Na pewno życzę Wam wszystkim zdrowia. Życzę,
abyście Wy i Wasze rodziny nie zostały dotknięte COVID-19 i abyście w tym roku
mogli zobaczyć bliskich i zasiąść przy stole, wspólnie zjeść potrawy i
podzielić się opłatkiem.
Abyście nie musieli składać sobie życzeń przez
zimny monitor komputera, tableta czy komórki. Życzę Wam, abyście w te święta
byli radośni, weseli i najedzeni. Abyście mogli, mimo pandemii, spędzić te
święta w gronie rodziny, przyjaciół. Abyście byli przepełnieni nadzieją i wiara
oraz miłością do swego bliźniego.
AKSAMITKA
♦♦♦
Święta w czasie pandemii
Święta Bożego Narodzenia to
dla mnie nie tylko 12 potraw, które obowiązkowo powinny być na stole. To nie
choinka, którą ubieramy wspólnie w dzień Wigilii, wyczekując bliskich, którzy
mają nadjechać. To nie tylko pierwsza gwiazdka, wraz z którą zaczynamy Wigilię.
Święta Bożego Narodzenia to
czas, podczas którego mamy możliwość spotkania się z najbliższymi. To czas
wspólnie spędzony z rodziną.
Może też dlatego w tym miejscu
dla mnie nie ma Świąt i też nie potrafię się przemóc, aby je tu urządzić.
Patrzę na współosadzone, miłe i niemiłe – ale każda z nas ma inny punkt
patrzenia na świat, tu w AŚ-ZK Grochów.
Jedne
płaczą, drugim to zupełnie obojętne, a trzecie aż nie mogą doczekać się, kiedy
ten dzień nadejdzie. Na grupę trzecią patrzę z podziwem, bo ja nie potrafię
obchodzić tych świąt tu, bez rodziny, obchodzę je w 5 minut, w momencie, kiedy
dzwonię do domu i w ciągu tego czasu – jestem z nimi. Pandemia podczas Świąt w
AŚ-ZK? Jedyną zmianą dla mnie jest to, że w
tym czasie, w tym roku SW i my – osadzone mamy
założone maseczki. A tam za bramą, jak wyglądać będą Święta podczas pandemii?
Tego dowiem się od siostry, mamy czy taty. No i rozmawiałam z synem, na temat
pandemii… „książki nie dotarły na czas”…
AKSAMITKA
♦♦♦
Fot. Małgorzata Brus
Święta w czasach pandemii
Ten czas dla wszystkich jest, na swój sposób, wyjątkowy. Dla mnie jest wyjątkowo trudny, a teraz jest trudny podwójnie. Izolacja jest przez pandemię podwójna. Zawsze przed świętami mocniej czekało się na widzenia, paczki też były fajniejsze, bo nawet jeśli tylko trochę, to jednak świąteczne. W tym roku tego nie będzie, bo nie ma widzeń, i tylko perspektywa zobaczenia kochanej twarzy przez skype’a, niesie trochę radości, ale to nie to samo, co spotkać się z najbliższymi na żywo. Wszystkim jest ciężko, i to nie podlega dyskusji, ale tutaj nie ma szans na jakikolwiek manewr i ulgę w podwójnej samotności. Nic na to teraz nie poradzimy, trzeba przez to przejść i tyle. Kiedyś martwiło mnie to, że ,,święta, święta i po…’’, bo ten czas mijał zbyt szybko. Teraz będziemy się cieszyć, że to minie w ułamku sekundy. Bez względu na wszystko, jakoś się nie poddaję. Już zaczęłyśmy ozdabiać celę. ,,Gruby’’ wisi na klamce od okna, bo nie ma komina, żeby mógł się przez niego przeciskać. Hologramowe śnieżynki poprzyklejałyśmy na szybę, stroik z bombkami zawisł na szczycie łóżka, twarz Mikołaja przyklejona na drzwi. Jeszcze dwie choinki ubierzemy, dodamy kokardki i wstążeczki, i będzie dobrze. Nawet jeśli ,,dobrze’’, to określenie na wyrost, to wystarczy ,,nie najgorzej’’. Oby tylko atmosfera była przyzwoita i spokojna, to sukces będzie murowany. Człowiek ma to do siebie, że brnie przez gorsze tragedie w życiu, więc przebrnięcie przez święta przy wszystkim innym, będzie nie tyle bułką z masłem, ile pierogami z kapustą i grzybami ☺.
