Ty Też możesz pomóc! Zobacz dlaczego potrzebujemy Twojego wsparcia.
Działamy w więzieniach od 2011 r. Docieramy ze sztuką i kulturą tam, gdzie nikt nie chce być. Wierzymy, że sztuka nie ocenia.
Prowadzimy zajęcia artystyczne i kulturalne z osadzonymi w Areszcie Śledczym Warszawa Grochów. Namawiamy artystów do wspólnych działań, prowadzimy warsztaty i spotkania. Często nasze działania są jedynymi, które przywracają kawałek normalności osadzonym.
Jednym z wyjątkowych na skalę Polski projektów jest blog eWkratke.pl
Tworzą go kobiety odbywające karę więzienia w Areszcie Śledczym Warszawie Grochowie. Bez dostępu do Internetu, przede wszystkim dzięki mrówczej pracy oddanych wolontariuszy, już czwarty rok możecie czytać ich posty i prowadzić z nimi dialog.
Dwa razy w tygodniu prowadzimy dla blogerek zajęcia, takie okna na świat, okna na wolność. Prowadzą je specjaliści z różnych dziedzin, hobbyści, pasjonaci. Opowiadają o swoich fascynacjach, pracy, problemach. A potem dziewczyny piszą posty, które publikujemy na eWKratke.
Nasze działania to konkretne koszty:
23 zł to koszt biletu, który pozwala nam dojechać do aresztu.
53 zł to koszt materiałów plastycznych i piśmienniczych na jedne zajęcia.
100 zł to koszt jednych zajęć artystycznych prowadzonych przez edukatora.
Dlatego potrzebujemy wsparcia Darczyńców takich jak TY!
W ramach zajęć blogowych uczymy
się pisać wywiady – dzięki nim, możecie poznać kilka z nas. Dzisiaj część
trzecia.
Kinga
Przeprowadzam wywiad ze współosadzoną. Poznałam ją niedawno i wydaje mi się być wesołą i miłą osóbką. Ma na imię Kinga. Jest ładną blondynką o niebieskich oczach. Jest urocza. Mimo swojej drobnej postury, potrafi wzbudzi zainteresowanie i ciekawość. Donośny głos pokazuje jej siłę przebicia i charakter.
Kiedy zapytałam się, czy godzi się na wywiad dobrowolnie, odpowiada:
– Nie, zapłacili mi za to.
Jest to dla mnie zaskoczenie. Chociaż w takim miejscu jest
to możliwe. Mimo to zaobserwowałam, że koleżanka czuje się komfortowo
rozmawiając ze mną. Nie zaprzeczyła temu, choć nie należy do najwylewniejszych.
Kinga w Zakładzie Karnym przebywa już dwa lata, przed nią
drugie tyle. Będzie więcej, bo jeszcze czeka na drugi wyrok. A jeszcze jest
jakiś łączny, więc nie można sprecyzować, kiedy ten upragniony koniec kary.
Co do planów na przyszłość, Kinga ich nie ma. Może nie chce
mieć. To zrozumiałe, gdy się nie wie, kiedy się wychodzi.
Dodała:
– Chcę wyjść za te mury. Wrócić do rodziny, a przede
wszystkim zaspokoić swoje pragnienia.
Możemy się tylko domyślać, co rozmówczyni miała na myśli.
Gdy zadałam jej pytanie, o przyjemne wspomnienie z
dzieciństwa, jej oczy zastygły w jednym punkcie. Chwila zastanowienia. Brak
odpowiedzi.
Kinga po krótkiej rozmowie o opuszczeniu tego miejsca nie
potrafiła powrócić do rozmowy.
Postanowiłam to uszanować i nie męczy c koleżanki już
pytaniami.
Przeprowadziłam wywiad z 24-letnią Kingą obecnie
przebywającą w ZK Warszawa Grochów.
Ty
Też możesz pomóc! Zobacz dlaczego potrzebujemy Twojego wsparcia.
