Więzienna ciekawostka o tym jak przygotować w celi świąteczne potrawy. Zobacz >>Cela kulinarna
MÓWI ZAJĄC DO
BARANKA
JAKA PIĘKNA TO
PISANKA!
WTEM Z JAJECZKA
WYSZŁA KURA
NASTROSZYŁA
SWOJE PIÓRA
BIEGA, GŁOŚNO
KRZYCZY
ŻE SPOKOJNYCH
ŚWIĄT WAM ŻYCZY!
Na pewno już zapomniałam co to są rodzinne święta. Już
przed aresztowaniem nie spędzałam ich z obojgiem rodziców, ale ciągle w głowie
dla mnie święta, to rodzina, stół, atmosfera. Tyle lat po tej stronie, a dla
mnie święta to czas spędzony z bliskimi – a co najmniej z życzliwymi ludźmi
wokół. Tutaj ten dzień każda próbuje jak najspokojniej przetrwać, ale mało
ucieka od świadomości Zmartwychwstania Pańskiego.
Wielkanoc dziewczyny organizują indywidualnie, szykują je
tylko we własnych celach, a te które mają możliwość przemieszczania się – idą
do celi gdzie mają np. znajomą. To czas, że chce się być blisko z kimś, kogo
się lubi. Wtedy wilgotnieją oczy podczas rozmów telefonicznych i chyba nie
czekoladowe jajko jest wtedy ważne, tylko życzliwy człowiek.
Zmartwychwstanie niesie odrodzenie, daję siłę w
pokonywaniu trudności – to się liczy!
Nieistotne, gdzie się wtedy jest, przy kim bądź bez kogo,
po coś to się wszystko dokonało.
Patrzmy z ufnością w przyszłość – tego życzę każdemu z
Was, mojej całej rodzinie, Fundacji Dom Kultury i samej sobie.
Tym bardziej teraz nie cieszymy się tym co za oknem, ale
tym – z kim w domu.
Zdrówka i nadziei!
Pozdrowienia
PEŁNOLETNIA
Z OKAZJI ŚWIĄT
WIELKANOCNYCH, ŻYCZĘ WAM (OSADZONYM), MOIM DZIECIOM, FUNDACJI,
PRZEDE WSZYSTKIM – ZDROWIA, SPOKOJU I MIŁOŚCI!
MARKOSIA
Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”
Wiosenny cykl świąteczny zaczyna się od Środy Popielcowej i
trwa do Zielonych Świątek. Niedziela Wielkanocna przypada na pierwszą niedzielę
po pełni Księżyca, po wiosennej równonocy.
W Wielki Czwartek i Piątek przygotowywano świąteczne
przysmaki. Nasze babcie miały wszystko pod kontrolą. To właśnie w te dni piekły
bułki, kołacze, baby, gotowano barszcze białe – żury na zakwasie. Każdy
wiedział co ma robić. W Wielki Piątek babcie gotowały dla nas jajka na twardo w
cebuli aby miały ładne kolory do robienia pisanek. Każdy się starał jak mógł
aby pisanki były piękne – wyjątkowe. Jajko to symbol życia i siły – było i jest
najważniejszym atrybutem świąt Wielkanocnych.
Według staropolskiej tradycji potraw w koszyku powinno być
siedem, bo siódemka jest znana jako liczba święta i symbol doskonałości, z nią
łączy się pojęcie pełni.
Śniadanie wielkanocne ma wszędzie charakter uroczystego i
obfitego posiłku. Po czterdziestodniowym poście, czas spełnienia się marzeń o
pełnym brzuchu.
Śniadanie zaczyna się od święconego, czyli darów bożych
poświęconych przez Kapłana w Wielką Środę. Z koszyka ze święconką matka obiera
jajko lub więcej i dzieli je na talerzyku na tyle cząstek ilu jest domowników.
Przekazuje talerzyk ojcu który rozpoczyna składanie życzeń dzieląc się z każdym
poświęconym jajkiem. Każdy między sobą składa sobie życzenia i zaczynają
świętować Zmartwychwstanie Pana.
„Wielka Noc dla wszystkich jest bardzo wesoła, całe
chrześcijaństwo „Alleluja” woła. I my się radujemy bośmy chrześcijanie- daj nam
szczęście, zdrowie, pogodę ducha Zmartwychwstały Panie!
Byśmy Królowali na wiek wieków w niebie! Dziś Jezus
zmartwychwstał i my zmartwychwstaliśmy. Pójdźmy do spowiedzi z grzechów się
słuchajmy. Zrzućmy grzech z sumienia, który nas krępuje Jezus Zmartwychwstały
wszystko nam daruje. Wtedy się odrodzi i nas dusza wesoła, każdy „Alleluja”
wesoło woła.”