Małgosia
Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”
Forum Służby Więziennej objęło patronatem medialnym blog ewkratke.pl
ŻYCZYMY WSZYSTKIM, ABY ŚWIĘTA WIELKANOCNE PRZYNIOSŁY RADOŚĆ ORAZ WZAJEMNĄ ŻYCZLIWOŚĆ. BY STAŁY SIĘ ŹRÓDŁEM WZMOCNIENIA DUCHA. NIECH ZMARWTYCHWSTANIE RÓWNIE NIESIE ODRODZENIE, NAPEŁNI WAS POKOJEM I WIARĄ, NIECH DA SIŁĘ W POKONYWANIU TRUDNOŚCI I POZWOLI Z UFNOŚCIĄ PATRZEĆ W PRZYSZŁOŚĆ
NIECH BLASK ŚWIĄT WIELKANOCNYCH ROZPRASZA CIENIE, CODZIENNYCH TROSK I TRUDÓW A WNIESIE RADOŚĆ, POKÓJ I NADZIEJĘ.
H.S.
Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”
Więzienna ciekawostka o tym jak przygotować w celi świąteczne potrawy. Zobacz >>Cela kulinarna
MÓWI ZAJĄC DO
BARANKA
JAKA PIĘKNA TO
PISANKA!
WTEM Z JAJECZKA
WYSZŁA KURA
NASTROSZYŁA
SWOJE PIÓRA
BIEGA, GŁOŚNO
KRZYCZY
ŻE SPOKOJNYCH
ŚWIĄT WAM ŻYCZY!
Na pewno już zapomniałam co to są rodzinne święta. Już
przed aresztowaniem nie spędzałam ich z obojgiem rodziców, ale ciągle w głowie
dla mnie święta, to rodzina, stół, atmosfera. Tyle lat po tej stronie, a dla
mnie święta to czas spędzony z bliskimi – a co najmniej z życzliwymi ludźmi
wokół. Tutaj ten dzień każda próbuje jak najspokojniej przetrwać, ale mało
ucieka od świadomości Zmartwychwstania Pańskiego.
Wielkanoc dziewczyny organizują indywidualnie, szykują je
tylko we własnych celach, a te które mają możliwość przemieszczania się – idą
do celi gdzie mają np. znajomą. To czas, że chce się być blisko z kimś, kogo
się lubi. Wtedy wilgotnieją oczy podczas rozmów telefonicznych i chyba nie
czekoladowe jajko jest wtedy ważne, tylko życzliwy człowiek.
Zmartwychwstanie niesie odrodzenie, daję siłę w
pokonywaniu trudności – to się liczy!
Nieistotne, gdzie się wtedy jest, przy kim bądź bez kogo,
po coś to się wszystko dokonało.
Patrzmy z ufnością w przyszłość – tego życzę każdemu z
Was, mojej całej rodzinie, Fundacji Dom Kultury i samej sobie.
Tym bardziej teraz nie cieszymy się tym co za oknem, ale
tym – z kim w domu.
Zdrówka i nadziei!
Pozdrowienia
PEŁNOLETNIA
Z OKAZJI ŚWIĄT
WIELKANOCNYCH, ŻYCZĘ WAM (OSADZONYM), MOIM DZIECIOM, FUNDACJI,
PRZEDE WSZYSTKIM – ZDROWIA, SPOKOJU I MIŁOŚCI!
MARKOSIA
Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”
Wiosenny cykl świąteczny zaczyna się od Środy Popielcowej i
trwa do Zielonych Świątek. Niedziela Wielkanocna przypada na pierwszą niedzielę
po pełni Księżyca, po wiosennej równonocy.
W Wielki Czwartek i Piątek przygotowywano świąteczne
przysmaki. Nasze babcie miały wszystko pod kontrolą. To właśnie w te dni piekły
bułki, kołacze, baby, gotowano barszcze białe – żury na zakwasie. Każdy
wiedział co ma robić. W Wielki Piątek babcie gotowały dla nas jajka na twardo w
cebuli aby miały ładne kolory do robienia pisanek. Każdy się starał jak mógł
aby pisanki były piękne – wyjątkowe. Jajko to symbol życia i siły – było i jest
najważniejszym atrybutem świąt Wielkanocnych.