Działamy
w więzieniach od 2011 r. Docieramy ze sztuką i kulturą tam, gdzie nikt nie chce
być. Wierzymy, że sztuka nie ocenia.
Prowadzimy
zajęcia artystyczne i kulturalne z osadzonymi w Areszcie Śledczym Warszawa
Grochów. Namawiamy artystów do wspólnych działań, prowadzimy warsztaty i
spotkania. Często nasze działania są jedynymi, które przywracają kawałek
normalności osadzonym.
Jednym
z wyjątkowych na skalę Polski projektów jest blog eWkratke.pl
Tworzą go kobiety odbywające karę więzienia w Areszcie Śledczym
Warszawie Grochowie. Bez dostępu do Internetu, przede wszystkim dzięki mrówczej
pracy oddanych wolontariuszy, już czwarty rok możecie czytać ich posty i
prowadzić z nimi dialog.
Dwa razy w tygodniu
prowadzimy dla blogerek zajęcia, takie okna na świat, okna na wolność. Prowadzą
je specjaliści z różnych dziedzin, hobbyści, pasjonaci. Opowiadają o swoich
fascynacjach, pracy, problemach. A potem dziewczyny piszą posty, które
publikujemy na eWKratke.
Nasze działania to
konkretne koszty:
23 zł to koszt biletu, który pozwala nam dojechać do aresztu.
53 zł to koszt materiałów plastycznych i piśmienniczych na jedne zajęcia.
100 zł to koszt jednych zajęć artystycznych prowadzonych przez edukatora.
Dlatego potrzebujemy
wsparcia Darczyńców takich jak TY!
W ramach zajęć blogowych uczymy
się pisać wywiady – dzięki nim, możecie poznać kilka z nas. Dzisiaj część
druga.
Monika
Siedzę obok czarnowłosej dziewczyny. Wygląda młodziej, niż
wskazywałaby jej metryka. Jest rozmowna, przyjazna. Odnoszę bardzo pozytywne
wrażenie w pierwszym kontakcie. Dobrze sobie radzi w warunkach więziennych,
przynajmniej potrafi stworzyć taki obraz siebie na użytek otoczenia. Jest to
potrzebne, żeby tu przetrwać. Jaka jest naprawdę w środku, jeszcze nie wiem ale
myślę, że mogę ją polubić! Na pewno wiele przeszła, podobnie jak ja, więc choć
praktycznie jej nie znam, odczuwam w stosunku do niej ten rodzaj wspólnoty,
który rodzi się pomiędzy osobami o podobnych doświadczeniach.
Monika przykuwa uwagę. Warto nie przejść obok niej obojętnie,
lecz strać się ją lepiej poznać, zrozumieć. To, co przeżyła, jest zapewne
niestandardowe, odbiega od życiowego
doświadczenia, tak zwanego przeciętnego człowieka, ale w związku z tym może być
ciekawsze, bardziej pouczające. Ja osobiście chciałabym ją bliżej poznać.
Zośka
Ola
Ola to szczupła brunetka. Ma niebieskie oczy o łagodnym
kształcie i małe usta. Ola od 11-tu lat zajmowała się wyłudzeniami i
fałszerstwem. Pierwsze 100 tysięcy
pożyczki wzięła z powodu dziadka chorego na raka. Kilkaset tysięcy
kredytu sąd zamienił jej na dwa lata i kolejne 200 tysięcy tak samo. Ola
opisując swoje dzieciństwo mówi: „Mnie wychował Mokotów”. Ma w swoim otoczeniu
ludzi poukładanych, tak zwanych normalnych,
jednak ciągnie ją mimo wszystko do innego towarzystwa. Na pytanie, czy
ten proceder się opłacał względem kary, którą dostała, mówi „dla dziadka
zrobiłabym to jeszcze raz”. Mama Oli także zmarła na raka płuc, chwilę przed
jej odsiadką. Zostawiła Ola także po drugiej stronie muru trójkę swoich
ukochanych maluchów. Gdy mąż też został aresztowany, dzieci znalazły się w domu
dziecka. Ola codziennie kontaktuje się ze swoimi skarbami, bardzo je kocha. Na
pewno będzie walczyła o nie po wyjściu.