Zdrowych i spokojnych świąt Wam życzę.
EVELINE
Palmy blogerek, fot. Sara Prekurat
Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”
Zaczął się grudzień, a wraz z nowym miesiącem ruszyły te
wszystkie przygotowania do wigilii i całych tych świąt.
Dawno temu przestałam czuć magię świąt Bożego Narodzenia – to
moje trzecie święta spędzone w miejscu odosobnienia. Jest to bardzo trudny
okres do zniesienia dla ludzi pozbawionych wolności.
W tym czasie, częściej niż zwykle, myślę o swoich
najbliższych. Jeszcze bardziej doceniam wartość słowa rodzina i uświadamiam
sobie, ja ważną rolę odgrywają oni, bliscy, w moim życiu i jak bardzo za nimi
tęsknię.
Myślę o wigilijnej kolacji, która jak co roku odbyła się u
mojej teściowej, na której trzeci rok z rzędu mnie zabrakło. Teściowa jest dla
mnie jak mama, której praktycznie nigdy nie miałam i jest dla mnie ważną osobą.
Myślę o moim Rafale, u którego w tym roku zdiagnozowano
nowotwór i który po kolacji wigilijnej wrócił do pustego domu i święta spędził
sam, bijąc się ze wszystkimi myślami.
Szczerze, to nie cierpię tego dnia w tym miejscu. Nie potrafię
cieszyć się tą całą świąteczną aurą, która zaczęła tu panować. W tym czasie
najbardziej odczuwam dotkliwość kary, na którą skazał mnie sąd.
Widzenie z mężem też nie będzie takie jak inne – będzie
trudne i smutne. Nie będzie tym razem opłatka i życzeń. Uznałam, że tak będzie
lepiej. Nie potrafię znieść tego bólu w jego oczach. On sam nic nie mówi,
nie osądza, nie wypomina, ale wiem, że nie o takim małżeństwie marzył….
Ciężko mi patrzeć mu w oczy, wiedząc, że ja mogę liczyć na
niego w każdej sytuacji, a sama w obliczu jego choroby być wsparciem dla niego
nie mogę. Okropne uczucie…
Ten świąteczny okres w zakładzie karnym, to specyficzny czas
– każdej z nas jest bardzo ciężko go przeżyć…
Nawet te najbardziej zatwardziałe kobiety w wigilię stają się
wrażliwymi osóbkami, które nie wstydzą się swoich łez. Znikają pozory,
wyznaczony dystans i wrogie nastawienie do innych. Próbuje się zapomnieć o
nieprzyjemnych sytuacjach z „koleżankami”.
O 17.30 zamykają nam cele. Usiadłyśmy do skromnie
zastawionego stołu. Były pierogi zakupione w więziennej kantynie, śledzie,
sałatka, kawałek ciasta i kubek czerwonego barszczyku – tak namiastka wigilii.
W myślach złożyłyśmy życzenia swoim najbliższym, a później
życząc sobie wolności, zdrowi, siły i spokoju, zaczęłyśmy jeść. Opowiadałyśmy
sobie o świętach spędzonych w dzieciństwie i wspominałyśmy ostatnie święta na
wolności.
Leżąc w łóżkach po 22-giej, gdy zgasło światło, popłakałyśmy
w poduszkę – tak to wyglądało.
Święta, święta, ach te święta. Mam nadzieję, że kolejne święta
Bożego Narodzenia uda mi się spędzić z moimi najbliższymi, a zwłaszcza z moim
mężem – może choćby krótka przepustka?
Każdy z nas – Ty, mój Drogi Czytelniku również, myślał lub
mówił, że od Nowego Roku postanawia n. rzucić palenie, uprawiać jakiś sport,
spędzać więcej czasu z rodziną, być miłym dla otoczenia czy zmienić pracę.
Ile takich noworocznych postanowień udało się Wam,
Kochani, zrealizować?
Mi osobiście żadnego :(.
Zawsze znalazłam sobie jakieś usprawiedliwienie, że coś lub
ktoś mi to uniemożliwił, ehhh….
Jednak ostatnio uświadomiłam sobie, że po prostu źle
się do tego wszystkiego zabierałam.
Lista moich corocznych postanowień była długa, ale ja sama
nie miałam żadnego konkretnego planu ich realizacji.
Zatem co zrobić, by osiągną upragniony cel?
Przede wszystkim musi być on realny..