Według staropolskiej tradycji potraw w koszyku powinno być
siedem, bo siódemka jest znana jako liczba święta i symbol doskonałości, z nią
łączy się pojęcie pełni.
Śniadanie wielkanocne ma wszędzie charakter uroczystego i
obfitego posiłku. Po czterdziestodniowym poście, czas spełnienia się marzeń o
pełnym brzuchu.
Śniadanie zaczyna się od święconego, czyli darów bożych
poświęconych przez Kapłana w Wielką Środę. Z koszyka ze święconką matka obiera
jajko lub więcej i dzieli je na talerzyku na tyle cząstek ilu jest domowników.
Przekazuje talerzyk ojcu który rozpoczyna składanie życzeń dzieląc się z każdym
poświęconym jajkiem. Każdy między sobą składa sobie życzenia i zaczynają
świętować Zmartwychwstanie Pana.
„Wielka Noc dla wszystkich jest bardzo wesoła, całe
chrześcijaństwo „Alleluja” woła. I my się radujemy bośmy chrześcijanie- daj nam
szczęście, zdrowie, pogodę ducha Zmartwychwstały Panie!
Byśmy Królowali na wiek wieków w niebie! Dziś Jezus
zmartwychwstał i my zmartwychwstaliśmy. Pójdźmy do spowiedzi z grzechów się
słuchajmy. Zrzućmy grzech z sumienia, który nas krępuje Jezus Zmartwychwstały
wszystko nam daruje. Wtedy się odrodzi i nas dusza wesoła, każdy „Alleluja”
wesoło woła.”
Zdrowych i spokojnych świąt Wam życzę.
EVELINE
Palmy blogerek, fot. Sara Prekurat
Projekt “Okno na świat” „Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych”
Zaczął się grudzień, a wraz z nowym miesiącem ruszyły te
wszystkie przygotowania do wigilii i całych tych świąt.
Dawno temu przestałam czuć magię świąt Bożego Narodzenia – to
moje trzecie święta spędzone w miejscu odosobnienia. Jest to bardzo trudny
okres do zniesienia dla ludzi pozbawionych wolności.
W tym czasie, częściej niż zwykle, myślę o swoich
najbliższych. Jeszcze bardziej doceniam wartość słowa rodzina i uświadamiam
sobie, ja ważną rolę odgrywają oni, bliscy, w moim życiu i jak bardzo za nimi
tęsknię.
Myślę o wigilijnej kolacji, która jak co roku odbyła się u
mojej teściowej, na której trzeci rok z rzędu mnie zabrakło. Teściowa jest dla
mnie jak mama, której praktycznie nigdy nie miałam i jest dla mnie ważną osobą.
Myślę o moim Rafale, u którego w tym roku zdiagnozowano
nowotwór i który po kolacji wigilijnej wrócił do pustego domu i święta spędził
sam, bijąc się ze wszystkimi myślami.
Szczerze, to nie cierpię tego dnia w tym miejscu. Nie potrafię
cieszyć się tą całą świąteczną aurą, która zaczęła tu panować. W tym czasie
najbardziej odczuwam dotkliwość kary, na którą skazał mnie sąd.
Widzenie z mężem też nie będzie takie jak inne – będzie
trudne i smutne. Nie będzie tym razem opłatka i życzeń. Uznałam, że tak będzie
lepiej. Nie potrafię znieść tego bólu w jego oczach. On sam nic nie mówi,
nie osądza, nie wypomina, ale wiem, że nie o takim małżeństwie marzył….
Ciężko mi patrzeć mu w oczy, wiedząc, że ja mogę liczyć na
niego w każdej sytuacji, a sama w obliczu jego choroby być wsparciem dla niego
nie mogę. Okropne uczucie…
Ten świąteczny okres w zakładzie karnym, to specyficzny czas
– każdej z nas jest bardzo ciężko go przeżyć…
Nawet te najbardziej zatwardziałe kobiety w wigilię stają się
wrażliwymi osóbkami, które nie wstydzą się swoich łez. Znikają pozory,
wyznaczony dystans i wrogie nastawienie do innych. Próbuje się zapomnieć o
nieprzyjemnych sytuacjach z „koleżankami”.
O 17.30 zamykają nam cele. Usiadłyśmy do skromnie
zastawionego stołu. Były pierogi zakupione w więziennej kantynie, śledzie,
sałatka, kawałek ciasta i kubek czerwonego barszczyku – tak namiastka wigilii.