Big Ola
Maja
– wiek: 40 lat
– opis: szczupła blondynka
– pochodzenie: Warszawa
– osadzona od 2,5 lat.
Przebywając w więzieniu dane mi było poznać starszą od
siebie kobietę, Maję. Odbywa ona karę w
warunkach recydywistycznych, jednakże zdołała już odbyć 2,5 roku z wyrokiem 3,5
lat. Wnioskuję więc, że jest kobietą o silnej osobowości i mocnym charakterze.
Na pytanie zadane: „Co zamierza pani robić po opuszczeniu ZK?”, odpowiada:
„Pracować, przede wszystkim, żeby zapewnić sobie pieniądz na godne życie”.
Utrzymuje ona dobre kontakty z córką i rodziną, którzy pomagają jej zakończyć
rozdział więzienny w jej życiu. Na zapytanie o zainteresowania z entuzjazmem
odpowiada: książki, lekkoatletyka. Kobieta, którą poznałam, jest zaręczona i
oczekuje na ślub z mężczyzną, którego szczerze kocha. Myślę, ze miłość, która
wkroczyła w jej życie, z pewnością pomoże jej zapomnieć o czasie spędzonym za
murem. Kobieta siedząca przede mną potwierdza moją myśl. Maja nie jest
wegetarianką, jednak lubi odżywiać się zdrowo.
Ewa 18
Ewa 18
Ewę spotkałam w Z.K. na Grochowie. – jest to szczupła
szatynka o dłuższych włosach, młodziutka, 18-letnia dziewczyna, która wizualnie
nie pasuje do tego miejsca. Ewa pochodzi z Kutna, przed osadzeniem w jednostce
penitencjarnej uczyła się w liceum o profilu psychologii społecznej. Do
więzienia trafiła za rozbój, dostała 2 lata. Po wyjściu zamierza dalej się
uczyć, pójść na studia.
Po przyjeździe do jednostki była strasznie przerażona, bała
się nieznanego – nikogo tu nie znała – nie bardzo umiała w tej rzeczywistości
się odnaleźć. W tym więzieniu bardzo pomogła jej rodzina. w szczególności mama,
z którą jest bardzo zżyta. Ewa interesuje się książkami i fotografią, choć w
przyszłości chciałaby zostać psychologiem. Po roku pobytu w izolacji mówi, że
zupełnie inaczej wyobrażała sobie więzienie – jej obraz przypominał cele z
amerykańskich filmów. I jak sama mówi: nie jest najgorzej, ale nigdy nie chce
tu wracać.
Ewa jest młodziutką osobą, która bardzo lubi rozmawiać z
ludźmi, wgłębiać się w ich problemy i oraz pomagać w ich rozwiązywaniu. Po
wyjściu zamierza się uczyć, nie myśli jeszcze o założeniu rodziny, ponieważ
twierdzi , że sama jeszcze jest dzieckiem. Do więzienia trafiła przez głupotę,
nie chce rozmawiać o sprawie, mam wrażenie, że siedzi w niej jeszcze bunt
młodzieńczy i potrzebuje czasu na dojrzałe zrozumienie co się stało. Ewa jest
bystrą dziewczynką, która jest bardzo skryta i skromna – myślę, że te dwie
spowodują, że osiągnie w życiu bardzo wiele. Musi się jeszcze pozbyć tego
młodzieńczego buntu.
W ramach zajęć blogowych uczymy
się pisać wywiady – dzięki nim, możecie poznać kilka z nas. Dziś część
pierwsza.
Pani Ania
Jesteśmy na zajęciach blogowych.
Mamy za zadanie przeprowadzić wywiad z osobą nieznaną.