W moim przypadku, biorąc to, że obecnie jestem kobietą
pozbawioną wolności i przebywam w zakładzie karny :(, nierealnym celem byłoby dzisiaj
postanowienie tego, że będę więcej czasu spędzać z najbliższymi mi osobami.
Dlatego najpierw trzeba się zastanowić nad tym, czego tak naprawdę chcemy
i jak ma wyglądać nasze życie. Koniecznie pod uwagę musimy wziąć to, że
większość z nas ma tendencję do odkładania spraw na później – zwłaszcza tych,
które nie przynoszą natychmiastowych efektów i wymagają od nas sporego wysiłku.
Pomyśl, Drogi Czytelniku, czy jesteś gotowy na podjęcie się
długoterminowego działania. Jeśli jesteś przekonany o tym, że tak, potrzebny
jest czas i cierpliwość (u mnie akurat z tą cierpliwością, to różnie bywa). Po
dokładnej analizie musimy podzielić realizację naszego celu na etapy. To
bardzo ważne, by w połowie drogi się nie zniechęcić. Za każde chociażby małe
osiągnięcia wyznaczmy sobie nagrodę. To powinno nas motywować do dalszych działań.
Ja mam mocno ograniczone możliwości – z wiadomych względów,
ale Ty, mój Czytelniku, masz wachlarz nagród, którymi możesz się obdarowywać,
za każdy etap, który udało Ci się osiągnąć.
Ja podejmuję się wyzwania, jakim jest moje noworoczne
postanowienie i działać będę metodą małych kroków. 🙂 Wierzę w to, że uda mi
się zrealizować mój cel – mam ich kilka, ale nie wszystko naraz :). Jak to
mówią: nie od razu Rzym wybudowano ;).
Z całego serca życzę Wam, Kochani, determinacji, cierpliwości
i wytrwałości w dążeniu do obranych celów.
I pamiętajcie, że nie tylko Nowy Rok jest chwilą do stawania sobie nowych wyzwań. W
każdym czasie możemy wyznaczać sobie cele i do nich dążyć! Nie zniechęcajmy
się, gdy coś nam nie wyjdzie. Walczmy do końca, z pozytywny nastawieniem 🙂
Powodzenia, Kochani, niech moc będzie Wami!
Kicia 83
PS. A może Ty, Drogi Czytelniku, masz jakąś receptę lub
sprawdzony przepis na to, by udało się zrealizować noworoczne postanowienie?
Może chciałbyś się tym podzielić? Chętnie wypróbuję :).
Poranek był mroźny, zza okna widać padający śnieg, patrzę na
zegarek godzina 6.10. Dzisiaj ten wielki dzień, wigilia Bożego Narodzenia, a w
moim życiu niewiele się zmienia, dzień jak każdy inny, samotność mi doskwiera,
taki los…
Tak niewiele mi do szczęścia teraz trzeba, podobno jaka
wigilia taki cały przyszły rok.
Spoglądam na zawartość
portfelika mojego, najbardziej się mieni blask grosika, ach
niewiele posiadam tego majątku swego…
Rozgrzewam się gorącą kawą i wspomnieniami wracam do dobrych
czasów, pierwsza myśl, która mnie nachodzi moja ulubiona bajka: Ekspres
Polarny.
Mam pomysł. Kończę kawę, biegnę do szafy, szalik, czapka,
ciepłe ubrania, notes,ołówek i na dworzec się udaję.
Los…, zdam się na los… niech los za mnie zdecyduje i święta
mi zorganizuje…
Z daleka słychać
nadjeżdżający pociąg, gdzie kursuje? Jeszcze nie wiem, wsiadam i szukam
konduktora, zapytuję o stację końcową i słyszę Wiedeń. Oh, to nie możliwe myślę
sobie, koszta ogromne, muszę szybko wysiadać, konduktor mnie zatrzymuje i informuje, spokojnie i w
bardzo przystępnej cenie bilet świąteczny mi oferuje. Dodatkowo opowiada, w ilu
miejscach pociąg się zatrzymuje i świąteczny posiłek oferuje. Zadaję sobie
pytanie: co mam do stracenia? Kupuję bilet i siadam na miejscu…
Mijamy kolejne stacje, śnieg pada, a na rozkładanym stoliku
gorąca czekolada w kubku się pojawia.
Stacja Kraków, wielu pasażerów, wszyscy obładowani, ktoś się
do mnie dosiada.
Trzy osoby, starsza para i dziecko wszyscy z zatroskanymi
minami w ciemnych, eleganckich ubraniach. Uprzejmie pytają, czy wolne. –
Oczywiście- odpowiadam.