W myślach złożyłyśmy życzenia swoim najbliższym, a później
życząc sobie wolności, zdrowi, siły i spokoju, zaczęłyśmy jeść. Opowiadałyśmy
sobie o świętach spędzonych w dzieciństwie i wspominałyśmy ostatnie święta na
wolności.
Leżąc w łóżkach po 22-giej, gdy zgasło światło, popłakałyśmy
w poduszkę – tak to wyglądało.
Święta, święta, ach te święta. Mam nadzieję, że kolejne święta
Bożego Narodzenia uda mi się spędzić z moimi najbliższymi, a zwłaszcza z moim
mężem – może choćby krótka przepustka?
Poranek był mroźny, zza okna widać padający śnieg, patrzę na
zegarek godzina 6.10. Dzisiaj ten wielki dzień, wigilia Bożego Narodzenia, a w
moim życiu niewiele się zmienia, dzień jak każdy inny, samotność mi doskwiera,
taki los…
Tak niewiele mi do szczęścia teraz trzeba, podobno jaka
wigilia taki cały przyszły rok.
Spoglądam na zawartość
portfelika mojego, najbardziej się mieni blask grosika, ach
niewiele posiadam tego majątku swego…
Rozgrzewam się gorącą kawą i wspomnieniami wracam do dobrych
czasów, pierwsza myśl, która mnie nachodzi moja ulubiona bajka: Ekspres
Polarny.
Mam pomysł. Kończę kawę, biegnę do szafy, szalik, czapka,
ciepłe ubrania, notes,ołówek i na dworzec się udaję.
Los…, zdam się na los… niech los za mnie zdecyduje i święta
mi zorganizuje…
Z daleka słychać
nadjeżdżający pociąg, gdzie kursuje? Jeszcze nie wiem, wsiadam i szukam
konduktora, zapytuję o stację końcową i słyszę Wiedeń. Oh, to nie możliwe myślę
sobie, koszta ogromne, muszę szybko wysiadać, konduktor mnie zatrzymuje i informuje, spokojnie i w
bardzo przystępnej cenie bilet świąteczny mi oferuje. Dodatkowo opowiada, w ilu
miejscach pociąg się zatrzymuje i świąteczny posiłek oferuje. Zadaję sobie
pytanie: co mam do stracenia? Kupuję bilet i siadam na miejscu…
Mijamy kolejne stacje, śnieg pada, a na rozkładanym stoliku
gorąca czekolada w kubku się pojawia.
Stacja Kraków, wielu pasażerów, wszyscy obładowani, ktoś się
do mnie dosiada.
Trzy osoby, starsza para i dziecko wszyscy z zatroskanymi
minami w ciemnych, eleganckich ubraniach. Uprzejmie pytają, czy wolne. –
Oczywiście- odpowiadam.
Dziecko pyta, kiedy będą w Bratysławie, starszy pan odpowiada
– Jeszcze dwie stacje: Cieszyn i Ostrava.
Starsi państwo pytają, czy zerknąć na dziecko przez chwile
mogę, muszą zakupić bilety, nie zdążyli przed odjazdem. W Krakowie byli na
pogrzebie syna i synowej, którzy zginęli w wypadku samochodowym, odebrali
wnuczka i teraz jadą do ich domu do Bratysławy. Oczywiście zgadzam się, dziecko
spogląda w szybę, odwraca się i mówi do mnie. – Nie mam już mamy i taty…
– Pobawisz się ze mną kolejką? – pyta ściskając wagonik
czerwony. – Tak- odpowiadam. Mija chwila, dziecko prosi, by poczytać mu bajkę.
Zaczynam czytać książkę, którą dziecko mi podało„ Ekspres polarny”. Czy to przypadek? Zadaję sobie w myślach pytanie.