Pani Ania jest wysoką brunetką w
średnim wieku. Pochodzi z Grochowa. Poznałyśmy się na zajęciach bloga
eWKratke.pl.
– Jak Pani się czuje ze swoim
wyrokiem?
– Zostało mi 1 ,5 miesiąca, w
chwili obecnej czuję się podminowana, poddenerwowana, a zarazem szczęśliwa, bo
niedługo wychodzę.
– Ma pani plany po wyjściu?
– Uzyskałam tu emeryturę i po
wyjściu czeka mnie operacja. Zamierzam dużo odpoczywać po operacji i dochodzić
do siebie po odbytym wyroku.
– Czy czeka na panią rodzina?
– Tak, syn, mąż, ogólnie wszyscy
bliscy.
– W takim razie życzę pani
wszystkiego dobrego i szczęśliwych chwil w gronie rodziny.
Safi
Lwica
Mirka jest drobną, młodą brunetką.
– Jak się czujesz ze swoim wyrokiem?
– Mój wyrok jest bardzo długi, postaram się zrobić wszystko,
żeby nie zmarnować pozostałych 10 lat. Mam w planach skończyć szkołę.
– Jaką szkołę byś chciała skończyć?
– Chciałabym skończyć liceum elektryczne. Niestety, w
więzieniu jest to niemożliwe, więc postanowiłam spróbować innych możliwości,
które zaproponuje mi wychowawca.
– Czy chciałabyś podjąć pracę w więzieniu?
– Zamierzam podjąć pracę, po skończonej terapii, wraz ze
szkołą.
– Co zamierzasz po wyjściu?
– Mam 14-letniego syna. Jeżeliby się okazało po wyjściu, że
jestem babcią, to zamierzam wychować wnuki. Rozpocznę normalne życie.
Życzę wszystkiego najlepszego, spełnienia wszystkich marzeń
i szybkiego powrotu do normalności.
Anna
Sylwia
Swoją rozmówczynię po raz pierwszy miałam okazję spotkać na
spacerniaku w tutejszej placówce. Pani Sylwia ma 44 lata, jest ładną, wysoką
blondynką, o pięknym, białym uśmiechu. Na pytanie o dzieci, z ogromnym
uśmiechem odpowiedziała, że jest mamą wspaniałej córki, która pomimo swojego
młodego wieku, świetnie sobie radzi z tą trudną sytuacją, która ją spotkała. Z
radością i ze łzami w oczach ze wzruszenia, powiedziała, że jest bardzo dumną,
spełnioną mamą. Kochająca zwierzęta, sama posiada cztery koty, które traktuje
jak swoje dzieci. Otwierając listy, które dostaje od swojej rodziny, zawsze
musi znaleźć co najmniej jedno zdjęcie swoich pociech (kotków). Widok pani
Sylwii otwierającej kopertę jest bezcenny, z taką tęsknotą do zobaczenia swoich
pociech, która jest nie do pisania. Nawet jak to opowiada, to z takimi
emocjami, że aż łzy się same cisną do oczu.
Pati
Patrycja
Spotykam Patrycję w Zakładzie Karnym na spacerniaku. Jest
inna niż większość poznanych do tej pory dziewczyn. Wesoła, uśmiechnięta,
pogodna. Nie widać na jej twarzy załamania, iż znalazła się w tym miejscu.
Pati jest zadbaną młodą kobietą, mocno stąpającą po ziemi.
Pochodzi z Warszawy.
Z rozmowy z nią wiem, iż ma dwoje dzieci – córeczkę i synka,
za którymi bardzo tęskni.
W obecnej chwili pociechy są pod opieką babci, czyli jej
mamy, która wraz z partnerem Patrycji wspierają ją w tym trudnym miejscu. Muszę
również stwierdzić, iż pomimo tego, że moja rozmówczyni wydaje się być otwartym
człowiekiem, jest na tyle skryta, że nie udaje mi się uzyskać więcej informacji
na jej temat.