Dziecko pyta, kiedy będą w Bratysławie, starszy pan odpowiada
– Jeszcze dwie stacje: Cieszyn i Ostrava.
Starsi państwo pytają, czy zerknąć na dziecko przez chwile
mogę, muszą zakupić bilety, nie zdążyli przed odjazdem. W Krakowie byli na
pogrzebie syna i synowej, którzy zginęli w wypadku samochodowym, odebrali
wnuczka i teraz jadą do ich domu do Bratysławy. Oczywiście zgadzam się, dziecko
spogląda w szybę, odwraca się i mówi do mnie. – Nie mam już mamy i taty…
– Pobawisz się ze mną kolejką? – pyta ściskając wagonik
czerwony. – Tak- odpowiadam. Mija chwila, dziecko prosi, by poczytać mu bajkę.
Zaczynam czytać książkę, którą dziecko mi podało„ Ekspres polarny”. Czy to przypadek? Zadaję sobie w myślach pytanie.
Wracają dziadkowie, dziecko śpi w fotelu. Pytają, jakim magicznym sposobem
udało mi się je uśpić, wskazuję na bajkę. Dziadkowie zaczynają opowiadać, jaki
mają trudny czas, obawiają się jutrzejszego świątecznego dnia, pytają
nienachalnie, gdzie się wybieram. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że przed siebie,
bo to moje kolejne samotnie spędzone Święta. Nie słyszę żadnych pytań dlaczego,
widzę w ich oczach zamiast zdziwienia dużo zrozumienia. Zaczynamy rozmawiać o
potrawach, tradycjach, polskich i słowackich, starszy pan na imię ma Vaclav
jest Słowakiem z pochodzenia. Zagłusza nas dźwięk dzwonka, to przechadzająca
się postać Św. Mikołaja, budzi nie tylko uśmiech na twarzach pasażerów, ale i
dziecko śpiące na przeciw mnie. Jest
pierwsza gwiazdka na niebie. W tle Last Christmas słychać, poczęstunek na stolikach się
pojawia, życzenia: Pięknego Bożego Narodzenia. Wszyscy pasażerowie mają sobie
coś do powiedzenia, dookoła się rozglądam: pan w kapeluszu, rodzina z
milusińskim psiakiem, grono młodych ludzi z nartami, a naprzeciw mnie dziecko,
które ma mi coś do powiedzenia. – Czy zostaniesz z nami na święta? –
Zaskakujące pytanie, myślę sobie.
Dziadkowie się odzywają i namawiają – Jedno nakrycie puste pozostaje,
gości się dzisiaj nie spodziewamy Ja tłumaczę, że mam powrotny bilet. Pan
Vaclav na to – My też w drugi dzień świąt do Krakowa wracamy, takie mamy plany.
Nikomu nic nie podaruję, jednak widząc minę dziecka wiem, że nikt ode mnie
prezentów nie oczekuje, więc się decyduję.
Stacja Bratysława się zbliża, Pan Vaclav bagaże szykuje, a
dziecko o imieniu Karol na krok mnie nie odstępuje.
Wysiadamy. Za plecami słyszę znajomy głos konduktora – Ta
podróż wielu osobom święta uratuje.-
Ze stacji Bratysława do domu moich nowych znajomych się
udaję.
Kamienica taka piękna na starówce, parter . – Choinki nie ma
– słychać zrozpaczony głos Karola.
Pan Vaclav pocieszającym głosem -Nic się nie martw Karolku
kochany, zaraz udamy się na rynek, tam obok bramy. Ciepło ubrani spacerem
podążamy, stos choinek ukazuje się przed nami.
Wracając z choinką miasto pięknie oświetlone przemierzamy. Tu
pieczone kasztany, tam słodkie obwarzanki, a nad wszystkim aromat gotowanej z
cynamonem pomarańczy.
Czy to ilość słodkości, czy pełne oczu Karolka radości, czuję
szczęście, że jestem w tym miejscu, w gości.
Śnieg nie przestaje padać, starsza pani na imię ma Joanna, w
eleganckim wydaniu, ciepłym głosem
wskazuje mi miejsce przy stole, obok mnie siedzi Karolek.
Mimo smutku pan Vaclav mówi – Zjedzmy pomalutku, dzisiaj
odpoczniemy, a jutro na śnieżki się przejdziemy. Uśmiech Karolka bezcenny.
Pan Vaclav do kominka mnie zaprasza, zdjęcia Bliskich
wyjmuje, pokazuje i mówi – Nie wiem co teraz będzie z Karolkiem, mnie i żonie
sił brakuje.
