wylądowałam tutaj, w więzieniu, moje wyobrażenie o nich uległo w chwili obecnej radykalnej metamorfozie. Po czasie spędzonym w kilku metrach sześciennych z czterema współosadzonymi, a słońce, którego i tak jest niewiele w tym miesiącu, widzimy tylko na spacerniakach, najchętniej znalazłabym się na bezludnej wyspie. Chciałabym być tam sam na sam (bo samotna jestem i wśród ludzi) z egzotyczną naturą, której dotychczas nie było dane mi poznać i bezkresem wody, której przestrzeń ograniczałby jedynie horyzont.

Wbrew logice, bezludna wyspa jest dla mnie wyznacznikiem wolności – tej wewnętrznej, miejscem, gdzie mogłabym się oddać bez reszty sobie w malowaniu i pisaniu, co kocham robić, choć chyba tego nie potrafię…

– Stworzenie –

 Pewnego dnia o świcie

Pan Bóg ulepił mnie

i rzekł:

„Idź, mała, pisz wiersze,

bo cóż mogłabyś robić innego?

 Marita

O synku

1-DSC_0178

Z pewnością wiele kobiet przebywających w ZK tęskni do kąpieli w wannie z dodatkiem zapachowego olejku. Brakuje im kosmetyków, których używały na wolności, perfum, solarium, fryzjera, kosmetyczki itp.

Mi brakuje macierzyństwa, zapachu mojego dziecka, jego uśmiechu, płaczu, fochów i grymasów. Jego słodkiego i uroczego dokazywania, widoku, kiedy się bawi i jest w swoim dziecinnym świecie. Wieczorów, kiedy mrużą mu się oczka do snu i poranków, kiedy je otwiera.

Każdego dnia będąc tutaj tracę bezpowrotnie te chwile, które są unikatem.

Każdego dnia żyję ze świadomością, że jestem, a jednak mnie nie ma. Każdego dnia moje serce rozrywa ból. Każda z tych bezpowrotnie straconych chwil sprawia, że przechodzi mnie dreszcz. Możecie mówić, że mam to na własne życzenie – OWSZEM. Możecie w myślach mieszać mnie z błotem – ale to, co napiszecie, jest dla mnie niczym w porównaniu z tym, jak trawi i spala mnie moje własne sumienie.

Synku, jesteś sensem mojego życia. Nigdy więcej Cię nie zostawię. Pierwszy i ostatni raz.

Kocham Cię – Mama.

Ilona