Pewnie przy bliższym spotkaniu Patrycja opowie mi wiele
ciekawych historii z jej życia, gdyż tak inteligentna osoba na pewno ma o czym
mówić 🙂
Mam nadzieję, że czas odsiadywania przez nią dwuletniego
wyroku, szybko jej minie i wróci do swych ukochanych bliskich.
-Rico-
Ola
Rozmawiam ze szczupłą, lekko siwiejącą kobietą. Kręcone
włosy związane ma w koka. Zero makijażu. Bardzo spokojna postawa. Nie za
chętnie odpowiada na moje pytania związane z prywatnym życiem, ale bardzo
łagodnie to robi. Jej lekki uśmiech po pytaniu jest jakoś dla mnie czytelny, że
mam nie brnąć w dany temat. Ola jest w Grochowie 3 tygodnie więc nie mogę
wymagać od niej otwartości. Tak naprawdę to zna swoją sytuację sprzed
przetransportowania jej z Kielc. Ma 54 lata, jest z Krakowa i została wyrwana z prywatnej celi, w której
pisała książkę. Jak bardzo zaskoczyło mnie to, że nie jest to książka o
więzieniu, ani o własnej sprawie?
Ola uciekła w świat fantasy, który interesował ją od zawsze.
Z wykształcenia jest historykiem. Bardzo by chciała wrócić na południe Polski,
by być bliżej męża. Świetnie ją rozumiem, bo sama zrezygnowałam kiedyś z
lepszych warunków odbywania kary, żeby być bliżej rodziny. Kontakt z bliskimi to najważniejsza rzecz. Bliscy to
nasz azyl, nasz spokój, nasza przyszłość. To im się ufa i tylko oni nas
rozumieją. Życzę Oli, aby udało jej się jak najszybciej przywrócić spokój
ducha.
Spotkanie z dziennikarzem zawsze jest jakieś nerwowe.
Człowiek się zastanawia nad każdym wypowiedzianym słowem (by nic nie zostało
wykorzystane przeciwko tobie J), nad każdą udzieloną
wypowiedzią.
Pamiętam jak powstały te warsztaty: „Piszę, więc jestem”, usłyszałam,
że prowadzić ma je dziennikarz – przeszedł mnie chłód. Przecież oni piszą tylko
to co jest ubrane w strach, szok, krew i łzy – pomyślałam. Zrobi z nas pewnie
patologię, ćpunki, złodziejki, morderczynie – i tyle będzie z naszej
współpracy. My się powściekamy – on zbierze tyle materiałów i coś skrobnie.
Nasze życie – warte parę zdań… Nie zapisałam się.
Dochodziły do mnie różne informacje, wypowiedzi – przeważnie
pozytywne, ciekawe spostrzeżenia, że TA czy TAMTA nawet fajnie pisze. Jednak mi
najbardziej przypadło to, że on regularnie tu drepcze, że poświęca swój czas,
przekazuje wskazówki, w łagodny sposób podpowiada co by inaczej napisał, nie
krytykuje. „ZAWSZE zachęca do pisania!”, mówię o Leszku Wejcmanie i zajęciach z
pisania.
Na ostatnie zajęcia Leszek przyprowadził swojego przyjaciela
Marcina, który należy do Fundacji Rozwoju Kinematografii. Jest filmoznawcą,
pracował w Playboyu i w ogóle powalił mnie jego fajny głos – chyba nawet mnie
rozpraszał w słuchaniu J. Była też Ela Turlej,
dziennikarka z 30-letnim stażem w mediach, autorka książki ostatnio wydanej –
„Naciągnięte”, którą nam przyniosła. Odebrałam ją pozytywnie. Łapała z każdą z
nas kontakt wzrokowy, gadała jak taka „swoja babka”, ale cały czas z tyłu głowy
miałam info, że to dziennikarka, że o jednej z nas, być może, pisała.