Pyta, czym na co dzień się zajmuję. Ja szczerze odpowiadam,
że mam za sobą zły czas, ale teraz swoje życie kontroluję i mimo utraty
Bliskich siły odzyskuję.
Uśmiech szczery Pana
Vaclava powoduje, że znaczenie konduktora słów do mnie jeszcze bardziej
przemawia.
– To spotkanie, drogie dziecko, to nie przypadek,
dobranoc.- Tymi słowami pożegnał mnie
pan Vaclav. Poranek wita mnie krajobrazem całkowicie pokryty białym puchem.
Odwracam się w stronę drzwi, a tam Karolek przygląda się mi i mówi.- Zobacz co
Mikołaj zostawił tobie w skarpecie, zobacz.- Zaglądam, a tam klucz i czekolada
z karteczką „Serce rodziny i domu tego jest twoje, powtarzaj sobie: Jestem
dobrym człowiekiem po przejściach, szczęścia się nie boję„. Myślę sobie, jak ta
nieplanowana podróż mnie obdarowuje.
Nagle słychać -Śniadanie gotowe zapraszamy.
Schodzę, pan Vaclav w
czapce Świętego Mikołaja częstuje mnie kawą, jemy śniadanie, rozmawiamy,
śmiejemy się do południa. Karolek czeka
z sankami i zniecierpliwiony oznajmia – Jestem już ciepło ubrany, czas na
śnieżny marsz.
W świetle dnia ciągnąc
sanki po białej Bratysławie, pani Joanna
i pan Vaclav pokazują, opowiadają bez pośpiechu, spacerują. Zatrzymujemy się na
gorące kakao, by nas w ten mroźny i śnieżny dzień rozgrzało. Po dniu na
słowackim powietrzu spędzonym wracamy,
ogień w kominku rozpalony.
Z kuchni wychodzimy, by zjeść obiad wspólnie przygotowany,
czas na podwieczorek, sernik krakowski, a na to wszystko jak to dziecko,
reaguje znudzony czasem posiłku Karolek – Czy
obejrzymy film?
-Oczywiście – odpowiada pani Joanna. Zadowolony Karolek
wskazuje nam miejsca na sofie, pan Vaclav zajmuje fotel, cisza w tle, na na
ekranie „Ekspres Polarny” pojawia się.
Nie wiem, czy to jawa, czy to sen, ale moje marzenie o
pięknych świętach spełnia się.
Drugi dzień Bożego Narodzenia, słyszę stukot do drzwi mojego
gościnnego pokoju, domyślam się któż to może być. Nie, to nie Karolek. To pan
Vaclav -Przepraszam, że tak skoro świt, czy możemy przy kawie porozmawiać? –
mówi z uśmiechem, spoglądam na zegarek jest 9 rano. – Oczywiście. Schodzimy na
dół, siadamy w kuchni pan Vaclav podając mi kubek kawy mówi – Dzisiaj muszę jechać
z żoną do Krakowa na dwa dni, pozamykać sprawy syna i synowej, by dalej żyć.
Karolek jeszcze śpi, jeśli nic ciebie nie goni, czy możesz zostać z nim? Bardzo
ciebie o to proszę. Powrót w tym czasie
do Krakowa Karolka nie jest dobrym pomysłem, to dziecko powinno cieszyć się
świętami. – Dobrze, jeśli to pomoże – odpowiadam. – Dziękuję, mów mi po imieniu
– stwierdza wyraźnie uradowany Vaclav. Kolejne dwa dni upływają nam na
spacerach, sankach i zabawie. 28 grudnia jest koło południa czekamy na dworcu z
Karolkiem w Bratysławie, kolejka staje, Vaclav z żoną wysiada, wita się
radośnie z nami, a za nimi znajomy konduktor szepcze – Święta uważam za
uratowane. Wszystkie najcenniejsze prezenty rozdane.
Kolejny rok wyroku za
mną… kolejne święta w tym miejscu… nie lubię świąt tutaj…brak zapachu świeżej
choinki, smażonej ryby, wigilijnej kapusty, pierogów… tutaj nawet śledź smakuje inaczej – ☹
gorzej…
W niektórych celach
staramy się „wspólnymi siłami” organizować uroczyste chwile… stwarzamy
„namiastkę” domu: przystrajamy odświętnie (bo obrusem, nie ceratą 😊)
blat stołu😊 – czasem uda się
nawet zdobyć sianko😊; robimy
własnoręcznie imitacje choinek (w tym roku na topie makaronowe rękodzieła!) –
jedynym minusem jest to, że nie pachną lasem☹;
przyozdabiamy klapy i okna; z dostępnych w kantynie produktów robimy smaczne
dania (co nie jest łatwe – uwierzcie😊).