Wracają dziadkowie, dziecko śpi w fotelu. Pytają, jakim magicznym sposobem
udało mi się je uśpić, wskazuję na bajkę. Dziadkowie zaczynają opowiadać, jaki
mają trudny czas, obawiają się jutrzejszego świątecznego dnia, pytają
nienachalnie, gdzie się wybieram. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że przed siebie,
bo to moje kolejne samotnie spędzone Święta. Nie słyszę żadnych pytań dlaczego,
widzę w ich oczach zamiast zdziwienia dużo zrozumienia. Zaczynamy rozmawiać o
potrawach, tradycjach, polskich i słowackich, starszy pan na imię ma Vaclav
jest Słowakiem z pochodzenia. Zagłusza nas dźwięk dzwonka, to przechadzająca
się postać Św. Mikołaja, budzi nie tylko uśmiech na twarzach pasażerów, ale i
dziecko śpiące na przeciw mnie. Jest
pierwsza gwiazdka na niebie. W tle Last Christmas słychać, poczęstunek na stolikach się
pojawia, życzenia: Pięknego Bożego Narodzenia. Wszyscy pasażerowie mają sobie
coś do powiedzenia, dookoła się rozglądam: pan w kapeluszu, rodzina z
milusińskim psiakiem, grono młodych ludzi z nartami, a naprzeciw mnie dziecko,
które ma mi coś do powiedzenia. – Czy zostaniesz z nami na święta? –
Zaskakujące pytanie, myślę sobie.
Dziadkowie się odzywają i namawiają – Jedno nakrycie puste pozostaje,
gości się dzisiaj nie spodziewamy Ja tłumaczę, że mam powrotny bilet. Pan
Vaclav na to – My też w drugi dzień świąt do Krakowa wracamy, takie mamy plany.
Nikomu nic nie podaruję, jednak widząc minę dziecka wiem, że nikt ode mnie
prezentów nie oczekuje, więc się decyduję.
Stacja Bratysława się zbliża, Pan Vaclav bagaże szykuje, a
dziecko o imieniu Karol na krok mnie nie odstępuje.
Wysiadamy. Za plecami słyszę znajomy głos konduktora – Ta
podróż wielu osobom święta uratuje.-
Ze stacji Bratysława do domu moich nowych znajomych się
udaję.
Kamienica taka piękna na starówce, parter . – Choinki nie ma
– słychać zrozpaczony głos Karola.
Pan Vaclav pocieszającym głosem -Nic się nie martw Karolku
kochany, zaraz udamy się na rynek, tam obok bramy. Ciepło ubrani spacerem
podążamy, stos choinek ukazuje się przed nami.
Wracając z choinką miasto pięknie oświetlone przemierzamy. Tu
pieczone kasztany, tam słodkie obwarzanki, a nad wszystkim aromat gotowanej z
cynamonem pomarańczy.
Czy to ilość słodkości, czy pełne oczu Karolka radości, czuję
szczęście, że jestem w tym miejscu, w gości.
Śnieg nie przestaje padać, starsza pani na imię ma Joanna, w
eleganckim wydaniu, ciepłym głosem
wskazuje mi miejsce przy stole, obok mnie siedzi Karolek.
Mimo smutku pan Vaclav mówi – Zjedzmy pomalutku, dzisiaj
odpoczniemy, a jutro na śnieżki się przejdziemy. Uśmiech Karolka bezcenny.
Pan Vaclav do kominka mnie zaprasza, zdjęcia Bliskich
wyjmuje, pokazuje i mówi – Nie wiem co teraz będzie z Karolkiem, mnie i żonie
sił brakuje.
Pyta, czym na co dzień się zajmuję. Ja szczerze odpowiadam,
że mam za sobą zły czas, ale teraz swoje życie kontroluję i mimo utraty
Bliskich siły odzyskuję.
Uśmiech szczery Pana
Vaclava powoduje, że znaczenie konduktora słów do mnie jeszcze bardziej
przemawia.
– To spotkanie, drogie dziecko, to nie przypadek,
dobranoc.- Tymi słowami pożegnał mnie
pan Vaclav. Poranek wita mnie krajobrazem całkowicie pokryty białym puchem.
Odwracam się w stronę drzwi, a tam Karolek przygląda się mi i mówi.- Zobacz co
Mikołaj zostawił tobie w skarpecie, zobacz.- Zaglądam, a tam klucz i czekolada
z karteczką „Serce rodziny i domu tego jest twoje, powtarzaj sobie: Jestem
dobrym człowiekiem po przejściach, szczęścia się nie boję„. Myślę sobie, jak ta
nieplanowana podróż mnie obdarowuje.
Nagle słychać -Śniadanie gotowe zapraszamy.
Schodzę, pan Vaclav w
czapce Świętego Mikołaja częstuje mnie kawą, jemy śniadanie, rozmawiamy,
śmiejemy się do południa. Karolek czeka
z sankami i zniecierpliwiony oznajmia – Jestem już ciepło ubrany, czas na
śnieżny marsz.