Spotkanie spoko (w między czasie weszła do nas wycieczka z
Czech): kobieta dziennikarz przyszła odwiedzić osadzone kobiety – jedna płeć,
jeden mur, a jakby dwa światy. Często jest mi przykro, że tak „marnie” wyglądamy.
Zwłaszcza że tematem tego spotkania była medycyna estetyczna. Manipulacja
wkradnie się wszędzie. Kobiety gonią za wyglądem jak z szablonu (bo takie się
zawsze przebiją!), a my choć będziemy się starać i dbać o siebie, to żaden
skalpel, zastrzyk czy sprzęt nie zmieni faktu, że będziemy karane. Z tym musimy
poradzić sobie same! Może nie resocjalizacja, a terapia by bardziej była
wskazana? Tak czy siak, trzeba coś ze sobą robić.
Z zajęć wyniosłam nadzieję, że dziennikarstwo się zmieniło,
że choć część tego środowiska przestaje być tzw. hienami. Bo teraz jest czas
zajączkowania J, z okazji Świąt Wielkanocnych zdrowia
i przepięknej pogody ducha. Spotkajcie się na śniadanku z rodziną i cieszcie
się tą atmosferą. Bądźcie wspaniali i nie wchodźcie w szablony, stawiajcie na
indywidualność!
Są trzy osoby, które chciałabym zobaczyć na widzeniu. Zacznijmy po kolei:
Bardzo ją kocham i bardzo mi jej
brakuje. Oddałabym bardzo wiele, aby choć na chwilę móc z nią pobyć, zobaczyć
ją, dotknąć i przytulić się do niej. Tak cholernie za nią tęsknię i tak bardzo
jej potrzebuję. Nie mogę do niej zadzwonić, czy nawet napisać listu, który bym
wysłała. Wiem, że stale jest ze mną i przy mnie, ale to nie to samo. Nie ma
jej, nie żyje.
Umarła trzy lata temu na okropne
raczysko. Pochowałam ją dwa tygodnie przed urodzeniem pierwszego syna. Jest nią
moja Mamusia. Chciałabym z nią móc porozmawiać, usłyszeć od niej, że mimo
wszystko jest ze mnie dumna i że wszystko będzie dobrze. Boli mnie to tak bardzo,
że nawet teraz, gdy to piszę, to łzy ciekną mi po policzkach.
Druga bliska memu sercu osoba,
którą kocham jak moją mamę, i tęsknię za nią tak, jak jeszcze nigdy, jest moja
Cudowna, Kochana i Wspaniała Babunia. Ona jest przy mnie stale, zawsze mogę na nią
liczyć, i wiem, że kocha mnie bardzo. „Bóg nie mógł być wszędzie, więc stworzył
babcię” – co pasuje tu po prostu idealnie!
Zawsze, za każdym razem gdy do
niej zadzwonię, słyszę jak bardzo się cieszy, że się słyszymy. Jest jak Anioł.
Mimo mojego wieku, dla niej ciągle jestem „wnuczunią”. Chciałabym ją przytulić,
poczuć zapach, który kojarzy mi się z domem, dzieciństwem, pysznymi obiadami,
ciastkami i miłością. Jednak listy i telefony to nie to samo. Z tego miejsca
serdecznie ją całuję i ściskam!
No i przychodzimy do trzeciej
osoby. Jest nią mój młodszy brat. Mimo że nie rozmawiamy za często i generalnie
nie piszemy ze sobą nawet listów, to i tak za nim tęsknię. Nie ważne, ile ma
lat, bo dla mnie zawsze będzie moim młodszym braciszkiem i będę miała głębokie
poczucie opieki nad nim. Chciałabym usiąść, i patrząc mu w oczy, porozmawiać z
nim. Wtedy od razu mogłabym wyłapać reakcję brata na moje pytania, aby
wiedzieć, gdzie jest coś nie tak. Znamy się z bratem jak „łyse konie”. Przy nim
nie muszę udawać, że jest ok i że daje sobie radę, bo nie musiałabym się
martwić, że obciążam go swoimi problemami. Ma świetne dystans do życia. Możemy
rozmawiać o wszystkim i bardzo wielu rzeczy nie bierze do siebie.