To ten weselszy aspekt świąt! Te przygotowania zajmują nam myśli… te o domu i
najbliższych, te o popełnionych błędach i ich konsekwencjach, te o straconym
czasie…
Ale są też cele, na
których po prostu nie organizuje się nic – święta są traktowane jak taki
dłuuuugi weekend – NUDA!!! Tam marzy się o tym, żeby jak najszybciej zleciały☹…
To czas wszechogarniającego
smutku i tęsknoty za bliskimi, to czas wyciszenia i melancholii, to czas
podsumowań i życzeń – czego sobie tutaj życzymy? Przeważnie zapominamy o
zdrowiu! 😊 A mówimy o
Spokoju i Wolności😊.
W ramach świątecznego prezentu mogłabym otrzymać
długopis. Taki, który nigdy się nie wypisze. Do takiego długopisu chciałabym
otrzymać kartkę. Taką, która nigdy się nie kończy. Lubię pisać. Dzięki takiemu
prezentowi mogłabym stawiać litery, słowa, znaki, zdania, cały czas bez końca.
Odręczne pisanie dzięki braku dostępu do komputera wpadło mi w nawyki i chyba
jako taki pozostanie ze mną nawet, kiedy dostęp do komputera przestanie być
luksusem. Litera to litery, słowo do słowa zdanie do zdania będę składać w
opowieści, których jeszcze nie znam. W sensie, którego jeszcze nie pojmuję.
Dzięki wiecznemu długopisowi i nieskończonej kartce uchwycę historię mojego
wszechświata. Tylko, kto by chciał czytać?
Skowronek
Gdybym mogła poprosić o jedną, jedyną rzecz to, co by to było? Hmmm nie, nie wolność, nie dodatkowy talon, nie możliwość dodatkowego widzenia. Możliwość by być takim człowiekiem, za jakiego uważa mnie mój pies :). Nie pamiętam, kto mądry to powiedział, ale zgadzam się z tym w zupełności. I nie ma Cię, gdy moje życie spada w dół. I nie ma Cię gdy wszystko łamię się w pół.
Bella
Biorąc pod uwagę ten temat, mogę napisać coś z pogranicza fantastyki- cofnięcie czasu, niczym Dżamper, znaleźć się w innym czasie w innym miejscu i nie trafić tu. Jednak wypadałoby spojrzeć na to realnie prezent, jaki chciałabym otrzymać od losu.. Nie mam wygórowanych pragnień, więc prawdziwym szczęściem i radością dla mnie jest zdrowie i szczęście moich bliskich-mamy, dzieci, babci.. Jako mama pragnę by moje dzieci żyły w szczęściu, zdrowiu i by wszystko u nich układało się dobrze i tak jak tego pragną . I póki tak się dzieje nie wiem czy potrzeba mi czegokolwiek innego. Jedyne czego bym chciała to być z nimi i móc wspierać ich w każdym działaniu. Pragnę by los uchronił ich od zawodów życiowych, od rozczarowania… od błędów, które wywierają ogromny wpływ na resztę życia. Najlepszym prezentem od życia dla mnie jest powrót do rodziny….
Diablica
Przed świętami Bożego Narodzenia oraz rozpoczęciem
Nowego Roku nadchodzi czas refleksji i zadumy czego bym chciała od losu? Hmm
odpowiedź jest jedna,…aby najlepszy dzień starego roku, był najgorszym
nadchodzącego. Prezentem doskonałym dla mnie będą cudowne dni spędzone z
najbliższymi, nieplanowane wakacje, poranna kawa na huśtawce przy domu,
spędzenie czasu aktywnie z dziećmi i buziak od męża na przywitanie i dobranoc
itd. A na te święta które spędzę w Areszcie prezentem będzie przyjezdna
atmosfera na celi i oczywiście pomoc przy robieniu Tiramissu, sernika czy
śledzi z rodzynkami.
Blondi
Chyba największym prezentem od losu, który mogłabym dostać, to chyba większy „łut szczęścia”. Szczęścia, ponieważ uważam że ono omija mnie szerokim łukiem i nie pisze tu mając na uwadze to że jestem w więzieniu, bo to akurat traktuje jako szanse od losu, który uratował moje życie, a raczej zgliszcza, które mi pozostały. Mówiąc szczęście mam na myśli partnerów, których do tej pory miałam, szczęście wśród którym mogłam się rozwijać a nie trwać w tzw”pauzie” życia, spowodowanej brakiem możliwości wyboru drogi. Najgorsze jest to że nigdy nie ma dobrego momentu, zawsze jest zbyt wcześnie albo zbyt późno zawsze więc szczęście większa jej porcja byłaby dla mnie prezentem od losu największym i bycie dobrym miejscu i dobrym czasie.