W świetle dnia ciągnąc
sanki po białej Bratysławie, pani Joanna
i pan Vaclav pokazują, opowiadają bez pośpiechu, spacerują. Zatrzymujemy się na
gorące kakao, by nas w ten mroźny i śnieżny dzień rozgrzało. Po dniu na
słowackim powietrzu spędzonym wracamy,
ogień w kominku rozpalony.
Z kuchni wychodzimy, by zjeść obiad wspólnie przygotowany,
czas na podwieczorek, sernik krakowski, a na to wszystko jak to dziecko,
reaguje znudzony czasem posiłku Karolek – Czy
obejrzymy film?
-Oczywiście – odpowiada pani Joanna. Zadowolony Karolek
wskazuje nam miejsca na sofie, pan Vaclav zajmuje fotel, cisza w tle, na na
ekranie „Ekspres Polarny” pojawia się.
Nie wiem, czy to jawa, czy to sen, ale moje marzenie o
pięknych świętach spełnia się.
Drugi dzień Bożego Narodzenia, słyszę stukot do drzwi mojego
gościnnego pokoju, domyślam się któż to może być. Nie, to nie Karolek. To pan
Vaclav -Przepraszam, że tak skoro świt, czy możemy przy kawie porozmawiać? –
mówi z uśmiechem, spoglądam na zegarek jest 9 rano. – Oczywiście. Schodzimy na
dół, siadamy w kuchni pan Vaclav podając mi kubek kawy mówi – Dzisiaj muszę jechać
z żoną do Krakowa na dwa dni, pozamykać sprawy syna i synowej, by dalej żyć.
Karolek jeszcze śpi, jeśli nic ciebie nie goni, czy możesz zostać z nim? Bardzo
ciebie o to proszę. Powrót w tym czasie
do Krakowa Karolka nie jest dobrym pomysłem, to dziecko powinno cieszyć się
świętami. – Dobrze, jeśli to pomoże – odpowiadam. – Dziękuję, mów mi po imieniu
– stwierdza wyraźnie uradowany Vaclav. Kolejne dwa dni upływają nam na
spacerach, sankach i zabawie. 28 grudnia jest koło południa czekamy na dworcu z
Karolkiem w Bratysławie, kolejka staje, Vaclav z żoną wysiada, wita się
radośnie z nami, a za nimi znajomy konduktor szepcze – Święta uważam za
uratowane. Wszystkie najcenniejsze prezenty rozdane.
Są trzy osoby, które chciałabym zobaczyć na widzeniu. Zacznijmy po kolei:
Bardzo ją kocham i bardzo mi jej
brakuje. Oddałabym bardzo wiele, aby choć na chwilę móc z nią pobyć, zobaczyć
ją, dotknąć i przytulić się do niej. Tak cholernie za nią tęsknię i tak bardzo
jej potrzebuję. Nie mogę do niej zadzwonić, czy nawet napisać listu, który bym
wysłała. Wiem, że stale jest ze mną i przy mnie, ale to nie to samo. Nie ma
jej, nie żyje.
Umarła trzy lata temu na okropne
raczysko. Pochowałam ją dwa tygodnie przed urodzeniem pierwszego syna. Jest nią
moja Mamusia. Chciałabym z nią móc porozmawiać, usłyszeć od niej, że mimo
wszystko jest ze mnie dumna i że wszystko będzie dobrze. Boli mnie to tak bardzo,
że nawet teraz, gdy to piszę, to łzy ciekną mi po policzkach.
Druga bliska memu sercu osoba,
którą kocham jak moją mamę, i tęsknię za nią tak, jak jeszcze nigdy, jest moja
Cudowna, Kochana i Wspaniała Babunia. Ona jest przy mnie stale, zawsze mogę na nią
liczyć, i wiem, że kocha mnie bardzo. „Bóg nie mógł być wszędzie, więc stworzył
babcię” – co pasuje tu po prostu idealnie!
Zawsze, za każdym razem gdy do
niej zadzwonię, słyszę jak bardzo się cieszy, że się słyszymy. Jest jak Anioł.
Mimo mojego wieku, dla niej ciągle jestem „wnuczunią”. Chciałabym ją przytulić,
poczuć zapach, który kojarzy mi się z domem, dzieciństwem, pysznymi obiadami,
ciastkami i miłością. Jednak listy i telefony to nie to samo. Z tego miejsca
serdecznie ją całuję i ściskam!