Gdybym mogła wcisnąć guzik, który przeniósłby mnie do
przeszłości, to byłaby niezbyt odległa przeszłość. Jednak patrząc na to, że mam
40 lat, to ta nieodległa przeszłość równa się połowie mojego życia. Czyli dla
mnie kawał czasu!
Moja chęć
cofnięcia się do tego jednego dnia nie jest taką typową chęcią powrotu do
czegoś tak pięknego, czego nie doświadcza się drugi raz – chyba że za pomocą
wehikułu czasu. To nie jest chęć powrotu
do momentu, w którym czułam się jakoś szczególnie szczęśliwa. Ta chęć
spowodowana jest tym, że gdybym tego jednego dnia coś zmieniła, to uratowałabym
życie. Na bank jedno, ale wolę myśleć, że własne też. Ponieważ chcę skorzystać
z tej okazji i nacisnąć ten guzik, to…
Był to
typowy styczniowy dzień. Niezbyt dużo śniegu napadło jednak jak na tą porę,
było zimno. Obudziłam się w cieplutkim łóżeczku, w kolorowej pościeli. Pokój
miałam w kolorach: bieli i czerni, ale pościel lubiłam bardzo kolorową. I
jeszcze skarpetki lubiłam nosić kolorowe.
Przeciągnęłam
się, wstałam i włączyłam Sade. Wiedziałam, że mamy nie ma już w domu, więc
pozwoliłam sobie na głośniejsze puszczenie muzyki. Wiedziałam również, że mama
zrobiła mi śniadanie i wystarczyło do zestawu zaparzyć herbatę.
Nie miałam planów na ten dzień. Do szkoły szłam dopiero na
14.20. to był jedyny dzień w tygodniu, kiedy chodziłam na popołudnie. Najgorsze
w tym było to, że był to piątek.
Wykąpałam
się, wyszykowałam, zjadłam śniadanie i poszłam z Maxem na spacer. Lubiliśmy
chodzić nad Wisłę. Mieliśmy swoje miejsca – co prawda tylko dwa :), ale tego
dnia poszliśmy na kamienie. Mi się tam dobrze myślało, a Max miał ogromny teren
do biegania. Od czasu do czasu podchodził by mu jakiś badyl rzucić, ale na
kamieniach najrzadziej o to prosił. Wisła od naszej strony jakoś bardziej przy
brzegu była zamarźnięta.
Z rozmyślań
wybiło mnie szczekanie psa. To nie był Max, ale i on za chwilę się pojawił.
Pieski niezbyt na start się polubiły, o czym świadczyło ich warczenie na
siebie. Uwięziłam więc swojego pupila na znienawidzonej przez niego smyczy i
zaczęliśmy się kierować w stronę wału. Max nigdy nie był agresywny. Smycz
nosiłam na wszelki wypadek… A może to jakaś pozostałość po sprawdzeniu mnie,
czy na pewno będę wyprowadzać psa? Zanim Max pojawił się w domu, musiałam przez
miesiąc czasu co rano wychodzić na spacer… ze smyczą! To był mój test na
odpowiedzialnego opiekuna. Dziecko wszystko zrobi, by mieć wymarzonego
przyjaciela. Nie wiem, czy w tamtym okresie nie byłabym zdolna jeść z psiej
miski, by udowodnić, że piesek nie będzie zostawiał kupy w butach.