Moje pierwsze widzenie dwa dni po osadzeniu w A.Ś.
Przyjechała mama z siostrą. Trudno było nam ze sobą rozmawiać, gdyż nie
ukrywam, że ryczałyśmy. Było mi bardzo ciężko się z nimi rozstać po tej
godzinie, która upłynęła w szybkim tempie. Mama robiła wyrzuty typu „A nie mówiłam”, „po co z nim byłaś?” itp. Ciężko
było tego słuchać, bo poniekąd miała rację. Ale cóż, czasu przecież się nie
cofnie…
Chciałbym zobaczyć na widzeniu moje najdroższe skarby –
dzieci oraz najukochańszą siostrzenicę – Nikolkę. Pragnę tego bardzo mocno, ale
nie jest to fajne dla dzieci. Więc mimo tego, że strasznie tęsknię za nimi, nie
chcę, aby mnie w tym miejscu odwiedzały.
Na wolności każda kobieta od najmłodszych lat stara się być
ładnie ubrana i w miarę swoich lat mieć makijaż. Myślenie, że za murami jest
jakaś zmiana w naszym życiu, jest mylne: mamy więcej czasu i co prawda mniej możliwości,
jesteśmy zadbane, z makijażem, choć warunki są trudne, mamy swoje
zainteresowania, które odkrywamy od nowa.
Jak każda kobieta, lubię być zadbana. W takich warunkach, w
jakich się znajdujemy, mamy na to sposoby.
Przede wszystkim musimy zadbać o higienę
osobistą i fizyczną.
Środków zakupionych i dostępnych w kantynie
używamy do poprawy naszego wyglądu.
Robimy peelingi z kawy lub cukru po czym
nakładamy dostępne kremy.
Myjemy się jak możemy, układamy fryzurę.
Najważniejsze jest myślenie pozytywne.
Beti
*
Na wszystko wpływa sytuacja materialna. Kosmetyki, które
często oglądamy w reklamach, zazwyczaj dostępne są w kantynie więziennej, lecz
„niedostępne” dla osób, które nie otrzymują pomocy z zewnątrz. Dbanie o siebie
w tym miejscu to dość trudne wyzwanie, bo choć w zasięgu ręki mielibyśmy
najlepsze kremy i balsamy, wpływa na nas stres i wszelkie inne zmartwienia,
osoby palące w celi, jak i samo spożywanie przez nas nikotyny, etc. Uważam, że
dbanie o siebie, to tak naprawdę dbanie o bliskich poza murami, bo gdy nie
towarzyszy nam stres i mamy świadomość, że bliscy są zdrowi, sami się dzięki
temu uśmiechamy i to nas czyni pięknym człowiekiem, po prostu.
Ewa
*
Staram się spożywać owoce i soki,
Używam kremu przeciwzmarszczkowego,
Przyjmuję prawie wszystkie dostępne witaminy w
„kantynie”,
Ograniczam do minimum papierosy.
Ola
*
Zadbanie o siebie za murami uzależnione jest od kilku
czynników. Po pierwsze – zależy od długości wyroku – czym jest on krótszy, tym
jest to prostsze. Wszelkie uszczerbki na zdrowiu i wyglądzie zewnętrznym
„zreperujemy” po wyjściu. Drugą sprawą jest sytuacja finansowa (w naszym
wypadku – naszej rodziny). Osobiście „wybierając” się do więzienia zadbałam o
zdrowe zęby, zrobiłam wszelkie badania – przy okazji wykryto u mnie chorobę
serca i otrzymałam skierowanie na wszczepienie stymulatora serca. Niestety nie wyrobiłam
się, a tu nie mogę liczyć na wsparcie „medyczne”. Jeśli chodzi o „kosmetologię”
– nie mamy dużych możliwości. Kantyna nie oferuje nam dużego wyboru kosmetyków,
a to, co jest, dla wielu jest zbyt drogie. Z wolności, niestety nie można ich
otrzymywać. Z mojej perspektywy (rok i 2 miesiące pozbawienia wolności)
nadrobię braki po wyjściu.
Rico
*
Dbam o siebie tak:
Mam lakier do paznokci od innej osadzonej.