No i przychodzimy do trzeciej
osoby. Jest nią mój młodszy brat. Mimo że nie rozmawiamy za często i generalnie
nie piszemy ze sobą nawet listów, to i tak za nim tęsknię. Nie ważne, ile ma
lat, bo dla mnie zawsze będzie moim młodszym braciszkiem i będę miała głębokie
poczucie opieki nad nim. Chciałabym usiąść, i patrząc mu w oczy, porozmawiać z
nim. Wtedy od razu mogłabym wyłapać reakcję brata na moje pytania, aby
wiedzieć, gdzie jest coś nie tak. Znamy się z bratem jak „łyse konie”. Przy nim
nie muszę udawać, że jest ok i że daje sobie radę, bo nie musiałabym się
martwić, że obciążam go swoimi problemami. Ma świetne dystans do życia. Możemy
rozmawiać o wszystkim i bardzo wielu rzeczy nie bierze do siebie.
Gdybym mogła wcisnąć guzik, który przeniósłby mnie do
przeszłości, to byłaby niezbyt odległa przeszłość. Jednak patrząc na to, że mam
40 lat, to ta nieodległa przeszłość równa się połowie mojego życia. Czyli dla
mnie kawał czasu!
Moja chęć
cofnięcia się do tego jednego dnia nie jest taką typową chęcią powrotu do
czegoś tak pięknego, czego nie doświadcza się drugi raz – chyba że za pomocą
wehikułu czasu. To nie jest chęć powrotu
do momentu, w którym czułam się jakoś szczególnie szczęśliwa. Ta chęć
spowodowana jest tym, że gdybym tego jednego dnia coś zmieniła, to uratowałabym
życie. Na bank jedno, ale wolę myśleć, że własne też. Ponieważ chcę skorzystać
z tej okazji i nacisnąć ten guzik, to…
Był to
typowy styczniowy dzień. Niezbyt dużo śniegu napadło jednak jak na tą porę,
było zimno. Obudziłam się w cieplutkim łóżeczku, w kolorowej pościeli. Pokój
miałam w kolorach: bieli i czerni, ale pościel lubiłam bardzo kolorową. I
jeszcze skarpetki lubiłam nosić kolorowe.
Przeciągnęłam
się, wstałam i włączyłam Sade. Wiedziałam, że mamy nie ma już w domu, więc
pozwoliłam sobie na głośniejsze puszczenie muzyki. Wiedziałam również, że mama
zrobiła mi śniadanie i wystarczyło do zestawu zaparzyć herbatę.
Nie miałam planów na ten dzień. Do szkoły szłam dopiero na
14.20. to był jedyny dzień w tygodniu, kiedy chodziłam na popołudnie. Najgorsze
w tym było to, że był to piątek.
Wykąpałam
się, wyszykowałam, zjadłam śniadanie i poszłam z Maxem na spacer. Lubiliśmy
chodzić nad Wisłę. Mieliśmy swoje miejsca – co prawda tylko dwa :), ale tego
dnia poszliśmy na kamienie. Mi się tam dobrze myślało, a Max miał ogromny teren
do biegania. Od czasu do czasu podchodził by mu jakiś badyl rzucić, ale na
kamieniach najrzadziej o to prosił. Wisła od naszej strony jakoś bardziej przy
brzegu była zamarźnięta.
Z rozmyślań
wybiło mnie szczekanie psa. To nie był Max, ale i on za chwilę się pojawił.
Pieski niezbyt na start się polubiły, o czym świadczyło ich warczenie na
siebie. Uwięziłam więc swojego pupila na znienawidzonej przez niego smyczy i
zaczęliśmy się kierować w stronę wału. Max nigdy nie był agresywny. Smycz
nosiłam na wszelki wypadek… A może to jakaś pozostałość po sprawdzeniu mnie,
czy na pewno będę wyprowadzać psa? Zanim Max pojawił się w domu, musiałam przez
miesiąc czasu co rano wychodzić na spacer… ze smyczą! To był mój test na
odpowiedzialnego opiekuna. Dziecko wszystko zrobi, by mieć wymarzonego
przyjaciela. Nie wiem, czy w tamtym okresie nie byłabym zdolna jeść z psiej
miski, by udowodnić, że piesek nie będzie zostawiał kupy w butach.