Kierowaliśmy
się już w stronę bloku, kiedy na skrzyżowaniu w samochodzie poznałam swoją
koleżankę. Ona chyba też mnie poznała, bo jakąś głupkowatą zrobiła minę: usta
rozdziawione, ale uśmiechnięte i takie duże oczy. Tak chyba wygląda osoba,
która w zaskoczeniu się cieszy… Czyli ja też musiałam podobnie wyglądać. Od
razu wysiadła z samochodu i podbiegła do mnie. Nie staliśmy na górce – więc
samochód się nie stoczył, nie zostawiła go na światłach, nic nie trąbiło, bo za
kierownicą siedział jej tata. Też go rozpoznałam. Ruchem ręki pokazałam, gdzie
ma zjechać. Normalnie nie dowierzałam, że ją widzę. Ją – czyli Kaśkę. Wyjechała
do innego miasta po rozwodzie rodziców. Kiedyś razem chodziłyśmy do
podstawówki, razem trenowałyśmy koszykówkę, lubiłam ją. Wspierałyśmy się w
tamtym okresie, bo ja już jakiś czas byłam sama z mamą, a ona dopiero smakowała
sytuację bycia dzieckiem z rozbitej rodziny. Taka nas po prostu tragedia
połączyła.
Wysiadł do
nas jej tata, przywitał się i co się okazało? Że on już jakiś czas na naszym
osiedlu ponownie mieszka. Kaśka przyjechała do niego kilka dni temu i nazajutrz
miała sprawdzić, czy mieszkam tam, gdzie mieszkałam. To było niesamowite.
Jakieś przeznaczenie, czy co?
Spojrzałam
na zegarek, było już po pierwszej. Max grzecznie cały czas siedział przy nodze,
a ja już za chwilę miałam iść do szkoły. I wtedy usłyszałam głos taty Kaśki:
– Jedziemy właśnie na Śródmieście, do Atlantica, jedź z
nami!
14.20,
pierwsza lekcja – rachunkowość. No, nie chciałam iść do tego liceum, wolałam
zawodówkę, by rok krócej się uczyć. Mama zadecydowała. Ale skoro już dotrwałam
do IV klasy i tak naprawdę „za chwilę” miałam szansę ją skończyć, to czemu z
tej szansy nie skorzystać i nie pójść do kina z Kaśką i jej tatą?
I ta pokusa wygrała.
Odprowadziłam
Maxa do domu, wzięłam plecak, by mama się nie zorientowała, że nie poszłam do
szkoły i pojechaliśmy na Śródmieście.
Gdyby ten
dzień wyglądał właśnie tak, to do domu wróciłabym po 19.00. Może chwilę
pooglądała z mamą telewizję, ale na pewno wzięła psa i przeszła się wokół
bloku. Byłoby duże prawdopodobieństwo, że spotkałabym Mikiego i III klatki, bo
tuż po wiadomościach wypuszcza psa. Bo jak jest zbyt zimno, to go tylko
wypuszcza, a sam zostaje na klatce. Wypala papierosa i woła Kulfona z powrotem.
Z kolei ja zawsze robię rundkę wokół bloku. Wróciłabym, zjadła coś i…
– coś obejrzała i poszła spać
lub
– zadzwoniła do Aśki, czy idziemy do Parku (na dyskotekę).
Wróciłabym i też położyła się spać.
I być może do dziś lubiłabym budzić się w kolorowej pościeli.
Hm…, złe cechy… Trudno odpowiedzieć na to zagadnienie.
Wydaje mi się, że moją złą cechą, która mnie denerwuje, jest
upartość, zawziętość. I czasami działam pod wpływem impulsu.
Jeśli chodzi o mój bagaż życiowy, to wydaje mi się, że jak na
moje dotychczasowe życie, jest bardzo duży. Problemy w domu, a potem w
późniejszym 17-letnim związku.
Co do odpowiedzi na pytanie, co zastałam, co odkryłam, biorąc
pod uwagę miejsce, w którym obecnie jestem: to, co zastałam tutaj, było dla
mnie, nie ukrywam, zaskoczeniem, tzn.
różnorodność charakterów w jednym miejscu. Porażka – ludzie są, jak
chorągiew.
Odkryłam na pewno bardzo dużą dwulicowość osób, które dla
pewnych korzyści, udają kogoś innego i kłamią.