Fusami od kawy robię raz na jakiś czas peeling.
Nakładam olej roślinny na całe ciało jak nie mam
kremu, a nawet i czasem masło na buzie, aby skóra nie była sucha.
Olej również nakładam na końcówki włosów.
Kąpiel dwa razy w tygodniu pod prysznicem, a tak
to w misce pod celą się myję każdego dnia.
Pati
*
Higiena osobista – PODSTAWA
Dieta – mimo tego miejsca – można!
Spacery + gimnastyka
Regularne (5 razy dziennie) spożywanie posiłków
(nie podjadać pomiędzy, a pić wodę!)
Dbanie jest uzależnione od różnych rzeczy, a prawie nawet
etapów życia. Przychodzi mi do głowy teraz taka sytuacja, jak byłam parę lat
młodsza (no bo już paręnaście tu jestem) i szykowałam się na widzenie. Było
ciepłe lato, byłam już ładnie opalona i w ogóle wydawało mi się, że nieźle
wyglądam. Odwiedzał mnie wtedy tata i postanowiłam, że pomaluję sobie tylko
rzęsy. Tamto spotkanie uświadomiło mi, że bliscy zwyczajnie kojarzą mi się z
pełnym makijażem i to dla nich jest jakaś forma świadectwa mojego dobrego
samopoczucia. Tata wtedy zapytał – „czemu tak kiepsko wyglądasz?”. Może
faktycznie tak wyglądałam? Staram się na co dzień dobrze wyglądać, lubię dbać o
siebie. Robię makijaż, trochę ćwiczę, nie palę, chodzę na spacery, jednak jem dużo
niezdrowego. Na początku w ogóle nie przychodziło mi do głowy, żeby się malować
(choć prawie wszystko można było mieć w paczkach). Wtedy byłam małolatą, to nie
potrzebowałam może „pomagaczy” i „podkreślaczy”, teraz mam już swoje lata J. W paczkach nie można prawie nic, w kantynie kosmetyków jak
za złoto, a ja dalej jestem kobietą! Juhu!
Każda z nas ma na to swoje sposoby, ale chyba najłatwiejsze
jest to by żyć w zgodzie ze sobą. Być dla siebie piękną! Piękno to nie tylko
wygląd zewnętrzny. Tak samo dbanie – to nie tylko wklepywanie kremów (choć to
lubię i robię J ).
Pełnoletnia
*
Jem dużo warzyw i owoców,
Staram się pić soki z tutejszej kantyny oraz
witaminy
Uczęszczam na spacery
Stosuję kremy i balsamy do ciała oraz odżywki do
włosów.
Kowal
*
Mimo ograniczonych możliwości (kantyna – brak śluzu ślimaka
hue hue hue), dajemy radę. Bardzo ważne jest dbanie o kondycję fizyczną.
Ćwiczenia dają podwójny efekt – modelują sylwetkę oraz zwiększają pozytywną
energię (zastrzyk dopaminy!). Roimy pod celą maseczki, peelingi, farbujemy
włosy, malujemy paznokcie… wyglądamy kobieco i tak się czujemy. Wszystkie
przepisy w Kamczatka News.
Pozdrawiam,Bella
*
Ciężko mi się wypowiedzieć ponieważ czynności związane z
higieną codzienną raczej się nie wliczają
temat. Staram się wyglądać schludnie – w razie jakiegoś nagłego pryszcza
używam toniku. Na co dzień krem nawilżający, delikatny makijaż. Jestem
narcyzem, zazwyczaj jak zaglądam w lusterko, jestem piękna choć zdarzają się
też „brzydkie dni”. Trzeba je przeczekać bez zbytniego dbania o urodę i wszystko wróci do normy.
Safi
*
Pierwsza sprawa podstawowa to zachowanie higieny, tzn.
codzienna toaleta rano i wieczorem mycie całego ciała. Dwa razy w tygodniu
łaźnie (kąpiel pod prysznicem). Kosmetyki są dostępne w kantynie. Jeżeli ktoś z
zewnątrz przysyła pieniądze, połowa sumy idzie na zakupy, a druga na tzw.
żelazną, kasę którą odbieramy po wyjściu
więzienia. W takim systemie można kupić: krem, żel, tusz do rzęs, puder,
farbę do włosów, lakier do paznokci. Podstawowo środki higieny dostajemy od
więzienia tzn. mydło, szampon, pastę do zębów. Spacery są codziennie w wymiarze
1 godziny. Psychikę mam na tyle mocną, że jakoś wytrzymuję myśląc o tym, że
niedługo będę po drugiej stronie.