Kierowaliśmy
się już w stronę bloku, kiedy na skrzyżowaniu w samochodzie poznałam swoją
koleżankę. Ona chyba też mnie poznała, bo jakąś głupkowatą zrobiła minę: usta
rozdziawione, ale uśmiechnięte i takie duże oczy. Tak chyba wygląda osoba,
która w zaskoczeniu się cieszy… Czyli ja też musiałam podobnie wyglądać. Od
razu wysiadła z samochodu i podbiegła do mnie. Nie staliśmy na górce – więc
samochód się nie stoczył, nie zostawiła go na światłach, nic nie trąbiło, bo za
kierownicą siedział jej tata. Też go rozpoznałam. Ruchem ręki pokazałam, gdzie
ma zjechać. Normalnie nie dowierzałam, że ją widzę. Ją – czyli Kaśkę. Wyjechała
do innego miasta po rozwodzie rodziców. Kiedyś razem chodziłyśmy do
podstawówki, razem trenowałyśmy koszykówkę, lubiłam ją. Wspierałyśmy się w
tamtym okresie, bo ja już jakiś czas byłam sama z mamą, a ona dopiero smakowała
sytuację bycia dzieckiem z rozbitej rodziny. Taka nas po prostu tragedia
połączyła.
Wysiadł do
nas jej tata, przywitał się i co się okazało? Że on już jakiś czas na naszym
osiedlu ponownie mieszka. Kaśka przyjechała do niego kilka dni temu i nazajutrz
miała sprawdzić, czy mieszkam tam, gdzie mieszkałam. To było niesamowite.
Jakieś przeznaczenie, czy co?
Spojrzałam
na zegarek, było już po pierwszej. Max grzecznie cały czas siedział przy nodze,
a ja już za chwilę miałam iść do szkoły. I wtedy usłyszałam głos taty Kaśki:
– Jedziemy właśnie na Śródmieście, do Atlantica, jedź z
nami!
14.20,
pierwsza lekcja – rachunkowość. No, nie chciałam iść do tego liceum, wolałam
zawodówkę, by rok krócej się uczyć. Mama zadecydowała. Ale skoro już dotrwałam
do IV klasy i tak naprawdę „za chwilę” miałam szansę ją skończyć, to czemu z
tej szansy nie skorzystać i nie pójść do kina z Kaśką i jej tatą?
I ta pokusa wygrała.
Odprowadziłam
Maxa do domu, wzięłam plecak, by mama się nie zorientowała, że nie poszłam do
szkoły i pojechaliśmy na Śródmieście.
Gdyby ten
dzień wyglądał właśnie tak, to do domu wróciłabym po 19.00. Może chwilę
pooglądała z mamą telewizję, ale na pewno wzięła psa i przeszła się wokół
bloku. Byłoby duże prawdopodobieństwo, że spotkałabym Mikiego i III klatki, bo
tuż po wiadomościach wypuszcza psa. Bo jak jest zbyt zimno, to go tylko
wypuszcza, a sam zostaje na klatce. Wypala papierosa i woła Kulfona z powrotem.
Z kolei ja zawsze robię rundkę wokół bloku. Wróciłabym, zjadła coś i…
– coś obejrzała i poszła spać
lub
– zadzwoniła do Aśki, czy idziemy do Parku (na dyskotekę).
Wróciłabym i też położyła się spać.
I być może do dziś lubiłabym budzić się w kolorowej pościeli.
Hm…, złe cechy… Trudno odpowiedzieć na to zagadnienie.
Wydaje mi się, że moją złą cechą, która mnie denerwuje, jest
upartość, zawziętość. I czasami działam pod wpływem impulsu.
Jeśli chodzi o mój bagaż życiowy, to wydaje mi się, że jak na
moje dotychczasowe życie, jest bardzo duży. Problemy w domu, a potem w
późniejszym 17-letnim związku.
Co do odpowiedzi na pytanie, co zastałam, co odkryłam, biorąc
pod uwagę miejsce, w którym obecnie jestem: to, co zastałam tutaj, było dla
mnie, nie ukrywam, zaskoczeniem, tzn.
różnorodność charakterów w jednym miejscu. Porażka – ludzie są, jak
chorągiew.
Odkryłam na pewno bardzo dużą dwulicowość osób, które dla
pewnych korzyści, udają kogoś innego i kłamią.